<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[naTemat.pl - Blogi]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii Blogi w naTemat.pl]]></description>
		<link>https://natemat.pl/c/529,blogi</link>
				<generator>natemat.pl</generator>
		<atom:link href="https://natemat.pl/rss/kategoria,529,blogi" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/629927,felieton-tomasza-lisa-jesien-pis-u</guid><link>https://blogi.natemat.pl/629927,felieton-tomasza-lisa-jesien-pis-u</link><pubDate>Sun, 02 Nov 2025 19:01:54 +0100</pubDate><title>Felieton Tomasza Lisa. &quot;Jesień PiS-u&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/d8b2e6434595099363a3cfae4904db72,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Tak się składa, że dwie według mnie najpiękniejsze polskie piosenki są o jesieni lub na jesiennych motywach. Tekst jednej „Mimozami jesień się zaczyna”, śpiewanej przez Czesława Niemena, pochodzi z wiersza Juliana Tuwima. Słowa drugiej „W żółtych płomieniach liści”, śpiewanej przez Łucję Prus i Skaldów, napisała Agnieszka Osiecka.

Było to w zamierzchłych czasach, gdy słowa naszych piosenek były poezją lub ocierały się o poezję i nie wyglądały na twory sztucznej inteligencji ani grafomańskie wypociny beztalenci.
Oczywiście nie o piosenkach dziś i nie o poezji będzie mowa, ale o polityce oraz jej dość jesiennych dla niektórych barwach i nastrojach. Parafrazując Tuwima, dla PiS-u, Kaczyńskiego i działaczy tej partii „nazwiskami jesień się zaczyna”. Codziennie nowy złoczyńca z PiS dostaje zarzuty lub informację, że akt oskarżenia jest już w drodze. Nic nie wskazuje na to, że to koniec tego przyspieszenia rozliczeń. Wręcz przeciwnie.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/d8b2e6434595099363a3cfae4904db72,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/d8b2e6434595099363a3cfae4904db72,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Felieton Tomasza Lisa. &quot;Jesień PiS-u&quot;</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/629006,tomasz-lis-czlowiek-to-brzmi-bzdurnie</guid><link>https://blogi.natemat.pl/629006,tomasz-lis-czlowiek-to-brzmi-bzdurnie</link><pubDate>Sun, 26 Oct 2025 19:08:55 +0100</pubDate><title>Tomasz Lis: Człowiek – to brzmi bzdurnie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/245134d01eaa19a367a24311ab38fa02,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Donald Tusk nazwał ostatnio Jarosława Kaczyńskiego podpalaczem, który generuje w polskiej polityce, i szerzej w Polsce, złe emocje i nienawiść, która może w końcu doprowadzić do nieszczęścia. Podpalacz to dość mocne słowo, ale w odniesieniu do Kaczyńskiego to eufemizm. Gość jest po prostu pozbawiony wyższych uczuć, w tym empatii oraz wszelkich hamulców.

"Człowiek – to brzmi dumnie", pisał po rewolucji bolszewickiej Maksym Gorki, ale w sowieckiej Rosji słowo to wcale dumnie nie brzmiało. Wręcz przeciwnie.
Jarosław Kaczyński jest człowiekiem i politykiem wschodnim. Nie mówię tu o powiązaniach z Rosją czy Kremlem, ale o mentalu. O człowieku, który myśli po wschodniemu. Widzi masy ludzkie, elektoraty, zbiorowości, ale nie pojedynczego człowieka, chyba że ten człowiek nazywa się Tusk albo ktoś inny, kogo akurat chce wykończyć.
Generalnie Kaczyński lubi ludzi sortować i nie przez przypadek elektorat opozycji nazwał 10 lat temu gorszym sortem Polaków, które to słowa nie przyszłyby do głowy i na język żadnemu demokratycznemu politykowi w żadnym demokratycznym kraju, bo taki pokaz pogardy skończyłby się dla niego tragicznie. Ale nieuznający barier i niemający hamulców Kaczyński w język gryźć się nie zamierza. Gardzi ludźmi, nienawidzi ich i nie zamierza się z tym kryć. Nawet kryć mu się z tym nie chce.
Cztery grupy
Ludzie dzielą się dla niego generalnie na cztery grupy. Pierwsza to jego zwolennicy. Nimi też gardzi i uważa za kretynów, ale ich potrzebuje, więc symultanicznie ich albo kupuje, albo ogłupia, by tym łatwiej było mu ich kupić i zmanipulować w przyszłości. W przypływie szczerości prosto w oczy powiedział im kiedyś nawet, że mają głosować i nie przeszkadzać, do czego zresztą karnie się zastosowali. 
Druga grupa to zwolennicy jego oponentów. Nimi gardzi oczywiście bardziej niż swoimi i nie jest skłonny okazywać im żadnych faworów. Trzecia grupa to jego oponenci, czyli wrogowie, których chce pognębić i zniszczyć. 
Czwarta to jego partyjni pretorianie, z którymi zawarł niepisany pakt. Wymaga od nich ślepego posłuszeństwa, za co rewanżuje się gotowością przymykania lub zamykania oczu na ich złodziejstwo, amoralne brewerie oraz chamskie wyskoki. Chamstwo zresztą nagradza, wychodząc z założenia, że im bardziej świnia uświniona, tym bardziej od niego uzależniona i na niego skazana.
Ostatnio wielu ludzi oburzyło się u nas na ekscesy PiS związane z Pegasusem. Z prawnego punktu widzenia jest to przestępstwo i zbrodnia na demokracji. Z moralnego punktu widzenia obrzydliwość. Ale z punktu widzenia Kaczyńskiego to nie jest ani kwestia prawa, ani moralności. 
Kaczyński jest nastawiony do wszystkiego utylitarnie. Wszystko, co służy mu do zdobycia, utrzymania i powiększenia władzy, jest dobre, wszystko, co mu w tym przeszkadza, jest złe. Pegasus mógł być i był pomocny, więc to klepnął. Podsłuchiwanie rodziny Tuska nie wynikało zapewne z jego osobistej niechęci do nich. Teoretycznie mogło mu po prostu ułatwić uderzenie w niego. To wystarczyło. Nic osobistego, można by rzec. Kwestia historycznej i politycznej konieczności i potrzeby. Uważał zapewne, że grzechem byłoby nie skorzystać z narzędzia, które potencjalnie dawało szansę dorwania Tuska.
Dla Kaczyńskiego polityka i życie to gra w chińczyka. Tyle że pionkami są ludzie, a kostką rzuca on. Skoro jako żeton w walce o władzę był i jest w stanie potraktować brata i pamięć o nim, to co będzie się przejmował obcymi.
Ostatnio Kaczyński kategorycznie wystąpił przeciw związkom partnerskim. Osobiście nie ma zapewne nic ani do gejów, ani do ludzi w związkach nieformalnych. Uznał po prostu, że sprzeciw pozwoli mu zmobilizować własny elektorat i wzmocnić sojusz z Kościołem, który oczywiście też traktuje (zresztą z wzajemnością) instrumentalnie. Los ludzi ma gdzieś, ich potrzeby ma w głębokim poważaniu. Liczy się tylko jego potrzeba władzy. To ją trzeba zaspokoić. 
Kaczyński nawet pozbawiony władzy ma pakiet kontrolny w polskiej polityce, bo całkowicie kontroluje wyobraźnię polityczną i emocje jakichś 40 procent Polaków. To z kolei oznacza, że póki żyje, można bez końca gadać o depolaryzacji czy zasypywaniu dzielącego Polaków rowu, ale absolutnie nic nie będzie z tego całego gadania wynikało. Nie zmieni się nic. Póki jest. A może i dłużej, bo w kolejce do schedy po kaczorze czeka całkiem wielu kaczorków.
Może mało to wszystko optymistyczne, ale nadchodzą Zaduszki, czego chcecie?

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/245134d01eaa19a367a24311ab38fa02,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/245134d01eaa19a367a24311ab38fa02,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Lis: Jarosław Kaczyński jest człowiekiem i politykiem wschodnim. Nie mówię tu o powiązaniach z Rosją czy Kremlem, ale o mentalu. O człowieku, który myśli po wschodniemu.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/628197,tomasz-lis-nie-pokochalem-trumpa-czyli-golebie-i-zwyciezcy</guid><link>https://blogi.natemat.pl/628197,tomasz-lis-nie-pokochalem-trumpa-czyli-golebie-i-zwyciezcy</link><pubDate>Sun, 19 Oct 2025 19:40:01 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Nie pokochałem Trumpa, czyli gołębie i zwycięzcy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/cd0025ac647e6b7cacef7ac20ba7b28c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Postępowy świat robi to, co lubi najbardziej i umie najlepiej: oburza się. Oto do pokoju w Gazie doprowadzili panowie Trump i Netanyahu. Jak słyszymy, jeden jest faszystą (w zasadzie obaj nimi są), a drugi zbrodniarzem.

Ok, tylko postępowcy i zwykli durnie mogli wpaść na pomysł, że faszystą jest dziadek Żydów, który ratuje Żydów, a zbrodniarzem gość, który broni żydowskiego narodu przed tymi, którzy chcą go unicestwić. Jest to równie idiotyczne jak twierdzenie Putina, że faszystą jest Żyd Zełenski.
Oczywiście cały ból głowy postępowców wynika z dwóch powodów. Po pierwsze, nie po to domagali się pokoju, żeby doprowadzili do niego ci dwaj. Po drugie, od początku chcieli, żeby Hamas był górą, a Izrael i Żydzi dostali w tyłek. 7 X dostali, propagandowo dostali, ale antysemitom to jednak mało. Mieli Żydów rzucić na kolana, a tu dalej nic.
Nigdy nie byłem i nigdy nie będę fanem Donalda Trumpa, ale gratulacje za pokój w Gazie należą mu się jak psu buda. Nigdy nie byłem wielkim fanem Benjamina Netanyahu, za bardzo przypomina pod względem niektórych inklinacji Kaczyńskiego czy Orbána, ale zbyt dużo wiem o historii Izraela, by nie mieć wątpliwości, że historia uzna go za izraelskiego Churchilla, który w kluczowym momencie potrafił obronić państwo i naród. Będzie więc uchodził za najwybitniejszego izraelskiego przywódcę, może poza twórcą państwa, Davidem Ben Gurionem.
Przy okazji ośmielę się postawić wybitnie zamaszystą tezę. Jeśli jakikolwiek izraelski przywódca doprowadzi do zawarcia na Bliskim Wschodzie trwałego pokoju (jeśli cokolwiek w tym regionie może być trwałe), to właśnie on. Nacjonalista, jastrząb, twardogłowy. Co więcej, nie byłoby to nic dziwnego.
Zawierać pokój mogą w imieniu Izraela tylko politycy, którzy wcześniej udowodnili narodowi, że z Arabami, a szczególnie z Palestyńczykami, się nie patyczkują. Tylko oni, przynajmniej w pierwszym momencie, nie są oskarżani przez Żydów o zdradę.
Ludzie ze zdjęcia
W Jerozolimie kupiłem kiedyś dwa piękne zdjęcia, oba zrobione na początku czerwca 1967 roku w czasie wojny sześciodniowej, w czasie której Izrael zlał tyłki symultanicznie Egiptowi, Jordanii i Syrii. Pierwszym zabierając półwysep Synaj, drugim Zachodni Brzeg Jordanu i Wschodnią Jerozolimę, a trzecim Wzgórza Golan.
Na pierwszym zdjęciu widać trzech izraelskich żołnierzy, którzy stoją pod Ścianą Płaczu. Wszystko prawie dwa tysiące lat po wygnaniu Żydów z ich ziemi. Wzruszające. Na drugim widać idących ramię w ramię uliczką starej Jerozolimy trzech izraelskich wybitnych dowódców. Pierwszy to minister obrony, jednooki Mosze Dajan (snajper trafił kiedyś w trzymaną przez niego lornetkę). Drugi to szef sztabu, Icchak Rabin, trzeci to słynny generał Uzi Narkis.
To Dajan uznawany był za architekta wielkiego wojennego zwycięstwa z 1967 roku. Wszyscy wiedzieli, że to twardziel. Ale dekadę później to właśnie on, razem z pochodzącym z Polski, byłym żołnierzem armii Andersa, Menachemem Beginem, doprowadził do zawarcia w Camp David w Ameryce pokoju z Egiptem. Nie byłoby pokoju bez odwagi i Begina, i prezydenta Egiptu, Sadata. Ten ostatni za zawarcie pokoju z Izraelem zginął w zamachu z rąk islamskich ekstremistów.
Drugi człowiek ze zdjęcia, generał Icchak Rabin, już jako premier doprowadził w 1993 do zawarcia porozumienia z Palestyńczykami i Organizacją Wyzwolenia Palestyny Jasira Arafata. Dokładnie wtedy w siedzibie ministerstwa obrony Izraela (Rabin był i premierem, i ministrem obrony) przeprowadziłem z nim długi wywiad. Załatwiłem go w tempie ekspresowym, bo – jak powiedział mi ówczesny ambasador Izraela w Warszawie – premier był pod wielkim wrażeniem tego, jak polskie władze zorganizowały w Warszawie obchody 50. rocznicy powstania w getcie.
Rabin był byłym wojskowym. Inaczej niż większość polityków, nie zabiegał o sympatię i nie uwodził. Żadnego small talk. Od razu do rzeczy. Kilka lat wcześniej, w czasie pierwszej tzw. intifady, to Rabin powiedział, że Palestyńczykom, którzy rzucają kamieniami w izraelskich żołnierzy, trzeba łamać kości. I łamano. Nie było miękkiej gry.
Tylko ktoś taki mógł lata później podjąć odważną decyzję o pokoju z Palestyńczykami. Ale to dalej nie był gołąbek pokoju. Dokładnie pamiętam, jak w odpowiedzi na moje pytanie o przyszłość Jerozolimy, swym chropowatym głosem powiedział mi: „Jerozolima nigdy nie będzie podzielona, bo to serce i duch Izraela”.
Siedem lat później inny izraelski premier, też generał, zaproponował jednak oddanie Palestyńczykom 96 procent Zachodniego Brzegu Jordanu i połowy Jerozolimy, co lider OWP, Arafat, z obawy, że zostanie uznany za zdrajcę, odrzucił. Nie miał odwagi, którą wcześniej miał Sadat i którą miał Rabin, zastrzelony w zamachu przez izraelskiego ekstremistę, jak wcześniej Sadat przez egipskiego.
Pokój przez siłę
Pokój na Bliskim Wschodzie wymaga jednocześnie i wielkiej wyobraźni, i wielkiej odwagi. Churchillowskiej odwagi, rzekłbym.
Należy tu dodać, że decyzję o wycofaniu Izraela z Gazy i likwidacji tamtejszych osiedli żydowskich podjął ultrajastrząb, premier Izraela, a wcześniej oczywiście też generał Ariel Sharon. Można dyskutować, czy decyzja była rozsądna. Może bez niej nie byłoby 7 października 2023, ale na pewno była odważna. I na pewno podjął ją polityk, który wcześniej dał niezliczone dowody, że Arabom nie odpuszcza. Tylko takiemu Izraelczycy mogli wybaczyć. I zaufać.
Tuż po wspomnianym wyżej wywiadzie z premierem Rabinem rozmawiałem w Jerycho z szefem opozycyjnego Likudu, Benjaminem Netanyahu. Był wściekły na Rabina. Mówił, że Oslo to pułapka, niby pokój, który Arabowie wykorzystają przeciw Izraelowi.
Mówił to człowiek, który stracił brata, izraelskiego komandosa, którego zabili palestyńscy terroryści. To człowiek noszący blizny, urazy i chowający traumy. Jednocześnie człowiek, który pokazał Izraelczykom, jak twardy jest i potrafi być. Jeśli więc ktokolwiek doprowadzi do pokoju, to właśnie on. Może nawet – to dopiero byłby paradoks – dostanie za to pokojowego Nobla. Może nawet z Trumpem. Dostali Begin i Rabin, dlaczego nie miałby dostać Netanyahu?
Pokój przez siłę to jedyny możliwy pokój na Bliskim Wschodzie. Bo przetrwanie państwa Izrael, jedynej realnej gwarancji przetrwania narodu, jaką Żydzi kiedykolwiek mieli, to kwestia egzystencjalna. Pokój, który temu zagraża, w ogóle nie wchodzi w grę. Właśnie dlatego uważam, że jeśli ktoś go może zawrzeć, to właśnie „faszysta i zbrodniarz”, noszący pochodzący od własnego imienia i od króla bluesa B.B. Kinga przydomek Bibi King.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/cd0025ac647e6b7cacef7ac20ba7b28c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/cd0025ac647e6b7cacef7ac20ba7b28c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Lis: Nigdy nie byłem i nigdy nie będę fanem Donalda Trumpa, ale gratulacje za pokój w Gazie należą mu się jak psu buda</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/627341,prawy-do-lewego-nowy-felieton-tomasza-lisa</guid><link>https://blogi.natemat.pl/627341,prawy-do-lewego-nowy-felieton-tomasza-lisa</link><pubDate>Sun, 12 Oct 2025 20:53:01 +0200</pubDate><title>&quot;Prawy do lewego&quot;. Nowy felieton Tomasza Lisa</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/589e26ddb2af04dd29aaf147477ebdde,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jan Józef Lipski napisał kiedyś słynny esej „Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy” o megalomanii i ksenofobii Polaków, za który, ponieważ esej był mądry i prawdziwy, dostał straszne baty od komunistycznej propagandy. Poniższy tekst, parafrazując Lipskiego, powinien nosić tytuł „jedna ojczyzna, dwa antysemityzmy”.

W różnych krajach widzimy, jak działa prawo politycznej podkowy, czyli przyciągania się i upodabniania się różnych polityczno-ideologicznych przeciwieństw i fanatyzmów. U nas działa to może nawet najbardziej spektakularnie, cholera wie, może dlatego, że podkowa to pewien symbol przez stulecia najbardziej ukochanego przez Polaków zwierzęcia. Podkowa oczywiście finalnie Polskę tratuje. Tak się kończą pozbawione bezpieczników fascynacje.
Spójrzmy na naszą polską podkowę. Na jednym jej końcu skrajna prawica, na drugim fanatyczna skrajna lewica. Dzieli je prawie wszystko. Lewicowcy powiedzą, że skrajna prawica to brunatni, naziści lub przynajmniej faszyści, których powinno się izolować, a najlepiej zamykać.
Z drugiej strony skrajna prawica powie wam, że skrajna lewica to lewactwo, komuchy, czerwoni i w ogóle „a na drzewach zamiast liści…”, jak głosi wybitnie mało wyrafinowany wykwit naszej myśli prawicowej i prawicowego literackiego antytalentu.
Dzieli więc skrajną prawicę i skrajną lewicę prawie wszystko. Prawie, bo jesteśmy w Polsce, więc łączy je to, co Polaków łączyło zawsze, Żydzi, niechęć lub nienawiść do Żydów.
Prawica zawsze nienawidziła, bo zabili nam Pana Jezusa, a do tego Żydzi rozpijali Polaków i uderzali w nasze ekonomiczne interesy. Lewica nienawidzi Żydów nie ze względu na zamordowanie Jezusa, sama to gorliwie robiła przez dziesięciolecia, ale przez to, że zabijają biednych Palestyńczyków. Nawiasem mówiąc, sojusz niby postępowej i progresywnej lewicy z wczesnośredniowiecznym kultem śmierci, które reprezentuje wszystko, co jest totalnym zaprzeczeniem lewicowych ideałów, prawa kobiet, ludzi LGBT czy tolerancja religijna, to jeden z największych absurdów naszych czasów.
Nie chcę tu wchodzić w niepotrzebne rozważania, czy Braun jest gorszy niż Zandberg, czy odwrotnie. Pomijam też magiel i plotki, że obaj wywodzą się z narodu, który ich antysemityzm czyni szczególnie perwersyjnym. Nie moja sprawa, ja nikomu do gaci zaglądać nie będę. Po co ich zresztą różnicować, obaj, z różnych powodów, robią równie niemądrą i szkodliwą robotę, upowszechniając niestety chorobę psychiczną, jaką jest antysemityzm.
Z pewnego punktu widzenia Zandberg jest jednak według mnie gorszy. Braun reprezentuje klasyczną, nieskalaną nadmierną refleksją, swoiście autentyczną i biologiczną myśl prawicową: nienawidzimy Żydów i gardzimy Żydami i chcemy z nimi walczyć. To nienawiść w całej swej brunatności czysta i niepokalana. Wszystko jest jasne i widoczne jak na dłoni.
Antysemityzm lewicowy jest bardziej wyrachowany, na swój pokraczny sposób wyrafinowany i pełen hipokryzji. Nienawidzimy Żydów, bo Izrael uprawia kolonializm, a my bronimy ofiar kolonializmu, bo tak nam nakazują nasze sumienie i nasza szlachetność. Czyli to nie nienawiść z trzewi, domagająca się potępienia i zasługująca na potępienie, ale nienawiść wyrafinowana i uszlachetniona, zasługująca na uznanie i podziw.
I tak było zawsze. Naziści nienawidzili i gardzili, a potem mordowali z nienawiści czystej i nieokiełznanej. Lewicowcy w imię wielkiej i dobrej idei. Ich nienawiść i mordercze instynkty były podbudowane erudycją, a nawet religijnością lub instynktami parareligijnymi. Lenin był dobrze wyedukowany, Stalin skończył szkołę cerkiewną, a Castro katolicką. Pol Pot, zanim wymordował półtora miliona ludzi, studiował na Sorbonie. Może Mao był prostakiem, ale cała reszta miała pewne intelektualno-duchowe szlify. W efekcie zabijali nie z nienawiści, ale dla dobra ludzkości lub przynajmniej w interesie ludu pracującego.
Stalin w imię dobra ludzkości wymordował miliony, a w imię świetlanej przyszłości zagłodził kolejne miliony i zbudował Gułag. W imię walki z uciskiem zbudowano najbardziej makabryczny i morderczy ustrój w historii. Komuniści kochali ludzkość, ale nienawidzili człowieka. Nie przez przypadek Majakowski pisał „jednostka zerem, jednostka bzdurą, głosik jednostki cieńszy od pisku (…). Partia to ręka milionopalca, w jedną miażdżącą pięść zaciśnięta”. Jednostka ma więc prawo istnienia, pod warunkiem że w partii i podporządkowana jedynie słusznej postępowej idei.
Antysemityzm lewicy też jest bardziej załgany niż prawicowy i bardziej pokrętny, plus nasycony hipokryzją. To w ogóle antysemityzm? Ależ skądże znowu, to antysyjonizm i antyizraelskość. Tu subtelność jest jednak bardzo wątpliwa, bo nazywanie antysemityzmu antysyjonizmem praktykowali już Gomułka z Moczarem, a od tej tradycji Zandberg na pewno kategorycznie by się odciął. Co z tego jednak, że by się odciął, skoro dokładnie tę tradycję kontynuuje, jakich zaklęć dla ukrycia tego by nie używał.
Nie ma co oczywiście marnować czasu na stratyfikacje antysemityzmu i jego wysublimowaną dywersyfikację. Frankizm jest zawsze zły, niezależnie od tego, czy uosabia go generał Franco, czy ktoś inny. Chorobę psychiczną zaś warto starać się zrozumieć, ale przede wszystkim trzeba ją leczyć.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/589e26ddb2af04dd29aaf147477ebdde,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/589e26ddb2af04dd29aaf147477ebdde,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Lis o polskiej prawicy i lewicy</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/626417,lord-holownia-nowy-felieton-tomasza-lisa</guid><link>https://blogi.natemat.pl/626417,lord-holownia-nowy-felieton-tomasza-lisa</link><pubDate>Sun, 05 Oct 2025 18:57:30 +0200</pubDate><title>&quot;Lord Hołownia&quot;. Nowy felieton Tomasza Lisa</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b6f30c09fd6dbc727579b6f42ae46988,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W tych dniach Polska zasadnie żyje początkiem konkursu chopinowskiego. Cały ten nadchodzący czas to zasadny ukłon w stronę naszego wielkiego rodaka, który podbił Paryż za życia, a świat cały po śmierci. Chopinowi oddałem tu hołd przed tygodniem. Dziś zaś czas na pokłonienie się innemu wielkiemu Polakowi, który, nie tak jak Chopin oczywiście, ale jednak realnie, odniósł międzynarodowy sukces. Mowa o Josephie Conradzie.

Paradoksalnie do złożenia mu pokłonu i napisania tego tekstu skłonił mnie Szymon Hołownia, którego ostatnia polityczna wolta przywołała u mnie skojarzenie z najsłynniejszym bohaterem Conrada, Lordem Jimem.
Jim, kto nie pamięta, w dwóch zdaniach przypomnę fabułę, był marynarzem na statku Patna, który tonął w czasie rejsu, wioząc setki pielgrzymów. Gdy katastrofa wydała się nieuchronna, większość załogi, z kapitanem na czele, wskoczyła do szalup ratunkowych. Wśród nich był Jim.
I tu pojawia się Hołownia. Swoją polityczną Patnę, w efekcie niemądrych manewrów, doprowadził do katastrofy, a gdy zaczęła tonąć, zeskoczył z mostku kapitańskiego i pierwszy wskoczył do szalupy. Zdziwiło to tylko tych, którzy nie zorientowali się na czas, że w partii pod tytułem Polska 2050 Hołowni zawsze chodziło wyłącznie o Hołownię, ucieczka Hołowni z pokładu nie tylko nie była więc dziwna, ale była oczywista i logiczna.
Hołownia do szalupy wskoczył sam, bo los frajerów z załogi, o pasażerach nie wspominając, jest mu doskonale obojętny. Uwierzyli mu, frajerzy, to niech idą na dno. Sami. Szymuś chce być komisarzem ONZ do spraw uchodźców, choć kwalifikacje ma wyłącznie do tego, by być komisarzem do spraw uciekinierów, a to jednak zdecydowanie nie to samo.
Bóg Hołownia
Wracając do lorda Jima, Patna, wbrew jego i większości załogi przewidywaniom, jednak nie zatonęła. Załoga miała więc stawić się w sądzie i zasiąść na ławie oskarżonych. Większość oczywiście z tej szansy nie skorzystała. Trawiony wyrzutami sumienia Jim uznał, że wprawdzie w chwili próby zachował się niehonorowo, ale jako jednak człowiek honoru odpowiedzialności unikać nie może, i stawił się w sądzie. I tu metafora oraz odniesienie do Hołowni się kończą. 
Hołownia bowiem, znam gościa i wiem, co mówię, do żadnej odpowiedzialności się nie poczuwa. Za nic odpowiadać nie zamierza i z niczego tłumaczyć się nie chce. Więcej, zapewniam Was, że już niedługo wytłumaczy nam, że padł ofiarą niezrozumienia, hejtu i cholera wie czego. Więcej jeszcze, robiąc z nas kompletnych kretynów, będzie przekonany o prawdziwości własnych słów. 
„Nie będziesz miał innych bogów przede mną”, to pierwsze przykazanie Boga Hołowni. Drugie – Hołownia rację ma zawsze. Nie jest więc Hołownia lordem Jimem. Nie ma honoru, nie ma wyrzutów sumienia, nie ma zdolności do autorefleksji.
Hołownia bardziej niż lorda Jima przypomina więc bohatera innej zakończonej katastrofą morskiej wyprawy. W 2012 roku kapitan promu Costa Concordia, Francesco Schettino, poprowadził statek prosto na skały. 32 osoby zginęły. Schettino został skazany na kilka lat więzienia. W czasie procesu okazało się, że w chwili katastrofy na mostku kapitańskim była mołdawska tancerka, jego kochanka, przed którą się popisywał.
Schettino też jako jeden z pierwszych wskoczył do szalupy. A na pokład nie chciał wrócić, mówiąc, że jest zbyt ciemno. Szef straży przybrzeżnej, widząc to tchórzostwo, darł się nawet na niego: „Vado a bordo, cazzo”. Wracaj na pokład, do cholery. Oczywiście nie posłuchał.
Nasz Hołownia to taki Schettino, który po wyjściu z więzienia napisał nawet książkę. Nazwał w niej samego siebie bohaterem, a książkę, co wzbudziło oburzenie graniczące z obrzydzeniem, dedykował ofiarom katastrofy. Trochę tak, jakby Adolf Eichmann dedykował swe pamiętniki ofiarom Holocaustu.
Papież humanitaryzmu
Na pamiętniki Hołowni też przyjdzie czas. Najpierw jednak zrobi album swoich zdjęć z uchodźcami, najchętniej z czarnoskórymi, i będzie pozował na papieża humanitaryzmu. Niewykluczone nawet, że już oczyma wyobraźni widzi siebie odbierającego pokojową Nagrodę Nobla. Może o czymś takim marzyć Trump, to i Hołowni wolno.
Na koniec morał i wnioski z historii z Hołownią. Dożyliśmy czasów, gdy polityczna kariera nie jest nagrodą za trwającą dekady pracę i dorobek życia, ale refleksem chwilowego kaprysu zmiennej politycznej koniunktury i domagającej się nowego towaru, uzależnionej od narkotyku nowości, publiki. 
Churchill, zanim został Churchillem jakiego znamy, miał za sobą kilkadziesiąt lat pracy, Lenin, Stalin czy Mao mieli za sobą dekady działalności rewolucyjnej. Podobnie Castro. Taki Kaligula musiał się przynajmniej dobrze urodzić. Dziś, dzięki skretynieniu mediów i mediom społecznościowym, wystarczy chwila, powiew wiatru nastroju, by wskoczyć na falę i surfować do władzy i zaspokojenia ego. Polityczny „Mam talent”. 
Demokracja się zdemokratyzowała, ale nie zmądrzała. Ludzie też nie zmądrzeli, więc nawet nie spostrzegli, gdy zaczęło być w demokracji jak w parodii mądrości z Forresta Gumpa: „Demokracja jest jak pudełko czekoladek”, musisz jednak pamiętać, że często i pudełko jest puste i w połowie papierków nic nie ma.
Zacząłem tekst od Conrada i Lorda Jima. Dopiero dochodząc do pointy poczułem, że w tekście o Hołowni bardziej stosowne byłoby odniesienie do innej powieści Conrada, „Jądro ciemności”. Hołownię ten tytuł mógłby speszyć, ale szybko wyjaśniłbym mu, że ta powieść Conrada zainspirowała Francisa Forda Coppolę do nakręcenia „Czasu apokalipsy”, więc powinien uznać to skojarzenie za pochlebstwo. Wiecie, co jest najśmieszniejsze? Hołownia by to przyjął. Gdyby jeszcze tylko mógł go zagrać Marlon Brando.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b6f30c09fd6dbc727579b6f42ae46988,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b6f30c09fd6dbc727579b6f42ae46988,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Lis: Hołownia do szalupy wskoczył sam, bo los frajerów z załogi, o pasażerach nie wspominając, jest mu doskonale obojętny</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/625595,felieton-tomasza-lisa-swiata-obywatel-e</guid><link>https://blogi.natemat.pl/625595,felieton-tomasza-lisa-swiata-obywatel-e</link><pubDate>Sun, 28 Sep 2025 18:46:23 +0200</pubDate><title>Felieton Tomasza Lisa. &quot;Świata obywatel(e)&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/91ffa9e25c1f391db071d1bd9a04e0d5,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zamordowany kilkanaście dni temu amerykański konserwatywny komentator, Charlie Kirk, potwierdził po śmierci, jak niezupełnie respektowana jest zasada "o zmarłych dobrze albo wcale". Po jego śmierci mówią o nim albo z entuzjazmem, albo z obrzydzeniem, co uznaję za pewien jego sukces, ale co w oczach większości sukcesem wcale być nie musi.

Sam do poglądów Kirka stosunek mam niejednoznaczny. W niektórych sprawach zgadzam się z nim całkowicie (Izrael i Żydzi), w innych (np. Ukraina) – w ogóle. Śledziłem różne jego wypowiedzi na rozmaite tematy, ale z oczywistych względów moją uwagę najbardziej przykuła jego opinia o Polsce, która jego zdaniem nie dała światu żadnej znanej marki ani słynnego produktu. 
Kirk mógł nie wiedzieć, że to w Polsce wynaleziono widelec, którym – wg pewnego polityka PiS – nauczyliśmy nawet jeść Francuzów. Mógł też nie wiedzieć, że to w Polsce pewien gość odkrył, że Ziemia krąży wokół Słońca, a nie odwrotnie. I kwestia sztućców, i obrotów sfer niebieskich wydaje mi się ważna, ale nie o widelcu i nie o Ziemi pomyślałem, usłyszawszy dictum Kirka.
Dwa uczucia
Ponieważ mamy koniec września roku, który na końcu ma cyfrę 5, jesteśmy w przededniu Konkursu Chopinowskiego, wydarzenia artystycznego o charakterze globalnym. I niewątpliwie Chopin jest niezmiennie naszym wspaniałym towarem eksportowym. Gdy wpiszemy w wyszukiwarkę "najbardziej znane polskie produkty eksportowe", przeczytamy głównie o produktach spożywczych (kiełbasa), wódce, jabłkach, paszach, meblach i rzeczach przydatnych przy budowie domu – oknach (niestety nie na świat) czy drzwiach. Dramatu więc nie ma, choć i powodów do dumy też nie. 
Ale nie samymi produktami człowiek żyje. Myślę sobie, że my, Polacy, daliśmy ludzkości coś więcej i coś bardziej znaczącego niż produkty. Uczucia. Szczególnie dwa – wzruszenia i solidarność. 
Najsłynniejszym producentem tych pierwszych był oczywiście nasz Fryderyk Chopin. Tych drugich – robotnicy ze Stoczni Gdańskiej z Lechem Wałęsą na czele. 
Z tą solidarnością to oczywiście trochę lipa i kant. Jest bowiem dziwactwem, że może największy ruch społeczny w historii świata słowem "Solidarność" ochrzczono w kraju, w którym solidarność jest fikcją, a w którym standardem są kłótliwość i swarliwość, normą zaś podział i niechęć do bliźniego swego. Ale co tam, świat w tę naszą bajkę uwierzył. To się liczy. 
Z Chopinem lipy ani picu nie było i nie ma. Wzruszał i wzrusza na wszelkich szerokościach i długościach geograficznych, na wszystkich kontynentach i we wszelkich klimatach. Frycka – czego nie ukrywam i czego on sam nie uznałby, mam nadzieję, za uzurpację i nietakt – uważam za sąsiada i przyjaciela. Gdy w niedziele przed południem otwieram balkon, to po sobotnich rykach, które dochodzą do mnie ze stadionu Legii, mam cudowne dźwięki koncertu chopinowskiego w Łazienkach. 
Koło pomnika Fryderyka w Łazienkach przechodzę 4 razy dziennie. Myślę o nim ciepło zawsze, kłaniam mu się niezmiennie i nie mam pretensji, że się nie odkłania, zresztą byłoby mu trudno, skoro obrócony jest bokiem do bram parku. 
Co zwraca moją szczególną uwagę, to liczba Chińczyków i Japończyków i generalnie Azjatów przychodzących zobaczyć pomnik. W lecie i nie tylko. I co tu się dziwić. 10 lat temu konkurs wygrał Południowy Koreańczyk, a wśród laureatów była też dwójka Amerykanów pochodzenia chińskiego. 4 lata temu z kolei konkurs wygrał Kanadyjczyk z Chin, a Japończycy są w czołówce prawie zawsze. Podobnie jak Rosjanie. 
Japończyków można też spotkać bardzo wielu koło Wyższej Szkoły Muzycznej na ulicy Okólnik, wielu z nich uważa bowiem, że gry na pianinie, a Chopina w szczególności, należy się uczyć w kraju jego pochodzenia, gdzie na ziemi są wierzby płaczące, a w powietrzu fluidy chopinowskie. Niezwykły jest swoją drogą ten chopinowski uniwersalizm, który sprawia, że akordy jego muzyki dotykają najdelikatniejszych strun w duszach i sercach ludzi tak różnych kultur i tożsamości.
Dla serc
Tak, mam dla Chopina, jak wielu Polaków, stosunek specjalny. Jak każdy, mam wobec swoich rodziców dług wdzięczności za dwie rzeczy w szczególności: za zaszczepioną mi miłość do sportu oraz do Chopina właśnie. Nie była to epoka YouTube’a ani Spotify. Chopina słuchałem więc na płytach winylowych, a nawet pocztówkowych, co zresztą nie miało znaczenia. Dziś więc, gdy słyszę jedno czy drugie preludium Chopina, przed oczami mam kręcącą się na adapterze Bambino 4 płytę pocztówkową. 
TVP Kultura wtedy też nie było (choć kulturę traktowano lepiej niż dziś). Pierwszy rejestrowany przeze mnie myślą Konkurs Chopinowski w 1975 roku śledziłem więc dzięki dość paskudnemu z wyglądu radzieckiemu radioodbiornikowi Wiega. Moją faworytką była zresztą radziecka pianistka Dina Joffe, ale gorycz jej porażki (zajęła drugie miejsce) wynagrodziło mi zwycięstwo młodego, wyglądającego jak Chopin, z Katowic – Krystiana Zimermana. 
5 lat później skojarzenie Chopina ze Związkiem Radzieckim było jeszcze bardziej naturalne, bo dwie największe postaci konkursu – faworyt publiczności, Jugosłowianin Iwo Pogorelić, i jurorów, Wietnamczyk Dang Thai Son – studiowały w tym samym moskiewskim konserwatorium muzycznym. Zresztą podobnie jak laureat z 1985 roku, Stanisław Bunin, którego, ponieważ studiowałem już wtedy w Warszawie, a z biletami było łatwiej niż dziś, mogłem wysłuchać osobiście w Filharmonii Narodowej na Jasnej, 3 minuty na piechotę od siedziby programów informacyjnych TVP, gdzie zacząłem pracować 5 lat później, po wielkim przełomie z 1989 roku. 
Mało kto pewnie wie, że 400 metrów od filharmonii, w ewangelickim kościele Świętej Trójcy, 15-letni Fryderyk koncertował dla cara Aleksandra. Car jako dowód podziwu dał mu nawet w prezencie pierścionek z brylantem. Lata później, już w Paryżu, Chopin odrzucił propozycję zostania pierwszym pianistą jej carskiej mości, a pierścionek sprzedał. Jako ośmiolatek grał także dla carowej Marii Fiodorowny i kilkukrotnie w Belwederze dla brata cara, księcia Konstantego. W tym samym Belwederze, w którym powstańcy listopadowi chcieli księcia zabić – ten jednak uciekł.
Ktoś powiedział, że Bach komponował na chwałę Boga, Beethoven na chwałę ludzkości, a Chopin na chwałę fortepianu. Choć ja wolę myśleć, że grał nie ku pokrzepieniu serc, ale dla serc, dla piękna i niebios. 
O Polsce zresztą też nie zapominał. Klęską powstania był zdruzgotany, a dzieckiem rozpaczy była Etiuda Rewolucyjna. 
À propos serca – szczęścia w miłości raczej nie miał. Miał wg swoich współczesnych talenty rozmaite, od literackiego przez malarski po aktorski (podobno doskonale naśladował ludzi). Kochankiem był jednak średnim. Jego miłość, George Sand, skarżyła się, że w związku z nim była raczej w celibacie i raczej mu matkowała. Najwyraźniej choroba, smutki, rozczarowania i rozpacze muzyce Chopina robiły dobrze. Karierze jego też. Miał więc pełne prawo napisać o nim Norwid: "rodem warszawianin, sercem Polak, a talentem świata obywatel". 
Norwid zresztą szczęścia w miłości i w życiu nie miał w ogóle. Gdy więc Chopin zmarł w kamienicy na słynnym placu Vendôme, naprzeciw której dziś jest superekskluzywny hotel Ritz, to Norwid, utraciwszy wcześniej słuch i wzrok oraz resztkę majątku i złudzeń – w paryskim przytułku. I podczas gdy Chopina pochowano na słynnym cmentarzu Père-Lachaise, a jego sąsiadami są między innymi Proust, Balzac, Hugo i Oscar Wilde, a jego grób jest wśród najchętniej odwiedzanych obok grobów Édith Piaf, Marii Callas i Jima Morrisona (brak szczęścia w miłości chyba dobrze robi pośmiertnej sławie), to Norwida pochowano na skromnym cmentarzu kilkadziesiąt kilometrów od Paryża.
Świata obywatel
Nie wiadomo oczywiście, co stałoby się z talentem Chopina, gdyby na dłużej dostali go w swe łapy Polacy i poddali go charakterystycznej dla siebie obróbce heblem i młotkiem. Ale umknął zawczasu. Gdy miał lat 12, w kronikach warszawskich napisano, że "gdyby młodzieniec ten urodził się w Niemczech czy we Francji, ściągnąłby już zapewne na siebie uwagę wszystkich. Niech wzmianka ta służy za wskazówkę, że i na naszej ziemi rodzą się geniusze". 
Chopin, talentem świata obywatel, podbił serca sobie współczesnych i przyszłych pokoleń. Samo zaś jego serce do Polski przemycała jego siostra i musiało minąć prawie sto lat, zanim spoczęło w godnym dla siebie miejscu – wmurowane w kolumnę w kościele Świętego Krzyża, kilkadziesiąt metrów od dwóch miejsc, w których w Warszawie mieszkał: pałacu Czapskich, dziś siedziby ASP, i Pałacu Kazimierzowskiego, w którym dziś mieści się rektorat UW. Kilkadziesiąt metrów, należy dodać, od Pałacu Zamoyskich, z którego w czasie Powstania Styczniowego rosyjscy żołnierze wyrzucili przez okno na ulicę jego fortepian, co Norwida skłoniło do napisania, że "ideał sięgnął bruku". 
Rosyjscy żołnierze mieli dla Chopina zdecydowanie mniej szacunku niż rosyjscy pianiści uczestniczący w konkursach chopinowskich. Podobnie jak Niemcy, którzy w czasie wojny wysadzili w Łazienkach jego pomnik, słusznie uznając, że będzie to cios w samo serce Polaków, mieli go zdecydowanie mniej niż oficer Wehrmachtu, który ocalił w warszawskiej kamienicy ukrywającego się w niej Władysława Szpilmana, wcześniej wysłuchawszy w jego wykonaniu Nokturnu nr 20 – co cudownie pokazał w filmie Pianista Roman Polański. 
Ale Chopin był za mocny, by mogli mu zaszkodzić ruscy żołnierze i dynamit. Grał niebiosom, a te ofiarowały jego muzyce wieczność. 
Msza żałobna po śmierci Chopina odbyła się w słynnym paryskim kościele Madeleine, w którym zagrano mu Lacrimosa z Requiem Mozarta. Niedaleko kościoła mieszka Roman Polański, polski Żyd, twórca podobnie jak Chopin uniwersalny. 
9 października 2020 roku, niemal dokładnie w rocznicę śmierci Chopina (17 października), wielkoszlemowy turniej Roland Garros wygrała w Paryżu 19-letnia Polka, urodzona w Raszynie, 50 km od Żelazowej Woli, w której urodził się Chopin. Dzień później, na dachu budynku niedaleko kościoła Madeleine, uczestniczyła w sesji fotograficznej dla zwycięzców turnieju, pozując razem ze swym wielkim idolem, Rafą Nadalem, Hiszpanem pochodzącym z Majorki, gdzie najpiękniejsze dni swego życia spędził u boku swej ukochanej George Sand Fryderyk Chopin.
Oto moja przydługa refleksja w reakcji na stwierdzenie, że nic nie daliśmy światu. Muzyczny król i tenisowa królowa Paryża. To tak na dzień dobry. Poza wódką, kiełbasą, drzwiami, oknami i widelcem.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/91ffa9e25c1f391db071d1bd9a04e0d5,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/91ffa9e25c1f391db071d1bd9a04e0d5,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Lis: Fryderyk Chopin jest niezmiennie naszym wspaniałym towarem eksportowym</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/624461,nowy-felieton-tomasza-lisa-teatr-wspolczesny</guid><link>https://blogi.natemat.pl/624461,nowy-felieton-tomasza-lisa-teatr-wspolczesny</link><pubDate>Sun, 21 Sep 2025 19:02:59 +0200</pubDate><title>Nowy felieton Tomasza Lisa. &quot;Teatr współczesny&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/41fa9e7bafe32a631f3fd4289cd5afbc,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Niemal codziennie, wracając z długiego spaceru z moim psem, zatrzymuję się w kafeterii Instytutu Teatralnego na ulicy Jazdów, niedaleko Łazienek. Przyciągają mnie krem z dyni i sałatka grecka (lokowanie produktu).

I paradoksalnie dopiero po kilku miesiącach, przypadkiem jedząc akurat sałatkę grecką, zauważyłem na murze Instytutu tablicę, przypominającą, że w tym miejscu, w Roku Pańskim 1578, „w Jazdowie pod Warszawą” przed królem i królową wystawiono „Odprawę posłów greckich” Jana Kochanowskiego. 
Lokalizacja Instytutu Teatralnego jest więc historycznie doskonale uzasadniona, choć Jazdów nie jest dziś „pod Warszawą”, mimo że blisko skarpy wiślanej, ale niemal w centrum Warszawy, 700 metrów od Placu Trzech Krzyży i mniej więcej tyle samo od Placu Zbawiciela. Jazdów jest, gdzie był, choć dziś znacznie bliżej serca miasta niż kiedyś, za to teatr zmienił lokalizację. Polityczny przeniósł się jakiś kilometr od instytutu do sejmu.
O ile jednak od Sofoklesa, przez Kochanowskiego, Szekspira i Brechta, po Artura Millera, teatr polityczny dał światu dzieła wybitne, o tyle teatr polityczny, jaki serwuje nam się teraz w polskim sejmie, jest wybitnie słabej jakości. Halabardnicy udają w nim gwiazdy, dialogi są miałkie, fabuła banalna, a sceny boleśnie przewidywalne.
Oczywiście popis marnego aktorstwa dają szczególnie politycy PiS. Grają słabo nie tylko ze względu na brak talentu, ale ze względu na szczególny rys tego teatru. Interesuje ich tylko połowa publiczności. Dla niej i pod nią grają, tylko jej oklaskami są zainteresowani. Resztę koncertowo ignorują. Mamy więc polityczny Teatr Polski, w którym za bilety płacą wszyscy, a towar dostają za nie tylko niektórzy.
Aktorzenie polityków PiS
W piłkarskim slangu używa się często słowa „aktorzyć”. Piłkarz efektownie upada, czasem toczy się po murawie jak zwijany lub rozwijany dywan, symuluje uraz czy kontuzję, próbując wywrzeć presję na arbitrze i uzyskać rzut wolny, a najlepiej karny.
Kibice jego drużyny czują i widzą, że to lipa, ale wybaczają, licząc na efekt bramkowy. Ich tolerancja ma jednak charakter warunkowy. Jak uda się zrobić sędziego w konia, to super, ale na końcu liczą się tylko poziom gry i bramki.
W politycznym teatrze z udziałem polityków PiS konwencja jest inna. Politycy aktorzą, robią w konia nie sędziego, ale PiS-owską publikę, a ta, inaczej niż publika stadionowa, nie ma z tym żadnego problemu. Tolerancja dla ściemy jest bezwarunkowa. Więcej, między aktorami a publicznością funkcjonuje specyficzny dorozumiany układ: my udajemy, że umiemy grać oraz że gramy i mówimy serio, a wy udajecie, że tego nie widzicie, a nawet nam wierzycie. 
Aktorów to oczywiście demoralizuje, bo jak może być inaczej, gdy gra się znaczonymi kartami. My kłamiemy, choć udajemy, że mówimy prawdę, oni udają, że wierzą w to, co słyszą, choć doskonale wiedzą, że to pic i łgarstwa. Łgarstwo i manipulacja nie są tu anomalią i odstępstwem od normy, ale standardem, regułą. Manipulacją jest niemal cały przekaz i niemal cała narracja.
Politycy PiS mówią na przykład, że Tusk to rudy Niemiec. Nie ma znaczenia, że nie jest rudy, a tym bardziej nie jest Niemcem. Idzie przecież tylko o to, by jemu, wrogowi, dokopać. 
W tym teatrze, inaczej niż na piłkarskim stadionie, za faule nie dostaje się żółtych czy czerwonych kartek. Dostaje się oklaski. A nagrodą za skuteczne kłamstwa i udane oszustwa jest uznanie publiki. Oczywiście tej własnej. PiS i jego prezydent udają na przykład, że walczą o reparacje od Niemców, ale nawet zwolennicy PiS nie biorą tego poważnie. Wiadomo, że idzie tylko o to, by dokopać Niemcom, przypomnieć o ich historycznych winach i zasugerować publice, że walczymy o jej interesy, a Tuski i tamci nie, bo siedzą w kieszeni Niemców. 
PiS-owcy straszą ludzi imigrantami, a na boku sprzedają im za grube miliony setki tysięcy wiz. Mówią, że w Smoleńsku był zamach, by przypisać Tuskowi współodpowiedzialność za tragedię. Brak jakichkolwiek dowodów jego winy jest zupełnie bez znaczenia. Idzie tylko o to, by go zdeprecjonować, poniżyć i wypchnąć z narodowej wspólnoty. 
PiS i mity
PiS jest doskonały w tworzeniu mitów. Mamy mit PiS-u walczącego z korupcją, mit niedbającego o rzeczy doczesne i oddanego tylko Polsce prezesa Kaczyńskiego, mit PiS-u chrześcijańskiego i moralnego, patriotycznego oraz wiernego historii i narodowej tradycji, mit PiS-u troszczącego się o zwykłych ludzi. Jest nawet mit PiS-u antyrosyjskiego i mit PiS-u, który wcale nie chce wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. 
Zgodność mitów z rzeczywistością jest drugorzędna albo zupełnie nieważna. Nie tworzymy przecież mitów, by pokłonić się rzeczywistości, ale po to, by od niej albo przed nią uciec. Siłą mitu potrafi być to, jak bardzo on od rzeczywistości odstaje.
Ta swoista konwencja teatralno-polityczna wydaje się absurdalna, ale choć mity z rzeczywistością mają niewiele wspólnego, w istotny sposób, wraz z ową konwencją, na nią wpływają. Debata publiczna ulega degradacji i erozji. Prawda jest anihilowana, fakty unieważnione, aktorzy i publiczność tkwią w zdegenerowanej symbiozie fałszu i fikcji.
Polityka przestaje być służbą, a staje się cyrkiem i tanim odpustowym show. Państwo słabnie, kraj karleje, naród durnieje. Teatr potrafi uwznioślić i ubogacać, ale nędzny teatr potrafi wszystko dookoła upodlić.
Nie bardzo wiadomo, jak to zmienić i naprawić, a nawet jak to opisać. Wątpliwe, czy miałby na to ochotę Jan Kochanowski. Na dzisiejsze przedstawienie polityczne, inaczej niż 450 lat temu, Stefan Batory i Anna Jagiellonka zapewne by nie przyszli. A obecności obecnej głowy państwa i jego małżonki akurat w teatrze nikt raczej nie oczekuje.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/41fa9e7bafe32a631f3fd4289cd5afbc,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/41fa9e7bafe32a631f3fd4289cd5afbc,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Politycy PiS uprawiają słaby teatr</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/623489,tomasz-lis-o-rusofobii-krytykuje-prawice-po-ataku-dronow-na-polske</guid><link>https://blogi.natemat.pl/623489,tomasz-lis-o-rusofobii-krytykuje-prawice-po-ataku-dronow-na-polske</link><pubDate>Tue, 16 Sep 2025 10:30:29 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: &quot;Wojna może być tutaj&quot;. Zanim przyjdą Ruscy, musimy pogonić ich V kolumnę w Polsce</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/95b0f0a09fea98968d16bc2a0168ae5b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />10 września 2025 nie był w historii Polski żadnym dniem przełomowym czy wybitnie ważnym, był wszelako dniem znaczącym. Oto w 24 godziny wypełzła spod kamienia, jak robactwo, niemal cała ruska agentura w Polsce. To, że stało się tydzień przed rocznicą sowieckiej napaści na Polskę w 1939, dodawało temu pewnej symboliki i rysu perwersji.

Rosja – banał to i oczywistość – stanowi dla Polski wielkie zagrożenie: militarne i egzystencjalne. Potężne zagrożenie stanowi dla nas jednak także swoista "Rosja wewnętrzna". 
Od dłuższego czasu mówi się już o wielkich rosyjskich wpływach w Polsce, co obrazuje się plastyczną formułą: "Rosja już tu jest". 10 września przekonaliśmy się jednak i zobaczyliśmy na własne oczy, jak bardzo jest, ile jej jest i gdzie jest. Zobaczyliśmy twarze i nazwiska, motywy i argumenty. W takich dniach wybitnie ważne bywa też dudniące milczenie. Mówi więcej niż wszelkie słowa.
Zawsze wystrzegałem się bezrefleksyjnej rusofobii 
Wszelkie zbyt proste emocje i ostentacje, i egzaltacje z zasady mnie odstręczają i odrzucają. Za długo żyłem w PRL-u i za dobrze znam historię, by nie rozumieć i nie czuć zagrożenia ze Wschodu oraz by je bagatelizować. Ale też zbyt szeroko otwarte mam oczy, by nie dostrzec nie tak dyskretnej, swoistej uwodzicielskiej mocy tego, co już ofiarowała światu Rosja.
Trudno mi sobie wyobrazić światową literaturę bez Dostojewskiego i Tołstoja, Szołochowa i Sołżenicyna, Gogola i Czechowa, Bułhakowa i Nabokova, albo muzykę bez Czajkowskiego, Rachmaninowa i Prokofiewa. Irytuje niezdolność Rosjan do wyrażania sprzeciwu wobec rozmaitych zbrodni i ekscesów Putina, ale w Rosjanach chcę widzieć ludzi, a nie tylko niewolników tradycji samodzierżawia.
W Rosji rozmawiałem z prezydentami Miedwiediewem i Gorbaczowem, z obrońcami praw człowieka z czasów sowieckich i z opozycjonistami z czasów obecnych, wreszcie ze zwykłymi Rosjanami, z którymi się świetnie rozmawia i pije wódkę. Rosja zawsze mnie fascynowała – jej historia, blaski i mroki, jej tajemnice i dostojewskie mistycyzmy oraz miazmaty.
Cieszę się, że ze starszą córką mogłem zwiedzić Kreml i zobaczyć Plac Czerwony, a z młodszą – Pałac Zimowy, Carskie Sioło i twierdzę Pietropawłowską, w której więziony był między innymi Kościuszko. 
Było dla mnie przeżyciem szczególnym stać trzy metry od grobów Piotra Wielkiego, który uczynił Rosję mocarstwem, i urodzonej w Szczecinie Katarzyny II, która zafundowała Polsce rozbiory, a swemu byłemu kochankowi, ostatniemu królowi Polski, los wygnańca, dożywającego swoich dni w budynku po drugiej stronie Newy, dobrze widocznym z twierdzy.
Tak, lubię Rosjan – nie tak jak walczących o wolność dzielnych Ukraińców, inaczej, ale jednak. Staram się w nich widzieć ludzi, a nie przede wszystkim poddanych Putina. Mira Andriejewa i Anna Kalińska to dla mnie bardziej świetne dziewczyny i tenisistki niż Rosjanki. Tak jak Miedwiediew i Rublow to bardziej świetni sportowcy niż głównie rosyjscy sportowcy.
Z bojkotowaniem Rosjan po wybuchu wojny też miałem problem. Nie podobają mi się proputinowskie poglądy Anny Netrebko, ale uważam, że ludzkości nie można pozbawiać głosu najpiękniejszego sopranu świata tylko dlatego, że bywa też głosem Kremla.
Ale zostawmy teraz na boku wszystkie te sentymenty
Bo mało sentymentalny jest moment, gdy za płotem toczy się straszna wojna, ruskie drony spadają w Polsce ludziom na łeb, a ruskie sołdaty za czas jakiś mogą znowu się pojawić w Polsce – i to nie tylko w Białymstoku i Augustowie.
Bezrefleksyjna rusofobia to głupota. Ale bezrefleksyjna rusofilia w czasach egzystencjalnego zagrożenia dla państwa i narodu to głupota, a może i zdrada, i zbrodnia.
Symplicyzm bywa umysłową ułomnością, ale bywa też pokłonem złożonym racjonalizmowi. Jak powtarzał próbującej rozwikłać zagadkę zbrodni granej przez Jodie Foster agentce Sterling Hannibal Lecter: Simplicity, Clarice. Czym chciał ją skłonić do podążania ścieżką prostoty, gdy właściwe rozwiązanie jest niemal przed oczami.
A więc simplicity: to jest nasza wojna. Ofiarą jest nasz sojusznik. Agresorem jest nasz wróg, który agresorem może być niedługo nie tylko za pomocą dronów, ale także wobec nas.
Dlatego patrzmy na naszą "Rosję wewnętrzną": na niektórych polityków prawicy wybitnie powściągliwych w krytykowaniu Putina i na całe to prorosyjskie trollerstwo w internecie. Patrzmy, kto co pisze i kto co mówi, oraz dlaczego i po co. Słuchajmy słów i słuchajmy milczenia. Jak mówiono za PRL: kto za tym stoi i czemu to służy.
Polski i Polaków nie stać dziś na naiwność i nadmierne wątpliwości. Tym bardziej teraz, gdy prawie wszystko jest politycznie i moralnie wybitnie klarowne.
Point de rêveries, messieurs, żadnych mrzonek, panowie – powiedział polskiej delegacji apelującej o przywrócenie autonomii Królestwu Polskiemu car Aleksander II. Właśnie, parafrazując: żadnych złudzeń, drogie panie i mili panowie. 
Wojna jest za płotem, ale niedługo może być tutaj. Zanim przyjdzie nam się bić z Ruskimi, musimy pogonić ruską piątą kolumnę w Polsce.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/95b0f0a09fea98968d16bc2a0168ae5b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/95b0f0a09fea98968d16bc2a0168ae5b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Lis o rusofobii.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/622406,tomasz-lis-mamy-w-polsce-antysemityzm-prawicowy-i-lewicowy</guid><link>https://blogi.natemat.pl/622406,tomasz-lis-mamy-w-polsce-antysemityzm-prawicowy-i-lewicowy</link><pubDate>Sun, 07 Sep 2025 18:11:30 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Mamy w Polsce antysemityzm prawicowy i lewicowy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/eb0ab8596f421543559c90fa46664271,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Skrajną prawicę i skrajną lewicę dzieli w Polsce prawie wszystko, podkreślić prawie, ale jedno, poza nienawiścią do Tuska, łączy: Żydzi. Dokładniej – nienawiść do Żydów. Mamy u nas antysemityzm lewicowy i prawicowy, które zlewają się w pewnym punkcie w szeroką i regularnie zalewającą Polskę rzekę.

Ostatnio polscy kibice znaleźli, jak należy sądzić po antysemickiej kloace w internecie, niezwykły powód do dumy. Otóż na meczu koszykówki Polska–Izrael wybuczeli i wygwizdali izraelski hymn "Hatikvah". Ja buczenia na hymnach nie wspieram w ogóle. Byłbym nawet przeciw buczeniu hymnu rosyjskiego. A przeciw buczeniu w czasie "Hatikvah" jestem w szczególności, bo to hymn wspaniałego kraju i wspaniałego narodu. W stworzenie i budowanie siły tego kraju wielki wkład wnieśli polscy Żydzi, wcześniej obywatele państwa polskiego. Z państwem tym sympatyzuję i wydarzenia ostatnich lat tego nie zmieniły, a nawet wręcz przeciwnie.
Po historii z izraelskim hymnem Pan Stanowski z kanału Zero, na portalu X błyskotliwie napisał o fali antyizraelskości, wyłącznie przez Izrael jego zdaniem wywołanej. Pan Stanowski, jak słyszę, edukację skończył na maturze, więc muszę mu trochę wiedzy bezpłatnie podarować.
Otóż antyizraelskość, zwana też antysyjonizmem, to tylko dwa nowe, choć niezupełnie nowe, kostiumy antysemityzmu, który miał się nad Wisłą doskonale setki lat przed tym, gdy ktokolwiek, z Żydami włącznie, usłyszał o Izraelu.
Ów antysemityzm przez setki lat był pracowicie i metodycznie podlewany i pielęgnowany przez nasz Kościół katolicki. Potem wsparła go carska Ochrana, czyli carskie UB, potem nasza endecja, potem narodowi komuniści – partyzanci Moczara, a potem różne inne Brauny.
Antysemityzm zawsze miał się tu świetnie, glebę zawsze znajdował przychylną, niezależnie od ustroju.
Nie Izrael sprawił, że zorganizowana przez endecję dzika nagonka doprowadziła do zamordowania prezydenta Narutowicza, bo został wybrany głosami mniejszości, czytaj: Żydów. Nawiasem mówiąc, na grobie mordercy na starych Powązkach stale składane są kwiaty – widocznie morderca i jego czyn mają tu niezmiennie wielu fanów. 
Antysemityzm nie potrzebował też Izraela, by w latach 30-tych na Uniwersytecie Warszawskim promowano pomysł getta ławkowego i wyrzucania z sal wykładowych, często przy okazji bitych, żydowskich studentów. 
Antysemityzm nie potrzebował Izraela, by palić żydowskich sąsiadów w Jedwabnem i Radziłowie. Nie potrzebował Izraela, by przeprowadzić po wojnie pogrom w Kielcach. 
Nie potrzebował też Izraela, raczej posługiwał się nim, gdy w marcu 1968 roku komuniści–faszyści przeprowadzili w Polsce antysemicką nagonkę i czystkę. 
Nie potrzebował też Izraela antysemityzm, który przez lata potrafił wypominać żydowskie pochodzenie Bronisławowi Geremkowi i Adamowi Michnikowi, ludziom niezwykle zasłużonym dla polskiej wolności.
Antysemityzm nigdy nie potrzebował tu Izraela. Izrael jest dla niego tylko pretekstem i zapalnikiem. Nie byłoby Izraela, byłoby coś innego.
Antysemityzm prawicowy idzie pod rękę z lewicowym
A teraz o tej perwersyjnej chwili, gdy antysemityzm prawicowy idzie pod rękę z lewicowym. Z tego samego powodu, dokładniej – pretekstu.
Właśnie przeczytałem, że na pomoc Gazie udaje się lewicowy poseł KO, Franek Sterczewski. Nie wiadomo, czy pan Franek bardziej woli być politykiem, czy lewicowym celebrytą, ale lewicowym celebrytą lubi być bardzo. Niedawno biegał koło granicy z Białorusią z wielką siatką z Lidla czy Ikei, co miało być symbolem jego wsparcia dla imigrantów i ich bezproblemowego przyjmowania. Wyglądał rzeczywiście jak półgłówek, więc nie dziwię się, że prawicowy mob przez kilka miesięcy miał z niego straszną polewkę.
Pan Franek nie jedzie oczywiście do Jemenu, gdzie z głodu umierają setki tysięcy, ani do Syrii, gdzie przez islamistów zabijane są teraz dziesiątki tysięcy. Obie te zbrodnie w oczach ideowych kumpli Franka mają jednak wielką wadę. Żadna z nich nie jest popełniana przez Izrael. A przecież to walka z Izraelem nakręca i doprowadza teraz do orgazmu lewicowych Franków tego świata. Zachodnia lewica drze się: "wolna Palestyna", a niezdolna do wymyślenia czegokolwiek własnego lewica polska bezmyślnie to papuguje.
Lewica świata uznała, że walka z Izraelem to walka z kolonializmem, co w swym bezgranicznym kretynizmie jest nawet zabawne. Otóż Żydzi ziemie, które zamieszkują teraz, zamieszkiwali już ponad tysiąc lat przed naszą erą, setki lat przed narodzinami islamu. Są więc Żydzi rdzennymi mieszkańcami tej ziemi. Zarzucanie im więc kolonializmu byłoby tak głupie, jak zarzucanie go Indianom w Ameryce Północnej. Głupie, nieprawdaż?
Co nie znaczy, że kolonializm nigdzie nie występuje. Owszem, występuje – w Europie i w Ameryce Północnej, stopniowo podbijanych przez miliony muzułmanów, średnio skłonnych do akceptowania, respektowania i praktykowania norm kulturowych Zachodu. Co jest nawet zrozumiałe. Islam nie jest bowiem religią, ale w swej istocie jest ruchem politycznym, którego prawdziwym celem jest demograficzna dominacja, a potem podbój całego Zachodu.
Całe to zachodnie i polskie Hamasiarstwo w swej bezgranicznej głupocie tylko w tym pomaga. Dla niego bowiem islamiści to sojusznik w walce z tradycyjnym porządkiem, którego filarami są chrześcijaństwo i judaizm.
Na Bliskim Wschodzie celem islamistów nie jest oczywiście jakieś rozwiązanie dwupaństwowe, ale likwidacja państwa Izrael i zepchnięcie Żydów do morza. Wymaganie od mądrego narodu, jakim są Żydzi, by wychodzili temu planowi naprzeciw, jest wszelako pewną przesadą. Jak powiedziała premier Izraela, Golda Meir: nie negocjuje się z tymi, którzy przyszli cię zabić.
Golda miała rację, a jednak jej następcy, wbrew interesom własnego państwa i narodu, próbowali Palestyńczykom wyjść naprzeciw, oferując nawet własne państwo. Wszystkie propozycje zostały oczywiście odrzucone. Nie szło bowiem nigdy o palestyńskie państwo, które koegzystowałoby z państwem Izrael, ale o to, by powstało ono tam, gdzie jest Izrael. Wymaganie od Żydów zgody na kolejny Holocaust też jest jednak pewną przesadą.
Trudno oczywiście kibolsko–internetowemu mobowi, buczącemu w czasie izraelskiego hymnu, zrozumieć, że to Izraelczycy bronią dziś naszej chrześcijańskiej cywilizacji przed islamizacją i unicestwieniem. Trudno to też zrozumieć Frankom tego świata. Franek walczy u nas o prawa ludzi LGBT. Ale gdyby próbował o nie powalczyć w Gazie, islamiści zrzuciliby go z dachu razem z jego kolegami gejami, co zresztą entuzjastycznie praktykują.
Jak Franek chce w tamtej części świata zobaczyć kraj, w którym dwaj geje trzymają się za ręce, to musiałby pojechać do Tel Awiwu, w tak znienawidzonym przez niego Izraelu. Może powinien. W tym strasznym Izraelu Palestyńczycy zasiadają w parlamencie. A w tej biednej Gazie izraelscy zakładnicy już prawie dwa lata ukrywani są w zbudowanych przez Hamas tunelach. I jeśli ktoś nie wierzy hamasowskiej, tępej jak pisowska propagandzie, to wie, że są to jedyni naprawdę głodujący w Gazie.
W kwestii Gazy wielu zarzuca Izraelowi, że używa siły nieproporcjonalnej i w ogóle zachowuje się nieproporcjonalnie. Pytam się jednak – i pytanie tu też zadaję – co byłoby odpowiedzią proporcjonalną na skalkulowaną operację zamordowania ponad 1400 ludzi, palenia ich żywcem, odcinania im głów, gwałcenia nastolatek i strzelania do dzieciaków na festiwalu muzycznym jak do kaczek, zabijania starców i niemowlaków. Co konkretnie? Coś, co pewnie strasznie wzburzyłoby Franków tego świata, choć za grosz nie wzburzyło ich to, co stało się 7 października 2023 roku, może dlatego, że zarzynano wtedy Żydów.
Co do palestyńskich aspiracji. Zabijając wielką liczbę Żydów, a potem wpadając masowo w orgiastyczną ekstazę po rzezi, Palestyńczycy na dekady unicestwili szanse na poparcie przez większość Izraelczyków jakiejkolwiek inicjatywy pokojowej. A rozmawiałem w chwili wielkiego przełomu z izraelskimi przywódcami, Icchakiem Rabinem i Szimonem Peresem, i wiedziałem, jak wielką pracę psychologiczną wykonują, by zgodzić się na porozumienie z ludźmi, którzy – nie mieli złudzeń – chcieli ich zabić.
A co do palestyńskiego państwa. Gdyby palestyńscy terroryści zamordowali z zimną krwią 1400 Polaków z podwarszawskich miejscowości, to na pomysł podarowania im za to w prezencie, oddalonego o 100 km od Warszawy własnego państwa, zareagowalibyśmy wybitnie jak na nas zgodnie: wypie…ć. I nie potrzebowalibyśmy do tego żadnego Netanjahu. Zdrowy rozsądek całkowicie by wystarczył. Niewykluczone, że tego zdania byliby także kibolscy i internetowi antysemici, a także nasz dzielny, walczący z kolonializmem Franek.




]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/eb0ab8596f421543559c90fa46664271,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/eb0ab8596f421543559c90fa46664271,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Lis: Mamy w Polsce antysemityzm prawicowy i lewicowy</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/621401,tomasz-lis-przede-wszystkim-nie-spi-przyc</guid><link>https://blogi.natemat.pl/621401,tomasz-lis-przede-wszystkim-nie-spi-przyc</link><pubDate>Sun, 31 Aug 2025 19:15:29 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Przede wszystkim &quot;nie spi*przyć&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/7503630b7dfc8f3a60b6b318223bac86,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Znajoma z Niemiec, której moje teksty bardzo się podobają (to oczywiste), zwróciła mi uwagę, że może już dość z tą powyborczą traumą i czas napisać coś optymistycznie...

Znajoma jest z Polski, ale jest już nad Renem tak długo, że cholera wie, czy ona bardziej Polka, czy Niemka. Ale choć urodzonym po wojnie, wiem, że z Niemcami trzeba ostrożnie. Ale generalnie żaden problem. Może krawiec uszyć garnitur na miarę, a szewc zrobić buty na obstalunek, to ja mogę napisać tekst "na zamówienie". 
Poza tym uwagę wziąłem sobie do serca, bo zawsze uważałem, że artystów i dziennikarzy za nudzenie powinno się skazywać na wieczne potępienie i najwyższy wymiar kary, najlepiej gilotynę, bo jak piszą bez głowy, to i tak niewiele ryzykują.
Teraz na serio
Temat optymistyczny podejmuję w kontekście nieco perwersyjnym, bo tydzień temu robiłem tu sobie jaja z historii ku pokrzepieniu serc. Więc dziś będzie ku pokrzepieniu serc, ale nie po sienkiewiczowsku. 
Do tego z elementami trochę, a nawet szalenie pesymistycznymi. Bo temat tekstu nie zmienia faktu, że pragnę dalej korzystać ze swoich praw i wywiązać się ze swych obowiązków. Prawem jest w Polsce melancholia, a obowiązkiem malkontenctwo.
Tacy Amerykanie odczuwają obowiązek terroryzowania bliźnich swym optymizmem. Na pytanie "jak leci" obowiązują odpowiedzi będące wariacjami na "dziękuję, świetnie". W Ameryce uważają narzekanie za swoisty nietakt, za przerzucanie na innych ciężaru własnych kłopotów. 
W Polsce jeszcze niedawno było odwrotnie i na "jak leci" odpowiadano litanią tragiczno-katastroficzną: "żona mi nie daje żyć, dzieci chore, w pracy kłopoty, zlew zapchany, samochód zepsuty, teściowie przyjeżdżają". Dopiero ostatnio, chyba w ramach pokłonu oddanego ogólnej poprawie poziomu życia, społecznie akceptowalne są odpowiedzi typu "wszystko ok, dzięki, spoko".
"Narodek" wybrał
Ja bym teraz bardzo chciał powiedzieć "wszystko ok, dzięki, spoko". Ale wcale nie jest ok, skoro nasz wesoły "narodek" właśnie podjął jedną z najgłupszych decyzji w swej historii, czyniąc prezydentem troglodytę i kibola. 
Jest w angielskim taki lubiany przeze mnie zwrot "icing on the cake", czyli pokrywanie ciasta lukrem. Mamy teraz w Polsce swoiste "icing on the cake", bo tuż po wyborze troglodyty nadeszły fenomenalne wieści o polskiej gospodarce. Trudno je nazwać lukrem, bo służy on generalnie pokrywaniu dobrego ciasta, a nie przykrywaniu zakalca. Ale niech to będzie pewna nagroda pocieszenia. 
Dołączyliśmy do dwudziestu największych gospodarek świata, mamy najwyższy wzrost gospodarczy w Europie, plus najszybciej w Europie spadającą inflację. Naprawdę super.
Potwierdza to fakt, że od 35 lat mamy w Polsce do czynienia z cudem. Nie należy jednak tego słowa tu używać, bo w Polsce cud jest do nazwania zlania dupy ruskim w wielkiej bitwie albo do pojawienia się konturów Matki Bożej na kościelnej wieży, jakimś oknie lub konarze drzewa. Czyli cud nie mniemany, ale cudem z ostrożności semantycznej i kontekstowej nienazwany.
Mamy za sobą 35 lat sukcesu Polski w skali historycznej wręcz niesamowitego. To najlepszy czas od złotego wieku Jagiellonów, a może i w ogóle. Pamiętać wszelako należy, że już po Jagiellonach wszystko zaczęło się nam koncertowo sypać, a jak to się skończyło, wie w Polsce każde dziecko. Także więc od najnowszego sukcesu nie należy dostawać zawrotu głowy, bo słusznie mówił wielki Stalin, że najgorszy jest zawrót głowy od sukcesów.
Sukces jest jednak wielki, oczywisty i niezaprzeczalny. Jeśli mnie coś w tym sukcesie intryguje, to pewne pytanie. Jak naród, który własną pracą osiągnął tak wielki sukces, jednocześnie może podejmować tak katastrofalne, wręcz samobójcze decyzje. Towarzyszy temu pytanie równoległe. Jak naród, który podejmuje tak katastrofalne decyzje, potrafił osiągnąć taki sukces.
Paradoks Polaków
Spróbuję odpowiedzieć na oba. Osiągnęliśmy sukces, bo swe największe wady jakimś cudem (znowu cud), może oszołomieni niespodziewanym przecież końcem komunizmu, zneutralizowaliśmy lub zamieniliśmy w zalety. Egoizm i niechęć do pracy zespołowej w indywidualizm, chciwość i pazerność w ambicję i parcie do sukcesu. 
Na kilka dekad wystarczyło. A skąd te katastrofalne decyzje w czasach prosperity i koniunktury? Nie ma takiej koniunktury, której Polak nie potrafiłby spieprzyć. Dwóch rzeczy poza sukcesem sąsiada Polak znieść nie jest bowiem w stanie: własnego sukcesu i normalności. Nie wiem, czy to podświadomość i poczucie, że zaraz się wszystko zawali, bo zawsze tak było, czy coś innego. 
Polak w każdym razie tak się boi, że powodzenie się zaraz skończy, że sam to przyśpiesza. Normalność automatycznie włącza impuls autodestrukcyjny, zanim los zabierze, co dał, zniszczę to sam.
Wtedy wchodzimy w tryb polskości prawdziwej. Dlatego Izraelczycy śpiewają w swym hymnie o nadziei, a Francuzi o nadejściu dnia chwały, Polacy zaś defensywnie "jeszcze Polska nie zginęła", jakby jej agonia i śmierć były nieuniknione i poniekąd naturalne. 
Gdy w szkole podstawowej nauczyciel od muzyki uczył nas hymnu, wpadał w furię, gdy śpiewaliśmy "póki my żyjemy". "Jakie puki, jakie puki" – darł się. Może instynktownie czuł, że nieuniknioność i nieuchronność śmierci ojczyzny i naszej jednocześnie, to już przesada.
Nie można w każdym razie wykluczyć, że to cudowne polskie okno znowu się zamknie, ale ja czerpię niezmiennie radość z faktu, że praktycznie przez całe moje dorosłe życie jest otwarte. Ile polskich pokoleń w ostatnich trzystu latach mogło to o sobie powiedzieć. Odpowiem precyzyjnie – oprócz mojego – żadne.
Ta narodowa transformacja polskiego losu wydaje mi się fascynująca. Mogę ją porównać tylko z transformacją losu, jakiej dokonały dwa inne narody z Polakami przez stulecia często dramatycznie losem splecione – osoby pochodzenia żydowskiego i Niemcy. Ci pierwsi po koszmarnych doświadczeniach stworzyli własne państwo i uznali, że już nigdy więcej nie będzie Holocaustów i pogromów. 
A jak ktoś podniesie na nich rękę, to zapłaci straszną cenę, co właśnie widzimy. Niemcy z kolei uznali, że z narodu niosącego światu wojny i śmierć staną się narodem tolerancji i pokoju.
Nie ma ideału
Czy dzisiejsza Polska jest idealna? Nie jest. Nigdy nie była i nigdy nie będzie. Gdyby była, to pierwszą lub drugą partią w Polsce nie byłaby niezmiennie partia złości, frustracji, resentymentu i nienawiści do elity.
Nasze dzieci, sam wiem o tym dobrze, z obecnej Polski zadowolone nie są. Narzekają na edukację, mieszkalnictwo, służbę zdrowia, płace, dostępność kredytów, środowisko naturalne i często toksyczne relacje międzyludzkie. Chcielibyśmy trochę wdzięczności, a słyszymy krytykę. 
Paradoksalnie jest ona naszym wielkim sukcesem. A dla nich szansą. Jakie wielkie pole do popisu! 35 lat temu przejmowaliśmy faktycznego bankruta. Jakbyśmy musieli odbudować kraj z ruin.
Ale w sumie, kochane dzieci i wnuki, oddajemy wam kraj w dobrym, relatywnie nawet w doskonałym stanie. Przejmujecie ten kraj w lepszym stanie niż jakiekolwiek pokolenie od 300 lat. Życzę wam, żebyście to samo mogli powiedzieć swoim dzieciom za 30–40 lat. A przede wszystkim zaklinam i błagam: nie spieprzcie tego. Zbyt długo była to nasza narodowa specjalność.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/7503630b7dfc8f3a60b6b318223bac86,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/7503630b7dfc8f3a60b6b318223bac86,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Polacy wybrali, Polacy narzekają...</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/620702,tomasz-lis-raj-na-skarpie</guid><link>https://blogi.natemat.pl/620702,tomasz-lis-raj-na-skarpie</link><pubDate>Sun, 24 Aug 2025 19:20:18 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Raj na skarpie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/9de2c1735e0e94eb2d133792924e7242,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W dalszej części tekstu wyjaśnię, skąd tytuł tego tekstu. Na razie, tytułem wstępu, powiem tylko, że wielka kariera i prezydencka intronizacja Karola Nawrockiego jest smutnym potwierdzeniem niebezpiecznej skłonności Polaków do tworzenia bajek, które, co gorsza, część ludzi łyka jak młode pelikany.

Wielu zwolenników jeden do jednego kupiło skleconą naprędce bajeczkę o chłopaku z nizin, który może i kiedyś nagrzeszył, ale własnym wysiłkiem podniósł się z otchłani zła i wyszedł na ludzi. W tej bajeczce Karolek występuje jako współczesny Kmicic. Metafora jest jednak licha, bo nie wiadomo, która z dam miałaby być Oleńką, kto miałby być Wołodyjowskim i kto miałby dokonać potopu. Może Ruscy. Problem w tym, że wielu ludzi z otoczenia Nawrockiego akurat takiego potopu by chciało. 
Na przyszłość miłośnikom nowego Kmicica warto tylko zwrócić uwagę, że w razie prób ekranizacji tej wzruszającej historii, na odgrywanie roli Kmicica przez Daniela Olbrychskiego liczyć nie można, nie tylko z powodu wieku. Daniel grał kiedyś w filmie "Bokser", ale akurat tego boksera i tego Kmicica nie zagra. Głównie z powodów, powiedzmy, estetycznych.
Mity 
Mit Nawrockiego-Kmicica to niejedyny mit w naszej polityce, szczególnie pieczołowicie pielęgnowany przez naszą prawicę, która mity lubi nad wyraz. Jest i mit Jarosława Kaczyńskiego, który nie związał się z żadną kobietą i jest wielkim abnegatem, bo poświęcił się ojczyźnie, a o sprawy doczesne nie dba. My mamy oczywiście inne wyjaśnienia obu tych faktów, ale oni wierzą w swoje. Tak mają. Tak lubią.
Nad bajkowymi zamiłowaniami Polaków ciąży dziedzictwo Sienkiewicza i niemądrego gaworzenia o literaturze pisanej ku pokrzepieniu serc. Sienkiewicz pisarzem był świetnym, ale współodpowiada za ogólną niedorosłość i obywatelską niedojrzałość narodu, który woli mity niż prawdę, iluzje niż fakty, miraże niż rzeczywistość. Więcej nawet, prawdy i faktów intensywnie nie lubi.
Mądre narody mają historię, by mieć materiał do przemyśleń i refleksji umożliwiającej unikanie dawnych błędów. Polacy mają historię wybiórczą, pisaną przez brązowników, której funkcją jest powielanie i wzmacnianie miłych sercu stereotypów i bajek. W tej historii są głównie wygrane bitwy i akty bohaterstwa. 
Polacy bowiem, to trzeba koniecznie wiedzieć, byli w historii albo bohaterami, albo ofiarami. Stąd niewielka u nas świadomość funkcjonowania przez stulecia zalegalizowanego niewolnictwa, jakim była pańszczyzna, oraz fakt, że zniósł je dopiero rosyjski car. Stąd i niewielka świadomość krzywd czynionych przez Polaków przez całe stulecia takim Ukraińcom. Do naszej opowieści pasuje taki Wołyń, ale pacyfikacje ukraińskich wiosek przez nasze wojsko i policję już mniej. 
Nasza pamięć historyczna widzi w Piłsudskim ojca niepodległości, którym był, ale o Piłsudskim brutalnym dyktatorze woli nie pamiętać. Tworzy mit wielkich rzesz sprawiedliwych wśród narodów świata, do którego nie pasuje prawda o o wiele liczniejszych szmalcownikach, prawda o Jedwabnem, Radziłowie, Wąsoszy oraz o wieśniakach stojących z widłami i siekierami wzdłuż torów do Małkini i Treblinki, na wypadek, gdyby pojawiła się okazja zamordowania i okradzenia nieszczęsnych Żydów, którzy zbiegli z transportów śmierci, nieświadomi, że uciekają w łapy innych morderców.
W naszym bajkopisarstwie narodowym obowiązuje mit powszechnego oporu Polaków we wszelkich powstaniach. Nie pasuje do niego prawda o tym, że w większości powstań, w tym warszawskim, brała udział garstka, kilka procent ludności. Podobnie jak garstka została w podziemnej Solidarności z masowego ruchu dziesięciomilionowej Solidarności, gdy tylko w grudniowy poranek generał Jaruzelski mocniej tupnął nogą. To wystarczyło.
Dzieckiem naszego bajkopisarstwa i bajek umiłowania jest też najsilniejszy nasz narodowy mit, mit Powstania Warszawskiego. Sam jestem jego wyznawcą, przyznaję, co jednak nie powstrzymuje mnie od refleksji o katastrofalnym charakterze i jeszcze bardziej katastrofalnych skutkach decyzji o jego rozpoczęciu. Chyba największa jednostkowa katastrofa w dziejach kraju i narodu służy nam jako akt założycielski współczesnego polskiego patriotyzmu. 
Nawiasem mówiąc, 1 sierpnia każdego roku mam coraz mocniejsze wrażenie, że bardziej niż bohaterom tamtego wspaniałego wolnościowego zrywu oddajemy hołd swemu wyobrażeniu o tym, co byśmy zrobili na miejscu tamtych bohaterów, choć jest to oczywiście niepoparte niczym i zbudowane na własnym dobrym samopoczuciu dość narcystyczne domniemanie. O całej błazenadzie z patriotycznymi tatuażami, patriotyczną odzieżą i uzurpatorsko noszonymi przez młodych ludzi opaskami nawet nie wspominam. Bo to już odrębna historia o zamiłowaniu sporej części rodaków nie tylko do bajek, ale i do odpustowej tandety.
Choroba dziecinności
Ponieważ z historii czerpiemy emocje, sentymenty i ckliwe wzruszenia, to powielamy stare, głupie błędy. Stąd nasza nieodpowiedzialność i nonszalancja, ujmowana w niemądre formułki à la "jakoś to będzie", "damy radę" albo jak w Smoleńsku, "zmieścisz się, śmiało".
Lenin pisał kiedyś o "dziecięcej chorobie lewicowości". W naszym wypadku można mówić o dziecięcej chorobie polskości lub o polskiej chorobie dziecinności. Chyba nie przez przypadek najbardziej znanej książce o naszej historii Norman Davies dał tytuł "God’s playground". Tłumacz i wydawca elegancko i ostrożnie zmienili to na "Boże igrzysko", choć autor oczywiście miał na myśli "plac zabaw Pana Boga". 
Nie wiadomo tylko, czy szło mu o plac, na którym bawi się Bóg, czy o plac, na którym beztrosko pod jego okiem bawi się dzieciarnia. Jeśli to drugie, to potwierdzałoby to moją teorię, że są dwa narody wybrane. Jeden Bóg wybrał, by podziwiać swe dzieło, drugi, by mieć nieustanny ubaw z powodu niemądrych wyczynów dziatwy.
Niezdolność do osiągnięcia realnej dojrzałości może być efektem jakiejś kognitywnej umysłowej dysfunkcji. Jak ktoś ma problem z przysadką mózgową i grozi mu niskorosłość, to można mu podać hormon wzrostu. To działa, czego przykładem jest Leo Messi, który na wielkoluda nie wyrósł, ale na jednego z najlepszych piłkarzy w historii już tak. Zafundowana mu przez Barcelonę terapia okazała się zresztą najlepszą inwestycją w historii klubu. Niestety, nie znaleziono jeszcze hormonu wzrostu emocjonalnego dla ludzi i zbiorowości.
Polacy są trochę jak zbiorowy bohater filmu "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona". Brad Pitt rodzi się w nim pięćdziesięciolatkiem, a potem tylko młodnieje, aż na koniec staje się dzieckiem. Fajnie byłoby choć trochę być Buttonem. A jeszcze fajniej choć na kilka chwil Bradem Pittem. Polacy to trochę taka wariacja Buttona: starzeją się biologicznie, ale emocjonalnie zostają dziećmi.
Raj na skarpie
Teraz à propos tytułu. Na trasie moich popołudniowych spacerów z psem jest pięknie położone przedszkole "Raj na skarpie". Po drugiej stronie uliczki Sąsiadów, przy której się mieści, jest ambasada Niemiec. Nazwa uliczki jest trafna, choć Polacy wolą mit Teutonów, Hunów i krzyżaków niż w sumie radosną rzeczywistość uwolnionej od miazmatów przeszłości naszej dobrosąsiedzkiej relacji z zachodnim sąsiadem. Dziecko potrzebuje mitu i bajki, niedojrzały dorosły bardziej potrzebuje stereotypu wroga niż rzeczywistości i dobrego sąsiada.
Przedszkole "Na skarpie" rzeczywiście jest na skarpie. Gdy się z niej po schodach zejdzie, staje się obok słynnego liceum Batorego, gdzie co roku, jak w każdym liceum, rozdają świadectwa dojrzałości. Dla wielu droga z przedszkola do świadectwa dojrzałości okazuje się zbyt trudna i nie do pokonania. A wielu, szczególnie po wódce, zamiast zejść ze skarpy, po prostu z niej spada. Ot, życie. Polska.
I o najnowszej polskiej bajeczce. Karol Nawrocki nie jest Kmicicem i nigdy nie będzie dobrym prezydentem. Bajki czasem dobrze zakłamują rzeczywistość, ale nigdy jej sensownie nie zmieniają.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/9de2c1735e0e94eb2d133792924e7242,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/9de2c1735e0e94eb2d133792924e7242,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Lis o miłości Polaków do mitów i bajek</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/619883,tomasz-lis-brunatne-flagi-w-gore-prawa-marsz-na-wschod</guid><link>https://blogi.natemat.pl/619883,tomasz-lis-brunatne-flagi-w-gore-prawa-marsz-na-wschod</link><pubDate>Sun, 17 Aug 2025 20:29:10 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Brunatne flagi w górę, prawą marsz na Wschód</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/931d41a9c5e0486d456559b26a52c23e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Andrzej Duda miał być (i był) długopisem Jarosława Kaczyńskiego. Karol Nawrocki ma być Kaczyńskiego baseballem, kastetem i maczetą. Jego mięśniakiem, osiłkiem i taranem. Ma być młotem na elity, przez które Kaczyński stracił władzę i których nienawidzi. Duda był inteligentem, który miał udawać jednego z nas. Nawrocki ma być królem, który jest każdym z nas i którego podziwia, a przynajmniej lubi każdy z nas.

Tak, Nawrocki ma być narzędziem do ostatecznego pognębienia elit. Ma reprezentować prostactwo, chamstwo, grubiaństwo, brutalność, nieokrzesanie, brak ogłady i manier, czyli reprezentować wszystko, czym elity gardzą. Czym bardziej je sobą obraża i upokarza, tym lepiej.
Nawrocki ma być swoistym odnowieniem zaślubin PiS-u z ludem. Zwyklaki — tak zwykłych ludzi postrzega Kaczyński — mają mieć swego króla. Mają się z nim utożsamiać. Ma być jak oni. A oni mają mieć poczucie, że są jak on. 
Jego wady, słabości, defekty i ułomności, nawet najbardziej kompromitujące, mają go im uczynić bliższym. Ludzie mają się z nim czuć komfortowo. Wszystko, co go kompromituje w oczach elit, ma go nobilitować w oczach ludu. Stary podział ma być rewitalizowany i odświeżony. Szlachta i lud, Kordian i cham, pan i cham, chamy i Żydy, KOR i zdrowy robotniczy aktyw. Stary podział w nowych szatach. Polska kibolska i patolska w garniturze (pod oczywiście czerwonym krawatem) i w garsonce. Na salonach i w pałacu.
Lud ma się czuć wywyższony razem z Nawrockimi. Wielka nobilitacja Polski piwska, kebaba, głośnego bekania, walk MMA, grilla, disco polo. Samozadowolenie ma być celem, produktem i narzędziem.
Homo kibolus
Kluczami mają być zwykłość i swojskość oraz zbudowany na tych pojęciach antagonizm. Jak są swoi, to muszą być i obcy oraz wrogowie. Czy będą to imigranci, Żydzi, Ukraińcy, geje i lesbijki, to już w zasadzie obojętne. Wspólnota ma uzyskać jedność i spoistość oraz czystość, także etniczną, przez wyrzucenie wszystkiego, co nie nasze, swojskie i zwykłe, poza nawias, na margines. Homo kibolus ma być przy pomocy Nawrockiego bardziej konfederacki niż konfederaci, bardziej nacjonalistyczny niż Braun, bardziej odrażający niż Bąkiewicz. Zamiast obywatelskiej wspólnoty wartości — parafaszystowska wspólnota krwi i odczuwania. Rasizm, ksenofobia i antysemityzm mają być teraz w głównym nurcie. Więcej — to one mają nim być, mają stanowić jego istotę.
Będziemy mieć trumpizm z przeceny kupiony na Allegro. Let’s make Poland great again. Again? Jak za Jaremy? Dmowskiego? Piłsudskiego? Gomułki i Moczara? Polak — kibol — katolik, Matka Boża na klacie, Jezus na łydce. Różaniec na szyi, ksenofobia, rasizm i antysemityzm w sercu. Plus nienawiść do innych i obcych, liberałów, lewaków, feministek, pedałów, lesbijek, "zboczeńców" i śniadych.
Polska tylko dla prawdziwych Polaków, tych z demonstracji klubów Gazety Polskiej, z różnych żylet i kibolskich ustawek. Husaria na miarę naszych czasów i marzeń, naszych możliwości. Tylko skrzydła też wytatuowane.
Jesteśmy u siebie
Jarosław Kaczyński Nawrockim gardzi. Uważa go za głupca, tępaka i pajaca. Ale jakie to ma znaczenie? Dudą też gardził. Ale go używał. Długopisy i kastety nie są do szanowania, ale do używania. Polakami też gardzi. Zbyt często i zbyt mocno mu ulegają, pokazując i słabość, i uległość, i skretynienie. Po co szanować to, co kupuje się za drobne.
Będziemy mieć teraz sojusz nacjonalizmu z kibolstwem i najbardziej czarnosecinną częścią Kościoła. To wszystko jest wstęp do Polexitu i zepchnięcia Polski na geopolityczny, mentalny Wschód, co zawsze było marzeniem Kaczyńskiego. Wtedy Oświecenie zostanie podeptane do końca, a nasi Europejczycy zepchnięci do narożnika. Polska będzie jak Rosja, przecież od początku o to chodziło. Tylko Putin ma być z Żoliborza.
Nadejdzie czas intelektualnego lenistwa, umysłowej gnuśności i sarmatyzmu we współczesnej wersji kibolsko-disco-polowej. Żryj kebaba, popijaj piwskiem, oglądaj mecz i popuszczaj pasa. I zrelaksuj się. Jesteśmy znowu absolutnie u siebie. Możesz być sobą, najprawdziwszym Polakiem.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/931d41a9c5e0486d456559b26a52c23e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/931d41a9c5e0486d456559b26a52c23e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Karol Nawrocki</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/619100,tomasz-lis-nasze-dna</guid><link>https://blogi.natemat.pl/619100,tomasz-lis-nasze-dna</link><pubDate>Sun, 10 Aug 2025 18:54:48 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Nasze DNA</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/3b19c0507719f7d1176a2abe1ee1a5d2,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zaprzysiężenie Karola Nawrockiego to zdecydowanie więcej niż zmiana lokatora pałacu prezydenckiego. To definitywny koniec epoki Solidarności. I częstotliwość wypowiadania przez Nawrockiego słowa „solidarność” nie ma tu do rzeczy absolutnie nic.

Przez długi czas naszą III RP definiował podział: postkomuniści – ludzie Solidarności. Jeszcze w 2005 bracia Kaczyńscy chcieli na tej osi zbudować kampanię Lecha, spodziewając się, że jego głównym rywalem będzie Włodzimierz Cimoszewicz. Dopiero gdy Cimoszewicz zrezygnował z kandydowania, wykreowali nowy podział – na Polskę solidarną i liberalną – bo liberalizmem chcieli zabić kandydata PO Donalda Tuska.
Z Tuska Kaczyńscy robili groźnego dla ludu liberała, ale w gruncie rzeczy wszyscy ważni politycy tamtej epoki byli ludźmi Solidarności: i Lech, i Jarosław, i Tusk, i Komorowski, czy Sikorski. Mieli różne poglądy i wrażliwości, ale etos Solidarności łączył ich wszystkich. Dopiero Jarosław posmoleński ideę Solidarności postanowił uśmiercić, stawiając z zimną perfidią na mit zamachu, nacjonalizm, populizm i Kościół spod znaku Rydzyka. 
Andrzej Duda był prezydentem rozkroku – jeszcze trochę w propaństwowym duchu Lecha, ale zbyt słaby i uległy wobec Jarosława, by móc mu się przeciwstawić, gdy symultanicznie unicestwiał dorobek brata i etos Solidarności.
O etosie 
Właśnie – etos Solidarności – o nim trzeba tu powiedzieć słów kilka. Etos chyba najpiękniejszej idei, jaką zrodziła ta ziemia i ten naród. Piękna synteza etosu powstań – głównie styczniowego i warszawskiego – z etosem Szarych Szeregów i AK, etosu polskiej inteligencji, tak celnie zdiagnozowanym w słynnych książkach Bohdana Cywińskiego „Rodowody niepokornych” z 1971 roku oraz pisanych w mokotowskim więzieniu „Z dziejów honoru w Polsce” Adama Michnika, wydanych w roku 1985, a także etosu personalizmu chrześcijańskiego, tak bliskiego naszemu Janowi Pawłowi II, oraz Kościoła narodowej jedności i wybaczania, tak pięknie symbolizowanym przez księdza Jerzego Popiełuszkę – czyli generalnie etosu Kościoła Wojtyły i Popiełuszki, tak szokująco odmiennego od Kościoła nacjonalizmu i nienawiści Rydzyka, Jędraszewskiego i wielu innych biskupów.
Cała kampania prezydencka Nawrockiego, jego liczne wypowiedzi – w tym zarzucająca wielu jego oponentom brak genu polskości – są tego etosu Solidarności brutalnym zaprzeczeniem. 
Przypomnę tylko, że twórcą idei „genetycznych patriotów” był wybitny pisowski intelektualista Marek Suski. Nie zarzucam Karolowi Nawrockiemu perfidnego nawiązywania do myśli Alfreda Rosenberga (wątpię zresztą, czy to nazwisko mu coś mówi), ani do przesłania i dorobku ustaw norymberskich, ale pogląd, że można dzielić ludzi i szacować ich patriotyzm według autorytarnej oceny ich DNA, jest nawiązaniem do tamtych pomysłów – niestety. Obawiam się, że Nawrocki na tej drodze zrobił zresztą dopiero kilka pierwszych kroków. Podbitymi ćwiekami brunatnymi buciorami wkrótce zrobi następne. Wszystko na komendę „prawą marsz”.
Karol Nawrocki już chyba jakiś czas temu przeprowadził się do stolicy, ale mam wrażenie, że w ostatnich miesiącach definitywnie wyprowadzał się z Gdańska – i to nie tylko w sensie miejsca zamieszkania i kodu pocztowego. Nawrocki wyprowadza się z Gdańska będącego naczelnym ośrodkiem pewnej pięknej idei.
Ostatniej swojej, wydanej przed jego tragiczną śmiercią, książce Paweł Adamowicz dał tytuł „Gdańsk jako wspólnota”. To było i przesłanie Adamowicza, i przesłanie solidarnościowego Gdańska dla całej Polski.
Znam najważniejsze postaci gdańskiego środowiska politycznego bardzo dobrze – niektóre od kilkudziesięciu lat. A czego nie wiedziałem, to doczytałem i dogadałem z nimi, pisząc po śmierci Adamowicza książkę „Umrzeć za Gdańsk”. Gdańsk nie był i nie jest politycznie niejednorodny. Nie po to jest kolebką Solidarności i pluralizmu. Gdańsk – tak bliski mi ideowo Gdańsk – jest stolicą różnorodności, a nie unifikacji, jednorodności i jednoznaczności. 
Stąd w plejadzie wybitnych gdańskich postaci są osoby bardzo różne: Lech Wałęsa i Bogdan Borusewicz, Donald Tusk, Jan Krzysztof Bielecki i Janusz Lewandowski, Aleksander Hall i ojciec Ludwik Wiśniewski, a ostatnio prezydent Gdańska – Olka Dulkiewicz, która tak pięknie pielęgnuje idee Pawła Adamowicza. Nie tylko przez lojalność wobec byłego szefa, ale przez – skoro już ktoś lubi o genach – jej własne DNA: córki nieżyjącego działacza Solidarności, osoby studiującej w Polsce i w Niemczech oraz nieformalnego kustosza Europejskiego Centrum Solidarności. 
Olka jest dość gorliwą katoliczką, ale u siebie jest i na kościelnych rekolekcjach, i w domu dla ukraińskich uchodźców, i na paradzie równości. Takie jest jej serce, takie jest jej DNA, takie jest jej wyobrażenie o Gdańsku marzeń – mieście wolności, otwartości, tolerancji, zbliżenia kultur i międzyludzkiego szacunku.
Nadchodzi trudny czas
Karol Nawrocki nie jest z tej tradycji co wspomniane wyżej osoby. Tak jak żaden z tych ludzi nie wpadłby na pomysł, by – jak Andrzej Duda – nazywać ludzi LGBT ideologią, tak żadnemu z nich nie przyszłoby do głowy, by identyfikować ludzi po genach. Nawrocki może kibicować tej samej Lechii Gdańsk co Donald Tusk, ale ideowo i duchowo jest z zupełnie innego klubu – tego, co lubi wrzeszczący nacjonalizm, panienki z Grand Hotelu i kibolskie ustawki. Też jest to jakiś etos, ale na pewno nie etos Solidarności – raczej solidarności związkowo-dudowej, tych popłuczyn po Solidarności prawdziwej.
Koniec epoki Solidarności i etosu Solidarności oznacza, że dla Polski nadchodzi trudny czas. Jeszcze Polska oczywiście nie zginęła, ale biel jej flagi już jest przybrudzona, a amarant przechodzi powoli, choć zbyt szybko, w brunatny. Gdańsk w tych dniach przegrywa, choć znowu ma prezydenta Polski. 
Przegrywa też cała demokratyczna Polska. Ale idei Solidarności nie możemy ani porzucić, ani oddać bez walki, ani tym bardziej pogrzebać. W końcu to nasze DNA – najlepsze, jakie ten kraj kiedykolwiek miał.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/3b19c0507719f7d1176a2abe1ee1a5d2,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/3b19c0507719f7d1176a2abe1ee1a5d2,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Solidarność jest w naszym DNA</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/618095,tomasz-lis-zapraszamy-na-obciach</guid><link>https://blogi.natemat.pl/618095,tomasz-lis-zapraszamy-na-obciach</link><pubDate>Sun, 03 Aug 2025 20:47:15 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Zapraszamy na obciach</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/c844c1c480adb749965228f6cb8dcac8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zaprzysiężenie Pana Nawrockiego na prezydenta będzie wielkim zwycięstwem może nie Polski Ludowej, ale Polski ludycznej, zwycięstwem ignorancji, obciachu i etosu antyinteligenckiego.

Jest w dzisiejszej Polsce uznawane za niepoprawne stwierdzanie, że na PiS, Dudę czy Nawrockiego głosują głównie ludzie najgorzej wykształceni. Ale trudno, prawda może być niepoprawna, ale nie przestaje przez to być prawdą. Nawet przeciwnie. A prawda jest taka, że bez najgorzej wykształconych Polaków PiS nie wygrałby żadnych wyborów, a nie wygraliby ich też (jeśli wygrali), także Duda i Nawrocki.  
Niestety i PiS i Duda swe rządy sformatowali i przedstawiali tak, jakby głównie temu elektoratowi służyli. Prawdą jest zresztą, że tylko na wdzięczność i uznanie tego, najmniej wykształconego i najmniej wymagającego elektoratu, bezwarunkowo mogli liczyć.
Prawo głosu tylko dla dobrze wykształconych?
Profesor Marcin Matczak w kolejnym ze swoich 1197 tekstów o pogardzie elit dla zwykłych ludzi pyta prowokacyjnie, czy tylko dobrze wykształceni powinni mieć prawo głosu. Na to beznadziejnie niemądre pytanie odpowiedź brzmi: oczywiście nie.
Inteligencja nie jest przecież wyłącznie funkcją wykształcenia, a mądrość tym bardziej. Przekonują nas o tym całe zastępy kretynów z doktoratami opowiadające w telewizji idiotyzmy, które nie przyszłyby do głowy tzw. zwykłemu człowiekowi posługującemu się tzw. chłopskim rozumem, czyli zdrowym rozsądkiem po prostu. 
Co statystyki, od której zacząłem, oczywiście nie zmienia, ale każe na nią patrzeć w tzw. szerszym kontekście. A ze statystyką, jak mawiał na uniwersytecie mój profesor historii powszechnej, wybitny znawca historii Francji, rewolucji francuskiej w szczególności, Jan Baszkiewicz, jest jak ze strojem kąpielowym kobiety. Wiele pokazuje, ale to, co najważniejsze, jednak skrywa.

Gloryfikowanie chłopskiego rozumu wydaje mi się błędem, ale błędem wydaje mi się też jego lekceważenie. W roku 1990 roku cześć polskiej elity z pogardą odnosiła się do Lecha Wałęsy, niegrzecznie sugerując, że to zwykły niewykształcony robol, który na prezydenta się nie nadaje. Była w tym i pogarda i odmawianie panu Lechowi czegoś, co było dla mnie wtedy oczywiste i co oczywiste jest do dziś. 
Mimo braku formalnego wykształcenia był Lechu absolutnym politycznym geniuszem, który imponował wizją, strategicznym i taktycznym zmysłem, a także - tu kłania się chłopski rozum - fantastycznym politycznym boiskowym cwaniactwem, które pozwoliło mu ograć ruskich, naszych komunistów, i czym potrafił zaimponować swoim najważniejszym doradcom, takim jak Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek, czyli ludziom bezdyskusyjnie przenikliwym, a nawet wybitnym. 
Lechu był geniuszem niewątpliwym, bez czego nigdy nie poprowadziłby narodu krętą, wyboistą i generalnie trudną drogą do wolności. Charakterystyczne, że cały ten PiS, który wyciera sobie buzię zwykłym człowiekiem, akurat Wałęsę gorliwie zwalczał, choć oczywiście nie za brak wykształcenia, ale nadmiar jego wiedzy o tym, kim naprawdę są bracia Kaczyńscy, Jarosław Kaczyński w szczególności. Kaczyński nigdy nie wybaczył i nie wybaczy Wałęsie tego, co Lechu o nim wie. A wie wszystko.
Jest coraz gorzej
Mieliśmy więc genialnego prezydenta bez wykształcenia, który miał oczywiście słabości, ale nie brak wykształcenia był nią przede wszystkim. Teraz zaś coraz bardziej intensywnie kroczymy ścieżką odmienną - wybieramy ludzi formalnie wykształconych, którzy swymi działaniami przeczą logice, a czynami i słowami obrażają inteligencję. 
I tu jest coraz gorzej, o ile bowiem Andrzej Duda mądry nie jest, ale jednak z backgroundem, wykształceni rodzice i porządna rodzina żony, o tyle Karol Nawrocki to, można powiedzieć, pełnoskalowy głąb i półinteligent, dla którego posługiwanie się poprawną polszczyzną jest zadaniem zbyt trudnym. Czeka nas wiec kilka lat obciachu, wstydu i zgrzytania zębami. Prezydentura Nawrockiego to będzie Duda na sterydach. Będzie tylko jeszcze gorzej, głupiej, gnuśniej i głośniej. Plus mniej śmiesznie, a bardziej strasznie.

Wracając do profesora Matczaka, autora skądinąd wieku błyskotliwych i celnych tekstów, są w jego obronie zwykłego człowieka przed elitą dwie istotne słabości. Po pierwsze Matczak pracowicie wyłuskuje wszystkie przykłady i stwierdzenia mogące choćby sugerować pogardę elity dla zwykłych ludzi, a całkowicie ignoruje niezliczone przypadki trwającego od przynajmniej kilkanaście lat metodycznego ataku na polskie elity inteligenckie i intelektualne. 
Cały ten PiS ufundowany jest przecież na antyinteligenckim i antyelitarnym resentymencie, nienawiści do tych wszystkich elit, wykształciuchów, liberałów i światłych Europejczyków, którym lud z entuzjazmem funduje kopy, ciosy i liczne upokorzenia, z których Nawrocki jest najnowszym. 
Druga słabość - Matczak atakuje złe elity, a na co dzień gwiazdorzy w kanale Zero, który inteligencji i elit nienawidzi obsesyjnie i ostentacyjnie. Wystarczy przejrzeć konto kanału na platformie X, by każdego dnia znaleźć tego niezliczone dowody. Inteligencja nie ukrywa swego obrzydzenia Kanałem Zero i panem Stanowskim, co ten odwzajemnia i odpłaca z nawiązką. Matczak stwierdziłby to w 3 minuty, ale albo mu się nie chce, albo ta wiedza nie pasuje mu do tezy.

Prezydentura Nawrockiego będzie nieustannym wyzwaniem rzuconym moralności, przyzwoitości, inteligencji i elementarnej elegancji i estetyce. Ale cóż, w społeczeństwie tresowanym intelektualnie przez Kurskiego, Sakiewicza czy Stanowskiego ich wielka robota w zaspokajaniu najbardziej  prymitywnych gustów i tworzeniu gruntu pod ochlokracje, wydała owoce. Zatrute, ale jednak.
W tym kraju kontrreformacja pokonała religijną tolerancję, a obskurantyzm wygrał z oświeceniem, czego skutki odczuwamy do dziś.
Macie takiego prezydenta, na jakiego zasługujecie
Piszę to wszystko 1 sierpnia. Za niecałą godzinę jak wszyscy stanę na baczność, by ocierając zapewne łzę wzruszenia, oddać hołd tym, którzy bez wahania poszli wtedy w bój za Polskę i za wolność. Mówi się w tych dniach upraszczająco, że Warszawa stanęła do walki, choć prawda jest taka, że do walki stanęła drobna cześć mieszkańców Warszawy, głównie młoda warszawska inteligencja. 
Reszta patrzyła na to najpierw z radością, potem z obojętnością, a na końcu z wrogością, choć nie pasuje to do pielęgnowanego przez nas wszystkich mitu, który trzyma się mocno, bo jest autentycznie piękny i dydaktycznie użyteczny.
W tym roku ma Polska dla żyjących jeszcze powstańców prezent specjalny. Do pałacu prezydenckiego wkroczy kolega neonazistów, bandzior, kibol, człowiek będący klinicznym zaprzeczeniem tego, jacy byli oni i o co wtedy w 1944 roku walczyli. Piekło zamarznie, etos patriotyczny dostanie czkawki i duszności. A potem będzie już tylko gorzej.
Lech Wałęsa w swej mądrości i przenikliwości, ale też w swoistym akcie przekory i autoszyderstwa, odpierając krytykę swej prezydentury, rzucił „Macie takiego prezydenta, na jakiego zasługujecie”. 
Patrząc na szemranego typa wchodzącego do pałacu, który przed wojną był siedzibą rządu, będę o tych słowach myślał,  a po głowie będzie mi chodziło pytanie, które chciałbym zadać Lechowi Wałęsie: ”Panie prezydencie, może miał Pan rację, ale aż tak?”. Nieźle znam jednak Lecha Wałęsę, z którym bardzo się lubimy, więc wiem, że pytanie jest retoryczne, bo Lechu odpowiedziałby: „niestety, aż tak”.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/c844c1c480adb749965228f6cb8dcac8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/c844c1c480adb749965228f6cb8dcac8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Andrzej Duda i Karol Nawrocki</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/617294,tomasz-lis-prawo-i-piesc-czyli-teraz-idziemy-na-twardo</guid><link>https://blogi.natemat.pl/617294,tomasz-lis-prawo-i-piesc-czyli-teraz-idziemy-na-twardo</link><pubDate>Sun, 27 Jul 2025 17:38:00 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Prawo i pięść, czyli teraz idziemy na twardo</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/f22e1fbaee75a7d30007a4f85879e9bf,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Rekonstrukcja rządu była ważna, ale ważniejsza niż zmiana na kilku ważnych stanowiskach była decyzja Tuska o zmianie filozofii, paradygmatu i parametrów rządzenia. Nie będzie już Tuska – wielkiego koordynatora i motywatora, ale Tusk – dowódca na polu bitwy.

To, "kto" wynika z tego "jak". Zmiana tego "jak" jest nawet ważniejsza. Zmiany na ważnych stanowiskach są skutkiem zrozumienia przez Tuska, że poprzednia metoda nie zdała egzaminu. I choć kurtuazyjnie dziękował w wystąpieniu w Pałacu Prezydenckim ministrowi Bodnarowi za pewną delikatność, zmienił Bodnara, bo uważa, że delikatność Bodnara niewiele dała, a wroga trzeba karmić nie budyniem, ale Żurkiem.
Tusk wie też, że KO źle obstawiła kandydata na prezydenta. Przy wszystkich atutach i zaletach Rafała Trzaskowskiego nie jest on człowiekiem, którego naturalnym żywiołem jest walka i twardy bój. Rafał jest grzeczny i układny, a tak wojny się nie wygrywa, na pewno nie z bandziorami. Jak mawiał wybitnie mądry politycznie Lech Wałęsa, potrzebował innych ludzi na czas pokoju i dialogu, a innych na czas wojny. Tusk, późno bo późno, doszedł do tego samego wniosku.
Tusk idzie na wojnę, a na wojnie potrzebni są – co oczywiste – wojownicy, a nie układni grzeczni chłopcy z konserwatywnego Klubu Inteligencji Katolickiej w MSW albo z lewicowego klubu politycznej poprawności w Ministerstwie Sprawiedliwości. Potrzebuje twardzieli, którzy nie boją się walki, a nawet lubią walkę.
Tusk ma przed sobą Kaczyńskiego, gotowego podpalić dla swego politycznego zysku Polskę, a za chwilę będzie też miał rasowego bandziora, który będzie chciał pokazać, że to on jest tu najsilniejszy i najtwardszy – którą to myśl Tusk szybko będzie mu musiał wybić z głowy. Za plecami ma zaś Tusk nielojalnego narcyza Hołownię, który już knuje, jak i za ile zdradzić. Tylko drużyna wojowników ma jakiekolwiek szanse.
Nie byli grzecznymi chłopcami pod Termopilami Spartanie Leonidasa, żydowscy obrońcy Massady i obrońcy Alamo w Teksasie. Nie byli też słabeuszami chłopcy z Powstania Warszawskiego. Podkreślamy – i słusznie – ich patriotyzm i heroizm, ale, pamiętając ich delikatne twarze młodych inteligentów i pamiętając słowa profesora Pigonia, że strzelaliśmy do wroga z brylantów, zdajemy się zapominać o zwykłej twardości i dzielności tych chłopców i tych równie dzielnych dziewczyn.
Oni, ci Kolumbowie, jak nazwał ich Roman Bratny, w tej dzielności byli chowani i byli jej uczeni. Nie na próżno na każdej zbiórce czy obozie śpiewali: „Wszystko co nasze Polsce oddamy (…). Ramię pręż, słabość krusz, ducha tęż, Ojczyźnie miłej służ”. I jak ich ojcowie i dziadowie śpiewali: „na stos rzuciliśmy swój życia los, na stos, na stos”, tak oni śpiewali: „na jej zew w bój czy w trud, pójdzie rad harcerzy polskich ród”. I poszły w bój warszawskie dzieci.
Mówiąc o cnotach męskość, może niechcący popełniam grzech mizogini i seksizmu, a chciałbym go uniknąć, bo jest i nielogiczny, i kontrfaktyczny. Wspaniałe dowody niezwykłej zupełnie dzielności dawały u nas także dziewczyny – w wojnach, powstaniach, w Solidarności i w epoce PiS‑u. Nie przypadek, na pierwszej linii frontu walki z pisowskim bezprawiem byli i Żurek, z Tuleyą i Wrzosek. To był parytet absolutny.
Zresztą tak było nie tylko w naszych dziejach politycznych, ale i w historii polskiego sportu. Naszą pierwszą złotą medalistką olimpijską była Halina Konopacka, a wśród największych gwiazd naszego sportu w historii mamy cztery wspaniałe kobiety – Irenę Szewińską, Justynę Kowalczyk, Anitę Włodarczyk i Igę Świątek. Honor naszej olimpijskiej reprezentacji na igrzyskach w Paryżu obroniły dziewczyny.
Jest naukowo stwierdzone, że kobiety mają wyższy próg bólu niż mężczyźni, dlatego przeziębienie większość mężczyzn odbiera jako zagrażające życiu, a ciężkie choroby kobiety często jako drobnostkę. Polska historia na ową siłę kobiet daje dowody niezliczone, a historia najnowsza także bardzo liczne dowody ich ponadprzeciętniej inteligencji i odporności na zaloty populizmu, a także konfederacko‑incelskiej hucpy (przepraszam konfederatów za słowo w jidysz).
Piszę o tej dzielności kobiet specjalnie, bo bez niej z inwazją rusko‑kacapskich sił w Polsce nie mamy szans. A Tusk też nie ma bez niej szans.
Przed Polską i przed demokratami twardy bój. Czynnikiem decydującym będzie w niej dzielność – albo, jak powiedzieliby żołnierze legionów rzymskich i amerykańscy marines: Siła i Honor. Nawet mi się to podoba: Siła i Honor kontra Prawo i Sprawiedliwość.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/f22e1fbaee75a7d30007a4f85879e9bf,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/f22e1fbaee75a7d30007a4f85879e9bf,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Lis komentuje rekonstrukcję rządu Donalda Tuska.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/616271,tomasz-lis-brunatna-fala-plynie-przez-polske-wartko-i-bez-przeszkod</guid><link>https://blogi.natemat.pl/616271,tomasz-lis-brunatna-fala-plynie-przez-polske-wartko-i-bez-przeszkod</link><pubDate>Sun, 20 Jul 2025 18:55:47 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Brunatna fala płynie przez Polskę wartko i bez przeszkód</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/52daf7375c3adf9b9671da1905fafc55,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Brunatna fala płynie przez Polskę wartko i bez przeszkód. Tu i ówdzie konsternacja. Częściej bezradność. Albo bezczynność.

Za kilka dni, jak zawsze 22 lipca, złożę kwiaty na Umschlagplatz, pod pomnikiem Żydów wywiezionych stąd w lipcu i sierpniu 1942 roku w bydlęcych wagonach do komór gazowych Treblinki. Ich duchom zamelduję, że może wtedy na Stawki mieli rację licząc na życie, bo po 85 latach w Polsce głoszona jest głośno i półoficjalnie teza, że komory gazowe to fejk, bo na ich istnienie nie ma dowodów. 
Robi to poseł RP, którego tezy są nagłaśniane w mediach nie tylko całkowicie niszowych. Oto przed wojną odmawiano polskim Żydom prawa do polskości, w czasie wojny do człowieczeństwa, a 80 lat po wojnie odmawia im się prawa do pamięci o nich i o ich śmierci. Bo może ich śmierć też była fejkiem? To dokąd w takim razie ich w tych wagonach wywieziono?
To nie jest jakiś Braun, jakiś żałosny ogryzek historii. Bo państwo polskie tego Brauna toleruje i jest wobec niego bezradne, podobnie jak wobec Bąkiewicza i innych troglodytów. A państwo polskie nie reagujące na rozpowszechnianie takich bezeceństw i paskudnych kłamstw, popełnia grzech większy niż jakiś Braun, popełnia zbrodnię przeciw pamięci, moralności, historii, przeciw duchom zmarłych i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. 
Państwo polskie nie broniąc pamięci o milionach swych zamordowanych obywateli, kontynuuje dzieło nazistów. Bo zezwala, by Żydów, w sensie moralnym i duchowym, mordowano ponownie. Polskimi rękoma. A tak bardzo, zresztą słusznie, irytuje i drażni nas fraza o "polskich obozach koncentracyjnych", która z lokalizacji zbrodni tworzy de facto współsprawstwo. 
Nie chcemy go, to pamięć o pomordowanych polskich Żydach musimy pielęgnować, choćby z sentymentu. Bo bez Żydów Polski, z jej tożsamością, historią, kulturą, nauką, a nawet sportem (Irena Szewińska), by nie było albo byłaby kaleka, zubożona i niepełna. Dlatego uważam, że porządny Polak, choćby z miłości do Polski, powinien być filosemitą. Parafrazując Dmowskiego: ponieważ jestem Polakiem, mam obowiązki polskie – wśród nich obowiązek pamięci o naszych Żydach.
Ale przecież nie tylko. Za niecałe dwa tygodnie, 1 sierpnia, w Warszawie jak co roku zawyją syreny. Miasto jak co roku zatrzyma się w zadumie, wielu będzie ocierać łzy. Kilkadziesiąt minut później na Nowym Świecie i Krakowskim Przedmieściu rozbrzmiewać będzie stukot obcasów z buciorów neonazistów domowego chowu, pewnie zbyt głupich, by zrozumieć, czyją i jaką tradycję pielęgnują. Będą szli ulicą, pod którą wciąż są kanały, którymi tysiące powstańców, pełzając w ekskrementach, przedzierało się ze Starówki do Śródmieścia. Trochę jakby ci neonaziści maszerowali im po głowach. Może będą szli bez broni, ale uzbrojeni w ten sam oręż, co ci, przed którymi chowali się powstańcy – w nienawiść.
Ale to wszystko będzie poniekąd tylko preludium, bo oto 6 sierpnia tę samą drogę co neonaziści pokona limuzyna wioząca bandziora, kibola i troglodytę, który chwilę później jako głowa państwa wejdzie do pałacu prezydenckiego. Makabryczna i wybitnie smutna będzie to egzemplifikacja stanu państwa i stanu połowy społeczeństwa.
Od ponad dwudziestu lat toczy się w Polsce polityczna wojna między Jarosławem Kaczyńskim a Donaldem Tuskiem. Ale na planie ideowym jeszcze dłużej toczy się u nas batalia między Polską Kaczyńskiego a Polską Adama Michnika. Jakie to Polski? Adam swoją wyśnioną Polskę opisywał wiele razy, więc tylko przytoczę tu jego opis. To Polska otwarta i tolerancyjna, europejska i solidarna, niebojąca się różnorodności, ale widząca w niej bogactwo, wielka sercem i duchem, mądra, wielkoduszna, prawa, demokratyczna, obywatelska i przyzwoita. To Polska Brzozowskiego, Żeromskiego i Boya, Gombrowicza, Dąbrowskiej i Nałkowskiej, Słonimskiego i Tuwima, księży Zieji i Tischnera, Kołakowskiego i Ossowskiej, Miłosza, Barańczaka, Konwickiego i Wajdy. Polska Kaczyńskiego to dla odmiany Polska Czarnka, Bąkiewicza i Brauna, Dmowskiego, ONR-u i moczarowców, Rydzyka i Jędraszewskiego, Sakiewicza i Stanowskiego, Manowskiej, Dudy i Ziobry, patriotycznych kiboli i patriotycznych faszoli.
Mogło być to lato latem demokracji i obywatelskiej radości. Jest latem coraz bardziej widocznego tryumfu butnych brunatnych. Nasza klęska, ich tryumf, ich czas. Oczywiście to nie koniec walki. Bo w Polsce ta walka nigdy się nie kończy i nie skończy. Może to miał na myśli Herbert, gdy pisał: "ciężko wyznać, na taką miłość nas skazali, taką przebodli nas ojczyzną".

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/52daf7375c3adf9b9671da1905fafc55,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/52daf7375c3adf9b9671da1905fafc55,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Felieton Tomasza Lisa</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/615413,tomasz-lis-byly-czasy-byli-ludzie</guid><link>https://blogi.natemat.pl/615413,tomasz-lis-byly-czasy-byli-ludzie</link><pubDate>Sun, 13 Jul 2025 19:26:18 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Były czasy, byli ludzie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/91c2203a3fe85073a933985324386e3b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Ostatnie kompromitujące wypowiedzi A. Dudy, równie niemądre K. Nawrockiego, antysemickie ekscesy posła Brauna, judaszowe występy pana Hołowni, antyimigranckie błazenady niejakiego Bąkiewicza oraz antyukraińskie szczucie uprawiane przez licznych państwa z PiS i Konfederacji każą dziś zapytać o jakość kadr w naszej polityce i szerzej w życiu publicznym.

Jacek Kaczmarski w pięknej pieśni "Co się stało z naszą klasą" śpiewał o losach koleżanek i kolegów z klasy. Śpiewał sentymentalnie i nostalgicznie, choć też ze szczyptą ironii ("Wojtek w Szwecji w p***o klubie, pisze: dobrze mi tu płacą za to, co i tak wszak lubię"). Ja dziś chcę zapytać, co się stało z naszą klasą polityczną i z klasą naszej klasy, która zanika i wyparowuje.
Sprowadza się to więc do fundamentalnej kwestii kadr. A jak mówił Lenin: "Kadry są najważniejsze". Idąc tym samym tropem, Stalin podkreślał, że "kadry decydują o wszystkim".
Jakość kadr pogorszyła się u nas dramatycznie, co powoduje, że beztrosko i bez sensu trwoniony jest kapitał zgromadzony u początków III RP przez jej elity. Elity, nie mam wątpliwości, po prostu wspaniałe. Polska miała wtedy, około roku 1989, niezwykłego farta, jeśli idzie o koniunkturę, ale miała też szczęście do ludzi, którzy tę koniunkturę potrafili wykorzystać i zagospodarować. Polska miała wówczas szczęście do ludzi po obu stronach politycznego sporu, a w zasadzie po wszystkich stronach, bo nasze kadry były rewelacyjne wszędzie.
Elity opozycyjne były niewątpliwie na miarę wielkich wyzwań epoki. My, dziennikarze, którzy wtedy zaczynaliśmy kariery, z rodzącą się demokratyczną Polską identyfikowaliśmy się całkowicie. Liderzy obozu Solidarności byli naszymi znajomymi, a często przyjaciółmi. Podkreślał to fakt, że zawsze mówiliśmy o nich po imieniu i każdy wiedział, o kogo chodzi. Był Lechu, Tadeusz, Władek (Frasyniuk), Adam i Jacek. Nawet o Kaczyńskim mówiliśmy wtedy Jarek, bo był "swój". Tylko w odniesieniu do jednej osoby imienia nie używaliśmy, ale i tu wszystko było jasne. Gdy ktoś mówił "profesor", wiadomo było, że chodzi o profesora Bronisława Geremka: w latach 80. doradcę Lecha Wałęsy, po 1989 roku w Sejmie szefa solidarnościowego Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego OKP, a potem ministra spraw zagranicznych, który w 1999 roku podpisywał dokumenty potwierdzające, że Polska zostaje członkiem NATO.
Solidarnościowa elita to oczywiście ludzie z krwi i kości. Tam też były ambicje, antagonizmy i namiętności, ale nigdy ich ofiarą nie padały Polska i jej interesy. W kampanii prezydenckiej 1990 roku Lech Wałęsa ostro zwalczał Tadeusza Mazowieckiego, ale już po pierwszej turze Mazowiecki bezwarunkowo poparł Wałęsę, a po wyborach prezydent Wałęsa zaproponował mu zachowanie stanowiska premiera. Wałęsę niosła fala populizmu, lecz będąc w Belwederze, bronił przed populistami Leszka Balcerowicza. Geremek rywalizował z Mazowieckim i uważał, że tylko przez żydowskie pochodzenie nie został premierem, bo katolik Mazowiecki był bardziej strawny dla Kościoła i dla ludu (zresztą miał rację). Balcerowicz patrzył na reformy inaczej niż Kuroń, ale Kuroń wspierał Balcerowicza, a Balcerowicz doceniał społeczną i edukacyjną rolę Kuronia. Adam spierał się z Jackiem, lecz obaj okazywali sobie szacunek (Adam o Jacku mówi z respektem i niemal miłością do dziś). Fantastyczni ludzie, którym Polska zawdzięcza niezwykle wiele. Mam nadzieję, że powstanie kiedyś w Polsce nasze Mount Rushmore, monument oddający hołd ojcom założycielom demokratycznej i dostatniej Polski: Wałęsie, Mazowieckiemu, Geremkowi (13 lipca przypada 17. rocznica jego śmierci), Jackowi, Adamowi i Leszkowi. Serdeczne więzy łączące mnie z nimi uważam za wielki zaszczyt i honor mojego życia.
Polska miała wtedy także szczęście do ludzi ancien régime'u. Wówczas bardzo nie lubiłem postkomunistów i ludźmi z mojej bajki nie są oni do dziś, ale, umówmy się, Aleksander Kwaśniewski, Leszek Miller, Józef Oleksy, Włodzimierz Cimoszewicz, Marek Borowski czy Andrzej Olechowski to ludzie wybitni. Im także nasza III RP zawdzięcza wiele. Oni zdali egzamin z patriotyzmu i mądrości. Wszyscy mogliby słusznie uznać za zniewagę porównywanie ich do Hołowni, Bosaków, Mentzenów, Czarnków, Morawieckich, o Ziobrach, Mejzach i Mateckich nie wspominając. Dobre słowo należy się też pierwszemu prezydentowi III RP, Wojciechowi Jaruzelskiemu, i nie waham się tego napisać, nawet jeśli ktoś zazgrzyta zębami. Generał potraktował chyba swoją prezydenturę jako swoistą pokutę za PRL (za polisę bezpieczeństwa również). Był lojalny wobec nowej Polski, nowych czasów i nowej władzy. Gdzie mógł, pomagał, w niczym nie przeszkadzał. Nieprzypadkowo już po opuszczeniu urzędu wiele razy, na zaproszenie papieża Wojtyły, jeździł do Watykanu na długie rozmowy w cztery oczy. Nie wiadomo, czy łączyła ich wiara (nie wykluczam), katolickie wychowanie, zrozumienie dylematów władzy, ale na pewno wspólnota szacunku dla nowej Polski.
Właśnie, papież – niekoronowany król Polski. Jak pięknie napisał Czesław Miłosz: "Na dnie swego upadku dostała Polska króla i do tego takiego, o jakim zawsze marzyła". Obok polskiego papieża, bez którego tej nowej Polski by nie było (lekcje religii w szkołach to był prezent rządu Mazowieckiego dla niego), był jeszcze kardynał Macharski oraz arcybiskupi Gulbinowicz i Gocłowski, hierarchowie wybitni i mądrzy. Oni też byli akuszerami nowej Polski. Jędraszewski, Rydzyk czy wielu obecnych biskupów to inna galaktyka, inny format człowieka i inna formacja intelektualna oraz moralna.
Dalej, ludzie kultury. Mało kto pamięta, że w pierwszym po 1989 roku Senacie zasiadali także wybitni artyści: Andrzej Wajda, Andrzej Szczypiorski, Gustaw Holoubek, Andrzej Łapicki i Andrzej Szczepkowski. Szybko wycofali się z polityki, uznając, że to nie ich świat, żywioł i temperament, lecz w najważniejszym momencie stwierdzili, że rodząca się Polska potrzebuje ich nazwisk, twarzy i autorytetu.
Nie zawiodły elity prawnicze (profesorowie Strzembosz, Zoll, Łętowska, Stępień, Safjan) ani medialne (Michnik, Turowicz, Baczyński), choć te, zwłaszcza w mediach elektronicznych, trzeba było dopiero stworzyć.
Nowa Polska miała więc niezwykłe szczęście do ludzi. Najlepsi ludzie na najważniejszy i najtrudniejszy czas. Jak mawia słynny niemiecki trener Jürgen Klopp: "Nie płaczcie, że to się skończyło, cieszcie się, że było". Radując się, że było, smućmy się, że teraz jest, jak jest.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/91c2203a3fe85073a933985324386e3b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/91c2203a3fe85073a933985324386e3b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Lis: Nawet o Kaczyńskim mówiliśmy wtedy Jarek, bo był &quot;swój&quot;</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/614309,nowy-felieton-tomasza-lisa-judasz-2025</guid><link>https://blogi.natemat.pl/614309,nowy-felieton-tomasza-lisa-judasz-2025</link><pubDate>Sun, 06 Jul 2025 19:06:14 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Judasz’2025</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b3caa5cfb2ed6ceec7b997a50ff6c36e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wiem, że ludzie nie lubią, gdy ktoś samemu sobie składa gratulacje, więc nie napiszę dziś, pisząc o Hołowni, „a nie mówiłem”, choć mówiłem. Nie napiszę tak jeszcze z dwóch względów. Uważam, że przewidzenie zdrady Hołowni nie wymagało żadnej przenikliwości. To raczej niedostrzeganie, że nadchodzi, wymagało pewnej ślepoty. Po drugie, nie chcę, pisząc o narcyzmie i megalomanii zdrajcy, popełniać pewnego aktu...

Choć oczywiście, nie mogąc pewnej schadenfreude uniknąć całkowicie, nie mogę nie wspomnieć, że przez lata często i gęsto ze mnie kpiono, gdy powtarzałem, że deal Hołownia–Kaczyński to jedynie kwestia czasu. Proszę o wybaczenie, jak wiadomo, przeklęci są ci, którzy widzą i wiedzą za wcześnie.
Wokół słychać wielki chór potępiających Hołownię, nie słychać natomiast głosów zdziwienia. Oznacza to, że większość doskonale czuła i narcyzm Hołowni, i jego potencjał zdrady.
Niektórzy, jak Roman Giertych, dziwią się jedynie, że Hołownia był tak nieostrożny, że nie pomyślał, iż dyktujący dziennikarzom co trzeci tekst polityczny w Polsce Bielan nie da cynku mediom. Otóż, szanowany Panie Romanie, w tym jednym punkcie będę Hołowni bronił. On się wcale, według mnie, Bielanowi nie dał podejść i wyrolować. Gdyby Bielan nie dał cynku mediom, to jest wielce prawdopodobne, że Hołownia zrobiłby to sam. To w jego stylu. Oto ja, wielki Szymon, prowadzę wielką grę. Siadam do szachów to z Tuskiem, to z Kaczyńskim, rozgrywam, inicjuję i dealuję. To o mnie zabiegają, to ja jestem w centrum uwagi. To ja teraz jestem w polskiej polityce najważniejszy, to ja decyduję, kto będzie rządził i w którym kierunku pójdzie kraj. To, co niektórzy interpretują więc jako błąd w sztuce i amatorszczyznę, było więc w rzeczywistości aktem megalomanii, samochwalstwa oraz samozachwytu.
By zrozumieć Hołownię – a nie wymaga to doktoratu z psychologii – trzeba wiedzieć, że epicentrum świata Hołowni i słońcem w jego galaktyce jest on sam, zawsze on sam. Wokół niego wszystko się kręci, on jest środkiem wszechświata i punktem odniesienia. Nie jest może wszystkim, ale jest wszystkim, co się liczy.
Po ujawnieniu faktu nocnej randki z Kaczyńskim i Bielanem, nie usłyszeliśmy od Hołowni ani przeprosin, ani wyjaśnień. Hołownia przeciwnie – złożył sobie wyrazy uznania, że to on jest tym, który potrafi rozmawiać i rozmawia z każdym. Zdradę ubrał w szaty cnoty. I to było szczere – to nie był spin ani alibi, ale ostentacyjna demonstracja samouwielbienia. Bo uwielbienie Hołowni dla Hołowni jest bezgranicznie absolutne.
Dlatego, gdy dziś niektórzy pytają mnie „skąd wiedziałeś?”, mam ochotę zapytać: „jakim cudem wy nie widzieliście, gdy wszystkie znaki były widoczne, a ślady przed oczami i pod nogami?”. Wystarczyło patrzeć i widzieć.
Pamiętacie poprzednie wybory prezydenckie? Hołownia odpadł w pierwszej turze, po czym zachowywał się, jakby w niej wygrał (w wersji ekstremalnej powtarza to teraz). De facto wzywał Trzaskowskiego, by się przed nim ukorzył jak Jurand ze Spychowa w Szczytnie i publicznie błagał o wsparcie. Trzaskowski nie błagał, więc Hołownia oświadczył, że nikogo nie poprze, czym dał Dudzie prezydenturę na tacy. Była w tym zachowaniu Hołowni i emocja (nienawidził Trzaskowskiego, że przez niego nie wszedł do drugiej tury), ale i kalkulacja. Prezydentura Trzaskowskiego zmuszałaby go do odłożenia własnych marzeń na dekadę. A Szymon chciał powtórki i drugiej szansy.
Dlatego, wbrew głosom rozsądku, nie mógł w tegorocznych wyborach nie wystartować. I wystartował, od początku zachowując się nie jak ktoś, kto chce wygrać, ale jak ktoś, kogo jedynym celem jest, by nie wygrał Trzaskowski. Walił w niego jak w bęben, w czym też był wybitnie szczery, podobnie jak w swych atakach na Tuska. Tak jak Trzaskowskiego nienawidzi za to, że ten zagroził mu drogę do pałacu, tak Tuska nienawidzi za to, że ten swym powrotem zburzył jego plan podboju i przejęcia Platformy Obywatelskiej. Prowadził więc Hołownia kuriozalną kampanię, która była nie kampanią prezydencką, ale kampanią nienawiści do Trzaskowskiego i Tuska, przynajmniej teoretycznie sojuszników. Trzaskowski miał w planie Hołowni przegrać, bo jego zwycięstwo byłoby dla niego o wiele gorsze niż wygrana Nawrockiego.
Był przy tym czujny jak ważka. Gdy zorientował się, że sztabowcy prezydenta Warszawy wymyślili debatę jeden na jednego Trzaskowski kontra Nawrocki w Końskich, żeby prezydent stolicy w bezpośrednim pojedynku zdemolował kandydata PiS-u i wyczyścił sobie drogę do pałacu, natychmiast ruszył Nawrockiemu z odsieczą i imprezę w Końskich rozwalił. Tak jak w 2020 prowadził kampanię „Może być Duda, byle nie Trzaskowski”, tak teraz prowadził kampanię „Nawrocki ok, byle nie Trzaskowski”.
Jarosław Kaczyński oczywiście to wszystko doskonale widział. Czuł skalę nienawiści Hołowni do Trzaskowskiego i Tuska. Jeśli nawet nie koordynował z Hołownią jego dywersyjnych działań wobec kandydata KO i rządu Tuska, to musiał widzieć, jak wielce obiecujące otwarcie w sytuacji pozycyjnej na szachownicy one stwarzają. Hołownia niemal krzyczał przez całą kampanię „jestem gotów zdradzić”. Wprawdzie na wiecu Trzaskowskiego w Warszawie wzywał „Rafał, wygraj te wybory”, ale wzywał, by nie zamykać sobie drogi do deskowania z Tuskiem, z całego serca życząc Trzaskowskiemu porażki.
Oczywiście z automatu sprzeciwił się pomysłowi ponownego przeliczenia głosów. Nie po to od lat podstawiał Trzaskowskiemu nogę w drodze do prezydentury, żeby teraz potencjalnie otworzyć mu do niej drogę.
Nocne spotkanie z Kaczyńskim było tylko konsekwencją. Przy czym nie rozstrzygam, że zdrada może być skonsumowana. Ważne, że i Kaczyński, i Tusk wiedzą, że jest to możliwe i że to tylko kwestia ceny. I tak to wylądowaliśmy wszyscy na politycznym targu, na którym Hołownia chce być wielkim beneficjentem duopolu, którego pozornie nienawidzi.
Niektórzy piszą już Hołowni polityczny nekrolog. Ja nie. Zbyt wiele razy widziałem, jak zdrada, kur..., suk... i łajdactwo są w życiu publicznym nagradzane, a cnota ośmieszana i upokarzana, by wykluczyć powtórkę.
Według wielu bilans obecności Hołowni w polityce jest jednoznacznie negatywny. Otóż zależy to od kryteriów i parametrów oceny. Z punktu widzenia wartości – owszem. Ale nie jest to w polityce miara obowiązująca.
Hołownia jest i może dalej będzie marszałkiem Sejmu. Dwa razy miał wielki wpływ na to, kto zostanie prezydentem. Niezmiennie jest w grze. Bardzo ryzykownej, ale jest. Jej motywem są ambicje, ale zdrada jest tylko narzędziem. Celem jest zemsta na tych, których nienawidzi.
Na głowę Hołowni sypią się teraz gromy i słowa potępienia. Nazywany jest zdrajcą, sprzedawczykiem, kanalią, Judaszem i szmatą bez grama honoru. Znam jednak gościa i zapewniam, że nie ma słów, które umniejszyłyby uwielbienie Hołowni dla Hołowni. To jest do niego klucz. Jedyny.
Na swój sposób zazdroszczę Hołowni. Jego umiłowanie siebie nie zna granic. Tam nie ma wątpliwości i szczelin. Czyni go to emocjonalnie całkowicie niezależnym. Narcyzm w wersji perpetuum mobile.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b3caa5cfb2ed6ceec7b997a50ff6c36e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b3caa5cfb2ed6ceec7b997a50ff6c36e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Nowy felieton Tomasza Lisa.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/613187,tomasz-lis-pogrzeb</guid><link>https://blogi.natemat.pl/613187,tomasz-lis-pogrzeb</link><pubDate>Sun, 29 Jun 2025 17:42:07 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Pogrzeb</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/e35e0000fe95869d220a7164e4ac4df0,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Właśnie skasowałem napisany wcześniej dość optymistyczny tekst. Proszę wybaczyć. Pan premier Donald Tusk w kilka minut optymizm zabił i sens publikacji tekstu unicestwił.

Sprzedano nas jak worek kartofli. Po prostu. Bez litości. Bez zmrużenia oka. Wszelkie nadzieje na uczciwą, porządną i przyzwoitą Polskę bezceremonialne spuszczono w kiblu.
Jest źle, ale to tylko początek. 1 lipca kolejny akt narodowego upokorzenia, a 6 sierpnia następny. Potem już tylko autostrada do wyborczej katastrofy.
10 lat życia, walki, wiary, starań, po to żeby dać sobie szansę na normalność. 10 lat zbierania ciosów, stresów. Na końcu chorób. I wszystko koncertowo zaprzepaszczone.
Tusk skapitulował. To najbardziej spektakularny walkower od czasu Zaleszczyk we wrześniu 39 roku.
Trzeba pomyśleć, co dalej i gdzie dalej. Olać politykę. Są dzieci, za jakiś czas pewnie wnuki, choć jednym i drugim współczuję kraju, w którym będą żyły. Jest miłość. Może na razie nie przede wszystkim do ojczyzny.
Co dalej, trzeba pomyśleć. Długo i spokojnie.
Wybaczcie, nie będzie dziś żadnej politycznej analizy. W dupie mam polityczne analizy. W tym własne, większością mogę sobie dziś tyłek podetrzeć, sporo zmarnowanego czasu i energii.
Tu nie analizę trzeba pisać, ale nekrolog swoim nadziejom i marzeniom. Dzisiaj to bardziej letter niż newsletter. Wybaczcie.
Ponad dekadę byłem narodowym cheerleaderem. Powiedziałem sobie, że skoro jestem silniejszy niż większość, to będę w innych podtrzymywał płomień wiary i nadziei, będę ich chronił przed pesymizmem, rezygnacją i rozpaczą. I 10 lat na miarę możliwości to robiłem. Czasem tylko myślałem: podtrzymuję wszystkich na duchu, a kto mnie podtrzyma. Dziś ten wewnętrzny głos jest silniejszy niż kiedykolwiek.
Oczywiście się nie poddam. W przeciwieństwie do Tuska ja naprawdę nie znam słowa kapitulacja. A życie przetestowało mnie wyjątkowo solidnie. Więc na pewno się nie poddam, ale po ludzku po prostu jeszcze nie wiem, co to znaczy. Muszę dłużej pomyśleć.
Jak mawiał Churchill: „Żadne zwycięstwo nie jest pełne, żadna klęska ostateczna. Na końcu liczy się tylko odwaga.” I w tym smutnym momencie, w tym dzisiejszym nekrologu, choć zwykle nie zawierają nekrologi życzeń, wam i sobie życzę właśnie odwagi. Po prostu.




]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/e35e0000fe95869d220a7164e4ac4df0,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/e35e0000fe95869d220a7164e4ac4df0,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Felieton Tomasza Lisa w naTemat: &quot;Pogrzeb&quot;.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.natemat.pl/611795,tomasz-lis-zdrada-w-trzech-aktach</guid><link>https://blogi.natemat.pl/611795,tomasz-lis-zdrada-w-trzech-aktach</link><pubDate>Sun, 22 Jun 2025 18:06:37 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Zdrada w trzech aktach</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/4c70eb806852110946a8815ac933096f,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Prawie dekada rządów PiS wyglądałaby zdecydowanie mniej mrocznie i byłaby zdecydowanie mniej dokuczliwa, gdyby tzw. wolne media, w opisywanie tych rządów i w zwalczanie związanych z nimi patologii, włożyłyby jedną dziesiątą energii, jaką w tych dniach wkładają w zwalczanie idei ponownego przeliczenia głosów oddanych w wyborach i sprawdzania, czy nie zostały one po chamsku przekręcone.

﻿Oczywiście celowo piszę o tak zwanych wolnych mediach. Są one bowiem najbardziej niezależne od swych odbiorców, a wolne od refleksji, odpowiedzialności, wyobraźni i poczucia wstydu.
Tzw. wolne media się w Polsce po prostu nie udały. Zamiast służyć demokracji, która je stworzyła, pomagają tym, którzy ją niszczą. Zamiast bronić demokracji, przymykają oko na ewidentne bezprawne i amoralne działania. Są w sporej części skorumpowane finansowo, a na pewno moralnie. Najnowszy przykład mamy przed oczami – zamiast włożyć całą energię w sprawdzanie, czy wybory nie zostały skręcone, wkładają ogromny wysiłek w przekonywanie, by tego nie czynić. Możliwa zbrodnia na demokracji to dla nich nie problem, pogwałcenie woli wyborców też nie. Dla nich problemem byłoby, gdyby oszustwo wyszło na jaw.
W ten sposób media nie są w stanie pokonać poprzeczki ustawionej na wysokości minimalnych oczekiwań wobec przynajmniej teoretycznego obrońcy demokracji. Od lekarzy oczekujemy, żeby leczyli, a nie demonstrowali obojętność o stan zdrowia i los chorych. Od strażaków – żeby gasili pożary, a nie rozgrzeszali podpalaczy. Od księży – żeby nauczali dzieci o Bogu, a nie, ulegając szatanowi, te dzieci seksualnie wykorzystywali. Nie jest więc chyba nadmiernym oczekiwaniem, by wolne media, kiedyś uznawane za ważną część systemu demokratycznego, tej demokracji broniły, a nie rozkładały czerwony dywan przed tymi, którzy ją niszczą.
Oczywiście być może niczemu nie powinniśmy się dziwić. Degeneracja, deprawacja i degrengolada mediów trwa od lat, na pewno od dekady. To teraz to tylko najnowszy akt tego smutnego procesu.
Skrajna nieodpowiedzialność
W czerwcu 2014 roku eksplodowała afera z nagraniami z restauracji Sowa. Historia z daleka śmierdziała ruską prowokacją. Kilka lat wcześniej, dzięki nagraniom podsłuchiwanego szefa węgierskiego rządu, władzę na Węgrzech przejął prorosyjski Orban. Prorosyjski ślad po latach w pełni potwierdził się także w Polsce. Ale większość mediów ochoczo przystąpiła do wmawiania publice, że spożywanie ośmiorniczek i picie wina plus rzucanie przekleństw w prywatnych rozmowach to afera stulecia. 
Media z bezdennej głupoty i skrajnej nieodpowiedzialności zaangażowały się w wywracanie demokratycznego rządu. Słynna pani redaktor, cztery lata wcześniej gorliwie promująca ideę pochowania Lecha Kaczyńskiego na Wawelu, specjalnie pobiegła na konferencję prasową premiera Tuska, by przed kamerami wykrzyczeć mu w twarz: „występuję tu w imieniu wszystkich dziennikarzy, bo wszyscy jesteśmy przeciw panu”. Ta kabotyńska, narcystyczna jednoaktówka była wybitnie groteskową i żałosną uzurpacją.
 Ja, na przykład, nie dałem pani redaktor żadnych pełnomocnictw, by występowała w moim imieniu. Inni też nie. Ciekawe, że przez 8 lat rządów PiS redaktorka ani razu nie pobiegła na Nowogrodzką, by na konferencji Kaczyńskiego zaprotestować przeciw łamaniu prawa i deptaniu praworządności. Może miała za daleko, może limit odwagi wyczerpała na tamtej konferencji Tuska, może uznała, że prawdziwym zamordystom lepiej się nie narażać, a może pokornie doszła do wniosku, że raz się już ośmieszyła i wystarczy.
Mieliśmy więc – i mamy dalej – zdradę w trzech aktach
Nadeszły rządy PiS. Większość mediów ciężko pracowała, by stały się one nieuchronne, i nie polemizowała z wyrokiem demokracji, nawet wtedy, gdy jasne już było, że to nie tylko wyrok demokracji, ale też na demokrację i praworządność. Jedni udawali, że nic złego się nie dzieje. Inni po cichu układali się z nową władzą, która za współpracę, milczenie, a przynajmniej spolegliwość, chętnie i sporo płaciła. Kasę brały poszczególne media, kasę i fawory przyjmowali konkretni ludzie. Jakby to trafnie powiedział w odniesieniu do sędziów sędzia Igor Tuleya – kto się miał ześwinić, to się już ześwinił, choć ja oczywiście użyłbym określenia dużo mocniejszego niż „ześwinił”, sami wiecie jakiego. 
W tym czasie tzw. środowisko rozgrzewały namiętne debaty na dość z czterech liter wzięte problemy i tematy: czy dziennikarze powinni czy nie powinni chodzić na demonstracje w obronie praworządności, czy może podważa to ich obiektywizm; czy dziennikarze powinni wyjeżdżać na wycieczki sponsorowane przez różnych Obajtków. Państwo redaktorstwo odważnie włączyło się też w obronę opozycji przed Tuskiem, który – zdaniem państwa – swym powrotem mógł jej zaszkodzić. Troska była oczywiście podszyta hipokryzją, bo w minionych latach państwo jeździli po opozycji chętniej niż po władzy, co w kraju rządzonym przez zamordystów wyglądało jakby bitą żonę krytykować, że słabo gotowała, a molestowane dziecko, że bywało strasznie niegrzeczne. Jak Tusk zaszkodził opozycji oczywiście doskonale pamiętamy.
Oczywiście warto zapytać, z czego wynikały te postawy. Niektórzy po prostu się sprzedali za kasę, fawory albo jakieś ochłapy ze stołu, przy którym biesiadowała władza. Inni czynili tak z tchórzostwa i oportunizmu albo z braku wyobraźni i głupoty. Jeszcze inni – ze względu na własny interes. Po co mówić, jak jest, i ryzykować, że PiS-owcy przestaną przychodzić do twojego programu, z którego żyjesz, spłacasz kredyt i dzięki któremu pani w mięsnym daje ci najlepszą polędwicę wołową? Poza tym – kto doceni twoje podskakiwanie? Lepiej siedzieć cicho i nie wystawiać tyłka do bicia.
Podsumowując – dlaczego media nie broniły, nie bronią i nie będą bronić demokracji? Bo w d**ie mają demokrację i obywateli, swych odbiorców, których nie szanują i traktują z góry, czego nawet nie ukrywają. Dla nich liczy się wyłącznie własny interes – grupowy i indywidualny, w zależności od konfiguracji.
Mieliśmy więc – i mamy dalej – zdradę w trzech aktach. Akt pierwszy – z czasów przed rządami PiS, drugi – w czasach PiS, trzeci – obecnie, gdy po wyborach prezydenckich państwo poczuło, skąd wiatr wieje. Państwo już gra pod PiS, spodziewając się powrotu PiS. Będzie nowa kasa do podziału, będą nowe frukty. A poza tym – trzeba być na fali i zawsze trzymać z mocniejszym. I o nic więcej w tym wszystkim nie chodzi, a jak ktoś uważa, że o coś więcej – to znaczy, że niewiele rozumie i już czas, żeby wydoroślał.
PS. Kilka lat temu napisałem, że możemy wygrać wybory, ale nie dzięki mediom, tylko mimo mediów, albo wbrew mediom. Dziś podobnie – możemy się dowiedzieć, kto naprawdę wygrał wybory, ale nie dzięki mediom. Raczej mimo mediów lub wbrew nim.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/4c70eb806852110946a8815ac933096f,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/4c70eb806852110946a8815ac933096f,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Lis: Kilka lat temu napisałem, że możemy wygrać wybory, ale nie dzięki mediom, tylko mimo mediów, albo wbrew mediom.</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
