<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[naTemat.pl - Kraj]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii Kraj w naTemat.pl]]></description>
		<link>https://natemat.pl/c/523,kraj</link>
				<generator>natemat.pl</generator>
		<atom:link href="https://natemat.pl/rss/kategoria,523,kraj" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/638800,policja-w-siedzibie-krs-wczesniej-sledczy-podjeli-decyzje-o-przeszukaniu</guid><link>https://natemat.pl/638800,policja-w-siedzibie-krs-wczesniej-sledczy-podjeli-decyzje-o-przeszukaniu</link><pubDate>Wed, 21 Jan 2026 12:30:44 +0100</pubDate><title>Policja w siedzibie KRS. Wcześniej śledczy podjęli decyzję o przeszukaniu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/cf2d49523be635057c6ef8c6634ce750,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W środowe południe (21 stycznia) policja weszła do siedziby Krajowej Rady Sądownictwa. Z ustaleń Radia ZET wynika, że wcześniej prokuratura wydała decyzję o przeszukaniu w budynku.

Pierwsze doniesienia wskazywały na to, że tylko funkcjonariusze na zlecenie prokuratury rozpoczęli przeszukania w siedzibie KRS. Niedługo później pojawiła się publikacja na profilu Rady na platformie X. Wynika z niej, że na miejscu są też prokuratorzy.
Przeszukują KRS. Wcześniej miało odbyć się przesłuchanie
"Policja i prokuratorzy znowu pojawili się w siedzibie KRS. Czyżby po akta dyscyplinarne sędziów? To pierwszy efekt dzisiejszej prezentacji 'ustawy praworządnościowej' w Sejmie przez szefa MS Waldemara Żurka" – napisano.
Z kolei Radio Zet podaje, że dzisiejsza "akcja" ma związek z "wcześniejszym przesłuchaniem w prokuraturze". "To po nim prokuratorzy wystawili żądanie wydania rzeczy. W sytuacji, gdy KRS nie wyda dokumentów, dojdzie do przeszukania" – czytamy. Na razie nie ujawniono jednak, o jaką dokładnie sprawę chodzi.
Po tym, jak Polacy dowiedzieli się o działaniach służb w siedzibie KRS przed dziennikarzami wystąpił jeden ze stołecznych policjantów. Dodał, że na miejscu "prowadzone są czynności procesowe". Wiadomo też, że nad sprawą nadzór prowadzi jeden z prokuratorów Prokuratury Krajowej. W sprawie na ten moment nie ma osób zatrzymanych.

                    
                        
                    
                Dodajmy, że w tym samym czasie w Sejmie odbywa się debata nad zmianami w KRS. Posłowie mają zdecydować o przyszłości ustawy praworządnościowej, która zakłada przywrócenie stanu rzeczy sprzed 2018 roku.
Jeśli dokument zostanie przyjęty członkowie KRS będą wybierani w tajnych wyborach przez wszystkich sędziów, a nie jak do tej pory przez polityków. Zgodnie z ustawą uchwały podjęte przez KRS po 2018 roku mają stracić moc prawną.
– Liczę, że prezydent je podpisze. Codziennie mamy informacje, że jakaś sprawa została zakwestionowana ze względu na "neosędziów". (…) To jest efekt działalności Zbigniewa Ziobry i to trzeba naprawić. Jeżeli pan prezydent będzie chciał pogłębiać ten chaos, to musi się liczyć z tym, że będzie za to brał odpowiedzialność – mówił rzecznik rządu Adam Szłapka w rozmowie z Polskim Radiem.
Wspomnijmy, że 21 stycznia w Sejmie Waldemar Żurek podczas prezentacji projektu ustawy dotyczącej praworządności, wspomniał m.in. o KRS. Jego zdaniem stanowi ona jeden z czterech filarów, które doprowadziły do chaosu w wymiarze sprawiedliwości.
– Neo-KRS stał się grzechem pierworodnym, który zainfekował cały system powołań sędziowskich – ocenił. Winą za to obarczył władzę PiS.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/cf2d49523be635057c6ef8c6634ce750,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/cf2d49523be635057c6ef8c6634ce750,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Policja w siedzibie KRS.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/638746,wykolejenie-pociagu-w-malopolsce-sluzby-szybko-wskazaly-przyczyne-zdarzenia</guid><link>https://natemat.pl/638746,wykolejenie-pociagu-w-malopolsce-sluzby-szybko-wskazaly-przyczyne-zdarzenia</link><pubDate>Wed, 21 Jan 2026 08:13:14 +0100</pubDate><title>Wykolejenie pociągu w Małopolsce. Służby szybko wskazały przyczynę zdarzenia</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/9c2320a5796080751bccd0875b9b3005,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />We wtorek wieczorem na trasie między Miechowem a Słomnikami w Małopolsce wykoleiły się dwa wagony pociągu relacji Kielce – Kraków. W składzie jechało około 20 osób, nikomu nic się nie stało. "Komisja kolejowa wykonująca czynności na miejscu zdarzenia orzekła brak ingerencji zewnętrznej" – czytamy w komunikacie policji.

Do zdarzenia doszło we wtorek po godzinie 21 na odcinku linii kolejowej Miechów – Słomniki w województwie małopolskim. Pociąg osobowy Polregio relacji Kielce Główne – Kraków Główny poruszał się w kierunku stolicy regionu, gdy w pewnym momencie dwa wagony wypadły z toru.

                    
                        
                    
                "W związku z wykolejeniem się dwóch wagonów składu osobowego relacji Kielce - Kraków, do którego doszło w powiecie krakowskim, na miejscu pracują policjanci, Straż Ochrony Kolei i straż pożarna. O zdarzeniu powiadomiona została Prokuratura Rejonowa w Miechowie. Ze wstępnych ustaleń wynika, że nikt nie został poszkodowany" – czytamy w komunikacie Małopolskiej Policji na Facebooku.

            
                
            
            Jak relacjonują służby, skład "spadł" z szyn i przechylił się, ale nie doszło do przewrócenia się wagonów ani do zderzenia z inną przeszkodą. Na miejscu szybko pojawiły się jednostki Państwowej Straży Pożarnej, policja oraz funkcjonariusze Straży Ochrony Kolei.
W momencie wykolejenia w pociągu było około 20 pasażerów. Wszyscy opuścili skład o własnych siłach, nikt nie wymagał hospitalizacji. Służby mówią wprost: tym razem skończyło się na strachu i poważnych utrudnieniach, ale bez ofiar i rannych.
To nie sabotaż, winna jest szyna i mróz
Naturalne pytanie po każdym takim zdarzeniu brzmi: czy ktoś "pomógł" pociągowi wypaść z torów. W tym przypadku odpowiedź jest jednoznaczna. Jak poinformowała policja, komisja kolejowa pracująca na miejscu orzekła brak ingerencji zewnętrznej.

                    
                        
                    
                Przyczyną wykolejenia okazało się tzw. naturalne wyłupanie szyny – uszkodzenie toru, które pojawia się, gdy stal pracuje w ekstremalnych warunkach, a przy silnych mrozach powstają mikropęknięcia i odłupania. 
Policja podkreśliła w komunikacie, że to właśnie konsekwencje działania niskiej temperatury doprowadziły do uszkodzenia toru, a nie sabotaż czy celowe działanie. Mimo tego o zdarzeniu została powiadomiona Prokuratura Rejonowa w Miechowie, co jest standardową procedurą przy tak poważnych incydentach na kolei.
Objazdy, opóźnienia i autobusy zastępcze
Wykolejenie dwóch wagonów całkowicie zablokowało ruch na odcinku Miechów – Słomniki. Zarządzająca infrastrukturą spółka PKP Polskie Linie Kolejowe natychmiast wprowadziła zmiany w rozkładzie jazdy i skierowała pociągi dalekobieżne na objazdy.
Składy, które normalnie jadą przez Miechów, przekierowano m.in. linią numer 62 przez stację Olkusz, linią numer 133 przez Trzebinię oraz w przypadku części połączeń ze stacji Katowice przez Zawiercie. Dla pociągów regionalnych wprowadzono zastępczą komunikację autobusową, tak aby pasażerowie mogli kontynuować podróż mimo przerwy w ruchu.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/9c2320a5796080751bccd0875b9b3005,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/9c2320a5796080751bccd0875b9b3005,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Skład relacji Kielce – Kraków wypadł z torów. Na szczęście nikt nie ucierpiał.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/638623,nowe-fakty-na-temat-smiertelnego-wypadku-w-warszawie-zamiast-pomagac-nagrywali</guid><link>https://natemat.pl/638623,nowe-fakty-na-temat-smiertelnego-wypadku-w-warszawie-zamiast-pomagac-nagrywali</link><pubDate>Tue, 20 Jan 2026 09:00:23 +0100</pubDate><title>Nowe fakty na temat śmiertelnego wypadku w Warszawie. Zamiast pomagać, nagrywali</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/80cd8fabee19d4143355a13e6b38a71d,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Popołudniowy szczyt na Grochowie zamienił się w dramat. Na ruchliwym skrzyżowaniu ulic Grochowskiej i Zamienieckiej dachująca toyota wpadła w grupę pieszych oczekujących przed przejściem. Zginął 6-letni chłopiec, trzy kobiety trafiły do szpitala. Kierujący, którzy brali udział w zderzeniu, zostali zatrzymani.

Do wypadku doszło w poniedziałek po godzinie 15:00 na warszawskiej Pradze-Południe. Jak przekazuje policja, kierująca Fordem 28-latka, wykonując manewr skrętu w lewo z ulicy Zamienieckiej, nie ustąpiła pierwszeństwa prawidłowo jadącej ulicą Grochowską Toyocie.
– Toyota jechała ulicą Grochowską, Ford ulicą Zamieniecką, skręcał w lewo i wymusił pierwszeństwo. W efekcie Toyota dachowała i wbiła się na przejście dla pieszych, na których była kobieta z dzieckiem – poinformował cytowany przez serwis tvn24.pl mł. asp. Paweł Chmura, przedstawiciel stołecznej policji. 
Siła uderzenia była na tyle duża, że Toyota została wyrzucona z własnego pasa ruchu, dachowała, a następnie wpadła w grupę osób stojących przed przejściem dla pieszych. Na miejscu natychmiast pojawiły się służby ratunkowe, a skrzyżowanie zostało częściowo zablokowane.
6-latek nie żyje, trzy kobiety ranne
W wyniku wypadku poszkodowane zostały 4 osoby. Najciężej ranny został 6-letni chłopiec, który znajdował się wśród pieszych. Dziecko w stanie krytycznym trafiło do szpitala, jednak mimo wysiłków lekarzy jego życia nie udało się uratować.

                    
                Do szpitala przewieziono również trzy kobiety, które odniosły obrażenia po uderzeniu dachującym samochodem. Policja na razie nie podaje szczegółowych informacji o stanie ich zdrowia. Wiadomo jedynie, że wszystkie wymagały specjalistycznej pomocy medycznej po zdarzeniu na skrzyżowaniu.
Kierowcy trzeźwi, ale w areszcie. Prokuratura przejmuje sprawę
Badanie alkomatem wykazało, że zarówno 28-letnia kierująca Fordem, jak i prowadzący Toyotę mężczyzna byli trzeźwi. Nie zwalnia ich to jednak z odpowiedzialności za skutki zdarzenia. Decyzją prokuratora oboje zostali zatrzymani.

                    
                        
                    
                Na miejscu pod nadzorem prokuratury prowadzone były szczegółowe oględziny z udziałem biegłego z zakresu rekonstrukcji wypadków drogowych. Śledczy zabezpieczyli nagrania monitoringu, ślady na jezdni oraz oba rozbite pojazdy. Od ustaleń ekspertów będzie zależeć, jakie dokładnie zarzuty usłyszą uczestnicy zdarzenia i komu zostanie przypisana bezpośrednia odpowiedzialność za śmierć dziecka.
Zamiast dzwonić, nagrywali tragedię
Relacje osób obecnych na miejscu pokazują dodatkowy, bardzo gorzki wymiar tego wypadku. Świadkowie opowiadają, że tuż po zderzeniu część przechodniów zamiast sięgnąć po telefon, by wezwać pomoc, zaczęła nagrywać całe zdarzenie.
– Zamiast dzwonić po pomoc, to klęczeli, nagrywali to, co się dzieje – mówił mężczyzna w rozmowie z Polsat News.
Jeden z mężczyzn, który brał udział w reanimacji chłopca, przyznał, że widok otaczających miejsce wypadku osób z telefonami w dłoniach był wstrząsający. Wraz z inną osobą podjął próbę ratowania dziecka i pomagał także kierowcy Toyoty, który uczestniczył w zderzeniu.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/80cd8fabee19d4143355a13e6b38a71d,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/80cd8fabee19d4143355a13e6b38a71d,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Śmiertelny wypadek na Grochowie. 6-letni chłopiec zmarł, trzy kobiety są ranne.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/638596,tragiczny-final-poszukiwan-naukowca-z-rzeszowa-policja-podala-smutne-szczegoly</guid><link>https://natemat.pl/638596,tragiczny-final-poszukiwan-naukowca-z-rzeszowa-policja-podala-smutne-szczegoly</link><pubDate>Mon, 19 Jan 2026 21:55:53 +0100</pubDate><title>Tragiczny finał poszukiwań naukowca z Rzeszowa. Policja podała smutne szczegóły</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/c4cb7c01cbbc1a903bed29b78e202ebc,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Naukowiec z Rzeszowa zaginął kilka dni temu – po raz ostatni widziano go 13 stycznia. Szukali go zarówno bliscy, jak i policja. Niestety, finał sprawy jest tragiczny. Służby przekazały komunikat, w którym ujawniono nowe, przygnębiające fakty.

Zaginięcie naukowca z Rzeszowa
W minionym tygodniu policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Miejskiej Policji w Rzeszowie przyjęli zgłoszenie o zaginięciu 49-latka, który 13 stycznia wyszedł z domu i nie wrócił. Poszukiwania etnologa i antropologa kultury z Podkarpacia, były prowadzone na szeroką skalę. 
Naukowiec w przeszłości związany był z Uniwersytetem Gdańskim. Jego specjalizacją były badania nad społecznościami Ameryki Południowej, w szczególności peruwiańskiej Amazonii. Od chwili zaginięcia nie nawiązał kontaktu z bliskimi i nie wrócił do domu, a policja apelowała o pomoc w poszukiwaniach. 
Tragiczny finał poszukiwań naukowca z Podkarpacia. Policja podała szczegóły
W poniedziałek, 19 stycznia, funkcjonariusze powiadomili o zakończeniu poszukiwań 49-letniego mieszkańca Rzeszowa. Niestety, finał jest tragiczny: odnaleziono ciało mężczyzny. Poszukiwania zakończono po godz. 14:00. 
Funkcjonariusze rzeszowskiej policji poinformowali, że jeden z policjantów natknął się na zwłoki mężczyzny podczas przeszukiwania terenu Lisiej Góry (rezerwatu w Rzeszowie). Ciało znajdowało się w trudno dostępnym, zadrzewionym miejscu. Potwierdzono tożsamość: to zaginiony 49-latek z Podkarpacia. 
Po odnalezieniu ciała funkcjonariusze oraz prokurator prowadzili czynności procesowe. Wstępnie wykluczono udział osób trzecich. Na zlecenie prokuratury przeprowadzona zostanie sekcja zwłok zaginionego, która ma pomóc w ustaleniu przyczyn jego śmierci.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/c4cb7c01cbbc1a903bed29b78e202ebc,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/c4cb7c01cbbc1a903bed29b78e202ebc,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Naukowiec z Rzeszowa zaginął 19 stycznia. Odnaleziono ciało mężczyzny.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/638563,powazne-zdarzenie-w-warszawie-samochod-wjechal-w-pieszych-sa-ranni-na-miejscu-ladowal-smiglowiec</guid><link>https://natemat.pl/638563,powazne-zdarzenie-w-warszawie-samochod-wjechal-w-pieszych-sa-ranni-na-miejscu-ladowal-smiglowiec</link><pubDate>Mon, 19 Jan 2026 16:36:40 +0100</pubDate><title>Poważne zdarzenie w Warszawie, samochód wjechał w pieszych. Są ranni, na miejscu lądował śmigłowiec</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/718162b18fb72ac3906e1ce0628cd37e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W Warszawie przy ul. Grochowskiej doszło do zderzenia samochodów, w wyniku którego jeden z pojazdów dachował. Na miejscu czynności dokonują już służby. Media informują o utrudnieniach w ruchu.

Na warszawskiej Pradze-Południe doszło do groźnie wyglądającego zderzenia dwóch samochodów. Jeden z pojazdów dachował, a ratownicy medyczni udzielają pomocy osobom poszkodowanym w wyniku zdarzenia na drodze. 
Zderzenie dwóch samochodów w Warszawie. Są utrudnienia
W poniedziałek, 19 stycznia, na ul. Grochowskiej (przy Placu Szembeka, w kierunku ul. Wesołej) doszło do zderzenia dwóch samochodów osobowych. 
– Toyota jechała ulicą Grochowską, Ford ulicą Zamieniecką, skręcał w lewo i wymusił pierwszeństwo. W efekcie Toyota dachowała i wbiła się na przejście dla pieszych, na których była kobieta z dzieckiem. Obojgu jest udzielana pomoc w karetce – poinformował cytowany przez serwis tvn24.pl mł. asp. Paweł Chmura, przedstawiciel stołecznej policji. 
Jak powiadomił st. asp. Bogdan Smoter z miejskiej straży pożarnej, auto uderzyło w cztery osoby, które przechodziły przez pasy drogowe. Na miejsce udało się pięć zastępów straży pożarnej oraz miejska i wojewódzka grupa operacyjna. Lądował również śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.
– Całe skrzyżowanie jest zastawione przez służby. Na miejscu pracują cztery karetki, jest pełno policji i straży pożarnej. Czerwony samochód osobowy leży na dachu, jest zasłonięty przez parawan straży pożarnej – przekazywał reporter tvnwarszawa.pl, Mateusz Mżyk, przed godz. 16:00.
Zarząd Transportu Miejskiego poinformował, że w związku z wypadkiem występują utrudnienia komunikacyjne, a linie: 123, 125, 135, 141, 142, 143, 145, 148, 173, 183, 521, 702, 704, 720, 722, 730 przejeżdżają najbliższymi możliwymi ciągami komunikacyjnymi.
Aktualizacja: Serwis TVN24.pl skontaktował się z Justyną Sochacką, rzeczniczką LPR. Poinformowała ona, że poszkodowanych zostało sześć osób. W najcięższym stanie było dziecko, które przetransportowano do szpitala. Niestety, pięcioletni chłopiec zmarł. W szpitalu znalazły się również trzy kobiety w wieku 30, 34 oraz 45 lat, z kolei dwóm mężczyznom udzielono pomocy na miejscu, opatrując ich.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/718162b18fb72ac3906e1ce0628cd37e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/718162b18fb72ac3906e1ce0628cd37e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Groźne zderzenie w Warszawie. Samochód wjechał w pieszych, są ranni.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/638476,porazka-sluzb-na-lotnisku-dopiero-ai-im-powiedziala-ze-ukrainiec-ma-zagluszarke-fal</guid><link>https://natemat.pl/638476,porazka-sluzb-na-lotnisku-dopiero-ai-im-powiedziala-ze-ukrainiec-ma-zagluszarke-fal</link><pubDate>Mon, 19 Jan 2026 09:28:34 +0100</pubDate><title>Porażka służb na lotnisku. Dopiero AI im powiedziała, że Ukrainiec ma zagłuszarkę fal</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/ef2991db3c82f3605b0a72f886cf8e4c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Ukraińca z zagłuszarką zatrzymano na lotnisku Chopina dopiero wtedy, gdy urządzenie rozpoznała AI. Przed tym przez kilka dni siedział bezkarnie na terminalu.

Świąteczne zatrzymanie Ukraińca na lotnisku Chopina przedstawiano jako dowód sprawności państwa. W pierwszych dniach nowego roku opinia publiczna usłyszała, że służby szybko namierzyły mężczyznę ze sprzętem do zakłócania elektroniki i potraktowały sprawę z należytą powagą. Z ustaleń dziennikarskich redakcji "Onet" wynika jednak, że za kulisami wyglądało to zupełnie inaczej. System zawiódł, a sytuację uratował upór kilku funkcjonariuszy i algorytm sztucznej inteligencji.
Ukrainiec Illia S. miał pojawić się w hali ogólnodostępnej lotniska co najmniej 17 grudnia. Przez kolejne dni zmieniał miejsca, przesiadywał w lokalach i na ławkach, nie próbując nawet przejść do strefy z kontrolą bezpieczeństwa. W międzyczasie na terenie portu miało dochodzić do kilku awarii systemów. Mimo że mówimy o obiekcie zaliczanym do infrastruktury krytycznej państwa, mężczyzna przez długi czas pozostawał jedynie "dziwnym pasażerem", którym nikt nie chciał się zająć.
Patrol zauważa pasażera widmo, a w identyfikacji urządzeń pomaga AI
Według relacji z lotniska pierwszy raz zainteresowała się nim Straż Ochrony Lotniska. Funkcjonariuszy zaniepokoiło, że ten sam człowiek od wielu godzin krąży po terminalu, a potem wraca w te same miejsca. Po krótkiej rozmowie nie udało się jednak ustalić jasnego celu jego pobytu w Warszawie.
Kiedy sprawdzono bagaż, uwagę zwróciło nietypowe urządzenie elektroniczne. Nie przypominało zwykłego sprzętu konsumenckiego, ale też nie wyglądało jak klasyczna wojskowa zagłuszarka. Funkcjonariusze mieli przed sobą człowieka, który od ponad tygodnia praktycznie mieszkał na lotnisku i nosił ze sobą tajemniczy moduł z anteną. W normalnie działającym systemie w tym momencie rusza cała procedura bezpieczeństwa. Tutaj zaczęło się wielogodzinne przerzucanie odpowiedzialności.
Nikt z obecnych na miejscu nie miał przeszkolenia, by od ręki rozpoznać specjalistyczny sprzęt do zakłócania sygnałów. Sięgnięto więc po narzędzie wykorzystujące algorytmy sztucznej inteligencji.
Po wykonaniu zdjęć i wprowadzeniu parametrów system zasugerował jednoznaczną odpowiedź: urządzenie wygląda jak zagłuszarka przeznaczona do zakłócania systemów elektronicznych, w tym łączności i sygnałów nawigacyjnych. Dopiero wtedy skala potencjalnego zagrożenia stała się oczywista. AI zadziałała szybciej niż ludzkie procedury: w kilka chwil podsunęła diagnozę, do której służby nie mogły dojść przez wiele godzin.
To moment, który najlepiej pokazuje słabość całego systemu. W kraju leżącym na froncie wojny hybrydowej funkcjonariusze na jednym z najważniejszych lotnisk muszą ratować się algorytmem, bo nikt wcześniej nie zadbał o wiedzę i szkolenia w tak wrażliwym obszarze.
Policja, ABW, SKW – wszyscy zajęci
Ustalenie, że w bagażu nieznanego mężczyzny leży zagłuszarka, nie sprawiło jednak, że służby od razu wszystko rzuciły i przyjechały na miejsce. Z relacji świadków wynika, że przez kolejne godziny patrolujący lotnisko funkcjonariusze próbowali zainteresować sprawą kolejne instytucje – od policji po służby specjalne.
To zwykli, liniowi funkcjonariusze – ci, którzy jako pierwsi zobaczyli podejrzanego – mieli w końcu wymóc działania na swoich przełożonych. Bez ich determinacji cała historia mogłaby zakończyć się tym, że mężczyzna po prostu opuszcza lotnisko, a ślad po wydarzeniu znika w raportach jako "niepotwierdzone zgłoszenie".
Sprawa Illii S. pokazuje, jak szybko najsłabszym ogniwem w systemie bezpieczeństwa może stać się rutyna. Lotnisko Chopina to obiekt, w którym spotykają się tysiące pasażerów dziennie, działają dziesiątki systemów elektronicznych, sieci łączności i nawigacji. W realiach wojny w Ukrainie czy chociażby sabotaży na kolei, sprzęt do zakłócania sygnałów w rękach nieznanej osoby powinien być traktowany jak czerwony alarm, a nie kłopotliwy przypadek, który wszyscy próbują odepchnąć od siebie.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/ef2991db3c82f3605b0a72f886cf8e4c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/ef2991db3c82f3605b0a72f886cf8e4c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Ponad tydzień na lotnisku, awarie systemów i sprzęt do zakłócania elektroniki. Dopiero AI rozpoznała urządzenie.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/638461,szokujace-ustalenia-ws-smierci-ciezarnej-w-warszawie-doszlo-do-fatalnej-pomylki</guid><link>https://natemat.pl/638461,szokujace-ustalenia-ws-smierci-ciezarnej-w-warszawie-doszlo-do-fatalnej-pomylki</link><pubDate>Sun, 18 Jan 2026 17:21:03 +0100</pubDate><title>Szokujące ustalenia ws. śmierci ciężarnej w Warszawie. Doszło do fatalnej pomyłki?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/23956ba9a21c4ce34af37a5b1d0fee87,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />To miał być rutynowy zabieg w jednym z najnowocześniejszych szpitali w Warszawie. Podczas wybudzania z narkozy doszło jednak do dramatu, który kosztował życie młodej kobiety w ciąży. Nowe, nieoficjalne ustalenia sugerują, że winni mogą nie być lekarze, a błąd techniczny. Wszystko wskazuje na to, że zamiast tlenu kobiecie podano inny gaz.

Do zdarzenia doszło w Szpitalu Specjalistycznym im. Św. Rodziny przy ul. Madalińskiego. 30-letnia kobieta w ciąży, matka dwuletniego dziecka, była tego dnia pierwszą operowaną osobą. Przechodziła rutynowy zabieg.
Dramat zaczął się w momencie wybudzania pacjentki. Jak informuje "Fakt", po zakończeniu zabiegu kobiecie podano maskę z tlenem, jednak zamiast poprawy stanu, nastąpiło gwałtowne załamanie. 
Nieprzytomną kobietę natychmiast przewieziono do Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA, jednak tamtejsi lekarze od początku oceniali jej stan jako beznadziejny. Ciężarna pacjentka zmarła po dziesięciu dniach walki o życie, tuż przed świętami.
Śmierć ciężarnej w Warszawie. Kobiecie podano niewłaściwy gaz? 
Śledczy podejrzewają, że przyczyną tragedii mogła być fatalna pomyłka w instalacji gazów medycznych, pisze "Fakt". Zamiast tlenu, do maski mógł zostać podłączony podtlenek azotu (tzw. gaz rozweselający). W wysokim stężeniu prowadzi on do błyskawicznego niedotlenienia tkanek i nieodwracalnych zmian w organizmie.
Wszystko wskazuje na to, że prawdopodobny błąd nie obciąża personelu medycznego. Anestezjolog nie ma możliwości odróżnienia gazów "na oko" – zarówno tlen, jak i podtlenek azotu są bezbarwne i bezwonne.
Kluczowym wątkiem śledztwa jest fakt, że sala operacyjna przeszła niedawno remont, podczas którego instalowano nową aparaturę anestezjologiczną. Za prawidłowe podpięcie przewodów do odpowiednich butli odpowiada dział techniczny oraz firmy zewnętrzne serwisujące sprzęt.
– Bierzemy pod uwagę, że podwykonawcy nie mieli uprawnień do nadzoru, tylko do serwisowania sprzętu. Dlatego planujemy teraz przesłuchać nie tylko inwestora, przedstawiciela firmy produkującej te urządzenia, ale i podwykonawców – potwierdza w rozmowie z "Faktem" prokurator Piotr Antoni Skiba, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Śledztwo wciąż trwa, a ustalenia nie są oficjalne.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/23956ba9a21c4ce34af37a5b1d0fee87,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/23956ba9a21c4ce34af37a5b1d0fee87,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Przyczyną śmierci ciężarnej w Warszawie mogła być fatalna pomyłka</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/638431,100-weselnikow-uciekalo-w-poplochu-nowe-fakty-ws-pozaru-pod-wadowicami</guid><link>https://natemat.pl/638431,100-weselnikow-uciekalo-w-poplochu-nowe-fakty-ws-pozaru-pod-wadowicami</link><pubDate>Sun, 18 Jan 2026 14:17:34 +0100</pubDate><title>100 weselników uciekało w popłochu. Nowe fakty ws. pożaru pod Wadowicami</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/9a9e463a1d9958f65adefed582cd47fa,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W miejscowości Targanice koło Wadowic w Małopolsce wybuchł pożar w restauracji. W momencie zdarzenia w budynku trwało wesele. Około 100 osób ewakuowało się, zanim na miejsce przybyli strażacy. Cztery osoby trafiły do szpitala. Obiekt spłonął doszczętnie. Kocierz Resort opublikował oficjalny komunikat.

Pożar w restauracji wybuchł około godz. 19:30 w sobotę 17 stycznia. W środku trwało przyjęcie weselne. Służby przekazały, że około 100 osób (96 gości oraz trzy osoby z obsługi) opuściło płonący budynek przed przyjazdem strażaków. Ze względu na drewnianą konstrukcję budynku ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie.
Rzecznik wadowickiej PSP młodszy brygadier Krzysztof Cieciak przekazał, że poszkodowanych zostało 7 osób, w tym strażak. Sześć osób podtruło się dymem, strażak doznał poparzeń. Cztery osoby, w tym strażak, zostali przewiezieni do szpitala. 
Nowe fakty ws. pożaru w restauracji w Targanicach koło Wadowic
Z ogniem walczyło blisko 40 zastępów straży pożarnej. Akcja zakończyła się dopiero w niedzielę przed godziną 5:00. Sprawą pożaru w "Baciarskiej Chacie", popularnym obiekcie hotelowym w Targanicach, zajmuje się policja. 

            
                
            
            Właściciele obiektu wydali oświadczenie w mediach społecznościowych. "Dzięki prawidłowo działającemu systemowi czujek oraz szybkim procedurom bezpieczeństwa wszyscy goście zostali bezpiecznie ewakuowani jeszcze przed przybyciem służb" – czytamy.
Jak dodano, do pożaru doszło na sali znajdującej się poza głównym budynkiem. "Sytuacja została opanowana, a pozostała część obiektu funkcjonuje normalnie. Bardzo dziękujemy Straży Pożarnej, wszystkim służbom oraz naszej załodze za szybką i profesjonalną akcję" – napisali właściciele obiektu.

            
                
            
            Nie wiadomo na razie, jak duża jest skala zniszczeń. Straty mogą iść jednak w miliony złotych. 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/9a9e463a1d9958f65adefed582cd47fa,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/9a9e463a1d9958f65adefed582cd47fa,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Nowe fakty ws. pożaru w Targanicach koło Wadowic</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/638440,nagle-wrocili-do-sprawy-iwony-wieczorek-bialy-fiat-w-centrum-uwagi-sledczych</guid><link>https://natemat.pl/638440,nagle-wrocili-do-sprawy-iwony-wieczorek-bialy-fiat-w-centrum-uwagi-sledczych</link><pubDate>Sun, 18 Jan 2026 13:19:55 +0100</pubDate><title>Nagle wrócili do sprawy Iwony Wieczorek. Biały Fiat w centrum uwagi śledczych</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/65aa7bb267797784fcdb04653c977373,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Sprawa zaginięcia Iwony Wieczorek po raz kolejny wraca na pierwszy plan. Śledczy ponawiają apel do opinii publicznej i koncentrują się na tropie, który od miesięcy uznawany jest za jeden z kluczowych – białym Fiacie Cinquecento. Policja poszukuje informacji o kierowcy, który mógł mieć związek z wydarzeniami z dnia zaginięcia 19-letniej wówczas kobiety.

Według ustaleń funkcjonariuszy biały Fiat Cinquecento był widziany w rejonie Parku Reagana w Gdańsku dokładnie o godz. 5:07 w dniu, w którym zaginęła Iwona Wieczorek. Następnie pojazd miał przemieszczać się w kierunku Rumi, Redy oraz okolic Pucka. 
Sprawa Iwony Wieczorek. Policja poszukuje informacji o białym Fiacie Cinquecento
Informacje zgromadzone przez Wydział do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji wskazują, że kierowca tego auta może być powiązany z zaginięciem młodej kobiety. 
Trop ten pojawił się już w czerwcu ubiegłego roku, jednak dopiero teraz śledczy zdecydowali się ponownie nagłośnić sprawę i zaapelować o pomoc. Policja ponownie zwróciła się do świadków i osób, które mogły widzieć biały Fiat Cinquecento lub znają jego właściciela.
Informacje można przekazywać telefonicznie pod numerem 573 934 910 lub zgłaszać się do najbliższej jednostki policji. Każda, nawet pozornie nieistotna informacja dotycząca pojazdu lub jego właściciela, może mieć znaczenie dla dalszego przebiegu śledztwa.
Poszukiwania Iwony Wieczorek wznowione w Sopocie
Jak pisaliśmy w naTemat, w ostatnich dniach uwagę mieszkańców Trójmiasta przykuły także działania funkcjonariuszy w Sopocie. 14 stycznia na jednym z osiedli przy ul. Polnej pojawili się policjanci ubrani w białe kombinezony ochronne. Na miejscu rozstawiono również niebieski policyjny namiot. 
Zdjęcia z akcji szybko wywołały falę spekulacji w sieci, zwłaszcza że od lat każda wzmożona aktywność służb w Sopocie kojarzona jest z niewyjaśnionym zaginięciem Iwony Wieczorek.
Rzecznik Prokuratury Krajowej potwierdził, że policja na polecenie prokuratora prowadziła w Sopocie czynności dowodowe w śledztwie dotyczącym niewyjaśnionego zabójstwa sprzed kilkunastu lat. Podkreślono jednak, że działania te miały na celu sprawdzenie, czy istnieją podstawy do ponownego podjęcia wcześniej umorzonego postępowania. Szczegółów nie ujawniono.
Jak informował serwis Trojmiasto.pl, czynności wykonywali funkcjonariusze z Małopolski. Dodajmy, że sprawa Iwony Wieczorek prowadzona jest pod nadzorem Małopolskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie. 
Iwona Wieczorek zaginęła prawie 16 lat temu
Iwona Wieczorek zaginęła w nocy z 16 na 17 lipca 2010 roku, wracając pieszo z imprezy w klubie w Sopocie do domu w Gdańsku. Miała wówczas 19 lat. Jej zaginięcie od początku budziło ogromne emocje i zainteresowanie opinii publicznej. Choć śledztwo umorzono w 2012 roku, sprawa nigdy nie została zapomniana. W 2018 roku akta przejęła Prokuratura Krajowa, a rok później trafiły one do tzw. Archiwum X. 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/65aa7bb267797784fcdb04653c977373,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/65aa7bb267797784fcdb04653c977373,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Policja prosi o pomoc w sprawie Iwony Wieczorek</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/638389,balony-z-bialorusi-znow-nad-polska-prowokacja-nie-mogla-byc-czytelniejsza</guid><link>https://natemat.pl/638389,balony-z-bialorusi-znow-nad-polska-prowokacja-nie-mogla-byc-czytelniejsza</link><pubDate>Sat, 17 Jan 2026 21:00:01 +0100</pubDate><title>Balony z Białorusi znów nad Polską. Prowokacja nie mogła być czytelniejsza</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/37b68cb25ea76150865c417b79047d86,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kilkadziesiąt obiektów wleciało w nocy z terytorium Białorusi do Polski, a BBN nie wyklucza, że to coś więcej niż zwykły przemyt. Tego samego dnia w centrum Białegostoku i pod Sokółką policjanci znaleźli balony z tysiącami paczek nielegalnych papierosów. Jeden z nich utknął na drzewie nieopodal ośrodka telewizyjnego.

Biuro Bezpieczeństwa Narodowego poinformowało, że przez całą noc z 16 na 17 stycznia monitorowało wlot kilkudziesięciu obiektów z terytorium Białorusi. Do BBN na bieżąco spływały dane z instytucji wojskowych i cywilnych, a prezydent Karol Nawrocki był informowany o przebiegu i skutkach zdarzenia przez szefa Biura.

                    
                        
                    
                W komunikacie podkreślono, że nie można już patrzeć na takie incydenty wyłącznie jak na "kreatywny przemyt". BBN wprost zaznacza, że pod pozorem przerzutu nielegalnego towaru może kryć się prowokacja – działanie obliczone na testowanie reakcji polskich służb, budowanie napięcia przy granicy i sianie niepokoju wśród mieszkańców regionu.
To nie pierwszy raz, gdy z kierunku Białorusi nad Polskę nadlatuje duża liczba obiektów. W nocy z 24 na 25 grudnia 2025 r. z tego rejonu wleciało 59 podobnych balonów. Powtarzalność zdarzeń, ich skala oraz fakt, że część obiektów ląduje w gęsto zabudowanych miejscach, wyraźnie podnoszą stawkę: to już nie tylko kwestia fiskusa, ale także bezpieczeństwa wewnętrznego.

                    
                        
                    
                Balon na drzewie w Białymstoku i ładunek pod Sokółką
Na tle pracy służb centralnych bardzo konkretnie wyglądają odkrycia policjantów w terenie. W nocy z 16 na 17 stycznia funkcjonariusze oddziału prewencji w Białymstoku natrafili w rejonie ul. Włókienniczej na fragmenty balonu zawieszonego na drzewie oraz pakunek leżący na ziemi. Miejsce nieprzypadkowe – niedaleko znajdują się zabudowania i ośrodek telewizyjny.

                    
                        
                    
                Po zabezpieczeniu ładunku okazało się, że w środku ukryto 1500 paczek papierosów bez polskich znaków akcyzy. To typowy "balon przemytniczy": lekka konstrukcja z doczepionym ciężkim pakunkiem, który ma spaść po polskiej stronie w zaplanowanym rejonie.
Drugi taki przypadek policja odnotowała w powiecie sokólskim, w miejscowości Wierzchłowce. Tam również znaleziono balon z podpiętym ładunkiem, w którym było 150 kartonów papierosów, również bez polskiej akcyzy. W sumie podlaskie służby zabezpieczyły około 3 tys. paczek nielegalnych wyrobów tytoniowych, które najprawdopodobniej przyleciały z terytorium Białorusi.
Smugglerski balon to nie zabawka. Dlaczego służby każą się nie zbliżać?
W komunikatach zarówno BBN, jak i policja oraz Straż Graniczna konsekwentnie powtarzają jedno: jeśli ktoś natknie się na podejrzany obiekt, balon z podwieszonym pakunkiem albo szczątki takiej konstrukcji, nie powinien podchodzić ani samodzielnie sprawdzać zawartości. Zalecenie brzmi jasno – zachować bezpieczny dystans i natychmiast zadzwonić pod numer alarmowy 112.
Powodów jest kilka. Po pierwsze, to wciąż nielegalny towar – ktoś po drugiej stronie granicy liczy, że ładunek trafi do konkretnych odbiorców. Jakiekolwiek "przywłaszczenie" czy nawet zabieranie paczek z ciekawości może skończyć się odpowiedzialnością karną dla znalazcy.
Ponadto już sam sposób transportu jest potencjalnie niebezpieczny. Służby przypominają, że nieumiejętne obchodzenie się z balonami wypełnionymi wodorem może doprowadzić do wybuchu. W połączeniu z nieznaną zawartością pakunku oznacza to ryzyko dla zdrowia ludzi znajdujących się w pobliżu. W skrajnym scenariuszu taki ładunek mógłby zostać wykorzystany do czegoś więcej niż tylko przerzutu papierosów.
Warto także pamiętać, że każdy taki obiekt jest dla służb źródłem informacji: miejsce upadku, sposób mocowania, rodzaj materiałów pozwalają lepiej rozumieć, jak działa przemytnicza infrastruktura po drugiej stronie granicy. Samowolne "sprzątanie" balonów przez przypadkowe osoby utrudnia późniejsze dochodzenia.
Dla mieszkańców Podlasia balony z kontrabandą nie są całkowitą nowością. To stosunkowo tani i prosty sposób przerzutu towaru przez granicę. Tym razem jednak w sprawę włącza się Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, a w komunikacie pojawia się wprost sugestia, że pod warstwą przemytniczego patentu może kryć się element prowokacji.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/37b68cb25ea76150865c417b79047d86,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/37b68cb25ea76150865c417b79047d86,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Balony z przemytem spadają w centrum Białegostoku i pod Sokółką, a BBN mówi o możliwej prowokacji.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/638374,rozklejaja-falszywe-kody-qr-na-przystankach-jedna-chwila-i-wyczyszcza-ci-konto</guid><link>https://natemat.pl/638374,rozklejaja-falszywe-kody-qr-na-przystankach-jedna-chwila-i-wyczyszcza-ci-konto</link><pubDate>Sat, 17 Jan 2026 15:12:55 +0100</pubDate><title>Rozklejają fałszywe kody QR na przystankach. Jedna chwila i wyczyszczą ci konto</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/2e2c49c81b31201b9e23dc1ec05a5d13,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Fałszywe naklejki z kodami QR na przystankach udają rozkład jazdy. Ich zeskanowanie może nas naprawdę sporo kosztować.

Na przystankach komunikacji miejskiej w Jeleniej Górze pojawiły się fałszywe naklejki z kodami QR, które udają usługę sprawdzania godziny przyjazdu autobusu. W rzeczywistości mogą prowadzić na płatne lub niebezpieczne strony, zagrażając zarówno portfelowi, jak i danym pasażerów. Miasto ostrzega przed oszustami i apeluje o czujność.
Kody QR udają rozkład jazdy. Jelenia Góra już ostrzega pasażerów
Samorząd Jeleniej Góry poinformował o pojawieniu się na wiatach i słupkach przystankowych nielegalnych naklejek z kodami QR. Ich treść sugeruje, że po zeskanowaniu smartfonem pasażer zobaczy dokładną godzinę przyjazdu autobusu.
Problem jednak w tym, że nie są to oficjalne oznaczenia komunikacji miejskiej. Miasto wprost nazywa je działaniem nieuczciwym i potencjalnie niebezpiecznym. Po zeskanowaniu kodu użytkownik może zostać przekierowany na stronę, która nalicza opłaty albo próbuje wymusić określone działania, np. podanie danych czy zgodę na dodatkowe usługi.
"Ostrzegamy: są to działania nieuczciwe i potencjalnie niebezpieczne. Zeskanowanie takiego kodu QR może przekierować użytkownika na stronę internetową, która nalicza opłaty lub może prowadzić do innych niepożądanych konsekwencji, w tym zagrożeń dla bezpieczeństwa danych" – czytamy w komunikacie wydanym przez miasto.
Władze apelują, by nie skanować nieznanych kodów QR z przypadkowych naklejek na przystankach, korzystać wyłącznie z oficjalnych aplikacji oraz serwisów operatora komunikacji i zgłaszać fałszywe oznaczenia odpowiednim służbom lub bezpośrednio do urzędu miasta. Służby miejskie rozpoczęły już usuwanie naklejek, ale podkreślają, że bez wsparcia pasażerów szybkie wyłapanie wszystkich miejsc będzie trudne.
Służby miejskie w Jeleniej Górze zapowiadają systematyczne usuwanie fałszywych naklejek. Skala zjawiska jest jednak trudna do oszacowania – oszuści mogą doklejać kolejne kody w różnych punktach miasta. Właśnie dlatego samorząd wprost prosi mieszkańców o współpracę: jeśli zauważysz podejrzaną naklejkę, lepiej od razu zgłosić ją odpowiednim służbom lub do urzędu.
Co może się stać po zeskanowaniu złośliwego kodu QR?
Na pierwszy rzut oka kod QR to tylko zwykły, wygodny odnośnik do strony internetowej. Różnica polega na tym, że użytkownik nie widzi adresu, zanim nie zeskanuje go aparatem. Jest więc to idealne środowisko dla oszustów – ukryty za kwadratem wzór może prowadzić dosłownie dokądkolwiek.
W najłagodniejszym scenariuszu pasażer trafi na stronę, która próbuje wymusić zgodę na płatną subskrypcję, np. usługi premium, rozkładu jazdy czy powiadomień SMS. Kilka  wykonanych bez zastanowienia kliknięć może skończyć się doliczaniem opłat do rachunku telefonicznego albo obciążeniem karty.
Groźniejszy wariant to witryny nastawione na wyłudzanie danych. Strona może udawać panel bankowości elektronicznej, bramkę płatniczą czy logowanie do popularnej aplikacji, prosząc o login, hasło, numer karty albo kod z SMS. Wprowadzenie takich danych to w praktyce oddanie kontroli nad pieniędzmi w cudze ręce.
Ryzykowne są także witryny nakłaniające do instalacji aplikacji spoza oficjalnego sklepu App Store czy Google Play. Na ekranie pojawia się komunikat o konieczności "doinstalowania dodatku" albo "aktualizacji", a w tle pobierane jest złośliwe oprogramowanie. Taki program może podglądać SMS-y, przechwytywać kody autoryzacyjne, a nawet przejmować część kontroli nad telefonem.
Wszystkie te scenariusze łączy jedna rzecz: użytkownik ma poczucie, że korzysta z wygodnej funkcji, tymczasem wykonuje operacje finansowe lub udostępnia wrażliwe dane osobom trzecim.
Jak się uchronić?
Jeśli nie masz pewności, że kod QR pochodzi od miasta lub operatora komunikacji, traktuj go jak podejrzany link w spamie. Warto zwrócić uwagę na kilka sygnałów ostrzegawczych. Jeżeli naklejka wygląda inaczej niż pozostałe oznaczenia na przystanku, ma krzykliwy opis albo jest naklejona krzywo, lepiej jej nie skanować. Niepokoić powinien także brak jakiegokolwiek logo miasta czy przewoźnika oraz brak jasnej informacji, kto odpowiada za usługę.
Jeśli mimo wszystko zeskanujesz kod, jeszcze przed kliknięciem w wynik warto sprawdzić adres strony wyświetlany w przeglądarce. Długi, dziwny link, dziwne domeny lub brak szyfrowania (brak https na początku lub certyfikatu bezpieczeństwa, czyli charakterystycznej "kłódeczki") to sygnały, by się wycofać. Każda prośba o podanie numeru karty, loginów bankowych czy kodów SMS w kontekście zwykłego sprawdzania autobusu powinna od razu zapalić czerwoną lampkę.
Najbezpieczniej jednak w ogóle nie opierać się na kodach fizycznie przyklejonych do przystanku, jeśli nie masz pewności co do ich pochodzenia. Warto dodać do ulubionych oficjalną stronę przewoźnika albo korzystać z popularnych aplikacji do planowania podróży, które łączą rozkłady jazdy z wielu miast.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/2e2c49c81b31201b9e23dc1ec05a5d13,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/2e2c49c81b31201b9e23dc1ec05a5d13,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Fałszywe naklejki z kodami QR na przystankach. Trzeba uważać.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/638380,zaginal-dr-kacper-swierk-poruszajacy-apel-przyjaciela-cenionego-naukowca</guid><link>https://natemat.pl/638380,zaginal-dr-kacper-swierk-poruszajacy-apel-przyjaciela-cenionego-naukowca</link><pubDate>Sat, 17 Jan 2026 12:31:15 +0100</pubDate><title>Zaginął dr Kacper Świerk. Poruszający apel przyjaciela cenionego naukowca</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/081f0a5690f6ea4a63572eb9603c65a4,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Policjanci z Komendy Miejskiej Policji w Rzeszowie prowadzą intensywne poszukiwania 49-letniego Kacpra Świerka. Mężczyzna 13 stycznia wyszedł z domu i od tamtej pory nie skontaktował się z rodziną ani nie wrócił do miejsca zamieszkania. Funkcjonariusze proszą o pomoc wszystkich, którzy mogli go widzieć lub posiadają jakiekolwiek informacje na jego temat.

Zaginiony to dr Kacper Świerk – etnolog i antropolog kultury, związany w przeszłości z Uniwersytetem Gdańskim. Naukowiec specjalizuje się w badaniach nad społecznościami Ameryki Południowej, ze szczególnym uwzględnieniem peruwiańskiej Amazonii. Jego zaginięcie wzbudza duży niepokój zarówno wśród bliskich, jak i w środowisku akademickim.
Zaginął dr Kacper Świerk. Rodzina i policja proszą o pomoc
49-latek ma około 176 centymetrów wzrostu, jest średniej budowy ciała. Ma krótkie, ciemne włosy z widocznymi oznakami siwizny oraz piwne oczy. W dniu zaginięcia był ubrany w czarne jeansy, brązowe buty typu trep, czarną kurtkę z kapturem oraz ciemnozieloną czapkę. Na szyi miał szalik w pasy – czarne, białe, zielone i rude. Mężczyzna miał przy sobie ciemnoszary plecak z elementami odblaskowymi.
W mediach społecznościowych pojawił się poruszający apel Piotra Soboty, dziennikarza i przyjaciela zaginionego. "W Rzeszowie zaginął mój przyjaciel. Znam Go od podstawówki. Jest mróz, a z moich informacji wynika, że to już kilkanaście godzin. Bardzo Was proszę o pomoc i rozpowszechnianie tej informacji" – napisał, co cytuje lokalny portal rzeszow-news.pl.
Policja apeluje do wszystkich osób, które mogą posiadać jakiekolwiek informacje na temat miejsca pobytu zaginionego, o pilny kontakt. Każda, nawet pozornie nieistotna informacja, może mieć kluczowe znaczenie dla odnalezienia zaginionego.
Informacje można przekazywać osobiście w Komendzie Miejskiej Policji w Rzeszowie przy ul. Jagiellońskiej 13 lub telefonicznie pod numerami: 47 821 33 11 oraz 47 821 33 12.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/081f0a5690f6ea4a63572eb9603c65a4,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/081f0a5690f6ea4a63572eb9603c65a4,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Zaginął dr Kacper Świerk</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/638281,tragiczne-zdarzenie-w-chelmnie-burmistrz-ma-wazny-apel-do-mieszkancow</guid><link>https://natemat.pl/638281,tragiczne-zdarzenie-w-chelmnie-burmistrz-ma-wazny-apel-do-mieszkancow</link><pubDate>Fri, 16 Jan 2026 12:28:22 +0100</pubDate><title>Nie żyje matka i troje dzieci. Tragedia w Chełmnie, burmistrz ma ważny apel do mieszkańców</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/febcd033f01a2bff829d300c43b7cbc2,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W czwartek w Chełmnie doszło do tragedii. Życie straciła matka i troje dzieci, najprawdopodobniej z powodu zatrucia tlenkiem węgla. Prokuratura Okręgowa w Toruniu wszczęła śledztwo, a burmistrz miasta wygłosił apel.

Tragedia w Chełmnie. W kamienicy znaleziono ciała matki i jej dzieci
Do dramatycznej sytuacji doszło 15 stycznia w centrum Chełmna w województwie kujawsko-pomorskim. Na parterze kamienicy przy ul. Stare Planty znaleziono ciała 31-letniej kobiety i jej dzieci – dwóch dziewczynek oraz chłopca.
Na miejscu zdarzenia pojawiły się policja, ratownicy i zastępy Państwowej Straży Pożarnej. Jak czytamy w "Wyborczej", służby ustaliły, że w mieszkaniu poziom tlenku węgla w powietrzu przekraczał 900 PPM.

            
                
            
            Prokuratura Okręgowa w Toruniu wszczęła śledztwo w sprawie tragedii w Chełmnie, o czym przekazała Polska Agencja Prasowa. Wiadomo, że zabezpieczono ciała ofiar i przeprowadzono oględziny w mieszkaniu, w którym znaleziono ciała czterech osób.
Do mieszkańców Chełmna z apelem zwrócił się burmistrz miasta Mariusz Kędzierski. – Chciałbym państwa naprawdę namówić, żebyście zaopatrzyli się w czujki dymu i czadu. Takie urządzenie kosztuje od 30 do 150 zł, a może uratować życie – powiedział, dodając, że w piątek zamierza spotkać się z dyrektorką szkoły, w której uczyły się zmarłe dzieci. – Będziemy rozmawiać na temat opieki psychologicznej – wyjaśnił.

                    
                "Od początku sezonu grzewczego tj. 1 października 2025r. strażacy interweniowali już 1832 razy w związku z emisją tlenku węgla. Poszkodowanych zostały 711 osoby, niestety 39 osób straciło życie" – napisała w mediach społecznościowych Państwowa Straż Pożarna.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/febcd033f01a2bff829d300c43b7cbc2,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/febcd033f01a2bff829d300c43b7cbc2,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tragedia w Chełmnie. Nie żyje matka i trójka dzieci</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/638263,nowy-sposob-na-zdobycie-polskiej-wizy-spryt-cudzoziemcow-bardzo-mnie-zaskakuje</guid><link>https://natemat.pl/638263,nowy-sposob-na-zdobycie-polskiej-wizy-spryt-cudzoziemcow-bardzo-mnie-zaskakuje</link><pubDate>Fri, 16 Jan 2026 10:49:05 +0100</pubDate><title>Nowy sposób na zdobycie polskiej wizy. Spryt cudzoziemców bardzo mnie zaskakuje</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/2a45e175afe4d727a079c54f5baf61cd,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Rezerwacja mieszkania na kilka tygodni, opłacony pobyt, papier do wniosku o wizę lub pobyt czasowy, a potem anulowanie w ostatnim terminie. Wynajem krótkoterminowy stał się dla części cudzoziemców wygodnym sposobem na udokumentowanie miejsca pobytu w Polsce, a dla właścicieli mieszkań źródłem olbrzymich strat. O sprawie pisze "Gazeta Wyborcza".

Aby dostać wizę do Polski lub zezwolenie na pobyt czasowy, cudzoziemiec musi udowodnić, gdzie będzie mieszkał. W dokumentach może podać adres hotelu, mieszkania na wynajem albo osoby, która go przyjmie. 
Jak podaje "Gazeta Wyborcza", coraz częściej wybór pada na lokale oferowane w najmie krótkoterminowym – te same, które do tej pory służyły głównie turystom i osobom w delegacji.
Dla urzędników liczy się formalny dowód: rezerwacja, potwierdzenie zakwaterowania, adres. System opiera się na założeniu, że skoro ktoś opłacił pobyt na kilka czy kilkanaście tygodni, faktycznie zamierza tam zamieszkać na czas studiów czy pracy. Jak pokazują relacje branży, nie zawsze tak jednak jest.
Rezerwuje, płaci, anuluje. Schemat uderza we właścicieli
Praktyka opisywana przez zarządzających mieszkaniami powtarza się w bardzo podobny sposób. Obcokrajowiec rezerwuje lokal na platformie, często na 8-12 tygodni. Pieniądze wpływają, kalendarz się blokuje, właściciel odmawia innym chętnym, bo ma "pewnego" gościa na dłuższy pobyt.
Jak opisuje "Wyborcza", kulminacyjny moment przychodzi wtedy, gdy kończy się termin bezpłatnego anulowania. To właśnie w tym momencie część takich rezerwacji znika – gość rezygnuje, korzystając z regulaminu serwisu. Dokument potwierdzający zarezerwowany pobyt zdążył już jednak trafić do wniosku wizowego lub do urzędu wojewódzkiego jako dowód miejsca zamieszkania.
Dla właścicieli mieszkań oznacza to nie tylko utratę kilku czy kilkunastu tygodni potencjalnych rezerwacji, ale też poczucie, że ich lokale stają się narzędziem do omijania przepisów, choć wszystko odbywa się w ramach obowiązującego prawa.
Kalendarze zablokowane, a urzędy patrzą głównie na papierek
Właściciele i firmy zarządzające najmem krótkoterminowym skarżą się, że takie "wizowe rezerwacje" trudno odróżnić od normalnych. Dla systemu są po prostu długimi bookingami, które nagle znikają. Platformy turystyczne nie mają obowiązku weryfikowania, do jakich celów wykorzystywane jest potwierdzenie noclegu.
Po stronie państwa kontrola również jest ograniczona. Ministerstwo Spraw Zagranicznych otwarcie przyznaje, że autentyczność deklarowanego miejsca pobytu cudzoziemców sprawdza tylko wtedy, gdy urzędnik zacznie coś podejrzewać. Standardem są więc procedury formalne, oparte na dokumentach dołączonych do wniosku, a nie na systematycznych wyjazdach kontrolnych czy weryfikacji każdej rezerwacji.
Urzędy wojewódzkie dopuszczają przy wnioskach o pobyt czasowy różne formy potwierdzenia lokum – od umowy najmu po rezerwację hotelową. To otwiera furtkę, z której korzystają osoby chcące jak najszybciej "domknąć" sprawę, nawet jeśli rzeczywiste plany mieszkaniowe są zupełnie inne.
Ryzyko dla cudzoziemców to utrata zezwolenia i wywiad Straży Granicznej
Z perspektywy przepisów sprawa nie jest jednak całkowicie obojętna. Jeżeli w postępowaniu wyjdzie na jaw, że cudzoziemiec podał nieprawdziwe dane dotyczące miejsca pobytu, to grozi mu cofnięcie zezwolenia. Teoretycznie Straż Graniczna może prowadzić wywiad środowiskowy, sprawdzając, czy w danym lokalu ktoś faktycznie mieszka.
Problem jednak w tym, że są to narzędzia stosowane wyrywkowo. Ani resort dyplomacji, ani wojewodowie, ani Straż Graniczna nie podają danych o skali wykrytych fikcyjnych rezerwacji. Nie wiadomo więc, czy mówimy o pojedynczych przypadkach, czy o zjawisku, które stało się nieformalną "instrukcją" dla większej grupy zagranicznych studentów i pracowników.
Luka systemowa czy koszt uboczny otwartości?
Przepisy Schengen i polskie regulacje wymagają od osób spoza Unii rzetelnego udokumentowania celu i warunków pobytu, w tym właśnie zakwaterowania. Z perspektywy państwa zapis o "rezerwacji hotelowej" czy "adresie zakwaterowania" ma chronić przed anonimowym napływem osób bez planu na pobyt. Z perspektywy rynku najmu krótkoterminowego stał się jednak luką, którą część cudzoziemców wykorzystuje do własnych celów.
Na razie to właściciele mieszkań biorą na siebie skutki takiej kreatywności – zablokowane kalendarze, anulacje w ostatniej chwili i brak pewności, czy długie rezerwacje faktycznie dojdą do skutku. A państwo balansuje między potrzebą kontroli a ograniczonymi zasobami do weryfikowania każdej deklaracji składanej w konsulacie czy urzędzie wojewódzkim.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/2a45e175afe4d727a079c54f5baf61cd,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/2a45e175afe4d727a079c54f5baf61cd,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wynajem krótkoterminowy stał się furtką do polskiej wizy.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/638203,kradl-paliwo-na-potege-tankowal-i-uciekal-sprytny-plan-nie-wypalil</guid><link>https://natemat.pl/638203,kradl-paliwo-na-potege-tankowal-i-uciekal-sprytny-plan-nie-wypalil</link><pubDate>Thu, 15 Jan 2026 22:45:02 +0100</pubDate><title>Kradł paliwo na potęgę, tankował i uciekał. Sprytny plan nie wypalił</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/a12252b5af2ebaf9ea5450c0528339dd,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />52-letni mieszkaniec powiatu gorzowskiego wpadł w ręce policji po zgłoszeniu kradzieży paliwa. Przeszukano posesję mężczyzny i postawiono mu kilkanaście zarzutów. Oskarżony o liczne kradzieże ze stacji benzynowych stanie przed sądem. Schemat działania miał być prosty: zarzucono mu "sprytne" tankowanie... do bagażnika.

W kwietniu 2025 roku policjanci z Dobiegniewa w powiecie strzelecko-drezdeneckim przyjęli zawiadomienie o kradzieży paliwa z jednej z lokalnych stacji benzynowych. Funkcjonariusze z Komendy Powiatowej Policji w Strzelcach Krajeńskich informowali, że sprawca zatankował paliwo za ponad tysiąc złotych i odjechał z miejsca zdarzenia, nie uiszczając płatności. Złodziej poruszał się samochodem osobowym marki Audi na zagranicznych tablicach rejestracyjnych. 
Policja potraktowała sprawę poważnie, a tematem zajęli się kryminalni. Według ich ustaleń sprawca zdarzenia "może mieć na swoim koncie znacznie więcej podobnych czynów w całym regionie". Ujęto 52-letniego mieszkańca powiatu gorzowskiego, który stanie przed sądem. Przeszukano posesję mężczyzny i dokonano kilku istotnych odkryć. 
Kradzieże paliwa to wierzchołek góry lodowej. 52-latek stanie przed sądem
KPP Strzelce Krajeńskie 15 stycznia poinformowała, że do sądu trafił akt oskarżenia przeciwko 52-letniemu mężczyźnie. Jest on podejrzany o seryjne kradzieże paliwa ze stacji benzynowych w kilku powiatach w województwie lubuskim. Łączne straty szacuje się na kilkanaście tysięcy złotych. Policja opisała schemat działania sprawcy. 
"Proceder polegał na tankowaniu paliwa do zbiorników przewożonych w bagażniku, a następnie ucieczce samochodem z zamontowanymi tablicami rejestracyjnymi od innego pojazdu. Za te czyny grozi mu kara do 5 lat pozbawienia wolności" – przekazali funkcjonariusze.

            
                
            
            Policjanci powiadomili, że skrupulatna analiza zgromadzonego materiału dowodowego pozwoliła na połączenie kradzieży w Dobiegniewie z wcześniejszymi, podobnymi przypadkami. Dzięki temu ujęto podejrzanego i przeszukano jego posesję. Zabezpieczono na niej "zbiorniki na paliwo, zagraniczne tablice rejestracyjne oraz narkotyki". 
Kradł paliwo na potęgę, był też poszukiwany
St. asp. Tomasz Bartos z KPP w Strzelcach Krajeńskich poinformował, że podczas wykonywania czynności okazało się, iż 52-letni podejrzany o kradzieże jest już poszukiwany. Jak czytamy na oficjalnej stronie lubuskiej policji, wystawiono za nim trzy listy gończe do odbycia kary 5 lat więzienia za wcześniejsze wyroki. 
Mieszkańcowi powiatu gorzowskiego postawiono zarzuty kradzieży oraz używania tablic rejestracyjnych pochodzących od innego pojazdu. Mężczyzna stanie przed sądem.
"Od samego początku sprawa miała charakter rozwojowy. Po zgromadzeniu i przeanalizowaniu całości materiału dowodowego policjanci wraz z prokuratorem skierowali do sądu akt oskarżenia przeciwko 52-latkowi. Dokument zawiera kilkanaście zarzutów dotyczących kradzieży paliwa w kilku powiatach województwa lubuskiego, używania tablic od innego pojazdu oraz posiadania środków odurzających" – czytamy w oświadczeniu na stronie lubuskiej policji.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/a12252b5af2ebaf9ea5450c0528339dd,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/a12252b5af2ebaf9ea5450c0528339dd,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Kradzieże paliwa w lubuskim. Podejrzany odpowie przed sądem</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/638161,obiekt-z-napisami-w-cyrylicy-spadl-pod-wegorzewem-zebralam-wszystkie-ustalenia</guid><link>https://natemat.pl/638161,obiekt-z-napisami-w-cyrylicy-spadl-pod-wegorzewem-zebralam-wszystkie-ustalenia</link><pubDate>Thu, 15 Jan 2026 15:58:40 +0100</pubDate><title>Obiekt z napisami w cyrylicy spadł pod Węgorzewem. Zebrałam wszystkie ustalenia</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/47773c031affc8012eec4e621a440189,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Tajemniczy obiekt przypominający balon z napisami w cyrylicy spadł pod Węgorzewem w województwie warmińsko-mazurskim. Służby wkroczyły do akcji. Oto co do tej pory ustalono.

Tego zaskakującego odkrycia dokonała kobieta. 14 stycznia około godziny 11:30 na jednej z prywatnych posesji w miejscowości Pieczarki w gminie Pozezdrze (powiat węgorzewski) zauważyła przedmiot, przypominający balon meteorologiczny.
To prawdopodobnie balon z napisami po rosyjsku. Co wiadomo o znalezisku?
Po zgłoszeniu na miejsce przyjechali policjanci i zabezpieczyli teren. "Nie stwierdzono, aby obiekt stwarzał zagrożenie" – wspomnieli w komunikacie węgorzewscy policjanci. Jak ustaliło RMF FM, na wspomnianym "balonie widniały napisy wykonane cyrylicą".
Choć służby nie potwierdzają bezpośrednio tych doniesień, to Prokuratura Okręgowa w Olsztynie "będzie prowadziła najprawdopodobniej postępowanie z art. 212 prawa lotniczego, który mówi m.in. o przekraczaniu granicy państwowej bez wymaganego zezwolenia lub z naruszeniem warunków zezwolenia" – dowiedziała się niezależna.pl.
Znaleziony "balon" trafił już do Laboratorium Kryminalistycznego Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie. Tamtejszy technik przekazał, że przedmiot to najpewniej radiosonda meteorologiczna wyposażona w urządzenia do namierzania GPS.
Urządzenie może osiągnąć wysokość nawet do 30 kilometrów. Na razie nie wiadomo, skąd dokładnie nadleciało. Sprawę szczegółowo będzie badała prokuratura i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Tajemnicze obiekty nad Polską
Dodajmy, że od miesięcy służby co jakiś czas dostają zgłoszenia o odnalezieniu tajemniczych obiektów. Na przykład w połowie grudnia policja z województwa lubelskiego podała komunikat o działaniach w powiecie radzyńskim. "W miejscowości Żelizna mężczyzna podczas spaceru po lesie zauważył części obiektu przypominające drona" – informowano wówczas.
Natomiast największą jak do tej pory akcję zabezpieczania i poszukiwania latających urządzeń służby przeprowadziły we wrześniu 2025 roku, gdy polską przestrzeń powietrzną Rosjanie naruszyli dronami ponad 20 razy. Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych zdecydowało o zestrzeleniu niektórych obiektów.
Służby apelują, aby w razie odnalezienia nieznanego obiektu nie podchodzić do niego. Lepiej od razu to zgłosić, dzwoniąc pod numer alarmowy 112.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/47773c031affc8012eec4e621a440189,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/47773c031affc8012eec4e621a440189,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tajemniczy obiekt pod Węgorzewem. ŻW wkroczyła do akcji.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/638143,zaginiecie-iwony-wieczorek-wraca-po-latach-dzialania-policji-w-sopocie-daly-do-myslenia</guid><link>https://natemat.pl/638143,zaginiecie-iwony-wieczorek-wraca-po-latach-dzialania-policji-w-sopocie-daly-do-myslenia</link><pubDate>Thu, 15 Jan 2026 14:52:09 +0100</pubDate><title>Sprawa Iwony Wieczorek wraca po latach. Działania policji w Sopocie dały do myślenia</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/734f359c88fa228c02a96f092c6191de,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W środę, 14 stycznia, mieszkańcy Sopotu zwrócili uwagę na grupę policjantów w białych kombinezonach i rozstawiony policyjny namiot. Z miejsca pojawiły się skojarzenia ze sprawą Iwony Wieczorek... Służby odniosły się do tych rewelacji. Komentarz nie uciszy tych teorii internautów.

W środę, 14 stycznia, na jednym z sopockich osiedli zaroiło się od funkcjonariuszy policji mających na sobie białe kombinezony. Do sieci trafiło zdjęcie przedstawiające policjantów, a także niebieski służbowy namiot. Trudno się dziwić, że widok wywołał duże zainteresowanie wśród mieszkańców. Z miejsca pojawiły się skojarzenia ze sprawą Iwony Wieczorek. Co prawda od jej zaginięcia w tym roku minie 16 lat, ale co jakiś czas w mediach pojawiają się doniesienia o nowych faktach...
Działania policji w Sopocie a zaginięcie Iwony Wieczorek. Czy sprawy mogą mieć jakiś związek?
O tym, że 14 grudnia przy ul. Polnej w Sopocie zjawiła się grupa kryminalnych z Małopolski, poinformował serwis Trojmiasto.pl. Medium udostępniło również zdjęcie nadesłane przez czytelnika. Wzmożone zainteresowanie wzbudziły białe kombinezony ochronne, które technicy noszą, by nie zniszczyć śladów i nie zanieczyścić miejsca zbrodni, a przy tym zapewnić sobie ochronę, np. przed niebezpiecznymi substancjami.
Na zdjęciu wyraźnie widać również niebieski policyjny namiot. Takie namioty często wykorzystuje się w celu osłaniania oraz zabezpieczania miejsc zdarzeń. Mogą one chronić prywatność osób znajdujących się na miejscu, np. ofiar oraz świadków, ale nie tylko. Czasami używa się ich do zabezpieczania materiału dowodowego przed warunkami atmosferycznymi oraz umożliwienia dokonania oględzin bez zakłóceń i z dala od wzroku postronnych.

            
                
            
            Policyjne działania w Sopocie nasunęły skojarzenia ze sprawą zaginięcia Iwony Wieczorek sprzed lat. Dziennikarze lokalnego serwisu skontaktowali się z przedstawicielem Prokuratury Krajowej. 
– Funkcjonariusze policji na polecenie prokuratora z małopolskiego wydziału PZ [Przestępczości Zorganizowanej - red.] wykonują w Sopocie czynności dowodowe w śledztwie dotyczącym niewyjaśnionego zabójstwa sprzed kilkunastu lat – dowiedział się serwis Trojmiasto.pl od Przemysława Nowaka, rzecznika Prokuratury Krajowej w Warszawie.
Mężczyzna dodał również, że "czynności te mają sprawdzić, czy zachodzą przesłanki do podjęcia na nowo umorzonego postępowania". Oficjalnie nie ma więc potwierdzenia, że środowe działania mają związek ze sprawą Iwony Wieczorek, ale nie ma też zaprzeczenia. Jak dowiedział się "Fakt" od rzecznika PK, na tym etapie śledczy nie podadzą do publicznej wiadomości informacji o wykonywanych czynnościach i poczynionych ustaleniach.
Przypomnijmy, że Iwona Wieczorek zaginęła w nocy z 16 na 17 lipca 2010 roku w drodze z imprezy w Sopocie do domu w Gdańsku. Śledztwo w tej głośnej sprawie zostało umorzone w styczniu 2012 roku. Mimo to w mediach do tej pory raz po raz pojawiają się nowe doniesienia o działaniach związanych z tą wciąż nierozwikłaną sprawą. W 2018 roku akta trafiły do Prokuratury Krajowej w Warszawie, a w 2019 przejęło je słynne Archiwum X, czyli Wydział Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/734f359c88fa228c02a96f092c6191de,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/734f359c88fa228c02a96f092c6191de,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Temat zaginięcia Iwony Wieczorek powrócił.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/637966,przypadki-wzw-a-na-uw-pilnego-komunikatu-uczelni-lepiej-nie-bagatelizowac</guid><link>https://natemat.pl/637966,przypadki-wzw-a-na-uw-pilnego-komunikatu-uczelni-lepiej-nie-bagatelizowac</link><pubDate>Wed, 14 Jan 2026 12:58:04 +0100</pubDate><title>Przypadki WZW A na UW. Pilnego komunikatu uczelni lepiej nie bagatelizować</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/15f37956c76b30d4aa54f58c35aa80b1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Uniwersytet Warszawski poinformował o stwierdzonych przypadkach wirusowego zapalenia wątroby typu A (WZW A) na terenie uczelni. Władze UW apelują do studentów i pracowników o zachowanie szczególnej ostrożności, przestrzeganie zasad higieny oraz reagowanie na wszelkie niepokojące objawy. Opublikowano szczegółowe zalecenia, których celem jest ograniczenie rozprzestrzeniania się zakażenia.

"W związku z otrzymaną informacją o przypadkach zakażenia wirusem zapalenia wątroby typu A (HAV) na terenie UW, prosimy o podjęcie działań mających na celu zapewnienie bezpieczeństwa na naszej Uczelni poprzez ograniczenie szerzenia się zakażenia” – czytamy w oficjalnym komunikacie Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Uczelnia podkreśla, że komunikat ma charakter prewencyjny i dotyczy zarówno pracowników, jak i studentów wszystkich jednostek organizacyjnych UW.

            
                
            
            Czym jest wirusowe zapalenie wątroby typu A?
Wirusowe zapalenie wątroby typu A (WZW A), potocznie nazywane "żółtaczką pokarmową", to choroba zakaźna wywoływana przez wirus HAV z rodziny Picornaviridae. Zakażeniu może ulec każda osoba nieuodporniona.
HAV przenosi się głównie drogą fekalno-oralną – przez brudne ręce, skażone powierzchnie, spożycie żywności lub wody z niepewnego źródła, a także poprzez kontakt sek*ualny. Objawy choroby mogą pojawić się od 2 do 6 tygodni po zakażeniu, co znacząco utrudnia szybkie wykrycie źródła infekcji.
Do najczęstszych symptomów wirusowego zapalenia wątroby typu A należą m.in. silne zmęczenie, gorączka, nudności, bóle brzucha, brak apetytu, ciemny mocz, jasny stolec oraz zażółcenie skóry i białek oczu.
Zółtaczka pokarmowa na UW. Uniwersytet Warszawski wdraża specjalne środki
W komunikacie UW wskazano konkretne środki, które mają zostać wdrożone w jednostkach organizacyjnych oraz miejscach zakwaterowania. Uczelnia zaleca m.in.:
zwielokrotnione czynności dezynfekcyjne w przestrzeniach wspólnych, szczególnie w toaletach, pokojach socjalnych, na klamkach, poręczach i innych często dotykanych powierzchniach;
stałe uzupełnianie mydła, ręczników papierowych i środków dezynfekcyjnych;
wprowadzenie wzmożonego nadzoru sanitarnego;
postępowanie zgodnie z aktualnymi zaleceniami Sanepidu;
ścisłą współpracę z Inspektoratem BHP i OP UW.

Uczelnia apeluje również do wszystkich osób przebywających na terenie UW o uważną obserwację swojego stanu zdrowia przez okres sześciu tygodni oraz o rygorystyczne przestrzeganie zasad higieny. W przypadku wystąpienia objawów sugerujących zakażenie HAV należy:
Dodatkowo zaleca się dokładne mycie rąk (co najmniej 20–30 sekund), unikanie korzystania ze wspólnych naczyń i sztućców oraz używanie dostępnych środków dezynfekcyjnych. Uniwersytet Warszawski przypomina także o możliwości wykonania odpłatnych szczepień ochronnych przeciwko WZW A, które – nawet po narażeniu – mogą zapobiec zachorowaniu lub złagodzić jego przebieg.
"Bezpieczeństwo nie ma ceny i w związku z tym prosimy o wspólne działanie, które pozwoli skutecznie ograniczyć ryzyko szerzenia się zakażeń" – podkreślono w komunikacie UW.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/15f37956c76b30d4aa54f58c35aa80b1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/15f37956c76b30d4aa54f58c35aa80b1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">UW wydało pilny komunikat</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/637819,roksa-i-tajemnica-jej-upadku-czy-zalozyciele-legendarnego-serwisu-sa-winni</guid><link>https://natemat.pl/637819,roksa-i-tajemnica-jej-upadku-czy-zalozyciele-legendarnego-serwisu-sa-winni</link><pubDate>Tue, 13 Jan 2026 16:18:40 +0100</pubDate><title>Roksa i tajemnica jej upadku. Czy założyciele legendarnego serwisu z anonsami są winni?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/a389aaffd3425cb1eb036579f91ea588,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Roksa przez blisko dwie dekady była synonimem strony z anonsami towarzyskimi (i bynajmniej nie chodziło tylko o spotykanie się w celach pogawędki). Oficjalnie serwis zniknął z sieci w 2021 roku, ale emocje wokół tej marki i jej założycieli wciąż nie opadły. Czy imperium faktycznie zamknięto na dobre i co stało się z jego twórcami?

Roksa została założona w 2002 i od początku nie była tylko zwykłym portalem ogłoszeniowym, lecz także potężną maszyną do zarabiania pieniędzy. Jej historia to opowieść o ogromnym biznesie opartym na kontrowersyjnej usłudze i nagłym upadku... z epilogiem, który dalej trwa. 
Roksa pod lupą śledczych. Dlaczego to trwało tak długo?
Sukces biznesowy Roksy opierał się na bardzo prostym mechanizmie finansowym. Każde ogłoszenie kosztowało 50 złotych miesięcznie. Mariusz Lewandowski z portalu Bezprawnik.pl wylicza, że przy kilkunastu tysiącach aktywnych ogłoszeń co miesiąc, kasa płynęła szerokim strumieniem". Roksa od strony technicznej wyglądała jak nowoczesna i profesjonalna witryna, a nie jakaś szemrana stronka z rozbieranymi paniami.
Dlaczego zatem tak sprawna machina nagle przestała działać? Powodem stały się restrykcyjne przepisy dotyczące tak zwanego kuplerstwa. Samo świadczenie usług s***ualnych nie jest w naszym kraju zakazane, ale już zarabianie na ich ułatwianiu stanowi przestępstwo. Właśnie ten paragraf z art. 204 Kodeksu karnego przyczynił się do upadku Roksy.
Zatrzymanie właścicieli Roksy. Kulisy akcji policji
Akcja organów ścigania miała wręcz filmowy przebieg i zaskoczyła całą branżę. W naTemat w listopadzie 2021 roku pisaliśmy, że do biur i mieszkań osób zarządzających Roksą wkroczyło blisko 50 policjantów. Zatrzymano łącznie 11 osób, w tym głównego pomysłodawcę serwisu oraz jego brata. Policjanci z Białegostoku zabezpieczyli ogromną ilość sprzętu elektronicznego oraz dokumentację finansową firmy.
Śledczy skrupulatnie policzyli wpływy z całego procederu. Ustalono, że w trakcie działalności portal mógł wygenerować nawet 56 milionów złotych przychodu. Prokuratura uznała, że prowadzenie takiej platformy to nic innego jak zorganizowana grupa przestępcza, która uczyniła sobie z nielegalnego procederu stałe źródło utrzymania.
Wyrok za kuplerstwo. Co to za nowa domena?
O finale sądowym tej sprawy też było głośno. W 2024 roku media obiegła informacja, że główny oskarżony otrzymał karę więzienia w zawieszeniu oraz gigantyczną grzywnę. Miałby on również zwrócić blisko 9 milionów złotych uzyskanych z przestępstwa. Jednak sprawa wcale nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać. Jak przypomina Mariusz Lewandowski, sami właściciele serwisu stanowczo odcięli się od tych rewelacji.
"Do obecnej chwili nikt związany z portalem Roksa nie został skazany przez sąd" – oświadczyli przedstawiciele portalu w komunikacie dla mediów. Wyszło na to, że wyrok opisywany przez niektóre redakcje mógł dotyczyć prawdopodobnie zupełnie innej platformy o podobnym profilu. Prawda o losach założycieli oryginalnej Roksy wciąż pozostaje więc owiana pewną tajemnicą, a procesy mogą być w toku. Świadczy o tym też informacja na samej stronie serwisu.
W międzyczasie w sieci pojawił się równie tajemniczy następca pod adresem z egzotyczną końcówką .sx. Nowa strona do złudzenia przypomina oryginał wraz z charakterystycznym logo, ale deklaruje brak jakichkolwiek opłat. Bezprawnik.pl ostrzega, że korzystanie z takich witryn wiąże się jednak z dużym ryzykiem, ponieważ:
Już sam brak przejrzystego modelu finansowego budzi podejrzenia.
Egzotyczna (karaibska) domena utrudnia dochodzenie ewentualnych roszczeń.
Oryginalni twórcy oficjalnie odcinają się od tego projektu.

To może być zwykła próba wyłudzenia danych lub przejęcia ruchu po znanej marce. Eksperci radzą zachować ostrożność, bo nawet sama oryginalna Roksa ostrzega przed witrynami podszywającymi się pod jej markę.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/a389aaffd3425cb1eb036579f91ea588,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/a389aaffd3425cb1eb036579f91ea588,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Co się stało z serwisem Roksa? Tajemnicze kulisy wyroku</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/637765,muzyk-zginal-w-katastrofie-lotniczej-kilka-dni-wczesniej-przewidzial-wlasna-smierc</guid><link>https://natemat.pl/637765,muzyk-zginal-w-katastrofie-lotniczej-kilka-dni-wczesniej-przewidzial-wlasna-smierc</link><pubDate>Tue, 13 Jan 2026 09:53:43 +0100</pubDate><title>Muzyk zginął w katastrofie lotniczej. Kilka dni wcześniej przewidział własną śmierć</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/df86c744fffd2a49dfb334558eb70552,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Yeison Jimenez, jeden z najpopularniejszych kolumbijskich artystów, zginął w katastrofie lotniczej, do której doszło w minioną sobotę w środkowej Kolumbii. Tymczasem niemal cały świat mówi o tym, że muzyk... przepowiedział swoją śmierć. Kilka dni wcześniej opowiedział swój sen, który okazał się przerażająco proroczy.

Yeison Jimenez był bardzo popularny w swoim rodzimym kraju. Wiadomość o katastrofie awionetki, w której zginął, wstrząsnęła tamtejszą społecznością. Ludzie wspominają dziś jeden z ostatnich wywiadów wokalisty i kompozytora.
Yeison Jimenez przepowiedział swoją śmierć
Muzyk udzielił go dla kolumbijskiej stacji telewizyjnej Caracol. Opowiadał tam m.in. o serii powtarzających się u niego snów. Wyznał, że trzykrotnie już miał wizję o samolocie, którym podróżuje i dochodzi do wypadku. W dwóch snach ostrzegał pilota i udawało się uniknąć tragedii, jednak w trzecim widział już siebie i współpasażerów jako ofiary, o których mówią media.

            
                
            
            – Trzy razy śniło mi się, że będziemy mieli wypadek lotniczy i że muszę powiedzieć pilotowi, żeby zawrócił. (...) W jednym z nich śniło mi się, że zginęliśmy i pokazano nas w wiadomościach. Bóg dał mi trzy znaki, ale ja ich nie zrozumiałem, nie pojąłem ich znaczenia – mówił, cytowany przez New York Post.
Z perspektywy czasu i wydarzeń z Kolumbii brzmi to przerażająco. Co więcej, kilkanaście dni wcześniej Jimenez miał uczestniczyć w niebezpiecznym incydencie. Wtedy też podróżował awionetką. Maszyna miała problemy techniczne tuż po starcie i pilot był zmuszony do awaryjnego lądowania.
Nikt nie przeżył katastrofy
Później historia się powtórzyła, ale z tragicznym zakończeniem. 10 stycznia lekka awionetka runęła na ziemię niedaleko lotniska w miejscowości Paipa. Na pokładzie znajdowało się sześć osób, w tym Yeison Jimenez, muzycy z jego zespołu oraz fotograf Weisman Mora. Nikt nie przeżył.
Przyczyna wypadku nie jest jeszcze znana. Sprawę badają służby. Kolumbijska scena muzyczna pogrążyła się w żałobie. Yeison Jimenez był wykonawcą muzyki folk-pop. Miał na swoim koncie ponad 70 utworów. Jego piosenki biły rekordy popularności. Zapraszano go też do jury znanych programów telewizyjnych. Yeison Jimenez miał 34 lata.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/df86c744fffd2a49dfb334558eb70552,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/df86c744fffd2a49dfb334558eb70552,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Yeison Jimenez zginął w katastrofie lotniczej, która przyśniła mu się kilka dni wcześniej</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
