<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[naTemat.pl - artykuły i wpisy blogerów]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów z naTemat.pl]]></description>
		<link>https://natemat.pl/</link>
				<generator>natemat.pl</generator>
		<atom:link href="https://natemat.pl/rss/wszystkie" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/650455,alimenty-na-psa-lub-kota-predzej-czy-pozniej-panstwo-bedzie-musialo-sie-tym-tematem-zajac</guid><link>https://natemat.pl/650455,alimenty-na-psa-lub-kota-predzej-czy-pozniej-panstwo-bedzie-musialo-sie-tym-tematem-zajac</link><pubDate>Sun, 03 May 2026 12:47:12 +0200</pubDate><title>Alimenty na psa lub kota? &quot;Prędzej czy później państwo będzie musiało się tym tematem zająć&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/8668a88c1bb0f69c34016acddbf60acb,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– W pewnym momencie przestałam się wyrabiać. To były tysiące złotych miesięcznie. Napisałam do Michała, że to przecież nasz kot, że może się dołoży. Stwierdził, że to już "mój problem" – opowiada rozgoryczona Maja, która po rozstaniu musiała sama dźwigać koszty leczenia zwierzaka. Czy można otrzymać alimenty na psa lub kota?

Razem jeździli do schroniska, wyprowadzali psy na spacery. W końcu w jednym z nich zakochali się bez pamięci. Proces adopcji trochę trwał, ale było warto – Keks, początkowo nieco wystraszony kundelek o ciemnych oczach, szybko stał się pełnoprawnym członkiem rodziny.
"Keks, nasz Keks" – mawiał Piotrek, dziś już były mąż Eweliny. 
Głaskał go, bawił się z nim i chętnie pozował do wspólnych zdjęć. Z dumą opowiadał znajomym o każdej nowej sztuczce, której go nauczył.
"Nie będzie finansował jakiegoś kundla"
Wszystko zmieniło się, gdy pies poważnie zachorował. Nagle okazało się, że Keks jest już "tylko" Eweliny. Kiedy kobieta złożyła pozew rozwodowy, Piotr zachowywał się tak, jakby rozstawał się nie tylko z żoną, ale i z psem.
– Wyprowadziłam się na stancję razem z Keksem, który ma przewlekłą niewydolność nerek – opowiada Ewelina. – Diagnozę usłyszeliśmy jeszcze razem. Na początku nie do końca rozumiałam, co ona oznacza. Myślałam, że dostanie jakieś tabletki i jakoś to będzie. Ale to był dopiero początek.
Szybko okazało się, że leczenie jest znacznie bardziej skomplikowane. Keks musiał przejść na specjalistyczną dietę – kluczowe było ograniczenie fosforu i białka. Zwykła karma z dyskontu nie wchodziła w grę. Do tego doszły suplementy, środki wspomagające pracę nerek oraz leki na nadciśnienie.
Na początku Piotr kiwał ze zrozumieniem głową. Ale to Ewelina regularnie jeździła z psem do weterynarza na badania krwi i moczu, kroplówki oraz kontrole nefrologiczne.
Kiedy zamieszkała oddzielnie, Keks przestał Piotra w ogóle już interesować. 
W lepszych miesiącach, gdy nie działo się nic nagłego, utrzymanie psa kosztowało ją około 2 tysięcy złotych. Tymczasem czynsz za wynajmowane mieszkanie wynosił kolejne 2,5 tysiąca. Jej budżet gwałtownie się skurczył – zaczęło brakować nawet na podstawowe potrzeby.
W końcu postanowiła schować dumę do kieszeni i poprosiła byłego męża o partycypację w kosztach. Reakcja Piotra była jednak natychmiastowa i jednoznaczna.
– Oburzył się. Jak to, ja "rozbiłam małżeństwo", wyprowadziłam się, a teraz jeszcze oczekuję, że "będzie finansował jakiegoś kundla"? – relacjonuje Ewelina.
– Nie mogłam uwierzyć, że to ten sam człowiek, który sam wyszedł z pomysłem adopcji psa – denerwuje się. –  Nie dość, że czuję bezsilność, bo Keks jest ciężko chory, to jeszcze  potworną niesprawiedliwość. 
Czasy, w których pies pilnował podwórka, a kot chodził własnymi ścieżkami, dawno minęły. Dziś zwierzęta są dla nas jak bliscy – śpią z nami w łóżku, jeżdżą na wakacje i mają swoje miejsce w rodzinnym albumie. Mówimy do nich z czułością, a ich obecność jest czymś równie oczywistym, jak obecność partnera czy dziecka. 
Dopóki zwierzę jest zdrowe, wszystko wydaje się pod kontrolą. Schody zaczynają się wtedy, gdy pojawia się choroba przewlekła, wypadek albo konieczność specjalistycznej diety. Wtedy rachunki od weterynarza potrafią zachwiać domowym budżetem. 
W takich momentach opieka nad "członkiem rodziny" przestaje być tylko przyjemnym obowiązkiem: staje się dużym kosztem i często niestety zalążkiem kłótni. 
Prawdziwy problem zaczyna się jednak przy rozstaniu. Kiedy związek się kończy, wspólny dotąd pies czy kot nagle przestaje być "nasz", a zaczyna być… czyjś. 
"Żeby Zygmunt wreszcie zdechł, to będzie ci lżej"
Majka uśmiecha się na wspomnienie, gdy wzięła go na ręce pierwszy raz. Był taki maleńki, taki kruchy. Wybłagała partnera, żeby z nimi został. Znajoma przyszła z trzema kociętami w koszyku, a Maja nie miała serca odmówić. Wzięła chociaż jednego. 
– To nie był nasz wspólny wybór – przyznaje Maja. – Ale Michał pokochał Zygmunta niemal od razu. 
Po malusim kocie nic nie zostało, nabierał apetytu i rósł w oczach. Dorósł. Kładł się Michałowi na kolanach i mruczał, kiedy ten go głaskał. 
Po siedmiu latach Zygmunt przestał przypominać siebie. Stracił apetyt, stał się apatyczny, coraz więcej spał. 
– Weterynarz uspokajał, że to pewnie nic poważnego, jakaś infekcja – wspomina Maja. – Podleczył go i nawet na chwilę było lepiej.
Drugi raz było już inaczej.
– Zygmunt schudł, ale jednocześnie jego brzuch zrobił się nienaturalnie duży. Wiedziałam, że coś jest bardzo nie tak.
Diagnoza padła szybko: FIP z zapaleniem otrzewnej. Jeszcze kilka lat temu oznaczało to wyrok. Dziś są terapie, które dają szansę na dłuższe życie, ale wymagają ogromnych nakładów finansowych.
W tym samym czasie rozpadł się związek Mai.
– Wyprowadziłam się z Zygmuntem. Nie było nawet dyskusji, że ma zostać z Michałem, bo on ma taką pracę, że częściej go nie ma w domu, niż jest – uzasadnia. – Problem zaczął się później.
Codzienne leczenie, zastrzyki, badania, specjalistyczna opieka. Koszty rosły z tygodnia na tydzień.
– W pewnym momencie przestałam się wyrabiać. To były tysiące złotych miesięcznie. Napisałam do Michała, że to przecież nasz kot, że może się dołoży. Stwierdził, że to już "mój problem". Wypomniał mi też, że w ogóle go wzięliśmy. I że skoro go namówiłam, to ja mam za niego płacić.
Kiedy się zaczęli o to kłócić, napisał jej SMS-a: "Żeby Zygmunt wreszcie zdechł, to będzie ci lżej".
Wspomina, że było jej już tak ciężko, że była blisko tego, żeby założyć zrzutkę. Ale bardzo się wstydziła. Chciała też udowodnić byłemu partnerowi, że świetnie sobie radzi.
Nawet przez myśl jej nie przeszło, żeby zrezygnować z leczenia.
– Walczyłam do końca. Ale nie udało się – mówi smutno. 
Historia Pameli jest inna: nie rozstała się z partnerem i nie musiała dźwigać kosztów utrzymania chorego na nowotwór psa sama. Ale, jak przyznaje, to właśnie choroba czworonoga stała się momentem przełomowym dla ich relacji.
– To właśnie kiedy Miko zachorował, nasze małżeństwo zaczęło przeżywać kryzys – przyznaje. 
Początkowo oboje skupili się na jednym: walce o zdrowie psa. Wizyty u weterynarzy, badania, konsultacje, kolejne terapie. Robili wszystko, co w ich mocy, żeby ich czworonożny przyjaciel przeżył. Szybko jednak okazało się, że emocje to jedno, a finanse drugie.
Zaczęły się przepychanki o partycypację w kosztach, o "sprawiedliwy podział", o to, kto i ile dokłada w tym miesiącu. 
– Nagle okazało się, że trzeba zacząć bardzo dokładnie liczyć pieniądze i z wielu rzeczy zrezygnować – wspomina. – Z takich drobnych przyjemności, z wyjść, z rzeczy, na które moglibyśmy sobie przed chorobą psa pozwolić.
Domowy budżet zaczął się kurczyć, a razem z nim pojawiało się coraz więcej frustracji. Stres związany z leczeniem psa coraz bardziej przenosił się na ich relację.
– Byliśmy już bardzo blisko decyzji, żeby się rozstać – wspomina ten trudny czas. – I wtedy przemknęło mi przez głowę: co będzie z psem? Przecież sama nie udźwignęłabym kosztów leczenia. 
Czy można dostać alimenty na psa lub kota? Prawniczka wyjaśnia
Czy po rozstaniu partnerów można domagać się współfinansowania utrzymania wspólnego zwierzęcia – zwłaszcza gdy jego leczenie kosztuje kilka tysięcy złotych miesięcznie? Takie sytuacje zdarzają się coraz częściej, ale polskie prawo wciąż nie nadąża za społecznymi zmianami.
– Polskie przepisy jasno określają, komu przysługują alimenty, i niestety zwierzęta nie mieszczą się w tej kategorii – tłumaczy dr hab. mec. Olga Piaskowska, prof. USWPS. – Choć w praktyce traktujemy psa czy kota jak członka rodziny, z punktu widzenia prawa nim nie jest. Zwierzę nadal uznawane jest za mienie, czyli przedmiot własności, a nie podmiot prawa – dodaje.
To oznacza, że nie istnieje coś takiego jak "alimenty na zwierzę". Nie oznacza to jednak, że koszty jego utrzymania są całkowicie pomijane.
– Jedyną możliwością jest uwzględnienie takich wydatków w ramach tzw. usprawiedliwionych potrzeb osoby uprawnionej do alimentów – wyjaśnia prawniczka. – Jeśli ktoś otrzymuje alimenty, może argumentować, że koszty leczenia czy utrzymania zwierzęcia są elementem jego codziennych wydatków. Ale to nadal są alimenty dla człowieka, nie dla zwierzęcia – podkreśla.
Dalszy ciąg tekstu poniżej
W takich sprawach często pojawia się spór o zasadność wydatków. Jedna ze stron może próbować przekonywać, że koszty utrzymania zwierzęcia powinny zostać ograniczone. Czy druga strona może argumentować, że należy je zmniejszyć, na przykład poprzez zakup tańszej karmy? 
– Takie argumenty rzeczywiście padają, podobnie jak w sprawach dotyczących dzieci – mówi Piaskowska. – Na przykład, że można kupować tańsze jedzenie czy rezygnować z części wydatków. Ostatecznie jednak to sąd ocenia zarówno usprawiedliwione potrzeby uprawnionego, jak i możliwości finansowe zobowiązanego. Nie można więc dowolnie narzucić obniżenia standardu życia – tłumaczy.
– Czy w takich sprawach potrzebna jest opinia biegłego weterynarza? – dopytuję. 
– Co do zasady nie jest to konieczne, choć w szczególnych przypadkach można sobie wyobrazić sytuację, w której taka opinia byłaby pomocna – np. przy bardzo wysokich kosztach leczenia lub w przypadku zwierząt o dużej wartości, np. hodowlanych – odpowiada prawniczka. 
Co w sytuacji, gdy para wspólnie przygarnęła psa, a po rozstaniu tylko jedna osoba ponosi koszty jego utrzymania?
Ciekawym rozwiązaniem, które pojawia się w praktyce, jest opieka naprzemienna nad zwierzęciem.
– Wbrew pozorom to się zdarza – mówi Piaskowska. – Może niekoniecznie w orzeczeniach sądowych, ale w prywatnych ustaleniach między byłymi partnerami. Co ciekawe, czasami łatwiej jest im porozumieć się w sprawie zwierzęcia niż dzieci – dodaje.
Ekspertka przyznaje jednak, że prawo w tym obszarze pozostaje w tyle za rzeczywistością społeczną.
– Zwierzęta coraz częściej pełnią rolę członków rodziny. Pojawiają się też przypadki bardzo kosztownego leczenia czy hodowli przynoszących dochód. To wszystko sprawia, że prędzej czy później ustawodawca będzie musiał się tym tematem zająć – ocenia
Na razie jednak osoby znajdujące się w takiej sytuacji muszą liczyć się z tym, że dochodzenie pieniędzy na utrzymanie zwierzęcia od byłego partnera może być trudne – a w wielu przypadkach wręcz niemożliwe.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/8668a88c1bb0f69c34016acddbf60acb,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/8668a88c1bb0f69c34016acddbf60acb,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Zwierzęta są dziś traktowane jak członkowie rodziny.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651835,andrzej-poczobut-w-pierwszym-wystapieniu-wymienil-tuska-dude-nawrockiego-i-morawieckiego</guid><link>https://natemat.pl/651835,andrzej-poczobut-w-pierwszym-wystapieniu-wymienil-tuska-dude-nawrockiego-i-morawieckiego</link><pubDate>Sun, 03 May 2026 12:45:54 +0200</pubDate><title>Andrzej Poczobut w pierwszym wystąpieniu. Wymienił Tuska, Dudę, Nawrockiego i Morawieckiego</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/ffd0c867a9ca64b760297d7a396dd4be,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />3 maja 2026 roku Andrzej Poczobut odebrał najważniejsze polskie odznaczenie – Order Orła Białego. Wydarzenie było okazją do pierwszego publicznego wystąpienia ze strony dziennikarza więzionego przez ostatnie lata na Białorusi. W trakcie przemówienia Andrzej Poczobut zwrócił uwagę na problemy polskiej mniejszości w kraju rządzonym przez Łukaszenkę, podziękował politykom z różnych opcji za wysiłki na rzecz jego uwolnienia i ze skromnością odniósł się do otrzymanych honorów.

– Odbierając tak wysokie odznaczenie państwowe, czuję się wręcz onieśmielony – tak Andrzej Poczobut rozpoczął pierwsze publiczne przemówienie po uwolnieniu z białoruskiego więzienia.
– Chodzi o to, że nie czuję się bohaterem, dla mnie bohaterami tej historii są przede wszystkim żołnierze Armii Krajowej – wyjaśnił dziennikarz, by później doprecyzować: – Tylko po prostu zwykłym człowiekiem jestem, który, żyjąc w nieprzyzwoitych czasach, próbuje zachować się przyzwoicie. Tylko tyle i aż tyle.
Andrzej Poczobut wymienił żołnierzy AK, których w szczególności ma na myśli: majora Macieja Kalenkiewicza, ps. "Kotwicz", majora Jana Piwnika, ps. "Ponury", majora Zygmunta Szendzielarza, ps. "Łupaszka", podporucznika Anatola Radziwonika, ps. "Olech" i podporucznika Mieczysława Niedzielskiego, pseudonim "Niema".
Andrzej Poczobut nie ustaje w walce na rzecz prześladowanej mniejszości polskiej
– Odbieram to odznaczenie jako symboliczne uhonorowanie działalności wszystkich członków Związku Polaków na Białorusi – zapowiedział Andrzej Poczobut w swoim przemówieniu. Po zarysowaniu kontekstu historycznego konfliktu stowarzyszenia z władzami Białorusi zwrócił też uwagę na szykany ze strony dyktatury pod rządami Aleksandra Łukaszenki.
– Ta działalność jest prowadzona w warunkach represji. Od 2005 roku członkowie Związku Polaków są poddawani szykanom i są represjonowani – stwierdził.
– Ja chcę bardzo mocno zaznaczyć, że ludzie są prześladowani nie za działalność polityczną. Ludzie są prześladowani za to, że chcą, żeby ich dzieci uczyły się w języku polskim, żeby znały język ojczysty. Ludzie są prześladowani za to, że odwiedzają groby bohaterów – wyjaśnił dziennikarz.
"Jest coś, co nas wszystkich łączy i to jest polskość"
Andrzej Poczobut zwrócił też uwagę na wysiłki dwóch różnych rządów i dwóch prezydentów, które miały na celu jego uwolnienie. Mówił, że jest dumny, że może podziękować prezydentom Karolowi Nawrockiemu i Andrzejowi Dudzie oraz rządowi Donalda Tuska i poprzedniemu Mateusza Morawieckiego za działania na rzecz jego uwolnienia.
– Jest coś, co nas wszystkich łączy, to jest polskość. To jest piękne i za to wszystkim wam bardzo serdecznie dziękuję – powiedział. 
Dziennikarz nie zajmuje stanowiska wobec obecnych sporów politycznych w Polsce. Skupia się na tym "co nas wszystkich łączy", czyli polskości.
Przed obchodami 3 maja Andrzej Poczobut i jego żona Oksana Poczobut zostali zaproszeni na kolację do Donalda Tuska. Spotkanie miało uczcić odbywający się 2 maja Dzień Polonii.

                    
                        
                    
                Choć dziennikarz jest w dobrej kondycji fizycznej, wciąż pozostaje pod opieką lekarską.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/ffd0c867a9ca64b760297d7a396dd4be,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/ffd0c867a9ca64b760297d7a396dd4be,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Andrzej Poczobut odebrał najwyższe odznaczenie. &quot;Nie czuję się bohaterem&quot;</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651823,3-maja-to-wspolne-swieto-czesto-zapominamy-ze-obchodzi-go-z-nami-jeszcze-jeden-kraj</guid><link>https://natemat.pl/651823,3-maja-to-wspolne-swieto-czesto-zapominamy-ze-obchodzi-go-z-nami-jeszcze-jeden-kraj</link><pubDate>Sun, 03 May 2026 11:39:34 +0200</pubDate><title>3 maja to wspólne święto. Często zapominamy, że obchodzi go z nami jeszcze jeden kraj</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/2230754a3019d65ba3cfcf9943469c4e,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Święto Narodowe Trzeciego Maja to niezwykle istotne święto państwowe, które upamiętnia jedną z najważniejszych rewolucji politycznych (o ile nie najważniejszą), jaka miała miejsce w naszym kraju. Często zapominamy o tym, że od kilkunastu lat data ta jest równie ważna dla innego europejskiego narodu. Narodu, z którym łączy nas naprawdę wiele.

3 maja jest dniem upamiętnienia na Litwie. Nasi sąsiedzi na północnym wschodzie przyjmują (słusznie) Konstytucję 3 maja jako swój własny sukces narodowy. Znajduje to wyraz w komunikatach, jakie płyną z Wilna:
"2 państwa. 3 wieki. 5 wartości: wolność, równość, jedność, reforma, odwaga. Dziś mija 235 lat od Konstytucji 3 Maja (1791) – pierwszej w Europie i drugiej na świecie. Śmiała polsko-litewska umowa o nowoczesnym, suwerennym państwie. Jej przesłanie trwa: państwo zaczyna się od nas" – tak o dzisiejszym upamiętnieniu napisał litewski MSZ na X.

                    
                        
                    
                Jest to o tyle ciekawe, że kilka dekad temu taki scenariusz wydawał się wręcz nieprawdopodobny. Konstytucja 3 maja na Litwie była uznawana za akt marginalizujący ludność z tamtego regionu i silnie faworyzujący polskie zwierzchnictwo nad Unią Lubelską. Historyczny kontekst zmienia jednak pewien kluczowy dokument.
Stosunki polsko-litewskie a Konstytucja 3 maja
Niezwykle ważnym aktem, który powstał jako uszczegółowienie przepisów wykonawczych dla ustawy zasadniczej, było Zaręczenie Wzajemne Obojga Narodów. Powstało ono 20 października 1791 roku. Jego sygnatariuszem był Stanisław August Poniatowski. To właśnie ten dokument rzuca światło na to, dlaczego pozornie jednostronna (faktycznie faworyzująca interesy dążącej do unitaryzacji Polski) Konstytucja 3 maja, jest dla Litwinów tak ważna.
Dokument zawierał 5 warunków (postulatów):
Dokument był więc kompromisem wobec litewskich interesów w formie aneksu do ustawy zasadniczej. To właśnie jego treść jest tak kluczowa dla współczesnej pozytywnej recepcji Konstytucji 3 maja na Litwie. Jest też kluczowym pomostem dla przyjaźni polsko-litewskiej, która jest niezwykle ważna w kontekście aktualnej sytuacji politycznej.
Polsko-litewska przyjaźń jest skomplikowana, ale niezwykle ważna
Polska jest bardzo ważnym partnerem Litwy. Jak wskazują dane Banku Światowego w ramach World Integrated Trade Solution, wymiana handlowa z Polską przebiega na szeroką skalę w obydwóch kierunkach. Jesteśmy drugim największym zagranicznym rynkiem zbytu dla litewskich firm (po Łotwie) i drugim najważniejszym zagranicznym dostawcą (po Niemczech).
Na terenie Litwy operuje też największa polska spółka – Orlen. Rafineria w Możejkach stanowi niezwykle ważny wkład w bezpieczeństwo energetyczne całego regionu bałtyckiego (zwłaszcza w dobie wojny hybrydowej z Rosją). Jej obecność przekłada się na tworzenie tysięcy miejsc pracy związanych z działalnością zakładu, ale też infrastruktury wokół niego.
Według informacji podanych przez Orlen w raporcie "10 lat od strategicznej decyzji ORLENu na Litwie", w 2019 roku spółka była największym płatnikiem podatków na Litwie i największym eksporterem w skali tego kraju.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/2230754a3019d65ba3cfcf9943469c4e,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/2230754a3019d65ba3cfcf9943469c4e,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">3 maja jest dniem upamiętnienia w jeszcze jednym kraju. Polska jest jego ważnym partnerem gospodarczym i politycznym.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651637,swietny-serial-na-netflixie-ktory-polakom-mogl-umknac-ma-100-proc-dobrych-ocen</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651637,swietny-serial-na-netflixie-ktory-polakom-mogl-umknac-ma-100-proc-dobrych-ocen</link><pubDate>Sun, 03 May 2026 11:38:01 +0200</pubDate><title>Świetny serial na Netflixie, który Polakom mógł umknąć. Ma 100 proc. dobrych ocen</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/9e15f57a2588fa2843c0e47f804a4768,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W bibliotece Netflixa ukrył się australijski serial, którego aż szkoda przeoczyć. "The Newsreader" zabiera widzów w podróż do kolorowych lat 80. i rozkwitu telewizji komercyjnej, w angażujący sposób pokazując presję związaną z kręceniem programów informacyjnych na żywo. Spodziewajcie się dobrego scenariusza i jeszcze lepszego aktorstwa.

Mało która produkcja telewizyjna i streamingowa może pochwalić się samymi pozytywnymi recenzjami w agregatorze Rotten Tomatoes. Przy tytule "The Newsreader" widnieje grafika świeżego pomidora i wielki napis "100 proc.". Jak napisała Hannah J Davies na łamach brytyjskiego dziennika "The Guardian", "gdyby ten australijski serial powstał w Stanach Zjednoczonych, byłby absolutnym hitem".
"The Newsreader" sprawi, że nie oderwiecie się od małego ekranu – jego fabuła jest gęsta od napięcia i tłumionych emocji, które znajdują ujście w najmniej oczekiwanych momentach.
"The Newsreader" na Netflix. O czym jest niedoceniony serial prosto z Australii?
Melbourne, rok 1986. Dale Jennings dopiero zaczyna karierę w medialnej branży. Młody reporter już na starcie ma pod górkę – musi współpracować z kapryśną prezenterką wiadomości Helen Norville, której udało się dotrzeć na sam szczyt pomimo wszechobecnej w tym zawodzie mizoginii. Burzliwa relacja dziennikarzy przeradza się wkrótce w coś więcej. Osobiste problemy bohaterów "The Newsreader" rozgrywają się na tle historycznych wydarzeń, które sprawnie wymieszano z fikcją.
W podzielonym na trzy sezony dramacie Michael Lucas ("Offspring") odsłania przed widzami kulisy pracy newsroomu, gdzie liczy się czas, a umiejętność radzenia sobie ze stresem jest na miarę złota. "The Newsreader" to wciągająca i równie irytująca przygoda po realiach "ejtisowych" mediów, które nie miały dla nikogo litości. Serial aż prosi się o tablicę ostrzegawczą: "tylko dla ludzi o mocnych nerwach".
Jako Helen Norville obsadzono Annę Torv, gwiazdę rewelacyjnego kryminału "Mindhunter" i odtwórczynię roli Tess Servopoulos w pierwszym rozdziale "The Last of Us". Sam Reid, który zachwyca jako Lestat de Lioncourt w serialowym "Wywiadzie z wampirem", zagrał w australijskiej produkcji protagonistę.
Dalsza część artykułu poniżej.
W obsadzie "The Newsreadera" znaleźli się też m.in. William McInnes ("Agenci NCIS: Sydney"), Philippa Northeast ("Terytorium"), Chai Hansen ("Morderczy żywioł"), Robert Taylor ("Przed burzą"), Michelle Davidson ("Goldstone") i Marg Downey ("Królowa potępionych").
"Scenariusz też jest świetny! Podoba mi się fakt, że akcja rozgrywa się w epoce, w której mogliśmy usłyszeć tak wiele znanych nam wszystkim wiadomości: katastrofa Challengera, Czarnobyl czy porwanie dziecka Lindy Chamberlain przez dingo" – zauważyła Hayley Campbell w recenzji na portalu BBC.
Krytycy chwalą Lucasa za to, że jego dzieło nie wpadło w pułapkę, jaką jest próba dostosowania dawnych realiów danego środowiska do ich współczesnego odpowiednika. "'The Newsreader” jest bardziej kameralny niż przesadny 'The Morning Show' czy świętoszkowaty 'Newsroom'. I znacznie przyjemniejszy" – skwitował Pat Stacey z dziennika "The Irish Independent"
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/9e15f57a2588fa2843c0e47f804a4768,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/9e15f57a2588fa2843c0e47f804a4768,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Australijski serial &quot;The Newsreader&quot; pokazuje kulisy newsroomu lat 80. Ma świetne aktorstwo i trzymający w napięciu scenariusz</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651829,wielka-awantura-o-sniezke-wystarczyl-jeden-post-i-afera-w-karkonoszach-gotowa</guid><link>https://natemat.pl/651829,wielka-awantura-o-sniezke-wystarczyl-jeden-post-i-afera-w-karkonoszach-gotowa</link><pubDate>Sun, 03 May 2026 11:37:07 +0200</pubDate><title>Wielka awantura o Śnieżkę. Wystarczył jeden post i afera w Karkonoszach gotowa</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/40938abf5243ce33a9943ee7df5fca32,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Polacy ruszyli na majówkę. Oblężenie przeżywa Zakopane, ale i na brak turystów w Karkonoszach raczej nikt nie narzeka. Piękna pogoda zachęciła do wyjścia w góry, a ci, którym nudziło się w domach, rozpętali awanturę o szlak na Śnieżkę. Wszystko przez wpis parku narodowego.

Karkonosze to jedno z piękniejszych i łatwiejszych pasm górskich w Polsce. Dzięki połączeniu malowniczych widoków i niewielkiego poziomu trudności są one idealne na wiosenny rozruch i wypad w długi weekend. Jednak nawet tam warunki miejscami pozostawały dość zimowe. Park, chcąc zwiększyć bezpieczeństwo, zajął się "śnieżnym problemem", co podzieliło internautów.
Odśnieżyli Karkonosze. Awantura o szlak na Śnieżkę gotowa
Najwyższym szczytem Karkonoszy jest Śnieżka. Właśnie z tego powodu jest ona jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc podczas każdego słonecznego dnia, a w majówkę to wręcz punkt obowiązkowy dla tysięcy turystów. Trzeba jednak pamiętać, że jest to szczyt o charakterze alpejskim.
Z tego powodu na jego zboczach, mimo pełni wiosny, nadal zalegają spore płaty śniegu. Te zostały w piątek 1 maja usunięte z tzw. Drogi Jubileuszowej przez pracowników Karkonoskiego Parku Narodowego. Panowie po prostu złapali za łopaty i odśnieżyli trasę, tym samym umożliwiając otwarcie drugiego (łatwiejszego) szlaku na Śnieżkę. Informację tę opublikowali w mediach społecznościowych i przy okazji rozpętali burzę.

            
                
            
            W komentarzach pod postem pojawiła się cała masa wpisów sugerujących, że to "idiotyczne" działanie. Wiele osób drwiło, że teraz drogę powinno się jeszcze posypać solą. "Janusz i Grażyna przejdą suchą Kubotą", "Ale to chyba w czynie społecznym, bo za głupotę się nie powinno płacić…" – brzmiały kolejne głosy. Inni żartowali, zapraszając z odśnieżaniem na Rysy. Szkoda tylko, że niewiele osób pomyślało o bezpieczeństwie oraz komforcie turystów.
Czerwony szlak na Śnieżkę bywa bardzo zatłoczony. Droga Jubileuszowa jest alternatywą
Przed otwarciem Drogi Jubileuszowej jedyną opcją wejścia na Śnieżkę i zejścia z niej były tzw. zakosy, czyli czerwony szlak prowadzący na sam szczyt. Problem polega jednak nie tylko na tym, że jest on bardziej wymagający fizycznie. Podstawowym minusem tej opcji jest fakt, że ścieżka ta jest bardzo wąska, co w połączeniu z tysiącami turystów sprawia, że wędrówka staje się niekomfortowa, a wręcz niebezpieczna. Upadek jednej osoby może zakończyć się wypadkiem wielu innych.
Po drugie, w majówkę na Śnieżkę dociera wielu "niedzielnych turystów". Często wybierają oni właśnie Drogę Jubileuszową, więc nieprzygotowani prawdopodobnie ruszyliby na nią mimo zalegającego śniegu. Szliby pewnie podobnie jak turystka w sneakersach uwieczniona w Tatrach, ale ich sytuacja byłaby znacznie groźniejsza. Poślizgnięcie się na zmrożonym płacie w tym miejscu oznacza bowiem upadek stromym zboczem do Kotła Łomniczki, co w przeszłości wielokrotnie kończyło się tragicznie.
W przypadku Karkonoszy mówimy także o znacznie mniejszej skali odśnieżania. Na Kasprowym Wierchu nadal zalega nawet metr śniegu. Nie mówiąc już o pozostałych szlakach w Tatrach, gdzie nadal można spotkać łaty zmrożonego lodu. W Karkonoszach problemem była głównie jedna trasa. Śniegu nie brakuje też na czerwonym szlaku prowadzącym od Szrenicy do Śnieżnych Kotłów, ale tam trasa jest płaska, a upadek nie skończy się zjazdem do skalistego kotła.
Kolejny powód, dla którego odśnieżenie tej trasy miało sens, to ułatwienie dostępu dla ratowników. Jeżeli na Śnieżce dojdzie do wypadku, GOPR będzie miał znacznie łatwiejszy i bezpieczniejszy dojazd po usunięciu zalegającego śniegu. A przy takim tłumie o uraz czy nagłe zachorowanie naprawdę nie jest trudno.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/40938abf5243ce33a9943ee7df5fca32,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/40938abf5243ce33a9943ee7df5fca32,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Awantura o Śnieżkę w majówkę. Odśnieżać szlak, czy zostawić ludzi w śmiertelnym zagrożeniu</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651826,cla-trumpa-poczatkiem-wojny-gospodarczej-z-niemcami-niemieccy-eksperci-bija-na-alarm</guid><link>https://natemat.pl/651826,cla-trumpa-poczatkiem-wojny-gospodarczej-z-niemcami-niemieccy-eksperci-bija-na-alarm</link><pubDate>Sun, 03 May 2026 11:10:25 +0200</pubDate><title>&quot;Cła Trumpa początkiem wojny gospodarczej z Niemcami&quot;. Niemieccy eksperci biją na alarm</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/5d101ad15a2a5c12fd7c89c3b2b323a9,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zapowiedziane przez Trumpa podwyższenie ceł na samochody z UE mocno uderzy w Niemcy – oceniają eksperci motoryzacyjni. I apelują o deeskalację.

Zdaniem ekspertów ogłoszone przez Donalda Trumpa dodatkowe cła na samochody osobowe i ciężarowe z UE szczególnie mocno dotkną Niemcy.
– Planowaną podwyżkę do 25 procent można interpretować jako początek wojny gospodarczej z Niemcami – ocenił ekspert motoryzacyjny Ferdinand Dudenhöffer.
Niemieckie Stowarzyszenie Przemysłu Motoryzacyjnego (VDA) określiło oświadczenie Trumpa jako "kolejne i poważne obciążenie dla stosunków transatlantyckich" i wezwało do "deeskalacji". Trump uzasadnił podwyżkę ceł naruszeniem obowiązującej umowy handlowej przez państwa UE, nie podając jednak szczegółów.
Będzie większa presja na niemieckich producentów
Ekspert ostrzegł, że dodatkowe koszty mogą jeszcze bardziej nasilić presję na niemieckich producentów, by przenosili zakłady produkcyjne poza granice Niemiec. Co prawda, jego zdaniem, silne niemieckie marki mogłyby prawdopodobnie przenieść część kosztów na amerykańskich nabywców poprzez podwyżki cen, jednak producenci samochodów odczują to w różnym stopniu.
Dyrektor Centrum Badawczego CAR w Bochum wyjaśnił, że w odniesieniu do samych nowych samochodów produkowanych w Niemczech i eksportowanych do USA podwyższenie ceł z dotychczasowych 15 do przyszłych 25 procent oznacza dodatkowe obciążenie finansowe w wysokości około 2,5 miliarda euro rocznie – do kwoty około 6,14 miliarda. Środki te można interpretować jako skierowane konkretnie przeciwko Niemcom, ponieważ eksport innych europejskich producentów samochodów do USA jest "nieistotny".
Podczas gdy BMW i Mercedes dysponują pewną "ochroną celną" dzięki własnym dużym zakładom w USA, środek ten w pełni dotknie marki nieposiadające własnej produkcji w Stanach Zjednoczonych, takie jak Porsche i Audi. Dudenhöffer zakłada zatem, że podwyżka ceł przyspieszy realizację planów budowy nowych zakładów w Stanach Zjednoczonych.
Koszty będą ogromne
Prezeska stowarzyszenia branżowego VDA, Hildegard Müller, określiła grożące niemieckim producentom dodatkowe koszty wynikające z ceł jako "ogromne". Prawdopodobnie będą one miały jednak również wpływ na konsumentów w USA.
– Przemysł motoryzacyjny wzywa obie strony do natychmiastowego złagodzenia napięć i podjęcia szybkich rozmów – dodała, odnosząc się do UE i USA.
Prezydent USA ogłosił w piątek (01.05.2026) znaczny wzrost ceł importowych na pojazdy z UE. "Ponieważ Unia Europejska nie przestrzega uzgodnionej umowy handlowej, w przyszłym tygodniu podniosę cła na samochody osobowe i ciężarowe importowane z Unii Europejskiej do USA" – napisał w serwisie internetowym Truth Social. "Stawka celna zostanie podwyższona do 25 procent".
Donald Trump nie podał jednak szczegółów dotyczących tego, w jaki sposób jego zdaniem UE narusza umowę handlową. Podczas wydarzenia w stanie Floryda w piątek wieczorem (czasu lokalnego) Trump zarzucił w szczególności niemieckim producentom samochodów, takim jak Mercedes-Benz i BMW, że oszukują obywateli USA.
Ogłoszenie Trumpa dotyczące ceł nastąpiło wkrótce po tym, jak ostro skrytykował kanclerza Friedricha Merza (CDU). Trump wezwał Merza, by skoncentrował się na zakończeniu wojny wUkrainie, zamiast "wtrącać się w sprawy Iranu". Ponadto Merz powinien "uporządkować swój upadający kraj" – oświadczył prezydent USA w czwartek w mediach internetowych.
Słowa prezydenta USA poprzedziły wypowiedzi Merza na temat wojny w Iranie. – Cały naród jest poniżany przez irańskie władze – powiedział Merz w poniedziałek (27.04.2026), odnosząc się do negocjacji USA z Iranem w sprawie zakończenia wojny, która ma globalne skutki gospodarcze, zwłaszcza ze względu na rosnące ceny paliw. Ponadto kanclerz wyraził opinię, że Stany Zjednoczone "najwyraźniej nie mają żadnej strategii” w wojnie z Iranem.
Marta Przybylik-Wiśniewska opracowanie
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/5d101ad15a2a5c12fd7c89c3b2b323a9,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/5d101ad15a2a5c12fd7c89c3b2b323a9,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Cła Trumpa początkiem wojny gospodarczej z Niemcami. Niemieccy eksperci biją na alarm</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651820,plonie-park-narodowy-tuz-za-nasza-granica-500-strazakow-w-akcji-dym-widac-z-kosmosu</guid><link>https://natemat.pl/651820,plonie-park-narodowy-tuz-za-nasza-granica-500-strazakow-w-akcji-dym-widac-z-kosmosu</link><pubDate>Sun, 03 May 2026 10:25:17 +0200</pubDate><title>Płonie park narodowy tuż za naszą granicą. 500 strażaków w akcji, dym widać z kosmosu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/5db1e3949ae442c3e1048050fa359f6d,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Majówka to idealny czas na bliższe i dalsze wyjazdy. Dzięki pięknej pogodzie możemy cieszyć się pięknem wiosennej natury. Niestety tuż za naszą południową granicą zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Pożar objął jeden z najpiękniejszych parków narodowych Czech.

Czeska Szwajcaria to jedno z najpiękniejszych miejsc u naszych sąsiadów. Obszar znajdujący się przy granicy z Niemcami, a także niedaleko terenu Polski, to nie tylko lasy, ale i niesamowite formacje skalne. Miejsce to zachwyciło filmowców, którzy kręcili tam pierwszą część "Opowieści z Narnii". Właśnie tam w sobotę 2 maja po południu pojawił się ogień, który szybko objął znaczną część terenu leśnego.
Pożar w Czechach. 500 strażaków gasi Czeską Szwajcarię
Park Narodowy Czeska Szwajcaria to bardzo popularne miejsce wśród turystów. Jednak ze względu na żywioł jego część została zamknięta. Ogień pojawił się w Rynarticach, części gminy Jetřichovice, na terenie objętym ochroną. Początkowo wszyscy mieli nadzieję, że pożar uda się szybko opanować. Niestety susza i wiatr sprawiły, że zaczął się on błyskawicznie rozprzestrzeniać.

                    
                        
                    
                Z najnowszych informacji przekazanych w niedzielę 3 maja wynika, że ogień trawi obszar ok. 1–1,5 kilometra kwadratowego. W akcję gaśniczą zaangażowano liczne siły. Od wczesnych godzin rannych w niedzielę na miejscu pracuje 500 strażaków z pięciu różnych regionów: Uścia nad Łabą, Liberca, Środkowych Czech, Hradca Králové i Pardubic.
Do akcji zadysponowano także załogi helikopterów gaśniczych. Od godziny 8:00 rano z ogniem walczy pięć śmigłowców. Dwa kolejne mają do nich dołączyć w godzinach popołudniowych. Nad obszarem pożaru wprowadzono bezwzględny zakaz lotów dronami. Policja zamknęła okoliczne drogi, ponieważ istnieje ryzyko przewracania się drzew uszkodzonych przez ogień.
Pożar w Czeskiej Szwajcarii widać z kosmosu
Czeskie media przekazały także kilka dobrych informacji. Serwis novinky.cz podał, że w nocy z soboty na niedzielę strażakom udało się podzielić obszar pożaru na trzy strefy. Dwie zostały opanowane, a w celu zatrzymania trzeciej wybudowano specjalną zaporę, która powinna zatrzymać ogień.
Sytuacja pozostaje jednak poważna, a czeskie władze są gotowe w każdej chwili zwołać sztab kryzysowy. Pożar jest na tyle rozległy, że już w sobotę dym unoszący się nad parkiem był widoczny z kosmosu. Uwieczniły go satelity okrążające Ziemię.

            
                
            
            To niestety nie pierwszy raz, kiedy w Czeskiej Szwajcarii pojawia się niszczycielski ogień. Do najgorszego pożaru w historii Czech doszło tam w 2022 roku. Wówczas ogień płonął przez 21 dni, niszcząc ponad tysiąc hektarów lasów. Z żywiołem walczyło wtedy 6 tys. strażaków. Zniszczenia były jednak bardzo poważne. Wąwóz Edmunda, jeden z najpiękniejszych szlaków w Czeskiej Szwajcarii, otwarto ponownie dopiero w lipcu 2025 roku. Oby tym razem nie doszło do tak wielkiej tragedii.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/5db1e3949ae442c3e1048050fa359f6d,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/5db1e3949ae442c3e1048050fa359f6d,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Pożar tuż za naszą południową granicą. Płonie Czeska Szwajcaria</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651796,john-wick-5-staje-sie-faktem-keanu-reeves-juz-wie-jaka-walke-stoczy</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651796,john-wick-5-staje-sie-faktem-keanu-reeves-juz-wie-jaka-walke-stoczy</link><pubDate>Sun, 03 May 2026 10:18:01 +0200</pubDate><title>&quot;John Wick 5&quot; staje się faktem. Keanu Reeves już wie, jaką walkę stoczy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/0b43ea53a5dbc841059c4d4a980223ca,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Widzowie nie żegnają się na dobre z legendarnym płatnym zabójcą granym przez Keanu Reevesa. Wszystko wskazuje na to, że "John Wick 5" powstanie. Poprzednia część serii miała otwarte zakończenie, więc nic nie stoi na drodze, by zawodowy hitman powrócił na duży ekran. Prezes wytwórni Lionsgate właśnie zabrał głos w sprawie przyszłości projektu. Na jakim jest etapie?

Ponad dekadę temu Keanu Reeves , odtwórca Neo w słynnym "Matriksie", stał się twarzą franczyzy, która przerosła wszelkie oczekiwania zarówno twórców, jak i widowni. Jako John Wick – niebezpieczny płatny zabójca, którego poznaliśmy, gdy mścił się na zabójcach psa jego zmarłej żony – zachwycił widzów żądnych dynamicznych scen walki.
Pierwszy film zarobił w kasach biletowych na całym świecie 86 mln dolarów, stając się kasowym sukcesem. Produkcja miała budżet w wysokości 20 mln USD i przekroczyła ważny w Box Office'ie próg trzykrotnie większego zysku.
Popularna seria doczekała się łącznie czterech filmów o Wicku, spin-offu "Ballerina" i serialu "Continental". W niedalekiej przyszłości kino akcji w wykonaniu Chada Stahelskiego, który niebawem ożywi na srebrnym ekranie klasykę kina lat 80., czyli "Nieśmiertelnego", stanie się tłem dla gry AAA studia Saber Interactive (i to z Reevesem na pokładzie).
"John Wick 5" z Keanu Reevesem. Na jakim etapie jest film?
"John Wick 4" zakończył się w sposób otwarty. Odpowiedź na pytanie, co dalej stało się z tytułowym bohaterem – czy zginął, czy nie – pozostaje kwestią naszej wyobraźni. Chad Stahelski wyjaśnił w wywiadzie na łamach magazynu "Empire", że nakręcił jeszcze alternatywny finał. – Jasno wskazywał, że John wciąż żyje. Widzowie, którzy brali udział w testach, zdecydowanie woleli jednak niejednoznaczne zakończenie – oznajmił filmowiec.
Z ostatnich medialnych doniesień wynika, że płatny zabójca, za którym wystawiono wcześniej pokaźny list gończy, żyje i ma się dobrze. Na tyle dobrze, że jego przygody otrzymają kontynuację. Prezes Lionsgate Adam Fogelson skomentował dalsze plany na serię w rozmowie z portalem Business Insider.
– Chad i Keanu mają pomysł, który ich zdaniem może być bardzo ekscytujący. (...) Mamy przed sobą wiele etapów, więc nie chciałbym narzucać im konkretnego harmonogramu, ale jeśli chodzi znalezienie głównego pomysłu, wydaje się, że trafili na coś, co ich zdaniem jest porywające – tak o potencjalnym filmie "John Wick 5" mówił Fogelson.
Dalsza część artykułu poniżej.
Przypomnijmy, że niedawno ogłoszono rozpoczęcie prac na planie spin-offu poświęconego niewidomemu zabójcy Caine'owi, w którego wciela się Donnie Yen ("Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie"). Postać ta zadebiutowała w "Johnie Wicku 4". Za kamerą intrygującego filmu stanie odtwórca głównej roli.
Lukratywną franczyzę mają dopełnić również: serial telewizyjny "John Wick: Under The High Table", którego akcja rozgrywa się po wydarzeniach ukazanych w ostatniej części głównej serii i który skupia się na postaciach pobocznych z tego uniwersum, oraz niezatytułowane anime będące prequelem "Johna Wicka" – zobaczymy w nim "niemożliwe zadanie".
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/0b43ea53a5dbc841059c4d4a980223ca,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/0b43ea53a5dbc841059c4d4a980223ca,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Chad Stahelski i Keanu Reeves mają już pomysł na film &quot;John Wick 5&quot;</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651817,trump-zmienil-zdanie-ws-zolnierzy-wpadl-tez-na-kolejny-pomysl-ktory-mocno-uderzy-w-polske</guid><link>https://natemat.pl/651817,trump-zmienil-zdanie-ws-zolnierzy-wpadl-tez-na-kolejny-pomysl-ktory-mocno-uderzy-w-polske</link><pubDate>Sun, 03 May 2026 10:15:58 +0200</pubDate><title>Trump zmienił zdanie ws. żołnierzy. Wpadł też na kolejny pomysł, który mocno uderzy w Polskę</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/843933fd4be7115e68b60e5174089a3b,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Donald Trump zapowiada wycofanie jeszcze większej liczby żołnierzy z terenu Niemiec. Planuje on też objęcie UE cłami, które szczególnie mocno mogą uderzyć w sytuację polskich firm z sektora automotive.

Pentagon pragnie ograniczyć liczebność amerykańskich żołnierzy na terenie Niemiec. Zapowiedzi z 2 maja 2026 roku dotyczyły relokacji 5 tys. członków personelu wojskowego. Teraz okazuje się, że liczba ta ma zostać podniesiona.
Donald Trump skomentował doniesienia o wycofaniu amerykańskich żołnierzy w trakcie sobotniej konferencji. Jak podaje CNBC, prezydent USA zapowiedział jeszcze ostrzejsze cięcia w liczebności kontyngentu. Prezydent nie podał precyzyjnej liczby, ale stwierdził, że będzie to "znacznie więcej niż 5 tys."
Niemcy są najważniejszym amerykańskim partnerem militarnym w Europie. Na ich terenie goszczonych jest około 35 tys. żołnierzy. Kraj rządzony przez Friedricha Merza stanowi logistyczny hub dla USA, który ułatwia operacje w regionie Europy, Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu.
Działanie Donalda Trumpa jest bezpośrednią reakcją na krytykę ze strony kanclerza Niemiec. Wobec kursu kolizyjnego z europejskimi liderami, prezydent USA zdecydował się na jeszcze jeden drastyczny krok, który nie dotyczy sfery militarnej, a silnie uderzy w Stary Kontynent (w tym w Polskę) gospodarczo.
Nowe cła Donalda Trumpa to poważny cios w UE
Jak podaje BBC, Donald Trump w kolejnym tygodniu (4-10 maja) planuje podniesienie ceł na samochody i ciężarówki z Unii Europejskiej o 25 proc. Działanie to jest wymierzone w niezwykle rentowną gałąź przemysłu, która od ponad wieku stanowi dumę Starego Kontynentu.
Rynek amerykański jest niezwykle atrakcyjny z perspektywy europejskich producentów. Trafiają tam auta z segmentu premium. Marki takie jak Porsche, Audi, BMW, Mercedes-Benz są w USA modne, ikoniczne i kojarzą się z wysoką jakością, a także swego rodzaju europejską egzotycznością. Amerykański styl życia zbudowany jest wokół samochodów, a walka o klienta ze Stanów Zjednoczonych to ważny element strategii europejskich producentów.
Tak wysokie cła silnie ograniczają konkurencyjność samochodów produkowanych w UE na rynku amerykańskim. Rynek ten jest atrakcyjny również z perspektywy rodzimych, amerykańskich producentów, ale także tych z Dalekiego Wschodu. Informacja o podniesieniu ceł na europejskie samochody, o ile decyzja wejdzie w życie i zostanie utrzymana, bo wiadomo jak to bywa z Donaldem Trumpem, z pewnością wywoła niejeden uśmiech na twarzach członków zarządów gigantów pokroju Toyoty, Hyundaia, Kii czy Hondy.
W Europie blady strach. Cios w sektor automotive odczuje też Polska
Polski sektor automotive nie może spać spokojnie. A przypomnijmy – to jedna z najważniejszych gałęzi polskiej gospodarki. Nasz kraj jest nie trybikiem, a kołem zamachowym w łańcuchu dostaw niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego.
Największe firmy z Niemiec bardzo chętnie wykorzystują produkowane nad Wisłą silniki, skrzynie biegów, akumulatory, elektronikę i elementy z tworzyw sztucznych.
Amerykańskie sankcje, bo tak w zasadzie należy nazwać proponowane przez Waszyngton cła, w rzeczywistości mogą w długiej perspektywie wpłynąć na liczbę zamówień w polskich zakładach, a co za tym idzie, na ich przychody.
Sankcja jest słowem mocnym, ale działania Donalda Trumpa bardzo często określane są jako odwetowe. Dziennik "Le Monde" nazwał sytuację wojną handlową z Europą. Cła są pokłosiem m.in. europejskiej niesubordynacji w trakcie operacji Epic Fury. Chodzi tu oczywiście o wojnę na Bliskim Wschodzie, której władze większości kluczowych gospodarek w UE otwarcie nie popierają.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/843933fd4be7115e68b60e5174089a3b,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/843933fd4be7115e68b60e5174089a3b,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Donald Trump wprowadza sankcje, które docelowo mają uderzyć w Niemcy. Polska ucierpi na nich równie mocno.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651520,elektryczny-maluch-i-komfortowy-van-jac-zaprezentowal-w-poznaniu-dwa-nowe-modele</guid><link>https://natemat.pl/651520,elektryczny-maluch-i-komfortowy-van-jac-zaprezentowal-w-poznaniu-dwa-nowe-modele</link><pubDate>Sun, 03 May 2026 08:38:01 +0200</pubDate><title>Elektryczny maluch i komfortowy van. JAC zaprezentował w Poznaniu dwa nowe modele</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/cf6cd47c1b0ec2326a6b4a7685c2c1a9,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Nie ma co owijać w bawełnę, Poznań Motor Show 2026 opanowali Chińczycy. Jednym z wystawców był JAC Motors. Marka pokazała, że ma już w Polsce dziewięć modeli, w tym dwa najnowsze, które uderzają w segment samochodów elektrycznych i hybryd premium.

Zacznijmy od tego, co rzuca się w oczy jako pierwsze. JAC E30X wygląda, jakby uciekł z planu kreskówki, ale w tym dobrym, lifestylowym sensie. Ten elektryczny maluch posiada charakterystyczne światła LED, które Chińczycy nazywają pieszczotliwie "Angel Eyes" robią robotę. Ale design to nie wszystko.
To pierwszy samochód elektryczny od JAC w Polsce zbudowany na dedykowanej platformie EV. Co to oznacza dla nas? Bateria o pojemności 46 kWh umieszczona w podłodze pozwoliła na większy rozstaw osi, co przekłada się na więcej miejsca w środku.
Moc 135 KM i natychmiastowy moment obrotowy w zupełności wystarcza, a promień skrętu (poniżej 10 metrów!) sprawia, że zawracanie w ciasnych alejkach to łatwizna. To, co nie zachwyca, to szybkość ładowania. Wskoczenie z 30 do 80 proc. zajmuje około 20 minut. To czas, w który auta elektryczne ładują się teraz od 10 do 80 proc.
Do tego funkcja V2L, czyli możesz z auta zasilić ekspres do kawy na kempingu albo laptopa. W środku? Między innymi ekran o przekątnej 15,6 cala, który jest centrum dowodzenia całego pojazdu.
JAC RF8, czyli VIP-owski salon na kołach z napędem hybrydowym
Jeśli E30X jest zwinnym mieszczuchem, to JAC RF8 jest jachtem premium, który przypadkiem trafił na asfalt. Ten van to model 7-miejscowy, który celuje prosto w segment premium. I wiecie co? Ma do tego argumenty.
Konfiguracja siedzeń 2+2+3 z osobnymi fotelami w drugim rzędzie to spory poziom komfortu. Do tego masaż, wentylacja, ogrzewanie, więc nawet pasażerowie z tyłu mogą poczuć się jak w klasie biznes. 
Pod maską pracuje hybryda plug-in oparta na znanym już silniku obecnym w większości chińskich spalinówek, czyli 1.5 TGDI. Najważniejsza liczba? 116 km zasięgu w trybie elektrycznym. To bardzo przyzwoity wynik jak na tak duże auto. A jak przyjdzie czas na wakacje, nie martwisz się o ładowarki, bo masz solidny napęd spalinowy w odwodzie. 
JAC Motors w Polsce
Debiut tych dwóch modeli podczas Poznań Motor Show 2026 poszerzył portfolio JAC Motors w kraju nad Wisłą, które liczy teraz dziewięć modeli: od pickupów, przez SUV-y, aż po auta dostawcze.
No i warto dodać, że JAC prowadzi współpracę z gigantami takimi jak Volkswagen, która przynosi efekty. Systemy ADAS poziomu 2, panoramiczne dachy, świetne systemy audio, to wszystko dostajemy w standardzie, ale to już znana zagrywka producentów z Państwa Środka.
Czy polscy kierowcy przekonają się do modeli takich jak ten elektryczny maluch czy luksusowy van od JAC? Wszystko zależy od cen i odpowiedzi konkurencji. Bo ta zdecydowanie nie śpi.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/cf6cd47c1b0ec2326a6b4a7685c2c1a9,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/cf6cd47c1b0ec2326a6b4a7685c2c1a9,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Elektryczny maluch i komfortowy van. JAC zaprezentował w Poznaniu dwa nowe modele</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651790,prequel-the-crown-za-500-mln-funtow-wiadomo-czyja-historie-pokaze-netflix</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651790,prequel-the-crown-za-500-mln-funtow-wiadomo-czyja-historie-pokaze-netflix</link><pubDate>Sun, 03 May 2026 08:03:01 +0200</pubDate><title>Prequel &quot;The Crown&quot; za 500 mln funtów. Wiadomo, czyją historię pokaże Netflix</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/5408b48f97378e3ec068123fac8694a0,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Netflix ma podobno pracować nad prequelem "The Crown". Nowy serial miałby opowiedzieć historię brytyjskiej monarchii od śmierci królowej Wiktorii w 1901 roku aż do ślubu Elżbiety i Filipa w 1947 roku, co oznacza, że widzowie zobaczyliby na ekranie słynną abdykację Edwarda VIII oraz realia obu wojen światowych. Za projektem ponownie ma stać twórca hitu, Peter Morgan.

Po zakończeniu "The Crown" w 2023 roku wydawało się, że Peter Morgan definitywnie zamknął rozdział poświęcony historii brytyjskiej rodziny królewskiej. Najnowsze doniesienia sugerują jednak, że twórca jednego z największych serialowych hitów Netfliksa może wrócić do świata monarchii, ale bynajmniej nie współczesnej.
Prequel "The Crown" opowiedziałby aż o czterech brytyjskich królach
Jak informują brytyjskie media, platforma rozwija prequel "The Crown", który miałby opowiadać o wydarzeniach poprzedzających historię znaną z pierwszego sezonu serialu. Produkcja miałaby rozpocząć się w 1901 roku, po śmierci królowej Wiktorii, i zakończyć w 1947 roku – w momencie ślubu przyszłej królowej Elżbiety II z księciem Filipem.
Nowa seria miałaby więc objąć niemal pół wieku historii brytyjskiej monarchii i pokazać jedne z najważniejszych wydarzeń XX wieku. W centrum opowieści znaleźliby się kolejni monarchowie z dynastii Windsorów – Edward VII, Jerzy V, Edward VIII oraz Jerzy VI, czyli ojciec Elżbiety.
Szczególnie istotnym wątkiem miałby być kryzys abdykacyjny z 1936 roku, kiedy Edward VIII, wuj Elżbiety, zrezygnował z tronu, by poślubić amerykańską rozwódkę Wallis Simpson. Serial prawdopodobnie pokazałby również wpływ obu wojen światowych na rodzinę królewską i brytyjskie społeczeństwo, a także przemiany społeczne zachodzące w pierwszej połowie XX wieku.
Choć Netflix oficjalnie jeszcze niczego nie potwierdził, źródła cytowane przez "Daily Mail" twierdzą, że negocjacje w sprawie prequela trwały od dłuższego czasu i niedawno udało się osiągnąć porozumienie. Peter Morgan ma już pracować nad scenariuszem, a casting podobno zaplanowano na przyszły rok. Według doniesień projekt powstaje we współpracy Netfliksa z Left Bank Pictures, czyli studiem odpowiedzialnym za oryginalny serial. Wartość umowy ma sięgać nawet 500 milionów funtów. 
Dalsza część artykułu poniżej. 
Sam Morgan już wcześniej sugerował, że nie wyklucza powrotu do królewskiego uniwersum, choć nie chciał kontynuować współczesnej historii ("The Crown" zakończyło się w 2005 roku, czyli aż 17 lat przed śmiercią Elżbiety II). W jednym z wywiadów showrunner stwierdził, że serial stałby się wtedy bardziej "dziennikarski" niż historyczny. Twórca zaznaczał jednocześnie, że cofnięcie się w czasie daje możliwość opowiadania o współczesności poprzez historyczne metafory i wydarzenia z przeszłości.
"The Crown" było wielki hitem Netfliksa
Oryginalne "The Crown" było emitowane w latach 2016–2023 i doczekało się sześciu sezonów. Serial przedstawiał życie i panowanie królowej Elżbiety II od jej ślubu z Filipem aż po początki XXI wieku. 
W kolejnych sezonach role głównych bohaterów przejmowali nowi aktorzy – królową grały Claire Foy, Olivia Colman i Imelda Staunton, natomiast w księcia Filipa wcielali się Matt Smith, Tobias Menzies i Jonathan Pryce. Serial był globalnym hitem, choć było sporo kontrowersji. Otrzymał 24 nagrody Emmy, w tym statuetkę dla najlepszego serialu dramatycznego, a także liczne Złote Globy i nagrody BAFTA. 
Fani brytyjskiej rodziny królewskiej ucieszą się też z zapowiedzianego nowego dokumentu o księżnej Dianie, który ma ujawnić pięć godzin niepublikowanych wcześniej nagrań. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/5408b48f97378e3ec068123fac8694a0,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/5408b48f97378e3ec068123fac8694a0,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Netflix ma pracować nad prequelem The Crown</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651805,fico-leci-do-putina-spedzi-dziesiatki-godzin-w-podrozy-by-sie-przed-nim-plaszczyc</guid><link>https://natemat.pl/651805,fico-leci-do-putina-spedzi-dziesiatki-godzin-w-podrozy-by-sie-przed-nim-plaszczyc</link><pubDate>Sun, 03 May 2026 08:00:02 +0200</pubDate><title>Fico leci do Putina. Spędzi dziesiątki godzin w podróży, by się przed nim płaszczyć</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/f4749497b214d29edc250d7601076504,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Robert Fico ma chytry plan na poradzenie sobie z blokadą, jaką Polska i kraje bałtyckie objęły jego samolot. Polityk bardzo chce zjawić się w Moskwie na najważniejsze rosyjskie święto 9 maja. Plan ten przewiduje długą i trudną trasę samochodem, która w najlepszym scenariuszu zajmie około 40 godzin.

Agencja RIA Novosti, powołując się na źródło w polskich kręgach dyplomatycznych, poinformowała o pomyśle Roberta Fico na obejście blokady, którą jego samolot zdecydowały się objąć Polska i kraje bałtyckie. Państwa te zapowiedziały, że nie pozwolą na wykorzystanie ich przestrzeni powietrznej przez premiera Słowacji, który planuje złożyć kolejną międzynarodową wizytę w Rosji.
Polityk do Moskwy na obchody Dnia Zwycięstwa 9 maja uda się więc samochodem przez Polskę i Białoruś. Przejazd z Bratysławy do Moskwy może pochłonąć około 20–21 godzin w jedną stronę (według Google Maps). W obie strony to około 40 godzin, nie uwzględniając postojów, zdarzeń losowych, robót drogowych i kolejek na granicach.
Dla większości osób taka podróż byłaby mordęgą. Ale nie dla Roberta Fico, który z godnością przyjmuje swój służalczy los. Polityk w Moskwie zjawił się m.in. w 2015 i 2025 roku. To jeden z nielicznych "zachodnich" przywódców, który decyduje się na tego typu gest. Choć warto dodać, że nie staje on w pełnym blasku paradującej rosyjskiej armii, a stara się obchody 9 maja odbyć w odosobnieniu przy grobie Nieznanego Żołnierza. W końcu przecież nie chodzi mu o manifestowanie poparcia dla Władimira Putina, a o szlachetny gest oddania czci poległym. Prawda?
O premierze, który jeździł autem
Decyzja premiera Słowacji ma naprawdę dużo sensu. No bo w obliczu sprzeciwu Polski i państw bałtyckich na przelot co tak naprawdę mu zostało? Fico przez Ukrainę nie poleci. Oczywiście, pewnie po części dlatego, że nie zostałby wpuszczony. Z drugiej strony taki przelot byłby niesamowicie ryzykowny.
Robert Fico dostał zgodę na przelot nad terytorium Czech, ale tak naprawdę bez zgody ze strony Polski i państw bałtyckich wciąż niewiele mu to daje. Teoretycznie może on pokusić się o lot nad Zatoką Fińską, ale zgodę musiałyby wydać Niemcy.
Robert Fico mógłby próbować lecieć nad Węgrami (zły pomysł, biorąc pod uwagę deklaracje Pétera Magyara wobec chęci zacieśnienia współpracy z UE i Polską). Zresztą nie ma gwarancji, że samolot z nim na pokładzie zostałby wpuszczony dalej do Rumunii, która intensywnie doświadcza działań w ramach wojny hybrydowej z Rosją. Pewnie zostałby wpuszczony do Serbii, ale z kolei wtedy byłby zdany na władze Bułgarii (przypomnijmy – najnowszego członka strefy euro) lub Macedonii Północnej, Grecji i Turcji.
Taka podróż byłaby nielada upokorzeniem i bardzo zabawnie wyglądałaby na portalu flightradar. Alternatywy dla samochodu w zasadzie nie widać, jakkolwiek na mapę by nie spojrzeć.
Model hybrydowy – autem na Białoruś, dalej wygodnie Tupolewem
Oczywiście, deklaracje Roberta Fico względem jego podróży autem należy przyjąć z pewną dozą dystansu. Prawdopodobne wydaje się, że na najbliższym sprzyjającym Putinowi lotnisku (np. w Brześciu) czekać na niego będzie wygodny samolot, przykładowo światowej klasy Tupolew Tu-214, który niezwłocznie dostarczy tego ważnego zagranicznego gościa do Moskwy.
Wciąż jednak oznacza to wielogodzinną (Google Maps sugeruje około 9 godzin w jedną stronę) męczącą podróż. No i doliczyć należy czas spędzony na formalności związane z przelotem.
Obywatele Słowacji muszą być dumni i zachwyceni z tak poważnego podejścia do polityki międzynarodowej w wykonaniu premiera Fico. Być może dadzą temu wyraz w wyborach, które odbędą się tam w 2027 roku.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/f4749497b214d29edc250d7601076504,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/f4749497b214d29edc250d7601076504,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Fico (nie) odleciał. Spędzi dziesiątki godzin w podróży by płaszczyć się przed Putinem.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651070,dziedzictwo-hogwartu-2-szybciej-niz-myslimy-za-gra-ciagna-sie-jednak-klopoty</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651070,dziedzictwo-hogwartu-2-szybciej-niz-myslimy-za-gra-ciagna-sie-jednak-klopoty</link><pubDate>Sun, 03 May 2026 06:54:02 +0200</pubDate><title>&quot;Dziedzictwo Hogwartu 2&quot; szybciej niż myślimy. Za grą ciągną się jednak kłopoty</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/bb50fc56cac6e205a52104336a6934f6,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Dziedzictwo Hogwartu" doczeka się sequela. Z najnowszych doniesień wynika, że fani uniwersum "Harry'ego Pottera" mogą liczyć na szybszą premierę drugiej części gry. Nie obejdzie się jednak bez kłopotów.

Dziedzictwo Hogwartu (oryg. Hogwarts Legacy) jest grą akcji z elementami RPG studia Avalanche Software, która zabiera fanów książek J.K. Rowling z serii "Harry Potter" do XIX wieku. Nowy rok w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie rozpoczyna się od niespodzianki. Do Wielkiej Sali wkracza bohater stworzony przez graczy, który otrzymał list z zaproszeniem do nauki w niezwykłej placówce dopiero w wieku 15 lat.
Po przydzieleniu do domu – Gryffindoru, Slytherinu, Hufflepuffu lub Ravenclawu – postać ma możliwość samodzielnego zwiedzania zamku, uczenia się zaklęć (tych niewybaczalnych też), uczęszczania na zajęcia piątego roku i odkrywania pierwotnej magii, a także niebezpiecznych sekretów założycieli Hogwartu. W tle rozgrywa się bunt goblinów dowodzonych przez Ranroka, który staje się istotnym wątkiem w grze z 2023 roku.
Kiedy premiera gry Dziedzictwo Hogwartu? Nowe wieści dla fanów "Harry'ego Pottera"
Serwis PotterWorldwide donosi nieoficjalnie, że twórcy Dziedzictwa Hogwartu 2 są o krok od ogłoszenia pierwszej zapowiedzi promującej sequel. Przecieki sugerują, że premiera nowej gry odbędzie się najpewniej w 2027 roku i zbiegnie się w czasie z debiutem serialowego rebootu "Harry'ego Pottera" HBO, który stylistycznie i fabularnie ma być bardzo wierny dziełu Avalanche Software.
Po sieci krążą pogłoski o tym, że w drugiej części gry będziemy uczestniczyć w Turnieju Trójmagicznym i brać udział w Balu Bożonarodzeniowym, co jest oczywistym nawiązaniem do jednego z najbardziej emocjonujących tomów w serii powieści J.K. Rowling – "Harry'ego Pottera i Czary Ognia". Choć wizja ta może wydawać się graczom kusząca, nie została ona w żaden sposób zweryfikowana.
PotterWorldwide napisało też, że w kontynuacji szkolny stadion do Quidditcha będzie czymś więcej niż lokacją do odwiedzenia. Na potrzeby gry twórcy mieli opracować system pozwalający graczom na czynne uczestnictwo w meczach.
Dalsza część artykułu poniżej.
Dziedzictwo Hogwartu 2 jest traktowane przez wydawcę Warner Bros. Games jako sztandarowa gra AAA. Nie wiadomo jeszcze, jak na pozycję produktu wpłynie przejęcie Warner Bros. Discovery przez Paramount Skydance, konglomerat medialno-rozrywkowy łączony z prezydentem USA Donaldem Trumpem. W minionym tygodniu zdecydowana większość akcjonariuszy WBD poparła umowę dotyczącą tej fuzji.
Przypomnijmy, że sprzedaż Warner Bros. Discovery to niejedyny problem, jaki będą mieli na głowie autorzy Dziedzictwa Hogwartu 2. J.K. Rowling, która od dłuższego czasu jest krytykowana za transfobiczne wypowiedzi i działania, stała się na tyle kontrowersyjną postacią w popkulturze i polityce, że mnóstwo miłośników "Harry'ego Pottera" odcięło się od niej, obiecując sobie, że już nigdy nie wesprze jej finansowo.
Spodziewajmy się zatem, że sequel gry z 2023 roku ponownie będzie bojkotowany w mediach społecznościowych (wystarczy zresztą spojrzeć na liczbę przeciwnych głosów wobec serialu HBO).
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/bb50fc56cac6e205a52104336a6934f6,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/bb50fc56cac6e205a52104336a6934f6,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Kiedy premiera gra Dziedzictwo Hogwartu 2? (POTENCJALNA DATA)</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651661,dom-duchow-juz-na-prime-video-arcydzielo-literatury-doczekalo-sie-szacunku</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651661,dom-duchow-juz-na-prime-video-arcydzielo-literatury-doczekalo-sie-szacunku</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 22:42:02 +0200</pubDate><title>&quot;Dom duchów&quot; już na Prime Video. Arcydzieło literatury doczekało się szacunku</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/ec44ee8b4b74b6e9a8d21f24465db5dc,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jedna z najważniejszych powieści XX wieku wraca na ekran w zupełnie nowej formie. "Dom duchów" – literacki fenomen Isabel Allende – doczekał się serialowej adaptacji, która właśnie zadebiutowała na Prime Video. Ośmioodcinkowa produkcja przenosi widzów do świata rodziny Trueba i opowiada historię rozciągającą się na kilkadziesiąt lat, łącząc dramat obyczajowy z realizmem magicznym.

Powieść "Dom duchów" autorstwa chillijskiej pisarki Isabel Allende została wydana po raz pierwszy w 1982 roku. Sprzedała się w ponad 70 milionach egzemplarzy i została przetłumaczona na dziesiątki języków. Na stałe wpisała się w kanon literatury światowej, stając się jednym z najważniejszych przykładów realizmu magicznego.
O czym jest "Dom duchów"? To ekranizacja kultowej powieści
Nowy serial to pierwsza hiszpańskojęzyczna adaptacja kultowej powieści. Fabuła koncentruje się na losach trzech pokoleń kobiet w rodzinie Trueba, których życie splata się z burzliwą historią kraju. Ich osobiste doświadczenia stają się odbiciem przemian społecznych i politycznych, a także opowieścią o pamięci, przemocy i dziedzictwie. 
"Ośmioodcinkowa saga rodzinna obejmująca pół wieku, skupiająca się na trzech pokoleniach kobiet – Clarze, Blance i Albie – w konserwatywnym kraju Ameryki Południowej, ukształtowanym przez walkę klas, polityczne zawirowania i magię" – brzmi oficjalny opis Prime Video.

                    
                Serialowa adaptacja powstawała w Chile, ale twórcy postanowili nadać jej bardziej uniwersalny charakter. W powieści kraj nie zostaje nazwany wprost, co – jak zaznacza producentka Fernanda Urrejola – pozwala traktować tę historię jako wspólną dla wielu państw Ameryki Łacińskiej. 
Serial "Dom duchów" jest zupełnie inny niż wcześniejsza ekranizacja z 1993 roku, czyli filmu "Dom dusz". Wersja z międzynarodową, gwiazdorską obsadą – w tym Meryl Streep, Jeremym Ironsem, Glenn Close, Winoną Ryder czy Antonio Banderasem – powstała w języku angielskim. Sama autorka przyznaje dziś, że dopiero serialowa wersja w pełni oddaje ducha książki.
Dalsza część artykułu poniżej.
– W tamtym czasie każda produkcja, która miała wartość komercyjną, musiała być zrealizowana w języku angielskim i posiadać gwiazdorską obsadę. Dlatego film z 1993 roku nie ma tego chilijskiego charakteru, który – jak sądziłam – nadałam książce. A teraz, kiedy obejrzałam miniserial, zobaczyłam to, czym ta historia zawsze powinna była być – powiedziała Allende.
W obsadzie nowego "Domu duchów" znaleźli się m.in. Alfonso Herrera jako Esteban Trueba oraz Nicole Wallace i Dolores Fonzi, które wcielają się w Clarę na różnych etapach życia. Towarzyszą im m.in. Fernanda Castillo, Eduard Fernández czy Juan Pablo Raba. Warto dodać, że twórcy zdecydowali się na międzynarodowy casting obejmujący aktorów z różnych krajów Ameryki Łacińskiej i Hiszpanii.
Za produkcję odpowiadają Amazon MGM Studios oraz FilmNation Entertainment, a w gronie producentów wykonawczych znalazły się m.in. Eva Longoria oraz sama Isabel Allende.
Gdzie obejrzeć "Dom duchów"?
Pierwsze trzy odcinki serialu "Dom duchów" trafiły na platformę Prime Video 29 kwietnia, a kolejne będą publikowane co tydzień w środy. Łącznie będzie ich osiem. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/ec44ee8b4b74b6e9a8d21f24465db5dc,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/ec44ee8b4b74b6e9a8d21f24465db5dc,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">&quot;Dom dobry&quot; doczekał się serialowej adaptacji</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651583,3-seriale-jak-stamtad-ktore-przeszly-bez-echa-w-polsce-zapomnijcie-o-lost</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651583,3-seriale-jak-stamtad-ktore-przeszly-bez-echa-w-polsce-zapomnijcie-o-lost</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 21:09:01 +0200</pubDate><title>3 seriale jak &quot;Stamtąd&quot;, które przeszły bez echa w Polsce. Zapomnijcie o &quot;Lost&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/37f2fc581830b874ff04b739a7dc6313,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Stamtąd" kusi widzów tym, co paranormalne i niewyjaśnione. Zamknięty w miasteczku "spoza czasu" serial co tydzień przyciąga przed ekrany telewizorów pokaźną publiczność. Przez przerwy między odcinkami niektórzy mogą się niecierpliwić, dlatego wybraliśmy trzy podobne tytuły, które umilą wam oczekiwanie na dalsze losy mieszkańców Fromville.

Do biblioteki HBO Max zawitał ostatnio czwarty sezon "Stamtąd". Poprzedni rozdział odsłonił przed widzami część sekretów Fromville. Okazało się, że niektóre postacie są nowym wcieleniem poprzednich mieszkańców miasteczka, a podróże w czasie to nie bajka. Niezłomność lokalnej społeczności przykuła uwagę tajemniczego Człowieka w Żółci, który obiecał zamienić życie bohaterów w jeszcze większy koszmar. I tak też się stało. Zmiennokształtny mężczyzna podszył się pod "córkę pastora", by terroryzować rozpadającą się mieścinę.
3 seriale podobne do "Stamtąd". Nie są tak popularne jak "Zagubieni"
W oczekiwaniu na kolejny odcinek "Stamtąd" polecamy sięgnąć po trzy seriale, które w streamingu mogły przejść niezauważone. Nie uświadczycie tutaj ani kultowych "Zagubionych", ani "Nocnej mszy".
1. Wdowia Zatoka
Burmistrz nowoangielskiej wyspy, Tom Loftis, zaciska pięści na samą myśl o miejskich legendach, którymi nieustannie żyje jego społeczność. Pogłoski o lovecraftowskich potworach, kanibalizmie i seryjnym mordercy, z jakich słynie pochmurna okolica, stoją na drodze jego dalekosiężnym planom. Mężczyzna, chcąc uczynić z przeklętego miasteczka atrakcję turystyczną, na własnej skórze przekonuje się, że przesądy mieszkańców mogą wcale nie być bujdą.
"Wdowia Zatoka" rozpoczyna od zaginięcia na morzu i awarii zasilania – to moment, w którym racjonalistyczne podejście Loftisa zostaje wystawione na próbę. W horrorze komediowym utalentowany i piekielnie niedoceniony Matthew Rhys ("Zawód: Amerykanin") odsłania przed widzami nową twarz – twarz człowieka, który zaczyna głęboko wierzyć w straszne historie i traci przez nie kontrolę nad własnym życiem.
Serial Katie Dippold, scenarzystki "Parks and Recreation", umiejętnie bawi się grozą, nostalgią i humorem, lepiąc z nich wciągający obraz społeczności uwięzionej w błędnym kole przesądów, traum oraz przeszłości. Z ekranu czuć inspiracje prozą Stephena Kinga i niepojętą naturą Mitologii Cthulhu H.P Lovecrafta, który według teoretyka kultury Marka Fishera był w stanie poprzez osadzanie swoich historii w Nowej Anglii "zaburzać uporządkowaną relację pomiędzy fikcją a rzeczywistością".
Gdzie obejrzeć? AppleTV

2. Diabelska godzina
W zbiorowej świadomości kulturowej 3:33 uchodzi za godzinę diabła, czarownic, duchów i innych istot, którym w folklorze przypisywano same nieszczęścia. Pracowniczka socjalna Lucy Chambers każdej nocy budzi się o wspomnianej porze, doświadczając strasznych wizji, które rujnują jej życie. Na domiar złego jej syn nie wykazuje żadnych emocji, a matka rozmawia z kimś, kogo nie ma w pokoju. Pewnego dnia bohaterka trafia na szkockiego przestępcę, Gideon Shepherd, który twierdzi, że jest podróżnikiem w czasie.
W liczącym dotąd dwa sezony serialu "Diabelska godzina" Tom Moran ("Tajne źródło") traktuje nadprzyrodzone elementy świata przedstawionego i motyw pętli czasu jako pretekst do rozmowy o tym, co z ludźmi robią traumatyczne przeżycia.
Upiorne zewnętrze brytyjskiego dramatu nie poraża tak, jak jego psychologiczna głębia ukryta między linijkami scenariusza i w znakomitej grze Jessiki Raine ("Z pamiętnika położnej") oraz Petera Capaldiego ("Doktor Who"), który poniekąd przywodzi na myśl Hannibala Lectera w wykonaniu Anthony'ego Hopkinsa ("Milczenie owiec").
Gdzie obejrzeć? Prime Video

Dalsza część artykułu poniżej.
3. Servant
Dorothy i Sean tracą dziecko w wyniku śmierci łóżeczkowej. Aby poradzić sobie ze stratą pociechy, małżeństwo, idąc za radą nielicencjonowanego terapeuty, kupuje realistyczną lalkę niemowlaka. Żona, która w wyniku emocji przeszła załamanie psychotyczne, zaczyna traktować przedmiot jak swojego prawdziwego syna imieniem Jericho. Chwilę później do domu państwa Turnerów wprowadza się niania, Leanne Grayson, a wraz z nią tajemnicza energia.
"Servant" Tony'ego Basgallopa ("Konsultant") nie przeraża w sposób typowy dla kina grozy, natomiast może wywołać w widzach niepokój, który zakrawa o dziwaczne, pozbawione racjonalnych wyjaśnień doznania. Montaż powoli budujący suspens, chłodne oświetlenie, scenariusz bez nadmiaru ekspozycji i naturalna gra aktorska głównej obsady czynią z tego thrillera perłę schowaną pod grubą warstwą mułu... a raczej streamingu.
Na małym ekranie oglądamy m.in. Lauren Ambrose ("Sześć stóp pod ziemią"), Toby'ego Kebbella ("Czarne lustro"), Nell Tiger Free ("Omen: Początek"), Ruperta Grinta (Ron Weasley z filmowej serii "Harry Potter") i Tony'ego Revoloriego ("Grand Budapest Hotel").
Gdzie obejrzeć? AppleTV


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/37f2fc581830b874ff04b739a7dc6313,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/37f2fc581830b874ff04b739a7dc6313,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">3 seriale podobne do &quot;Stamtąd&quot;, które przeszły w Polsce bez echa (LISTA)</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651808,symbol-dubaju-zamyka-sie-na-18-miesiecy-wczesniej-uderzyl-w-niego-dron</guid><link>https://natemat.pl/651808,symbol-dubaju-zamyka-sie-na-18-miesiecy-wczesniej-uderzyl-w-niego-dron</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 20:30:02 +0200</pubDate><title>Symbol Dubaju zamyka się na 18 miesięcy. Wcześniej uderzył w niego dron</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/243dee504890c878f4e38e2eeb3abb73,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Dubaj niezmiennie kojarzy się z przepychem i luksusem. Miasto wybudowane na pustyni przez lata pracowało na ten wizerunek, jednak po wybuchu konfliktu na Bliskim Wschodzie może zmierzyć się z turystycznym kryzysem. Już teraz liczba rezerwacji może być wyraźnie mniejsza, co widać zwłaszcza po ruchach luksusowych hoteli.

Dubaj to miasto, do którego przyszłość już dotarła. Futurystyczna architektura i klimatyzowane przystanki autobusowe to tylko część z długiej listy dowodów na potwierdzenie tego stwierdzenia. Jednak przez najbliższe 18 miesięcy region będzie musiał poradzić sobie bez jednego ze swoich symboli. Jedyny na świecie hotel siedmiogwiazdkowy został nagle zamknięty.
Luksusowy hotel w Dubaju nagle się zamknął
Kryzys na Bliskim Wschodzie bardzo mocno wpłynął na Zjednoczone Emiraty Arabskie, które z dnia na dzień stały się celem ataków ze strony Iranu. Odłamki kolejnych dronów spadały na różne części miasta, w tym na lotnisko, a nawet na symbol Dubaju, czyli Burdż al-Arab – słynny siedmiogwiazdkowy hotel o kształcie żagla.
To właśnie ten obiekt niespodziewanie poinformował, że zamknie się na najbliższe 18 miesięcy. Jest to duża niespodzianka, ponieważ luksusowy hotel, w którym do pokoi przydzielani są prywatni lokaje, działał nieprzerwanie od 1999 roku. Jego zamknięcia niewielu się spodziewało.
Podczas marcowego ataku Iranu budynek znalazł się na czołówkach światowych mediów. Obiekt nie został wówczas poważnie uszkodzony, a ogień w jego pobliżu udało się szybko ugasić. Jak informuje "Reuters", nagłe zamknięcie hotelu nie ma nic wspólnego z tym incydentem. Jego właściciele mieli od dawna przygotowywać się do generalnego remontu, a aktualny spadek liczby rezerwacji po prostu przyspieszył tę decyzję.
Mniej turystów w Dubaju? Hotele wykorzystują okazję na poprawę oferty
W trakcie zamknięcia obiekt ma przejść dużą modernizację. Jak zapowiadają właściciele, hotel nie straci swojego bogato zdobionego wnętrza. Remont ma jednak lepiej dostosować go do współczesnych oczekiwań gości. W nową erę obiekt ma wprowadzić francuski architekt Tristan Auer, który na swoim koncie ma przygotowanie wnętrz m.in. w paryskim hotelu Hôtel de Crillon.
Burdż al-Arab znany jest z najwyższego standardu. Nieoficjalnie mówiło się o nim, że to jedyny na świecie hotel siedmiogwiazdkowy. Być może po przebudowie strefy SPA i wdrożeniu najnowszych rozwiązań technologicznych na jego konto zostanie dopisana kolejna nieoficjalna gwiazdka.
Równocześnie warto zauważyć, że nie tylko Burdż al-Arab zamknął swoje drzwi dla gości. Na podobny krok zdecydowały się również Park Hyatt Dubai i Armani Hotel, czyli kolejne dwa obiekty nastawione na turystykę luksusową. Dla branży może to być jasny sygnał, że mimo względnego uspokojenia sytuacji na Bliskim Wschodzie, majętni podróżni nie spieszą się z powrotem do Dubaju. Mniejsza liczba rezerwacji to w tym przypadku okazja do przeprowadzenia remontów. Ich efekty z pewnością przyciągną ponownie odwiedzających, kiedy sytuacja w regionie będzie już w pełni bezpieczna.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/243dee504890c878f4e38e2eeb3abb73,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/243dee504890c878f4e38e2eeb3abb73,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Dubaj stracił jedną ze swoich ikon. Najbardziej luksusowy hotel świata został nagle zamknięty</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651760,nowy-true-crime-netflixa-szokuje-polakow-poznala-go-na-tinderze-i-przezyla-pieklo</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651760,nowy-true-crime-netflixa-szokuje-polakow-poznala-go-na-tinderze-i-przezyla-pieklo</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 19:32:01 +0200</pubDate><title>Nowy true crime Netflixa szokuje Polaków. Poznała go na Tinderze i przeżyła piekło</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/79029fdbbd9d846ff5788a19bd0f89b7,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Co byś zrobiła, gdyby osoba, którą kochasz, powiedziała ci, że z*biła człowieka?" – od tego pytania zaczyna się nowy dokument Netflixa, który błyskawicznie trafił do TOP 10 najpopularniejszych tytułów w Polsce. "Czy powinnam wyjść za mordercę?" to trzyczęściowy true crime, opowiadający historię tak niewiarygodną, że reżyser początkowo był przekonany, że to fikcja.

"Trzy lata po brutalnym przestępstwie, które zostało starannie ukryte, młoda patolożka sądowa Caroline Muirhead poznaje na Tinderze mężczyznę i szybko się w nim zakochuje. Burzliwy romans prowadzi do zaręczyn i poczucia, że przyszłość pary jest pewna. Jednak narzeczony skrywa coś przerażającego. Gdy w końcu wyznaje jej prawdę o brutalnym zabójstwie i ciele, którego nigdy nie odnaleziono, Caroline staje przed niewyobrażalnym wyborem: pozostać lojalną wobec ukochanego, czy zaryzykować wszystko, mówiąc prawdę?" – opisuje "Czy powinnam wyjść za mordercę?" Netflix. 
– Kiedy pierwszy raz usłyszałem historię Caroline Muirhead, pomyślałem, że to musi być fabuła dramatu, a nie prawdziwe doświadczenia żyjącej osoby. Jej dylemat jest nie do wyobrażenia, ale jednocześnie każdy automatycznie zaczyna zastanawiać się, co zrobiłby na jej miejscu – mówił reżyser brytyjskiego dokumentu true crime Netflixa, który błyskawicznie wskoczył do czołówki hitów nad Wisłą.

                    
                Prawdziwa historia z "Czy powinnam wyjść za mordercę?" Netflixa jest szokująca
Uwaga – dalsza część tekstu zawiera spoilery oraz szczegóły prawdziwej sprawy przedstawionej w serialu.
W 2017 roku Alexander McKellar, zwany Sandym, prowadząc samochód pod wpływem alkoholu, potrącił w szkockim regionie Argyll and Bute rowerzystę Tony'ego Parsonsa – znanego działacza charytatywnego. Zamiast wezwać pomoc, Sandy wraz ze swoim bratem bliźniakiem Robertem postanowili ukryć zbrodnię.
Jak ujawniono później, obrażenia Parsonsa były bardzo poważne, ale mężczyzna najprawdopodobniej nie zginął od razu. Bez pomocy medycznej mógł żyć jeszcze kilkanaście lub kilkadziesiąt minut. Bracia wrócili później na miejsce zdarzenia drugim samochodem, zabrali ciało i zakopali je na terenie odległej posiadłości Auch Estate. Zwłoki pozostawały tam przez trzy lata.
Przełom nastąpił dopiero wtedy, gdy Sandy poznał Caroline Muirhead. Dokument pokazuje, jak po trudnym rozstaniu kobieta poznaje McKellara na Tinderze jesienią 2020 roku. Relacja rozwija się błyskawicznie, a Caroline zaczyna wierzyć, że w końcu odnalazła szczęście. Krótko po zaręczynach pyta jednak partnera, czy jest coś z jego przeszłości, co mogłoby wpłynąć na ich wspólną przyszłość (trudno uniknąć tutaj porównań do "Dramy" z Zendayą i Robertem Pattinsonem). Wtedy Sandy wyznaje jej prawdę o śmierci Tony'ego Parsonsa.
Caroline staje przed niewyobrażalnym wyborem – zachować sekret ukochanego czy zgłosić sprawę policji. – Łatwo wyobrażać sobie, że zachowalibyśmy się racjonalnie i moralnie bez chwili wahania, ale prawdziwe życie pokazuje, że miłość komplikuje wszystko – podkreślają twórcy dokumentu.
Caroline Muirhead działała na dwa fronty
Caroline ostatecznie decyduje się zgłosić sprawę śledczym, jednak... nie odchodzi od narzeczonego. Kontynuuje związek, jednocześnie potajemnie współpracując z policją i zbierając dowody przeciwko Sandy'emu. Muirhead nagrywała ukryte wyznania partnera na telefonie. Pojechała z nim także na teren Auch Estate, gdzie potajemnie zostawiła puszkę po Red Bullu jako znacznik miejsca pochówku Tony'ego Parsonsa. Później anonimowo przekazała policji informacje, gdzie należy szukać ciała.
Dalsza część artykułu poniżej.
Reżyser Josh Allott podkreśla, że Caroline była przekonana, że po zgłoszeniu sprawy bracia szybko trafią do więzienia. Tak się jednak nie stało. McKellarowie zostali wprawdzie zatrzymani w grudniu 2020 roku, ale później wyszli za kaucją. Oficjalne zarzuty postawiono im dopiero rok później. – Została pozostawiona sama sobie i przez wiele miesięcy musiała żyć w niepewności, cały czas mając ich wokół siebie – podkreśla reżyser "Czy powinnam wyjść za mordercę?".
Serial pokazuje również ogromne konsekwencje psychiczne całej sytuacji. Caroline otwarcie mówi o traumie, problemach z alkoholem i narkotykami oraz o tym, jak dramatycznie zmieniło się jej życie po ujawnieniu prawdy. – Miałam nadzieję, że system mnie ochroni i zapewni bezpieczeństwo w najtrudniejszym momencie mojego życia, ale tak się nie stało. Zbyt często wpływ traumy i przemocy jest ignorowany lub bagatelizowany – mówi Muirhead w serialu.
Finał sprawy nastąpił w 2023 roku przed sądem w Glasgow. Tuż przed rozpoczęciem procesu Sandy McKellar przyznał się do winy – został skazany na 12 lat więzienia za niemyślne spowodowanie śmierci. Jego brat Robert usłyszał wyrok pięciu lat i trzech miesięcy za utrudnianie śledztwa i ukrywanie zbrodni.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/79029fdbbd9d846ff5788a19bd0f89b7,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/79029fdbbd9d846ff5788a19bd0f89b7,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">&quot;Czy powinnam wyjść za mordercę?&quot; opowiada szokującą historię</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651814,byla-16-00-kamery-pokazaly-cala-prawde-o-majowce-w-zakopanem</guid><link>https://natemat.pl/651814,byla-16-00-kamery-pokazaly-cala-prawde-o-majowce-w-zakopanem</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 19:00:02 +0200</pubDate><title>Była 16:00. Kamery pokazały całą prawdę o majówce w Zakopanem</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/ec975b38700831624bf1740d7d436a70,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Majówka 2026 zachwyciła pogodą. W całym kraju zagościło słońce, a temperatury nareszcie przekroczyły 20. kreskę. Nawet w górach zrobiło się bardzo ciepło i słonecznie. Jednak całą prawdę o długim weekendzie w Zakopanem zdradziły kamery online.

Pogoda w długi weekend dosłownie rozpieszcza tych, którzy zaplanowali aktywności na świeżym powietrzu. Rowery, wędrówki i trekkingi przy ponad 20 st. C i w pełnym słońcu potrafią być bardzo przyjemne. Jednak patrząc na Krupówki w Zakopanem, zaczynam poważnie wątpić, czy ludzie przyjechali tam dla największych atrakcji i zalety regionu.
Najazd na Zakopane w majówkę. Widać to na nagraniach z kamer
Ponad połowa Polaków nie wyjechała na majówkę. Według nowego sondażu częściej wybieraliśmy morze niż góry, ale pod Tatrami i tak nie zabrakło turystów. Widać to wyraźnie na kamerach online pokazujących na żywo sytuację na Krupówkach w Zakopanem.
Nie ma wątpliwości, że to jeden z najsłynniejszych deptaków w Polsce, pełen sklepów, restauracji i straganów z pamiątkami, na których na szczęście coraz częściej pojawia się rękodzieło, a nie "plastikoza" nastawiona na najmłodszych. Kamery o godzinie 16:00 pokazywały, jak ciasno jest na chodniku. Przez Krupówki przetaczał się prawdziwy tłum turystów, a moją uwagę zwrócił jeden szczegół.
Zakopane to przecież stolica polskich Tatr, miejsce idealne jako punkt wypadowy na wędrówki na Halę Gąsienicowej. Można tam także złapać busa i szybko znaleźć się na szlaku do Doliny Pięciu Stawów albo nawet skrócić sobie wędrówkę, wjechać koleją na Kasprowy Wierch i ruszyć ku dalszym szczytom. Możliwości jest wiele, ale nic nie wskazuje na to, żeby ludzie z Krupówek w ogóle wybierali się w góry.
Zakopane to już nie miejsce dla miłośników gór. Są tam tylko turyści
Im dłużej patrzyłam na obraz z Krupówek, tym bardziej mnie on zasmucał. Jeansy, adidasy, torebki, a nawet krótkie spodenki – stroje osób pojawiających się na ekranie jasno sugerowały, że ci ludzie nie przyjechali tam dla gór. Pośród tego tłumu na próżno było szukać wędrowców w sportowych strojach, z plecakami i przytroczonymi do nich kijami.
Obraz ten jest tylko potwierdzeniem, że Zakopane zostało przejęte przez masową turystykę, a prawdziwi miłośnicy gór omijają je szerokim łukiem. I jasne, nie trzeba pojawiać się na Krupówkach podczas pobytu pod Tatrami, jednak całkowity brak wędrowców na nagraniach jest dość wymowny.
Nie od dziś wiadomo, że osoby wybierające górskie wędrówki coraz chętniej rezerwują noclegi w okolicznych miasteczkach i wioskach. Dużą popularnością cieszy się Kościelisko, skąd można ruszyć na szlaki w Tatrach Zachodnich, które o tej porze roku są najlepszym wyborem ze względu na mniejszą ilość śniegu.
Inne opcje dobre dla tych, którzy chcą poczuć górski klimat i mieć dobre bazy wypadowe na szlaki, to m.in. Czerwienne, Ząb czy Murzasichle. Noclegów warto szukać także w Małem Cichem, Poroninie i Chochołowie. Zakopane natomiast zostawmy turystom, którzy jeżdżą tam przepłacać za hotel i spacerować po deptaku, a jedyne góry, jakie widzą, to Morskie Oko zdobyte dzięki zaprzęgowi konnemu (albo busowi) lub Kasprowy Wierch po wjeździe koleją. Choć i ta ostatnia opcja może w maju niektórych bardzo niemiło zaskoczyć.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/ec975b38700831624bf1740d7d436a70,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/ec975b38700831624bf1740d7d436a70,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Najazd na Zakopane w majówkę. Na miejscu więcej turystów niż miłośników gór</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651802,pomylila-tatry-z-krupowkami-kolejny-pokaz-glupiej-mody-na-szlaku</guid><link>https://natemat.pl/651802,pomylila-tatry-z-krupowkami-kolejny-pokaz-glupiej-mody-na-szlaku</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 18:00:02 +0200</pubDate><title>Pomyliła Tatry z Krupówkami. Kolejny pokaz głupiej mody na szlaku</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/a4161ab856177b958af82f99d9686561,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Piękna pogoda w majówkę zachęciła Polaków do wyjścia z domów. I to z pewnością jest powód do zadowolenia. Jednak popis turystki w Tatrach woła o pomstę do nieba. To dowód na to, że niektórzy za nic mają wszelkie ostrzeżenia i nie powinni nigdy wychodzić w góry.

Sezon na górskie wędrówki właśnie się rozkręca. Dopiero co tłumy docierały na Polanę Chochołowską, aby cieszyć się widokiem kwitnących krokusów, a już przyszła majówka i turyści wyszli na trasy w całych Tatrach. Problem w tym, że w odróżnieniu od Zakopanego, tam wiosna jeszcze nie dotarła. Starcie z zimą boleśnie odczuła jedna z turystek, która nie powinna była wychodzić na szlak.
Rewia mody w Tatrach. Turystka pomyliła góry z Krupówkami
Pogoda w Zakopanem jest dziś wręcz wymarzona. Słupki rtęci zatrzymują się w okolicy 20. kreski, a na niebie na próżno szukać chmur przysłaniających słońce. Takie warunki są idealne do zwiedzania miasta i wędrówek po szlakach, ale wybierając się na te drugie, trzeba pamiętać o jednym ważnym szczególe.
Choć w Zakopanem wiosna ma się świetnie, w górach (zwłaszcza w wyższych partiach) zima nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Na szlakach nadal potrafi zalegać nawet metr śniegu i to tego najgorszego – śliskiego, zmrożonego i twardego niczym beton. Ostrzega przed tym Tatrzański Park Narodowy, ale jak zawsze znalazł się ktoś, kto był mądrzejszy od ekspertów.
Internet od piątku 1 maja obiega nagranie turystki, która na szlaku czuła się niczym na lodowisku. Zamiast butów trekkingowych i raczków, na nogi włożyła parę sportowych sneakersów. Ten modny element stroju świetnie sprawdza się w mieście, ewentualnie na Krupówkach. Na twardym i zmrożonym śniegu takie buty zmieniają się w śmiertelne zagrożenie. Widać to na nagraniu. Kobieta, dzielnie trzymając torebkę, walczy przy każdym kroku o utrzymanie równowagi, będąc bardzo blisko upadku.
Równocześnie jej koleżanka jest znacznie lepiej przygotowana do wędrówki. Miejsce modnych sneakersów i wysokich białych skarpet do legginsów zajęły buty trekkingowe, wygodne dresy i ciepła kurtka. Zamiast torebki zabrała plecak, co również było znacznie mądrzejszym wyborem. Nawet po stylu jej chodzenia widać, że to nie jej pierwszy raz w górach. Stawiając kolejne kroki, idzie "od palców", dzięki czemu mniej się męczy i zachowuje stabilniejszą postawę. Kontrast między dwiema paniami jest wręcz rażący.
Ludzie lekceważą Tatry. O tragedię jest tam bardzo łatwo
"Planując wycieczki w wyższe partie Tatr, należy pamiętać, że wciąż zalega tam śnieg, który jest w dużej mierze twardy i zmrożony – nietrudno o poślizgnięcie się i upadek, niosący poważne konsekwencje. W godzinach popołudniowych, wraz ze wzrostem temperatury, śnieg staje się miejscami mokry i przepadający – nadal bardzo śliski. Wybierając się w wyższe partie Tatr, należy koniecznie posiadać doświadczenie w zimowej turystyce górskiej oraz odpowiedni sprzęt zimowy (raki, czekan, kask, lawinowe ABC) wraz z umiejętnością obsługi" – brzmi komunikat turystyczny opublikowany na samej górze strony Tatrzańskiego Parku Narodowego.
Znalezienie informacji o trudnych warunkach i przeczytanie jej trwa mniej niż minutę, a mimo to przerasta lekkomyślnych turystów, dla których prywatna wycieczka jest ważniejsza niż bezpieczeństwo. A może ludzie po prostu nie wiedzą, że już Kasprowy Wierch, na który wjeżdżają koleją, to wyższa partia Tatr? Jeśli tak, to mamy kolejny przykład ignorancji i zgubnej niewiedzy.
Przecież poślizgując się na tym zboczu, kobieta z nagrania byłaby zagrożeniem dla siebie, ale i koleżanki idącej z tyłu oraz kolejnych osób idących za nimi. Po takim śniegu sunęłaby niczym po torze saneczkowym albo jak kula na torze strącałaby kolejne osoby niczym kręgle.
Mimo lat apeli i publikacji kolejnych nagrań w sieci turyści nadal za nic mają bezpieczeństwo w górach. Nawet jeżeli jest to jeden przypadek na tysiąc, to i tak pokazuje, że na którymś etapie naszej edukacji coś poszło nie tak. Powoli tracę nadzieję, że sytuacja ta kiedykolwiek ulegnie poprawie. A może się mylę?
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/a4161ab856177b958af82f99d9686561,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/a4161ab856177b958af82f99d9686561,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Majówka w Tatrach ciepła, ale zimowa. Turystka zapomniała o różnicy w warunkach</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651811,nawrocki-tworzy-nowe-rady-i-powoluje-doradcow-na-liscie-andrzej-poczobut</guid><link>https://natemat.pl/651811,nawrocki-tworzy-nowe-rady-i-powoluje-doradcow-na-liscie-andrzej-poczobut</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 17:12:18 +0200</pubDate><title>Nawrocki tworzy nowe rady i powołuje doradców. Na liście Andrzej Poczobut</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/81922a35b8d8a3241913f974b75283e5,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Andrzej Poczobut znalazł się na liście doradców Karola Nawrockiego w ramach Rady do spraw Polonii i Polaków za Granicą. Prezydent na pierwszą majówkę w trakcie swojego urzędu szykuje kilka ciekawych pomysłów. Wśród nich jest powołanie rady ds. Nowej Konstytucji i wyznaczenie nowych generałów i admirałów.

Karol Nawrocki powołał kolejny organ doradczy – Radę do spraw Polonii i Polaków za Granicą. 
– Moim zadaniem jako Prezydenta Polski i Państwa zadaniem pozostaje, aby jedna trzecia narodu pozostająca poza granicami Polski nie oderwała się od dwóch trzecich, które pozostają w granicach Rzeczypospolitej Polskiej – zapowiedział w trakcie uroczystości 2 maja 2026 roku.
Prezydent na swojego doradcę powołał m.in. uwolnionego z białoruskiej niewoli Andrzeja Poczobuta. Dziennikarz nie odniósł się jeszcze do tej rewelacji. Niedawno na swoim profilu na X udostępnił nowe zdjęcie profilowe na tle aparatury medycznej. Jego stan zdrowia jest szeroko komentowany w mediach.
Przewodniczącym rady do spraw Polonii i Polaków za Granicą zostanie Konstanty Radziwiłł. Jego zastępcami będą Anna Maria Anders (pierwszy zastępca) i Tadeusz Antoniak (drugi zastępca).
Łącznie prezydent powołał 64 osoby. Część powołań była związana również z odznaczeniami. Wojciech Woźniak i Konstanty Radziwiłł otrzymali Krzyże Oficerskie Orderu Odrodzenia Polski. Bogdan Płatek został uhonorowany Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Zdzisław Malczewski odznaczony został Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.
Prezydent przyznał też Złote Krzyże Zasług i Srebrne Krzyże Zasług osobom zaangażowanym w sprawę polską za granicami kraju.
Kolejna rada tuż za rogiem, jej zapowiedź nastąpi prawdopodobnie 3 maja
Jak podaje RMF FM rada, do spraw Polonii i Polaków za Granicą nie będzie jedynym organem powołanym przez Nawrockiego w trakcie majówki. Kolejnym ma być Rada Nowej Konstytucji. Na jej czele ma stanąć prof. Dariusz Dudek. Prawdopodobnie znajdą się w niej też Paweł Kukiz i Krzysztof Szczucki. Być może na doradców zostaną powołani także przedstawiciele Konfederacji, w tym Przemysław Wipler.
Rada ma być powołana z okazji obchodów Święta Narodowego Trzeciego Maja, które upamiętnia uchwalenie Konstytucji 3 maja. Temat nowej konstytucji jest coraz szerzej poruszany po obydwóch stronach sporu politycznego. Faktyczny kształt rady poznamy już jutro.
Karol Nawrocki mianował i awansował generałów
– Proszę przyjąć gratulacje za dzisiejsze nominacje. One są wyrazem głębokiego szacunku do waszej drogi, którą już przeszliście. Są szacunkiem dla waszego profesjonalizmu, dla waszej dyspozycyjności wobec Rzeczypospolitej Polskiej – tak prezydent Karol Nawrocki dziękował nowo mianowanym i awansowanym przedstawicielom generalicji i admiralicji. Jak podaje oficjalny komunikat ze strony prezydenta, na stopień generała dywizji awansowani zostali:
gen. bryg. Dariusz Lewandowski – Dowódca 18 Dywizji Zmechanizowanej
gen. bryg. Michał Strzelecki – Dowódca Komponentu Wojsk Specjalnych

Na stopień generała brygady mianowanych zostało 9 oficerów:
płk Dariusz Dróżdż – Dowódca 20 Brygady Zmechanizowanej
płk Krzysztof Duda – Dowódca 12 Brygady Zmechanizowanej
płk Marcin Dusza – Dowódca 21 Brygady Strzelców Podhalańskich
płk Piotr Gołos – Dowódca 25 Brygady Kawalerii Powietrznej
płk Jarosław Kowalski – I Zastępca Dowódcy Wojsk Obrony Terytorialnej
płk Andrzej Kupis – Szef Zarządu Wojsk Rakietowych i Artylerii, Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych
płk Andrzej Lis – Zastępca Dowódcy Transformacji i Szkolenia Sił Zbrojnych
płk Piotr Męczyński – Dowódca 18 Brygady Artylerii
płk Robert Polak – Zastępca Szefa Zarządu Szkolenia P7, Sztab Generalny Wojska Polskiego

Awanse dotyczą również Marynarki RP. Na stopień kontradmirała mianowany został kmdr Przemysław Karaś – Zastępca Dowódcy Centrum Operacji Morskich – Zastępca Dowódcy Komponentu Morskiego.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/81922a35b8d8a3241913f974b75283e5,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/81922a35b8d8a3241913f974b75283e5,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Nawrocki powołuje kolejnych doradców, w tym Andrzeja Poczobuta, i mianuje nowych generałów. Prawdziwą &quot;bombę&quot; szykuje na jutro.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651475,rzucaja-korporacje-by-zostac-rzemieslnikami-kaletnictwa-uczymy-glownie-ludzi-z-it</guid><link>https://natemat.pl/651475,rzucaja-korporacje-by-zostac-rzemieslnikami-kaletnictwa-uczymy-glownie-ludzi-z-it</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 16:33:23 +0200</pubDate><title>Rzucają korporację, by zostać rzemieślnikami. &quot;Kaletnictwa uczymy głównie ludzi z IT&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/2aea3349a35c2e0cfb5b5919df2f4ff8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Pracują na fragmentach kodu, w ciszy i samotności. Efekt ich pracy nie ma fizycznego wymiaru. Potrzebują dotknąć materiału, poczuć narzędzie w dłoni. Niektórzy przyznają wprost, że gdyby mogli, rzuciliby IT bez wahania – o swoich kursantach opowiada Katarzyna Pokszan, projektantka galanterii i akcesoriów skórzanych. Przychodzą do niej nie tylko programiści, ale też lekarze czy prawnicy, którzy szukają zmiany zawodowej albo po prostu nowych doświadczeń.

Katarzyna Pokszan, projektantka galanterii i akcesoriów skórzanych, prowadzi wraz z mamą Akademię Krawiectwa, miejsce, w którym można zdobyć podstawy zawodu, m.in. kaletnika. Mogła przejąć rodzinny biznes: jej matka, inżynier włókiennik, przez trzy dekady razem ze swoją siostrą, projektantką, prowadziła markę odzieżową. Jednak zamiast kontynuować tę drogę, wybrała własną.
– Jestem projektantką mody, która nienawidzi ubrań – mówi przekornie – Uważam, że na świecie jest ich już wystarczająco dużo. Nie chciałam kontynuować firmy w starej formule i produkować kolejnych rzeczy. Wolałam oferować wiedzę.
"Made by Human"
Dziś Katarzyna jest zjawiskiem unikatowym na polskim rynku. Jako dyplomowana projektantka łódzkiej ASP i oficjalna mistrzyni kaletnictwa łączy artystyczną wizję z technologiczną precyzją.
– Chciałam wiedzieć nie tylko, jak coś zaprojektować, ale jak to naprawdę powstaje – od pierwszego cięcia, po ostatni szew – uzasadnia. 
Kto w 2026 roku zapisuje się na kursy kaletnicze? Wbrew stereotypom – nie tylko hobbyści. Najliczniejszą grupą uczestników stanowią… pracownicy branży IT.
Co sprawia, że swoje kroki kierują właśnie tam?
– Właściwie wszyscy mówią to samo: brakuje im poczucia kontroli nad procesem – opowiada Pokszan. – Pracują na fragmentach kodu, w ciszy i samotności. Efekt ich pracy nie ma fizycznego wymiaru. Potrzebują dotknąć materiału, poczuć narzędzie w dłoni. Niektórzy przyznają wprost, że gdyby mogli, rzuciliby IT bez wahania.
Dla nich kaletnictwo staje się próbą odzyskania sprawczości. W świecie, w którym sztuczna inteligencja generuje rozwiązania w ułamku sekundy, własnoręczne wykonanie torby czy portfela nabiera znaczenia niemal symbolicznego. Ot, taki akt sprzeciwu wobec automatyzacji. 
Wśród kursantów są również lekarze, w tym chirurdzy medycyny estetycznej –przyzwyczajeni do precyzji, szukają jej w zupełnie nowym wymiarze.
– Część z nich szuka po prostu kreatywnego spełnienia – dodaje Pokszan. – Nie przychodzą z myślą, że rzucą wszystko i wyjadą w Bieszczady, by robić skórzaną galanterię. To raczej etap poszukiwań. Jednego tygodnia uczą się kaletnictwa, kolejnego próbują serowarstwa czy ceramiki. Nie zamierzają rezygnować ze swojej pracy – chcą po prostu tworzyć i sprawdzić się w czymś nowym.
Są jednak i tacy, którzy rzeczywiście planują przebranżowienie.
– Coraz częściej rzemiosło postrzegane jest jako ucieczka od pracy biurowej i cyfrowej. Czy to trwały trend? – pytam o to Wojciecha Jóźwika, dyrektora Zespołu Komunikacji i Promocji Związku Rzemiosła Polskiego.
– Przy obecnym tempie życia, konsumpcjonizmie i masowej produkcji rośnie w wielu ludziach chęć posiadania produktów o cech indywidualnych. Dlatego młodzi ludzie, zaczynający przygodę z rzemiosłem, często wracają do rodzinnych korzeni. Robią to jednak na swój sposób, na swoich warunkach. 
Katarzyna Pokszan widzi w rzemiośle świetlaną przyszłość. Prognozuje, że w świecie zdominowanym przez produkcję masową praca ludzkich rąk stanie się dobrem wyjątkowo cennym.
– Wierzę, że za dekadę obok metek "Made in China" czy "Made in USA" pojawi się oznaczenie "Made by Human". I jego wartością będą także błędy – ślady ręcznej pracy, dowód unikatowości. Ludzie będą gotowi za to płacić.
Pokszan zwraca uwagę na niedocenianą rolę pracy rąk.
– W mózgu istnieją połączenia, które – jeśli nie zostaną rozwinięte w odpowiednim momencie – pozostają nieaktywne. Jeśli dziecko nie ćwiczy manualnie, nie rysuje, nie wycina, nie szyje, później bardzo trudno osiągnąć wysoki poziom sprawności. Ja w moim dziecku staram się te kompetencje bardzo rozwijać, bo to jest coś, czego nikt nam nie odbierze.
Zainteresowanie rzemiosłem rośnie. Na kursy Katarzyny Pokszan trafiają osoby z różnych środowisk – m.in. prawniczka, która planuje otworzyć własną markę torebek.
Rzemiosło przestaje być nostalgicznym powrotem do przeszłości. Staje się inwestycją w przyszłość.
– Nie mamy jeszcze w Polsce odpowiednika wysokiego rzemiosła – ono dopiero się rodzi. Powstanie nowe pokolenie twórców wykonujących rzeczy kunsztowne. Bo choć technologia i AI w dużej mierze zastąpią człowieka – szczególnie w produkcji masowej – to w obszarze rzeczy unikatowych, kosztownych praca ludzkich rąk pozostanie niezastąpiona.
Krojczy: Ludzie zawsze będą się ubierać
Codziennie rano zakładamy ulubioną koszulę czy marynarkę, rzadko zastanawiając się, jak długa droga prowadzi od belki materiału do gotowego ubrania. Na początku tej drogi stoi krojczy. Jednym z nich jest Sebastian Szylchabel z Łodzi, który w zawodzie przepracował już trzy dekady.
Jego historia nie zaczyna się jednak od pasji do mody czy planowanej kariery w branży odzieżowej. Wybrał technikum gastronomiczne, jak sam mówi, dość przypadkowo.
– Z tym gotowaniem to u mnie jest tak, że jakby pani chciała kogoś otruć, to u mnie jest niedrogo – żartuje, szybko dodając, że prędzej poradzi sobie z przyrządzeniem wykwintnego dania niż tradycyjnego schabowego. 
Do zawodu krojczego trafił przypadkiem, dzięki pomocy wujka. To, co miało być chwilowym zajęciem, stało się pracą na całe życie.
–  To ciężka praca? – pytam wprost. 
– Najcięższe jest noszenie belek materiału. Przy lagowaniu, czyli układaniu tkaniny warstwami, jedna na drugiej, człowiek się trochę nachodzi. Kilometry się robi, bo chodzi się w tę i z powrotem. A samo krojenie wygląda tak, że bierze się nóż i według szablonów wycina się elementy, które potem trafiają do szwaczki do zszycia. I potem ma pani w czym chodzić. 
Choć nowoczesne zakłady korzystają z maszyn takich jak lagowarki czy krajarki, Sebastian podkreśla, że najważniejszym ogniwem wciąż pozostaje człowiek. 
Jak dodaje Katarzyna Pokszan, industrializacja już dziś pozwala w wielu przypadkach wyeliminować człowieka z procesu produkcji. W segmencie tanich, powszechnych produktów trend ten będzie się pogłębiał.
– Ale w rzeczach luksusowych będzie odwrotnie. Tam obecność człowieka – jego wysiłek, czas i niedoskonałość – stanie się największą wartością. I zawsze znajdą się ludzie, którzy będą chcieli to nosić – podkreśla. 
Dalsza część tekstu poniżej
Mimo że zawód krojczego wymaga doświadczenia, spostrzegawczości i manualnej precyzji, przyszłość branży nie wygląda optymistycznie.
Jak wyjaśnia Sebastian, przyczyn jest kilka. Jedną z najważniejszych jest silna konkurencja taniej produkcji zagranicznej, głównie z Chin. Kolejnym problemem jest brak nowych pracowników – młodzi ludzie nie garną się do tego typu zawodów, a szkoły zawodowe w tej branży są zamykane. W efekcie polskie zakłady odzieżowe coraz częściej opierają się na pracownikach z Ukrainy i Białorusi.
Mimo to Sebastian nie traci całkowicie nadziei.
– Ktoś zawsze musi przygotować materiał do szycia. Ludzie zawsze będą się ubierać, przecież nago nie będziemy chodzić – mówi z prostotą.
Podobnego zdania jest mój kolejny rozmówca, Dawid Szkaradek. Jest zdunem. Buduje, naprawia i konserwuje piece. 
– Ktoś to musi robić. Ludzie zawsze będą się ogrzewać, nie będziemy przecież żyć bez ciepła – podkreśla.
Kiedy puka do drzwi, klienci często zerkają na niego z zaskoczeniem. Zwykle spodziewają się starszego fachowca.
Zdunowie w Austrii jeżdżą porsche
Dawid Szkaradek ma 35 lat i za sobą już 15 lat działalności. W środowisku zdunów to wciąż bardzo młody wiek. Gdy przed laty siedział na kursie szkoły zawodowej w Zielonej Górze, miał poczucie osamotnienia.
– Byłem tam właściwie jedynym zdunem – wspomina. – Koledzy nie wiedzieli, czym się zajmuję, a nauczyciele nie mieli nawet materiałów, żeby mnie uczyć. 
– Co trzeba zrobić, żeby zostać zdunem? Jakie trzeba mieć umiejętności i predyspozycje? – pytam. 
Dowiaduję się, że formalna droga do zawodu jest długa – praktyka, egzamin czeladniczy, a następnie lata pracy prowadzące do tytułu mistrza. Jednak najważniejsze są cechy charakteru: pracowitość, kreatywność i cierpliwość.
– To ciężka fizyczna praca. Czasem trzeba nosić materiały na drugie czy trzecie piętro. Ale najważniejsze jest to, że trzeba być wytrwałym – dodaje.
Choć w większych miastach zdunowie mogą liczyć na lepsze stawki i większą liczbę zleceń, w mniejszych regionach rynek bywa trudniejszy.
– Pracuję w dość wymagającym regionie i wciąż nie jestem w pełni zadowolony z zarobków. Dlatego chcę rozszerzyć działalność na inne obszary – mówi. Koledzy z innych części Polski – spod Warszawy, z dużych miast czy z Krakowa – zarabiają naprawdę dobre pieniądze. Kiedyś usłyszałem od kolegi z Krakowa taką historię, że do pracy w zdunowie w Austrii potrafią jeździć porsche.
Klienci często dopiero na etapie wyceny uświadamiają sobie, że tradycyjne rzemiosło nie należy do tanich usług.
– Robię zlecenia bardzo różne – od 5 do nawet 50 tysięcy złotych. Często klienci są zaskoczeni ceną, ale trzeba pamiętać, że moja praca to tylko około jedna trzecia kosztu. Reszta to drogie materiały. Jeśli piec kosztuje 30 tysięcy złotych, to realnie moja robocizna to tylko część tej kwoty. 
Zapytany, czy gdyby mógł zacząć od nowa, wybrałby inny zawód, mój rozmówca odpowiada bez wahania:
– Wybrałbym to samo. Lubię kontakt z ludźmi i satysfakcję, kiedy widzę efekt swojej pracy, który zostaje na lata.
Boom na rzemiosło?
Współczesne rzemiosło w Polsce wyraźnie się zmienia: jedne zawody znikają lub tracą znaczenie, inne przeżywają renesans i przyciągają młodych ludzi szukających alternatywy dla pracy biurowej. 
– Gdzie widać rzemieślniczy "boom"? – z tym pytaniem wracam do Wojciecha Jóźwika, dyrektora Zespołu Komunikacji i Promocji Związku Rzemiosła Polskiego.
Jak mówi, prawdziwy rozkwit przeżywają branże, które potrafią połączyć tradycyjny warsztat z nowoczesnym designem. Doskonałym przykładem jest jubilerstwo. 
– Jako Rzemiosło jesteśmy partnerem organizacyjnym Międzynarodowych Targów Bursztynu i Biżuterii w Gdańsku – zaznacza Wojciech Jóźwik. – Na przykładzie tego wydarzenia widać, że jubilerstwo zyskało nowe płaszczyzny rozwoju właśnie poprzez łączenie sił wytwórców z projektantami.
Zauważa, że podobną energię widać w branży beauty. Organizowane w kwietniu Mistrzostwa Polski "Master of Beauty" udowodniły, że fryzjerstwo to dziś profesja o silnie artystycznym charakterze, co przyciąga rzesze młodych ludzi. Równie ciekawie dzieje się w obszarze tkaniny.
– Intensywnie rozwija się tkactwo i koronczarstwo. W Koniakowie powstało stowarzyszenie, które nie tylko promuje lokalne wyroby, ale z sukcesem edukuje przyszłe pokolenia koronczarek – dodaje mój rozmówca.
Nie wszystkie profesje mają jednak tyle szczęścia. Zagrożone są przede wszystkim te specjalizacje, które nie nadążają za zmianami technologicznymi lub mentalnymi konsumentów. W opinii Wojciecha Jóźwika problemem nie jest całkowity zanik zawodów, lecz raczej ich stagnacja i brak adaptacji do zmieniającej się rzeczywistości.
– Na przykład fotograf. Dziś można powiedzieć, że niemal każdy ma aparat w telefonie i potrafi zrobić różne zdjęcia. Istnieje jednak także fotografia specjalistyczna, choćby ta do dokumentów, która rządzi się zupełnie innymi zasadami. Te gałęzie rozwijają się w innych niż fotografia ogólnospołeczna kierunku – zauważa. 
I dodaje, że dużo rzemieślników jak szewcy, zegarmistrzowie mierzą się z ogromnymi wyzwaniami rynku, który oferuje tanie produkty, których nie opłaca się naprawiać. Wymaga to nie tylko przestawienia się na inną niszową produkcję, ale również większego wyedukowania społeczeństwa w zakresie obiegu zamkniętego produktów.
– Przyszłość wielu tradycyjnych profesji zależy od ich specjalizacji oraz zmiany podejścia konsumentów do naprawy i ponownego użycia rzeczy – podsumowuje.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/2aea3349a35c2e0cfb5b5919df2f4ff8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/2aea3349a35c2e0cfb5b5919df2f4ff8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Pracownicy korporacji coraz częściej szukają zawodowej alternatywy</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651778,nowe-opowiesci-z-narnii-sa-naprawde-gwiazdorskie-w-tytule-filmu-kryje-sie-wszystko</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651778,nowe-opowiesci-z-narnii-sa-naprawde-gwiazdorskie-w-tytule-filmu-kryje-sie-wszystko</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 16:11:02 +0200</pubDate><title>Nowe &quot;Opowieści z Narnii&quot; są naprawdę gwiazdorskie. W tytule filmu kryje się wszystko</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/a7282e65b45d49eea8474328dac6432e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Greta Garwig odgarnęła przed nami rzędy futer znajdujących się w zaczarowanej szafie, byśmy wreszcie mogli dowiedzieć się więcej o nowym filmie "Opowieści z Narnii". Prawdę ludzie mówili, że reżyserka "Barbie" zgromadziła na planie filmowym gwiazdy Hollywoodu i kina brytyjskiego. Tytuł produkcji ujawnia całą jej fabułę.

"Opowieści z Narnii" – tak nazywa się siedmiotomowy cykl powieści fantasy dla dzieci pióra brytyjskiego pisarza i przyjaciela J.R.R. Tolkiena, C.S. Lewisa. Pierwsze części serii śledzą losy rodzeństwa: Piotra, Edmunda, Zuzanny oraz Łucji Pevensie. Odesłane na wieś w czasie operacji Blitz dzieci odkrywają w zakurzonej i wiekowej szafie należącej do profesora Digory Kirke'a przejście do magicznej krainy zwanej Narnia. Gadające zwierzęta, złowroga Biała Czarownica i stwory wyjęte prosto z mitologii – po drugiej stronie szafy wszystko staje się możliwe.
W latach 2005-2010 na srebrnym ekranie mogliśmy ujrzeć wyprodukowane przez Walden Media i Walt Disney Pictures trzy części młodzieżowej serii – "Lew, czarownica i stara szafa", "Książę Kaspian" i "Podróż Wędrowca do Świtu", w których Tilda Swinton ("Orlando") wcieliła się w Białą Czarownicę, a Liam Neeson ("Lista Schindlera") użyczył głosu boskiemu Aslanowi. Od tamtej pory kolejne adaptacje prozy C.S. Lewisa nie zaszczyciły nas swoją obecnością w kinach.
"Opowieści z Narnii: Siostrzeniec czarodzieja" Grety Gerwig. Wszystko, co wiemy o nowym filmie
Netflix zawarł umowę z IMAX, by nowe "Opowieści z Narnii", za których kamerą stanęła Greta Gerwig, czterokrotnie nominowana do Oscara reżyserka "Lady Bird", "Małych kobietek" i "Barbie", były puszczane w kinach tuż przed oficjalną premierą na platformie giganta streamingu. Początkową datą debiutu adaptacji miał być 26 listopada 2026 roku. W wyniku pewnym komplikacji – bliżej niewyjaśnionych – projekcje w salach IMAX przeniesiono na 12 lutego 2027 roku, a w serwisie Netflix na 2 kwietnia.
Twórcy potwierdzili, że nadchodzący film będzie zatytułowany "Opowieści z Narnii: Siostrzeniec czarodzieja" (oryg. "The Magician's Nephew"), czyli tak samo jak przedostatnia część cyklu C.S. Lewisa, która –  pomijając chronologię publikacji – jest prequelem "Lwa, czarownicy i starej szafy". Jej fabuła śledzi losy dzieci imieniem Digory Kirke i Polly Plummer, które cofają się do początków istnienia Narnii, niebędącej jeszcze polem bitwy między dobrem a złem. Na dużym ekranie poznamy zatem genezę lwa Aslana i Jadis, przyszłej Białej Czarownicy.
Dalsza część artykułu poniżej.
"To porywająca przygoda, która zaprasza marzycieli w każdym wieku do udziału w powstaniu Narnii" – czytamy w oficjalnym opisie adaptacji.
Część pogłosek dotyczących obsady została potwierdzona przez Netflixa. W filmie Gerwig, która z pewnością przyprawi prozę Lewisa feministycznym brokatem, zagrają: David McKenna ("Władca much"), Beatrice Campbell ("Skradzione dziecko"), Meryl Streep ("Wybór Zofii"), Daniel Craig ("Nie czas umierać"), Emma Mackey ("Emily"), Carey Mulligan ("Obiecująca. Młoda. Kobieta."), Ciarán Hinds ("Belfast"), Kobna Holdbrook-Smith ("Wonka"), Denise Gough ("Andor") oraz Susie Wokoma ("Guma do żucia").
Ścieżkę muzyczną do "Opowieści z Narnii: Siostrzeńca czarodzieja" skomponuje Mark Ronson, bliski przyjaciel Amy Winehouse i współautor piosenek "Back to Black", "Uptown Funk" i "I'm Just Ken", w duecie z Andrew Wyattem ("Barbie" i "The Last Showgirl").
Efekty wizualne przygotuje laureat Oscara Paul J. Franlin, który pracował przy pięciu dziełach Christophera Nolana (m.in. przy "Incepcji" i "Interstellarze"). Kostiumami zajmie się Jacqueline Durran, której Amerykańska Akademia Filmowa przyznała złote statuetki za "Annę Kareniną" oraz "Małe kobietki", a scenografię przygotuje James Chinlund ("Requiem dla snu"). Projekt Grety Gerwig, która pochyli się również nad scenariuszem do filmu, jest zatem obiecujący.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/a7282e65b45d49eea8474328dac6432e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/a7282e65b45d49eea8474328dac6432e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Kiedy premiera filmu &quot;Opowieści z Narnii: Siostrzeniec czarodzieja&quot; Grety Gerwig? Obsada jest obłędna</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651799,pola-wisniewska-wyprowadzila-sie-od-lidera-ich-troje-w-koncu-da-sie-oddychac</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651799,pola-wisniewska-wyprowadzila-sie-od-lidera-ich-troje-w-koncu-da-sie-oddychac</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 15:13:17 +0200</pubDate><title>Pola Wiśniewska wyprowadziła się od lidera Ich Troje. &quot;W końcu da się oddychać&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/7bace895cc75a2882f8fff2a60b82ad0,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Pola Wiśniewska zaczyna nowy etap po rozstaniu z Michałem Wiśniewskim. Była partnerka lidera Ich Troje wyprowadziła się z dziećmi do nowego domu i otwarcie przyznaje, że ostatnie miesiące były dla niej wyjątkowo trudne. Teraz chce skupić się na odbudowie życia na własnych zasadach. 41-letnia Wiśniewska wyjawiła też, na czym upływa jej majówka.

Pola Wiśniewska i Michał Wiśniewski zaczęli spotykać się w 2019 roku, a już rok później powiedzieli sobie sakramentalne "tak". Ich ślub odbył się w czasie pandemii i miał kameralny charakter. Doczekali się dwóch synów – Falco Amadeusa oraz Noëla Cloé. Pola – podobnie jak lider Ich Troje – jest mamą łącznie sześciorga dzieci. 
18 marca Michał Wiśniewski opublikował w sieci nagranie, w którym poinformował o rozpadzie swojego piątego małżeństwa. – Oświadczenia są po to, by uciąć spekulacje na przyszłość. To nie jest żadne tłumaczenie. To jest stwierdzenie po prostu faktu. Nie udało mi się uratować mojego małżeństwa, więc zanim wszyscy napiszą o tym, mówię o tym sam – ogłosił muzyk.
Pola Wiśniewska wyprowadziła się od Michała Wiśniewskiego. "W końcu da się oddychać"
Teraz (jeszcze) żona Wiśniewskiego rozpoczęła kolejny rozdział w swoim życiu. W sobotniej sesji pytań i odpowiedzi na Instagramie poinformowała fanów, że wyprowadziła się od artysty. 
"Tak, nowy rozdział unlocked. Od wczoraj mieszkamy sobie sami. Dużo zmian, ale w końcu da się oddychać" – napisała wymownie Pola na Instagramie. Zdradziła również, że długi majowy weekend upływa jej przede wszystkim na "rozpakowywaniu pudełek".
Wiśniewska wyjawiła również, że chwilowe zniknięcie z internetu miało związek z emocjonalnym przeciążeniem. 'To prawda, trochę mnie tu nie było. Sporych zmian i to dlatego. To był bardzo intensywny czas dla mnie, zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie. Teraz jest już lepiej, dziękuję" – wyznała obserwatorom. Gdy jeden z nich życzył jej "wielu szczęśliwych chwil" w nowym domu, odpowiedziała: "Dziękuję. Jestem pewna, że tak będzie".
W ostatnim czasie Pola Wiśniewska zdecydowała się także na bardzo szczere wyznanie w rozmowie z Małgorzatą Ohme w jej podcaście – otwarcie opowiedziała o lęku przed zaczynaniem wszystkiego od nowa po czterdziestce. Jak przyznała, miała momenty zwątpienia i poczucie, że znów musi budować swoje życie od podstaw.
Dalsza część artykułu poniżej.
– Ja zaczynam życie od początku. Wiesz, to jest w ogóle bardzo ciekawe, bo ja mam 41 lat. (...) Nie ukrywam, miałam taki moment, że wiesz, myślałam, kurczę, mam 40 lat, nie mam nic, zaczynam życie od zera, a to jest taki wiek, umówmy się, że już się chciałoby mieć coś, chciałoby się mieć stabilne życie, ułożone, spokojne. A tu znów przychodzi mi się po prostu szarpać. Ale tak jak mówię, to jest kwestia perspektywy i tego czasu, który po prostu musi minąć – wyznała w Gosia Ohme Podcast.
Przypomnijmy, że Pola Wiśniewska była piątą żoną Michała Wiśniewskiego. Wcześniej wokalista był związany kolejno z Magdą Femme, Martą "Mandaryną" Wiśniewską, Anną Świątczak oraz Dominiką Tajner. Lider Ich Troje jest ojcem sześciorga dzieci – Xaviera, Fabienne, Etiennette, Vivienne, Falco oraz Noëla.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/7bace895cc75a2882f8fff2a60b82ad0,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/7bace895cc75a2882f8fff2a60b82ad0,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Pola Wiśniewska wyprowadziła się od Michała Wiśniewskiego</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651793,tusk-uderza-w-nawrockiego-przydacz-kontratakuje-seria-ciosow-ws-konstytucji</guid><link>https://natemat.pl/651793,tusk-uderza-w-nawrockiego-przydacz-kontratakuje-seria-ciosow-ws-konstytucji</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 14:59:06 +0200</pubDate><title>Tusk uderza w Nawrockiego, Przydacz kontratakuje. Seria ciosów ws. konstytucji</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/3792f66e45171755183a83156756019a,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Karol Nawrocki chce zmieniać konstytucję. "Proponuję zacząć od przestrzegania aktualnej" – tak na pomysł prezydenta zareagował Donald Tusk. W obronie najważniejszej osoby w państwie stanął Marcin Przydacz.

"Dobra, to my pracujemy nad nową, lepszą konstytucją dla Polski. A pan, zgodnie z własną propozycją, zaczyna przestrzegać przepisy aktualnej. Deal?" – tak sekretarz stanu i szef Biura Polityki Międzynarodowej, Marcin Przydacz, zareagował na zaczepkę ze strony premiera Donalda Tuska.
"PS. Proszę nie zapominać o ustawach. Też musi pan ich przestrzegać. Ustawach, nie uchwałach!" – zaapelował polityk za pośrednictwem X.
Jego wypowiedź była kontrą na wcześniejszy wpis Donalda Tuska, który pozwolił sobie na skrytykowanie prezydenta RP Karola Nawrockiego:
"Pan Karol Nawrocki ogłosi, że będzie pracował nad nową konstytucją. Proponuję zacząć od przestrzegania aktualnej" – zasugerował szef Rady Ministrów.

                    
                        
                    
                Konstytucja roku 2030. Wielki plan Nawrockiego
Prezydent RP od dłuższego czasu informuje o chęci zmiany konstytucji. W orędziu wygłoszonym po zaprzysiężeniu zadeklarował on utworzenie Rady Konstytucyjnej:
– Pałac Prezydencki stanie się nie tylko miejscem funkcjonowania Rady Konstytucyjnej, ale także miejscem, w którym otworzymy, mam nadzieję, narodową, uczciwą dyskusję o tym, jak ma wyglądać konstytucja roku 2030 – zapowiadał Karol Nawrocki w sierpniu 2025 roku.
Prezydent uzasadnił konieczność zmiany konstytucji brakiem przejrzystości obecnej ustawy zasadniczej:
– Obywatele dzisiaj potrzebują klarownych, jasnych zasad współpracy między politykami, zabezpieczenia interesu suwerenności, bezpieczeństwa państwa polskiego – stwierdził polityk w trakcie przemowy w Sejmie RP.
Jego wypowiedź wzbudziła spore kontrowersje. Część komentariatu wskazywała na możliwość zwrotu na poziomie systemowym. Za słowami Nawrockiego miała kryć się chęć wprowadzenia systemu prezydenckiego.
System kanclerski kontra system prezydencki w Polsce
Aktualny system obowiązujący w Polsce określany jest jako parlamentarno-gabinetowy. Kompetencje władzy podzielone są pomiędzy Radę Ministrów a prezydenta RP. Od dawna nad Wisłą pojawiają się jednak głosy dotyczące potencjalnej zmiany struktury zarządzania państwem. Problem pojawia się jednak w momencie dyskutowania szczegółów takiej zmiany.
Część wyborców opowiada się za klasycznym systemem prezydenckim. W najbardziej radykalnej jego formie w państwie zarządzanym w taki sposób nie funkcjonuje instytucja premiera. Prezydent może być jednocześnie formalną, oficjalną i reprezentatywną głową państwa i szefem rządu. Często ma on też większą kontrolę nad parlamentem (w niektórych systemach może go rozwiązać w niemal dowolnym momencie) i pełni rolę "sternika" w państwie.
Część osób zwraca uwagę na możliwość wprowadzenia w Polsce systemu kanclerskiego. Taki system przerzuca jeszcze większy zasób kompetencji na premiera. Oznacza on degradację funkcji prezydenta jedynie do roli reprezentacyjnej i rozwiązanie w ten sposób niektórych sporów kompetencyjnych.
Zmiany mogą przyjmować też formę hybrydową, przykładowo dążyć do jaśniejszego określenia zakresu kompetencji i sposobów wpływania na kraj. Niekoniecznie muszą być pełnoprawnym wdrożeniem konkretnego systemu. Niezależnie od ostatecznej formy systemu władzy w Polsce, droga do jego zmiany biegnie właśnie przez zmiany na poziomie konstytucyjnym. A te są procesem trudnym i wymagającym dużej zgodności w parlamencie.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/3792f66e45171755183a83156756019a,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/3792f66e45171755183a83156756019a,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Karol Nawrocki rozważa zmiany w konstytucji. Czy czas szykować się na system prezydencki?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651781,nowy-dokument-ujawni-nagrania-ksieznej-diany-piec-godzin-ktore-wstrzasna-palacem</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651781,nowy-dokument-ujawni-nagrania-ksieznej-diany-piec-godzin-ktore-wstrzasna-palacem</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 13:36:01 +0200</pubDate><title>Nowy dokument ujawni nagrania księżnej Diany. Pięć godzin, które wstrząsną pałacem</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/ca6a3759792f135ddfc3e23fe7f321b0,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Nigdy wcześniej niepublikowane nagrania księżnej Diany ujrzą światło dzienne w nowym serialu dokumentalnym o roboczym tytule "Diana: The Unheard Truth". Twórcy zapowiadają, że produkcja pokaże "nieznaną prawdę" o życiu najsłynniejszej członkini brytyjskiej rodziny królewskiej i może na nowo zmienić sposób, w jaki opinia publiczna postrzega nieżyjącą od prawie trzech dekad Dianę. Pałac Buckingham raczej nie będzie zadowolony.

Za nowy dokument o księżnej Dianie odpowiada studio Love Monday TV, które połączyło siły z 53 Degrees Global, znanym m.in. z dokumentów poświęconych brytyjskiej monarchii, informuje portal Deadline. Firma uzyskała pełny i wyłączny dostęp do tajnych rozmów nagrywanych w 1991 roku przez Jamesa Colthursta – bliskiego przyjaciela księżnej. To właśnie te nagrania stały się później podstawą głośnej książki Andrew Mortona "Diana: Jej historia".
Nowy dokument o księżnej Dianie pokaże pięć godzin niepublikowanych materiałów
Według twórców przez ponad trzy dekady opinii publicznej udostępniono mniej niż godzinę tych materiałów. Teraz widzowie mają usłyszeć aż pięć godzin niepublikowanych wcześniej taśm, które zostaną wykorzystane w trzyodcinkowym serialu dokumentalnym o księżnej Dianie. 
Love Monday TV zapowiada, że nagrania zawierają niezwykle szczere wypowiedzi arystokratki dotyczące życia w rodzinie królewskiej, jej małżeństwa z ówczesnym księciem Karolem, presji mediów oraz samotności związanej z funkcjonowaniem pod ciągłą obserwacją świata. 
Twórcy podkreślają, że dokument "Diana: The Unheard Truth" ma "zakwestionować uproszczoną narrację", według której Diana była wyłącznie ofiarą swoich okoliczności. Produkcja ma pokazać ją jako osobę świadomą swojej pozycji i próbującą odnaleźć własną drogę poza monarchią.
Szczególnie intrygująco zapowiadają się fragmenty, w których księżna mówi o przyszłości rodziny królewskiej. Jak przekonują producenci, Diana trafnie przewidywała wiele wydarzeń, które nastąpiły po jej śmierci. W nagraniach ma komentować relację Karola i Camilli, a także mówić o swoich synach – Williamie i Harrym – oraz o innych członkach rodziny królewskiej, w tym Sarah Ferguson i byłym księciu Andrzeju, który jest w centrum skandalu związanym z Jeffreyem Epsteinem.
Dalsza część artykułu poniżej.
Serial ma również pokazać bardziej prywatną stronę księżnej. Diana opowiada podobno o swoich marzeniach, planach na przyszłość oraz pragnieniu rozpoczęcia nowego etapu życia po rozpadzie małżeństwa z Karolem. Twórcy sugerują, że w nagraniach wybrzmiewa przekonanie Diany, że po ślubie Karola z Camillą sama mogłaby wreszcie odzyskać wolność i "wytyczyć własną ścieżkę".
W "Diana: The Unheard Truth" pojawią się osoby z bliskiego otoczenia księżnej Diany
W dokumencie pojawią się także wypowiedzi osób z najbliższego otoczenia księżnej. Wśród nich znajdzie się Delissa Needham – szkolna koleżanka Diany, która po raz pierwszy zgodziła się wystąpić przed kamerą. W projekcie udział bierze również słynny fryzjer Sam McKnight, przez lata jeden z najbardziej zaufanych współpracowników księżnej, który strzygł także młodych książąt Williama i Harry'ego. 
Swoją perspektywę przedstawi także Penny Thornton, astrolożka, do której Diana zwracała się po rady, oraz Richard Kay – dziennikarz "Daily Mail", z którym księżna utrzymywała bliski kontakt.
Producentką serii jest Emily Hirst, za montaż odpowiada Sophie Todd, natomiast autorem zdjęć został Justin Frahm. Na ten moment serial nie ma jeszcze platformy ani stacji emisyjnej. Produkcja jest obecnie prezentowana potencjalnym partnerom na całym świecie, podkreśla Deadline.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/ca6a3759792f135ddfc3e23fe7f321b0,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/ca6a3759792f135ddfc3e23fe7f321b0,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Powstaje nowy dokument o księżnej Dianie</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651784,nato-i-tusk-odpowiadaja-na-ruch-trumpa-sojusz-dobija-katastrofalny-trend</guid><link>https://natemat.pl/651784,nato-i-tusk-odpowiadaja-na-ruch-trumpa-sojusz-dobija-katastrofalny-trend</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 13:26:44 +0200</pubDate><title>NATO i Tusk odpowiadają na ruch Trumpa. Sojusz dobija &quot;katastrofalny trend&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/0cdbdf98191347bb238b5b9123031989,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Donald Tusk zdecydował się zareagować na najnowsze doniesienia z Białego Domu. Polityk zwraca uwagę na zagrożenia dla sojuszu, których źródła należy dopatrywać się we wnętrzu wspólnoty, a nie w zewnętrznych wrogach. Na ruch Donalda Trumpa w sprawie amerykańskich wojsk w Niemczech zdecydowało się zareagować samo NATO. Organizacja pragnie zrozumieć szczegóły tej decyzji i zwraca uwagę na konieczność poszerzenia inwestycji w obronność.

"Największym zagrożeniem dla wspólnoty transatlantyckiej nie są jej zewnętrzni wrogowie, lecz trwające rozpadanie się naszego sojuszu" – tak o ostatnim ruchu prezydenta USA wypowiedział się Donald Tusk.
Premier Polski wystosował specjalny apel do sojuszników: "Wszyscy musimy zrobić wszystko, co konieczne, aby odwrócić ten katastrofalny trend."
Sytuacja na linii USA–NATO staje się coraz bardziej poważna. Amerykańska krytyka sojuszu powoli przeradza się w faktyczne działania, które osłabiają jego zdolności obronne. Donald Trump od dłuższego czasu w ostrych słowach wypowiadał się o swoich partnerach w ramach NATO, zwracając uwagę na ich brak zaangażowania w militarne kampanie zainicjowane przez USA. Polityk na początku kwietnia nazwał sojusz "papierowym tygrysem".

                    
                        
                    
                USA vs NATO, Donald Trump odwołuje 5 tys. żołnierzy z Niemiec
Amerykańska administracja podjęła decyzję o wycofaniu 5 tys. żołnierzy z baz wojskowych ulokowanych na terenie Niemiec. Aktualnie stacjonuje tam około 35 tys. członków personelu. Działanie jest rezultatem konfliktu pomiędzy Donaldem Trumpem a Friedrichem Merzem. Kanclerz Niemiec negatywnie wypowiadał się na temat amerykańskiej kampanii na Bliskim Wschodzie. W rezultacie prezydent USA zdecydował się na oskarżenie go o nieskuteczną politykę i "brak pojęcia, o czym mówi".
Niemcy są jednym z najważniejszych partnerów USA w skali globalnej. Więcej jednostek stacjonuje tylko w Japonii (około 54 tys.). Nasz zachodni sąsiad stanowi hub logistyczny dla inicjatyw amerykańskiej armii w regionie całej Europy, północnej Afryki i Bliskiego Wschodu. W Niemczech znajduje się też największa baza lotnicza poza terytorium USA, Ramstein Air Base.
Decyzja o wycofaniu żołnierzy jest gestem symbolicznym o niebagatelnym znaczeniu strategicznym. Za wzmocnieniem europejskich sił wobec rosyjskiej agresji na Ukrainę opowiedział się poprzedni prezydent USA – Joe Biden. Niemcy wciąż pozostaną głównym partnerem militarnym Stanów Zjednoczonych, jednak liczebność personelu ma wrócić do wartości sprzed inwazji zainicjowanej przez Władimira Putina.
NATO deklaruje większe inwestycje w europejską obronność
Polityczny konflikt pomiędzy Friedrichem Merzem a Donaldem Trumpem sprawia, że NATO musi dokonać korekty polityki militarnej. Rzeczniczka Sojuszu, Allison Hart, zdecydowała się na skomentowanie aktualnej sytuacji.
"Ta zmiana podkreśla potrzebę dalszych większych inwestycji Europy w obronność oraz większego udziału w odpowiedzialności za nasze wspólne bezpieczeństwo" – poinformowała za pośrednictwem X.
Przedstawicielka NATO zwraca również uwagę, że sojusz wciąż wykazuje silne zdolności obronne: "Pozostajemy pewni naszej zdolności do zapewnienia odstraszania i obrony, gdy trwa przesunięcie ku silniejszej Europie w ramach silniejszego NATO."

                    
                        
                    
                
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/0cdbdf98191347bb238b5b9123031989,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/0cdbdf98191347bb238b5b9123031989,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Donald Tusk reaguje na wycofanie 5 tys. amerykańskich żołnierzy z Niemiec.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651787,wielki-upadek-taniej-linii-lotniczej-dzialali-ponad-30-lat-odwolali-tysiace-lotow</guid><link>https://natemat.pl/651787,wielki-upadek-taniej-linii-lotniczej-dzialali-ponad-30-lat-odwolali-tysiace-lotow</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 13:12:03 +0200</pubDate><title>Wielki upadek taniej linii lotniczej. Działali ponad 30 lat, odwołali tysiące lotów</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/78b0ff5431ee65ac2c76effc7669dd31,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Rynek lotniczy stał się wyjątkowo trudny z powodu napiętej sytuacji na Bliskim Wschodzie. Mamy właśnie pierwszą ofiarę drożejących paliw. Tania linia lotnicza z 34-letnim stażem ogłosiła właśnie upadek. Dziennie przewoziła ok. 60 tys. pasażerów.

Loty na całym świecie stały się w ostatnich tygodniach dość ryzykowne. Wzrost cen paliwa lotniczego doprowadził do odwołania tysięcy rejsów, o czym najboleśniej przekonała się Lufthansa, zamykając linię Lufthansa CityLine i kasując tysiące ich lotów, w tym te z Polski. Jednak jeszcze dotkliwszy jest upadek linii Spirit Airlines. Ten amerykański niskokosztowiec przewoził dziesiątki tysięcy pasażerów dziennie. W sobotę 2 maja poinformował, że nie odbędzie się już żaden z jego lotów.
Tania linia lotnicza Spirit Airlines upadła. Masowo odwołują loty w USA
Spirit Airlines było świetnie znaną tanią linią lotniczą w USA. Jej złote lata przypadały na okolicach 2010 roku, kiedy to w ciągu 12 miesięcy otwarto 28 nowych tras, a wartość firmy szacowano na 6 miliardów dolarów. Podobnie jak w Ryanairze, na pokładach Spirit trzeba było dodatkowo zapłacić za bagaż rejestrowany czy posiłek. W zamian przewoźnik oferował jednak tanie bilety z minimalną marżą.
System ten przestał się jednak sprawdzać w okresie pandemii koronawirusa. To właśnie w 2020 roku zaczęły się wielkie problemy finansowe Spirit Airlines, z których linia miała jednak szansę wyjść. Niestety ostatecznym ciosem okazał się dla niej kryzys na Bliskim Wschodzie, który doprowadził do gwałtownego wzrostu cen paliw. Zarząd przewoźnika ubiegał się o dodatkowe finansowanie w Białym Domu, ale wszystko wskazuje na to, że rozmowy z Donaldem Trumpem i jego doradcami zakończyły się fiaskiem.
"Jesteśmy dumni z wpływu naszego ultraniskobudżetowego modelu na branżę w ciągu ostatnich 34 lat i mieliśmy nadzieję, że będziemy mogli służyć naszym Gościom przez wiele kolejnych lat" – przekazała w oficjalnym oświadczeniu linia Spirit Airlines. "Do naszych Gości: wszystkie loty zostały odwołane, a obsługa klienta nie jest już dostępna" – dodała.
Nie będzie lotów na wakacje ani powrotnych. Wielki kryzys lotniczy w USA
Spirit Airlines upadło z dnia na dzień, pozostawiając pracowników, a także swoich klientów z dala od domów. Szacuje się, że przewoźnik zatrudniał ok. 15 tys. osób, które teraz stracą źródło utrzymania. Jednak jak podaje "NBC News", Sean Duffy, sekretarz transportu w Stanach Zjednoczonych, już zaapelował do pozostałych przewoźników o niepodwyższanie cen biletów, aby klienci upadłej linii mogli w uczciwych cenach wrócić do domów lub wylecieć na zaplanowane wakacje.
– Zaangażowaliśmy naszych partnerów lotniczych, aby mieć pewność, że pasażerowie nie zostaną uwięzieni, społeczności zachowają dostęp do tras, ceny biletów nie wzrosną gwałtownie, a pracownicy Spirit będą mieli dostęp do nowych możliwości zatrudnienia – przekazał Duffy w specjalnym oświadczeniu.
W USA rozpoczął się już szereg akcji związanych z upadłością Spirit Airlines. Niektórzy przewoźnicy oferują tzw. ceny ratunkowe, inni sprowadzają do domów pracowników zamkniętej linii. Jeszcze inni zaproponowali limity cen na niektórych trasach, które dotychczas obsługiwał tani przewoźnik.
To wszystko może zminimalizować skalę problemu, ale na pewno nie rozwiąże go w pełni. Wystarczy wspomnieć, że Spirit obsługiwał ok. 60 tys. pasażerów dziennie. Takiej liczby podróżnych nie da się szybko i bezkonfliktowo umieścić na pokładach innych linii lotniczych. Dobra wiadomość jest jednak taka, że wszyscy pasażerowie zlikwidowanego przewoźnika mają otrzymać pełny zwrot pieniędzy.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/78b0ff5431ee65ac2c76effc7669dd31,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/78b0ff5431ee65ac2c76effc7669dd31,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wielki upadek taniej linii lotniczej w USA. Dziesiątki tysięcy pasażerów utknęły przez odwołanie lotów</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651142,ai-wskazala-najlepszy-film-akcji-xxi-wieku-oj-niektorzy-beda-krecic-nosem</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651142,ai-wskazala-najlepszy-film-akcji-xxi-wieku-oj-niektorzy-beda-krecic-nosem</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 12:03:01 +0200</pubDate><title>AI wskazała najlepszy film akcji XXI wieku. Oj, niektórzy będą kręcić nosem</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/128c097180fa522e0402981f023e480e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kino akcji przeszło ogromną przemianę – od "mordobicia" do wizualnych spektakli, w których realizm i pełnowymiarowe postacie są tak samo ważne, jak perfekcyjnie wyreżyserowana choreografia walk i pościgów. W ostatnich dwóch dekadach nie brakowało wielkich hitów, ale tylko nieliczne naprawdę zmieniły gatunek. Spytaliśmy AI, który film akcji XXI wieku jest najlepszy. Odpowiedź jest dla wielu widzów całkowicie zrozumiała, a dla niektórych... zupełnie nie.

Według sztucznej inteligencji najlepszym filmem akcji XXI wieku jest "Mad Max: Na drodze gniewu" z 2015 roku w reżyserii George'a Millera. To czwarta część kultowej postapokaliptycznej sagi, w której w Maxa Rockatansky'ego wcielał się wcześniej Mel Gibson. Tym razem zastąpił go Tom Hardy.
W świecie spustoszonym przez wojnę nuklearną Max łączy siły z cesarzową Furiosą (Charlize Theron, która ostatnio błyszczy w "Alfie" Netflixa). Wspólnie uciekają przed tyranem Wiecznym Joe, prowadząc grupę ocalałych kobiet w stronę bezpiecznego Zielonego Miejsca Wielu Matek. Nagrodzone sześcioma Oscarami (spośród 10 nominacji, w tym za najlepszy film) widowisko to jeden wielki szalony pościg przez pustynię, który ani na chwilę nie zwalnia tempa. 

                    
                AI podkreśla, że siła "Mad Maxa: Na drodze gniewu" tkwi w "połączeniu widowiskowości z precyzją realizacji". "Dynamiczne sceny akcji, ogromna liczba praktycznych efektów, znakomity montaż i czytelna choreografia sprawiają, że chaos na ekranie nigdy nie staje się męczący. To film, który nie tylko dostarcza adrenaliny, ale pokazuje też, jak ambitne i artystycznie dopracowane może być kino akcji" – argumentuje ChatGPT.
Mimo że "Na drodze gniewu" zachwyciło krytyków i olśniło widzów, to niektórzy kręcili nosami, narzekając na – ich zdaniem – przerost formy nad treścią, chaos i zbyt dużo kampu. Na Rotten Tomatoes "Mad Max 4" ma aż 97 procent pozytywnych recenzji oraz nieco mniej, bo 86 procent, od widowni. W miarę upływu lat film zaczęto nazywać arcydziełem kina akcji. Dzieło Millera obejrzymy m.in. na Netflixie i Prime Video.
Dalsza część artykułu poniżej.
Najlepsze filmy akcji według AI
Wśród najlepszych filmów akcji według AI znalazł się także kultowy "Mroczny Rycerz" z 2008 roku, druga część trylogii o Batmanie w reżyserii Christophera Nolana. "Christian Bale jako Batman i pośmiertnie nagrodzony Oscarem Heath Ledger jako Joker stworzyli starcie, które na stałe weszło do historii popkultury, a napięcie i widowiskowe sceny do dziś robią ogromne wrażenie" – podsumowuje ChatGPT.
Kolejnym wyróżnionym tytułem jest "John Wick" w reżyserii Chada Stahelskiego. "Film 2014 roku z Keanu Reevesem w roli głównej odświeżył kino akcji dzięki perfekcyjnie zaplanowanym walkom, stylowej estetyce i bohaterowi, który błyskawicznie stał się ikoną gatunku" – podkreśla sztuczna inteligencja. I zwraca uwagę, że seria "John Wick" (która składa się już z czterech filmów, a powstaje piąty) "przypomniała widzom, jak ważna jest klarowna choreografia i fizyczność scen walki".
Trzecim wyróżnieniem jest "Casino Royale", czyli debiut Daniela Craiga w roli Jamesa Bonda pod reżyserską ręką Martina Campbella. "To bardziej brutalna i realistyczna odsłona agenta 007, która przywróciła serii energię i wiarygodność. Film znakomicie łączy widowiskową akcję z emocjonalną historią bohatera" – podkreśla AI. Po "Casino Royale" z 2006 roku Craig wcielił się w Bonda jeszcze cztery razy. Jego następcę mamy poznać niebawem.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/128c097180fa522e0402981f023e480e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/128c097180fa522e0402981f023e480e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jaki jest najlepszy film akcji XXI wieku? AI ma swók wybór</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651772,zaskakujace-dane-dotyczace-majowki-polakow-ich-decyzje-rujnuja-swiat-instagrama</guid><link>https://natemat.pl/651772,zaskakujace-dane-dotyczace-majowki-polakow-ich-decyzje-rujnuja-swiat-instagrama</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 11:57:13 +0200</pubDate><title>Zaskakujące dane dotyczące majówki Polaków. Ich decyzje rujnują świat Instagrama</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b95810548bd0d29348d6b62433f7fd58,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Majówka to jeden z ulubionych długich weekendów Polaków. W tym roku jej termin jest dość marny, bo dodatkowo wolny jest tylko jeden dzień. Jednak wystarczy wejść na Instagrama, żeby mieć wrażenie, że każdy gdzieś wyjechał. Okazuje się jednak, że Polacy są większymi domatorami, niż mogłoby się wydawać.

Zainteresowanie wyjazdami na majówkę było w tym roku bardzo duże. O zdecydowanym wzroście liczby rezerwacji informowały Kiwi.com, a także internetowe biuro podróży eSky.pl. Ryanair pokazywał natomiast dane, według których najchętniej wybieranymi miejscami na tegoroczny długi weekend majowy były Włochy, Hiszpania i Grecja. Jednak zgodnie z najnowszym sondażem ponad połowa Polaków zdecydowała się na zupełnie inny sposób spędzenia długiego weekendu.
Majówka 2026 w podróży? Polacy wybrali domowe zacisze
Na chwilę przed rozpoczęciem majówki 2026 o plany wyjazdowe za pośrednictwem SW Research spytał "Wprost". Wyniki sondażu burzą idealny świat przedstawiony na Instagramie, a także ten pokazywany przez przewoźników i biura podróży. Ostatecznie aż 56,4 proc. badanych nie planowało żadnego wyjazdu podczas tegorocznej majówki.
Jeżeli więc siedzisz teraz w domu lub ogródku i patrzysz na kolejne relacje znajomych, którzy ruszyli w trasę, nie musisz mieć wyrzutów sumienia. Większość Polaków tak jak ty postanowiła zostać w domu. Natomiast kolejne 15,8 proc. nie wiedziało w momencie badania, jak będzie wyglądał ich długi weekend. Nie można więc wykluczyć, że część z nich także nie zdecydowała się na podróż.
A co z tymi, którzy jednak wyjechali? Według sondażu dla "Wprost" zdecydowanie większym zainteresowaniem cieszyły się podróże krajowe niż zagraniczne. Mało tego – może wygrało z górami, choć różnica nie była duża. 9,4 proc. ankietowanych spędza majówkę nad Bałtykiem, a 8,8 proc. postanowiło podziwiać nasze szlaki. 5 proc. respondentów przekazało natomiast, że planuje zagraniczne wakacje. 6,2 proc. nie wpasowało się w opcje przedstawione w badaniu. Planowali oni wyjazd nad jeziora, krajowe city breaki lub wypady na działki.
Warszawa pełna turystów i rowerzystów. 1 maja nad Wisłą trudno było spokojnie spacerować
Turystyczny najazd podczas tegorocznej majówki przeżywa Warszawa. Wybierając się 1 maja na przejażdżkę rowerem, miałam wrażenie, że wiele osób postanowiło w tym roku zostać w mieście albo przyjechać tutaj na zwiedzanie. Ponad 20°C na termometrze sprawiło, że bulwary nad Wisłą były pełne spacerowiczów, biegaczy, a także rowerzystów.
Słynna kładka pieszo-rowerowa nad Wisłą, która nadal budzi emocje, ale cieszy się też dużą popularnością, była na tyle zatłoczona, że przejazd nią rowerem na lewy brzeg był niemożliwy. Klasycznie musiałam urządzić sobie krótki spacer. Po stronie Pragi ruch był nieco mniejszy, więc mogłam pedałować.
Prawdziwe oblężenie przeżywały także lokale w pobliżu Wisły. Kolejka w lodziarni była na tyle długa, że trzeba było w niej stać dobre 20 minut. Ogonek ustawiał się nawet do pobliskiej Żabki Nano, a ja 10 minut stałam w kolejce do kasy w Carrefourze Express. Jeszcze tłoczniej najpewniej było wieczorem, kiedy turyści i studenci korzystali z braku nocnej prohibicji i uroku bulwarów. Od 1 czerwca wieczorna zabawa nad Wisłą może być nieco bardziej skomplikowana.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b95810548bd0d29348d6b62433f7fd58,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b95810548bd0d29348d6b62433f7fd58,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Majówka 2026 w domu. W najnowszym sondażu Polacy przyznali się, że nie planowali wyjazdów na długi weekend</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651769,polacy-chca-wiecej-zbiorek-latwoganga-takiej-jednosci-nie-bylo-chyba-nigdy</guid><link>https://natemat.pl/651769,polacy-chca-wiecej-zbiorek-latwoganga-takiej-jednosci-nie-bylo-chyba-nigdy</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 11:43:09 +0200</pubDate><title>Polacy chcą więcej zbiórek Łatwoganga. Takiej jedności nie było chyba nigdy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/a5faa49715702d61eeb8980cdc4a8454,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Piotr "Łatwogang" Hancke zebrał rekordową kwotę na rzecz Fundacji Cancer Fighters. Użytkownicy internetu wyraźnie chcą jeszcze więcej charytatywnych akcji bazujących na viralu. Wskazuje na to nowy sondaż z SW Research.

Zbiórka Łatwoganga i bedoesa odniosła spektakularny sukces. Zadeklarowana kwota akcji wynosi już niemal 283 miliony złotych. Nic więc dziwnego, że coraz więcej osób zadaje sobie pytanie, jakie będą kolejne kroki influencera.
Jedną z propozycji internautów jest kontynuowanie działań pomocowych w ramach cyklicznych zbiórek na modłę WOŚP. Choć Łatwogang robi sobie przerwę od obecności w sieci, już teraz pojawiają się głosy, że w Polsce jest potrzeba większej liczby tego typu działań. Wskazuje na to też badanie zlecone przez "Rzeczpospolitą".
Kwestionariusz w sondażu SW Research dla rp.pl przybliżył kontekst sytuacji, tj. zebranie ponad 250 milionów złotych na rzecz Fundacji Cancer Fighters w trakcie dziewięciodniowej transmisji zorganizowanej przez Łatwoganga i skwitowany był prostym pytaniem: "Czy Pani/Pana zdaniem powinien kontynuować takie działania w formie cyklicznych zbiórek?"
Sondaż o działaniach Łatwoganga mówi jasno: przeważająca większość wspiera ideę cyklicznych zbiórek
Ogółem 69,5 proc. uczestników sondażu wyraziło aprobatę wobec tego pomysłu, 10,8 proc. uczestników wyraziło sprzeciw, a 19,7 proc. badanych stwierdziło, że nie ma zdania w tej kwestii.
Częściej pozytywnie o idei wypowiadały się kobiety – 70,5 proc. niż mężczyźni – 68,4 proc. Poparcie dla pomysłu rzadziej przejawiały osoby starsze (powyżej 50 lat), bo w "zaledwie" 66,5 proc. przypadków. W grupie wiekowej 35-49 lat było to 68,2 proc., 25-34 lata już 74,9 proc., a w grupie do lat 24 poparcie dla pomysłu wykazuje aż 79,9 proc. uczestników badania.
Różnice w opiniach wobec stosunku do idei cyklicznych zbiórek Łatwoganga obserwowane są również w sferze edukacji. Aż 78,5 proc. osób deklarujących wykształcenie podstawowe/gimnazjalne o pomyśle kolejnych zbiórek wypowiedziało się pozytywnie. W przypadku wykształcenia zasadniczego zawodowego było to 76,4 proc. Osoby deklarujące wykształcenie średnie wspierają pomysł kolejnych zbiórek w 70,3 proc. Najniższe poparcie wykazują osoby o wykształceniu wyższym, bo "zaledwie" 66,7 proc.
Ciekawe różnice można zaobserwować w przypadku analizowania poparcia przez pryzmat dochodów. Osoby deklarujące dochód do 3000 złotych netto wspierają pomysł kolejnych zbiórek w 68,3 proc. Wyższe poparcie objawia się wśród osób deklarujących dochód 3001-5000 złotych, bo 72,4 proc. Aprobata spada w przypadku osób o dochodzie 5001-7000 złotych do 69,8 proc., by wzrosnąć do 70,3 proc. u osób o dochodzie powyżej 7000 złotych.
Różnice w poziomie poparcia dla pomysłu kolejnych zbiórek obserwowane są również w zależności od liczebności ludności na zamieszkiwanym terenie. Poparcie dla pomysłu na wsi wykazuje 67,1 proc. uczestników badania. W przypadku miast do 20 tys. mieszkańców jest to 71,9 proc. Ludność z nieco większych miast (20-99 tys. mieszkańców) deklaruje poparcie na poziomie 68,3 proc. Mieszkańcy średniej wielkości ośrodków miejskich (100-199 tys.) deklarują poparcie na poziomie 76,8 proc. Osoby z dużych miast (200-499 tys.) popierają pomysł cyklicznych zbiórek Łatwoganga nieco rzadziej: w 73,8 proc. przypadków. Jeszcze mniejsza aprobata wobec pomysłu panuje wśród osób z największych miast, gdzie liczba mieszkańców przekracza 500 tys. – za pomysłem jest 69,9 proc. uczestników.
Co nowy sondaż o zbiórkach Łatwoganga mówi o naszym społeczeństwie?
Brak poparcia dla dalszych zbiórek Łatwoganga rośnie wraz z wiekiem osoby badanej. Choć wciąż mówimy tu o imponująco wysokim poziomie aprobaty. Taka zależność może wynikać z wyższego poziomu sceptycyzmu wobec internetowych akcji, ostrożności i przyzwyczajenia do innych form pomocy (np. WOŚP), ale też mniejszego zaangażowania w działania w sieci.
Podobna zależność obserwowana jest w przypadku poziomu edukacji uczestników badania. Im wyższy poziom wykształcenia, tym niższy poziom poparcia dla potencjalnych kolejnych zbiórek. Być może osoby lepiej wyedukowane kładą większy nacisk na systemowe rozwiązania obecnych problemów.
Bardzo ciekawy jest też poziom poparcia dla dalszych działań Łatwoganga wśród osób o różnych zarobkach. Uczestnicy deklarujący zarobki na poziomie 3001-5000 złotych netto wykazują najwyższy poziom aprobaty. Z jednej strony może to wynikać z większych zdolności do wsparcia tego typu inicjatyw niż w przypadku osób z najniższymi dochodami, z drugiej z mniej stabilnej sytuacji życiowej/finansowej w przypadku kryzysu zdrowotnego od osób zarabiających więcej.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/a5faa49715702d61eeb8980cdc4a8454,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/a5faa49715702d61eeb8980cdc4a8454,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Co dalej ze zbiórką Łatwoganga? Internauci mają jasną odpowiedź.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651763,tysiace-zolnierzy-opusci-niemcy-trump-msci-sie-za-niesubordynacje-merza</guid><link>https://natemat.pl/651763,tysiace-zolnierzy-opusci-niemcy-trump-msci-sie-za-niesubordynacje-merza</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 10:40:49 +0200</pubDate><title>Tysiące żołnierzy opuści Niemcy. Trump mści się za niesubordynację Merza</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/9c7dcf742742f4d31de4cc575a92ffb0,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Konflikt Friedricha Merza z Donaldem Trumpem doprowadził do radykalnej decyzji Białego Domu. USA mają zamiar wycofać około 5 tys. żołnierzy z terytorium Niemiec. To reakcja na sprzeciw kanclerza wobec amerykańskiej kampanii na Bliskim Wschodzie.

Niemcy dla USA są niezwykle ważnym partnerem militarnym. Ich bazy wojskowe stanowią hub logistyczny, który obsługuje przede wszystkim Europę, ale są także wsparciem w działaniach na Bliskim Wschodzie i w Afryce.
Baza Ramstein Air Base to największa amerykańska placówka tego typu poza granicami USA. W kraju rządzonym przez Friedricha Merza stacjonuje około 35 tys. żołnierzy, co stanowi najliczniejsze tego typu siły na Starym Kontynencie.
Jak podaje Reuters, Amerykanie zdecydowali się na osłabienie tej współpracy i zredukowanie liczebności personelu w niemieckich bazach. Około 5 tys. żołnierzy ma zostać przeniesionych, póki co nie padła deklaracja co do nowego rozmieszczenia tych sił.
Decyzja Waszyngtonu osłabia sojusz z Berlinem, ale wszystko wskazuje na to, że Niemcy wciąż pozostaną kluczowym partnerem USA w Europie. Zmiana amerykańskiej polityki wynika z konfliktu pomiędzy Friedrichem Merzem a Donaldem Trumpem. Kanclerz Niemiec w ostatnim miesiącu kilkukrotnie krytykował działania Waszyngtonu na Bliskim Wschodzie.
Donald Trump obraża kanclerza Niemiec w mediach społecznościowych
"Kanclerz Niemiec, Friedrich Merz, uważa, że ​​Iran ma broń jądrową. Nie wie, o czym mówi!" – tak prezydent USA wypowiedział się we wtorek, 28 kwietnia 2026 roku, o kanclerzu Merzu na łamach Truth Social.
"Gdyby Iran miał broń jądrową, cały świat byłby zakładnikiem. Robię teraz z Iranem coś, co inne państwa, a nawet prezydenci, powinni byli zrobić już dawno temu" – deklarował Donald Trump w dalszej części wypowiedzi.
Na koniec zdecydował się na skomentowanie sytuacji trzeciej największej gospodarki świata: "Nic dziwnego, że Niemcy radzą sobie tak źle, zarówno gospodarczo, jak i w ogóle".
Friedrich Merz o prezydencie USA wypowiada się w znacznie bardziej stonowany sposób. W odpowiedzi na słowa Donalda Trumpa stwierdził, że jego polityczna relacja z nim, przynajmniej z jego perspektywy, jest "tak dobra jak zawsze".
Europejski sprzeciw wobec ekspansywnej polityki USA
Liderzy państw Starego Kontynentu coraz odważniej sprzeciwiają się amerykańskiej polityce. W Europie tworzy się antytrumpowski front, który w tym momencie angażuje większość dużych gospodarek kontynentu. Jego formowanie jest związane przede wszystkim z rozczarowaniem amerykańską działalnością na Bliskim Wschodzie, próbą wykorzystania NATO do celów taktycznych USA i Izraela, groźbą przejęcia Grenlandii, ale też np. obrażaniem głowy Kościoła, papieża Leona XIV.
W tym momencie krytyka działań Donalda Trumpa jest udziałem m.in. polskiego premiera Donalda Tuska, premier Włoch Giorgii Meloni, premiera Hiszpanii Pedro Sáncheza czy prezydenta Francji Emmanuela Macrona.
Waszyngton ma też napięte relacje z Londynem. Premier Wielkiej Brytanii, Keir Starmer, stwierdził ostatnio, że "ma dosyć" skutków działań Donalda Trumpa na Bliskim Wschodzie. Wcześniej prezydent USA był krytykowany też m.in. przez szefową rządu Danii, Mette Frederiksen.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/9c7dcf742742f4d31de4cc575a92ffb0,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/9c7dcf742742f4d31de4cc575a92ffb0,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Tysiące żołnierzy opuści Niemcy. Trump mści się za niesubordynację Merza.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651766,ryanair-z-pilnym-apelem-do-polski-i-europy-inaczej-wakacje-beda-horrorem</guid><link>https://natemat.pl/651766,ryanair-z-pilnym-apelem-do-polski-i-europy-inaczej-wakacje-beda-horrorem</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 10:33:10 +0200</pubDate><title>Ryanair z pilnym apelem do Polski i Europy. Inaczej wakacje będą horrorem</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/d8ab2b86c89c2b27cbc71c51a68bc177,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Polacy ruszyli na majówkę, tym samym rozpoczynając najgorętszy okres w podróżach. Szczyt będzie miał miejsce oczywiście w wakacje, ale już od maja ruch na lotniskach w całej Europie będzie wyraźnie większy. Właśnie w tym momencie pilny apel do władz Polski i UE wysłał Ryanair.

Pobyt na lotnisku zawsze jest nerwowy, ale od 10 kwietnia przeprawa przez nie niekiedy przypomina istny horror. Wszystko z powodu obowiązkowego wdrożenia systemu EES w całej Unii Europejskiej. Jest to system zbierający dane pasażerów spoza strefy Schengen. Choć do jego wprowadzenia Polska i inne kraje przygotowywały się przez kilka lat, to okazał się on kompletną porażką. Z dnia na dzień na lotniskach ustawiły się ogromne kolejki, a ludzie masowo spóźniają się na loty. W wakacje będzie tylko gorzej, jeżeli nic się nie zmieni.
Ryanair wzywa do zawieszenia EES w Europie
Skutki wprowadzenia systemu EES odczuwają zwłaszcza turyści podróżujący z Wielkiej Brytanii. Jest to najliczniejsza grupa turystów w Europie i jeden z najważniejszych rynków. Równocześnie od czasu brexitu nie są oni członkami UE i strefy Schengen, przez co muszą teraz stać w nawet kilkugodzinnych kolejkach na lotniskach, aby dopełnić wszystkich formalności.
Problem długich kolejek dotyczy wielu miejsc w Europie. Podróżni spóźniają się na loty we Włoszech i na Malcie. Problemy ma także Polska. Na naszym gruncie w szczególnie trudnej sytuacji od miesięcy jest lotnisko w Krakowie, a od niedawna krytycznym punktem stały się także Katowice. Stąd stanowczy apel Ryanaira do polskich i europejskich władz o natychmiastowe zawieszenie EES. Przewoźnik postuluje, aby program wyłączyć na czas wakacji i przywrócić dopiero we wrześniu.
"Rządy w całej Europie próbują wdrożyć niedopracowany system informatyczny w samym środku najbardziej ruchliwego sezonu turystycznego w roku, a pasażerowie ponoszą tego konsekwencje, zmuszeni do stania w wielogodzinnych kolejkach do kontroli paszportowej, a w niektórych przypadkach nawet do utraty lotów" – przekazał dyrektor operacyjny linii Ryanair, Neal McMahon.
"Rozwiązanie jest proste i zostało już przewidziane w prawie unijnym (rozporządzenie UE nr 2025/1534) – rządy powinny zawiesić system EES do września, kiedy to minie szczyt sezonu letniego, tak jak uczyniła to Grecja. Pozwoliłoby to pasażerom – z których wielu podróżuje z małymi dziećmi – na sprawniejszą obsługę na lotniskach podczas letnich wakacji" – dodał przedstawiciel Ryanaira.
EES to plaga na lotniskach. Pobieranie danych ciągnie się w nieskończoność
EES, czyli Entry/Exit System, miał być przełomowym rozwiązaniem zastępującym klasyczne stemplowanie paszportów. Problem polega jednak na tym, że europejskie lotniska poległy podczas jego wdrażania. Warto bowiem pamiętać, że obecnie podczas pierwszego wjazdu podróżni spoza UE i strefy Schengen muszą nie tylko okazać paszport, ale także przekazać swoje dane biometryczne, takie jak odciski palców i zdjęcie twarzy. Stąd dotychczasowa kontrola trwająca kilkadziesiąt sekund wydłużyła się do kilku minut. Przy dziesiątkach tysięcy pasażerów obsługiwanych każdego dnia doprowadza to do chaosu.
Kolejki na lotniskach potęguje fakt, że nie wszędzie zamontowano elektroniczne kioski do pobierania danych. Z tego powodu w wielu miejscach wszystko musi być wykonywane ręcznie przez kontrolerów granicznych, co wydłuża oczekiwanie. W tym przypadku konsekwencje odczuwają nie tylko obywatele spoza UE i strefy Schengen, ale i Polacy podróżujący poza granice tych układów, np. do Egiptu, Turcji czy na Cypr. Ostatecznie bowiem, choć nie musimy rejestrować się w EES, to musimy przedstawić dokumenty do kontroli, a ta odbywa się przy tych samych stanowiskach co pobieranie danych do unijnego systemu.
Jeżeli więc w najbliższych tygodniach i miesiącach planujecie podróż poza granice UE i strefy Schengen, bądźcie gotowi na duże utrudnienia. Na wszelki wypadek pojawcie się na lotnisku nawet z 3-godzinnym wyprzedzeniem, aby spokojnie nadać bagaż rejestrowany i bezstresowo przejść wszystkie kontrole.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/d8ab2b86c89c2b27cbc71c51a68bc177,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/d8ab2b86c89c2b27cbc71c51a68bc177,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Ryanair z ważnym apelem do polskich u europejskich władz. Albo coś zrobią, albo wakacje będą lotniskowym horrorem</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651682,narcyz-i-manipulant-wspoltworca-terroru-hitlera-ile-jest-prawdy-w-filmie-norymberga</guid><link>https://natemat.pl/651682,narcyz-i-manipulant-wspoltworca-terroru-hitlera-ile-jest-prawdy-w-filmie-norymberga</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 10:02:22 +0200</pubDate><title>Narcyz i manipulant, współtwórca terroru Hitlera. Ile jest prawdy w filmie &quot;Norymberga&quot;?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/5735cf9558bd7266ef19ba2b16aee82a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Gdy po wojnie trafił w ręce Amerykanów, wciąż wierzył, że może odegrać rolę męża stanu. Nie rozumiał albo nie chciał rozumieć, że świat nie czeka już na jego polityczne talenty, lecz na sąd. Co jest prawdą, a co fikcją w filmie "Norymberga"?

W podcaście "Prawdziwe Historie" rozbieramy na czynniki pierwsze film "Norymberga". Co w tej historii jest prawdą, a co filmową fikcją?
8 maja 1945 roku Hermann Goering dobrowolnie oddał się w ręce Amerykanów. Przyjechał mercedesem, z białym skrawkiem materiału na znak kapitulacji. Liczył, że zostanie potraktowany jak polityk, który pomoże ułożyć powojenne Niemcy. To dopiero początek tej historii.

                    
                
Norymberga bez mitu
Szybko okazało się, jak bardzo się mylił. Człowiek, który współtworzył aparat terroru III Rzeszy, kierował Luftwaffe, podpisywał decyzje dotyczące grabieży żydowskiego majątku i zlecił przygotowanie "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej", miał stanąć przed trybunałem.
Film pokazuje jego narcyzm i manipulacyjny talent. Podcast dopowiada coś ważniejszego: Goering nie był tylko efektownym cynikiem. Był jednym z centralnych wykonawców systemu zbrodni.
Psychiatra, który szukał "nazistowskiego wirusa"
Do Norymbergi przyjechał także dr Douglas Kelley, amerykański psychiatra. Jego zadanie brzmiało prosto: ocenić, czy oskarżeni są zdolni do udziału w procesie. Kelley poszedł jednak dalej. Chciał sprawdzić, czy wśród nazistowskich przywódców istnieje wspólne zaburzenie, coś, co można by nazwać "nazistowskim wirusem".
Wniosek był przerażający: nie. Kelley uznał, że nie ma jednej klinicznej choroby, która tłumaczyłaby ich zbrodnie. To nie była psychopatologiczna anomalia. To była mieszanka ideologii, oportunizmu, ambicji, konformizmu i żądzy władzy.
To najmocniejszy punkt tej historii. Zło nie zawsze przychodzi jako szaleństwo. Czasem przychodzi w mundurze, z dobrymi manierami, pewnością siebie i zdolnością przekonywania innych.
Goering i Kelley: pojedynek ego
Relacja Kelleya z Goeringiem nie była przyjaźnią, choć film chwilami buduje takie napięcie. To była gra dwóch silnych osobowości. Syn psychiatry nazwał ją później starciem „King Konga z Godzillą”.
Goering testował na Kelleyu swoje linie obrony. Negował autentyczność filmów z obozów, zrzucał winę na Himmlera, porównywał nazistowskie zbrodnie do alianckich bombardowań. Jednocześnie potrafił być czarujący wobec lekarzy, strażników i tłumaczy.
Kelley nie był jednak naiwny. Wiedział, że rozmawia z człowiekiem, który chce odzyskać kontrolę choćby nad narracją. Goering przegrał wojnę, ale próbował wygrać opowieść o sobie.
Proces, który nie był tylko zemstą
Norymberga była czymś bez precedensu. Zamiast doraźnych egzekucji alianci zdecydowali się na proces. Robert Jackson, główny amerykański oskarżyciel, wierzył, że odpowiedzią na bezprawie musi być prawo.
To w Norymberdze świat zobaczył dowody nazistowskich zbrodni w skali, której wielu nie potrafiło sobie wyobrazić. Filmy z obozów koncentracyjnych wywołały na sali ciszę, osłupienie i próby racjonalizacji po stronie oskarżonych.
Proces nie był formalnością. Obrona kwestionowała kompetencje trybunału, a Goering potrafił chwilami uzyskiwać retoryczną przewagę. Dlatego tak ważne okazały się dokumenty, nagrania, zeznania i chłodna precyzja dowodów.
Listy, manipulacje i ostatni unik
Jednym z najbardziej dwuznacznych wątków jest potajemne przenoszenie przez Kelleya listów Goeringa do żony Emmy i córki Eddy. To wydarzyło się naprawdę. Psychiatra łamał więzienny regulamin, a jednocześnie zyskiwał dzięki temu dostęp do bardziej osobistych rozmów z najważniejszym oskarżonym procesu.
Goering do końca próbował zachować sprawczość. Gdy 1 października 1946 roku skazano go na śmierć przez powieszenie, nie pozwolił, by alianci wykonali wyrok. W nocy z 15 na 16 października połknął cyjanek w celi, kilka godzin przed egzekucją.
Do dziś nie ma pełnej pewności, skąd wziął kapsułkę. Jedna wersja mówi, że ukrywał ją od początku. Inna, że ktoś nieświadomie mu ją dostarczył. Pewne jest jedno: nawet w ostatnim momencie chciał sam napisać finał własnej historii.
"Norymberga" nie jest tylko opowieścią o procesie nazistów. To historia o tym, jak trudno rozpoznać zło.
Podcast "Prawdziwe Historie" pokazuje, gdzie film trzyma się faktów, gdzie upraszcza wydarzenia i dlaczego relacja psychiatry z nazistowskim zbrodniarzem pozostaje jednym z najbardziej fascynujących rozdziałów procesu norymberskiego.
Cały odcinek zobacz na naszym kanale YouTube naTemat. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/5735cf9558bd7266ef19ba2b16aee82a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/5735cf9558bd7266ef19ba2b16aee82a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">W nowym odcinku &quot;Prawdziwych Historii&quot; Hermann Goering, jeden z najważniejszych ludzi Hitlera. Ile jest prawdy w filmie &quot;Norymberga&quot;?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651706,globalny-hit-netflixa-stracil-tron-w-polsce-rodzima-komedia-nie-dala-mu-szans</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651706,globalny-hit-netflixa-stracil-tron-w-polsce-rodzima-komedia-nie-dala-mu-szans</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 09:55:01 +0200</pubDate><title>Globalny hit Netflixa stracił tron w Polsce. Rodzima komedia nie dała mu szans</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/249246755d7ac41a5a6aaaecc7dfeff7,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Alfa" z Charlize Theron i Taronem Egertonem to globalny hit, który od premiery utrzymywał się na pierwszym miejscu w top 10 Netflixa w Polsce. To już nieaktualne. 29 kwietnia gigant streamingu wrzucił komedię "Teściowie 3", która błyskawicznie zdetronizowała survivalowy przebój.

"Alfa" ("Apex"), która wleciała na Netflixa 24 kwietnia, to opowieść o kobiecie, która po śmierci swojego męża (Eric Bana z "Dzikości") wybiera się na samotną wspinaczkę do fikcyjnego Parku Narodowego Wandarra w Australii. Na odludziu Sasha (laureatka Oscara za "Monster" Charlize Theron) zostaje namierzona przez niebezpiecznego łowcę (Taron Egerton z "Rocketmana"), który poluje na nią jak drapieżnik. Odcięta od świata bohaterka musi wykorzystać wszystkie swoje umiejętności, spryt i znajomość terenu, by przeżyć. 
Survivalowy thriller, którego reżyserem jest islandzki filmowiec Baltasar Kormákur, twórca "Everest", "Bestii" czy "41 dni nadziei", zadebiutował z wynikiem 38,2 mln wyświetleń, stając się trzecią największą premierą 2026 roku. Lepszy start zaliczyły jedynie "Łup" z Mattem Damonem i Benem Affleckiem oraz "Maszyna do zabijania". Film z Charlize Theron wyprzedził jednak zmiażdżony przez krytyków i widzów "Morderczy żywioł".
Film stał się globalnym hitem. Jak wynika z danych serwisu FlixPatrol, tylko w środę 29 kwietnia "Alfa" znalazła się na szczycie rankingów w aż 90 krajach i terytoriach (w tym w Polsce). Odbiór jest jednak mieszany. Na Rotten Tomatoes pozytywnych jest jedynie 63 proc. recenzji krytyków, natomiast wśród publiczności odsetek pochlebnych opinii jest jeszcze niższy i wynosi 53 proc. Na polskim Filmwebie ocena recenzentów to jedynie 4,8/10, a widownia wcale nie jest łaskawsza, bo przyznała tylko 5,7.
"Teściowie 3" pokonali "Alfę" na Netflix
"Alfa", dotąd filmowa "jedynka" Netflixa w Polsce, spadła już na drugie miejsce. Wszystko przez "Teściów 3", trzecią część hitowej komedii, która wcześniej podbiła kina. Film zadebiutował na platformie 29 kwietnia i błyskawicznie wspiął się na szczyt top 10. Jak widać, Hollywood Hollywoodem, ale Polacy kochają wszystko, co polskie.
Dalsza część artykułu poniżej.
Seria "Teściowie" to fenomen – nie dość, że jest ceniona przez krytyków (choć druga część była średnio udana), to widzowie ją uwielbiają. Fabuła pierwszego filmu z 2021 roku kręci się wokół odwołanego wesela i konfrontacji niedoszłych teściów z różnych klas społecznych. W "Teściach 2" rodziny spotykają się ponownie, tym razem w nadmorskim kurorcie, by świętować kolejne podejście młodych do ślubu.
Tym razem obie rodziny spotykają się w sielskim ośrodku na prowincji z okazji chrzcin. Gospodarzami wydarzenia są Wanda i Tadeusz, zapraszający Małgorzatę wraz z jej przyjaciółką – psychoterapeutką Grażyną. Sytuacja komplikuje się wraz z pojawieniem się Andrzeja, byłego męża Małgorzaty, który przylatuje z Australii i to nie sam. Pozornie spokojna uroczystość szybko... przestaje być spokojna, a interweniować musi nawet policja. Twórcy znowu bezlitośnie punktują polskie przywary. 

                    
                W głównych rolach ponownie błyszczą Izabela Kuna, Adam Woronowicz, Maja Ostaszewska, a także Marcin Dorociński, który powrócił po nieobecności w drugiej części. W obsadzie znaleźli się również m.in. Magdalena Popławska, Wojciech Mecwaldowski oraz Joachim Lamża. 
Za kamerą trzeciej części ponownie stanął Kuba Michalczuk, czyli reżyser, który odpowiadał już za sukces pierwszych "Teściów". Scenariusz – jak w poprzednich odsłonach – wyszedł spod pióra Marka Modzelewskiego. "Teściowie 3" podbili wcześniej kina, a na Filmwebie mogą pochwalić się solidnymi ocenami: 7/10 od widzów i 6,9/10 od krytyków. Teraz hitową komedię można nadrobić na Netflixie.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/249246755d7ac41a5a6aaaecc7dfeff7,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/249246755d7ac41a5a6aaaecc7dfeff7,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">&quot;Alfa&quot; pokonana</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651715,glosny-film-z-braciakiem-poleci-dzis-w-tv-ma-na-koncie-az-6-polskich-oscarow</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651715,glosny-film-z-braciakiem-poleci-dzis-w-tv-ma-na-koncie-az-6-polskich-oscarow</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 08:31:01 +0200</pubDate><title>Głośny film z Braciakiem poleci dziś w TV. Ma na koncie aż 6 polskich Oscarów</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/4b8ff0ff0725866488bd26d1ac28996a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Telewizyjna ramówka orzeźwi nas w ciepły weekend majowy. Sobotni wieczór to idealna okazja, by rozsiąść się wygodnie na kanapie i włączyć telewizor. Tego dnia obejrzycie na małym ekranie laureata aż sześciu prestiżowych Orłów. Chodzi o dramat historyczny "Kos" z Jackiem Braciakiem w roli Tadeusza Kościuszki.

Majówka – jak co roku – oznacza, że programy telewizyjne będą pękać w szwach od patriotycznych i historycznych produkcji. W weekend powtórnie polecą dwa kultowe filmy w reżyserii Jerzego Hoffmana, czyli "Znachor" z 1981 roku (i to nie jeden raz) oraz "Potop" z 1974 roku na podstawie powieści Henryka Sienkiewicza. W ramówce dostrzeżemy też nagrodzony Orłami przez Polską Akademię Filmową dramat poświęcony ważnemu wydarzeniu z historii Polski.
"Kos" z Jackiem Braciakiem w telewizji. Kiedy, o której i na jakim kanale?
"Kos" w reżyserii Pawła Maślony – współscenarzysty zachwycającego "Demona" i twórcy nachodzącej "Lalki" Netflixa – zabiera widzów do 1794 roku, przenosząc na ekran historię Tadeusza Kościuszki. Bohater wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych powraca do ojczyzny, po tym jak opuścił ją z powodu politycznej emigracji. 
Tytułowy Kos, którego nie odstępuje na krok lojalny przyjaciel i były niewolnik, Jean "Domingo" Lapierre, planuje wzniecić powstanie przeciwko Rosjanom, zachęcając do mobilizacji polską szlachty, a także chłopów. Nawoływania generała do buntu chce przerwać rosyjski rotmistrz, Dunin.
Kamera Maślony ukazuje pewną interpretację insurekcji kościuszkowskiej, która zalała tereny dwóch zaborów (rosyjskiego i pruskiego) oraz Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Polski zryw przypieczętował III rozbiór i doprowadził do zrzeczenia się władzy przez Stanisława Augusta Poniatowskiego. "Kos" z 2023 jest obrazem wspólnej walki ponad podziałami.
Dalsza część artykułu poniżej.
W tytułowej roli reżyser obsadził Jacka Braciaka , gwiazdora pięciu dzieł Wojciecha Smarzowskiego ("Róży", "Drogówki", "Pod Mocnym Aniołem", "Wołynia" i "Kleru").
W obsadzie filmu, który trafił do kin dwa lata temu, znaleźli się również: Bartosz Bielenia ("Boże Ciało"), Jason Mitchell ("Mudbound" i "Straight Outta Compton"), Agnieszka Grochowska ("W ciemności"), Robert Więckiewicz ("Pod Mocnym Aniołem"), Piotr Pacek ("Marzec '68"), Łukasz Simlat ("Zjednoczone stany miłości"), Matylda Giegżno ("Klangor") i Andrzej Seweryn ("Ostatnia rodzina").
Polska Akademia Filmowa przyznała "Kosowi" sześć Orłów, które są rodzimym ekwiwalentem Oscarów Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Maślona i jego ekipa triumfowali w następujących kategoriach: najlepsza reżyseria, najlepsza drugoplanowa rola kobieca dla Grochowskiej, najlepszy scenariusz dla Michała A. Zielińskiego ("Morfina"), najlepsze kostiumy dla Doroty Roqueplo ("Miasto 44"), najlepsza charakteryzacja oraz najlepszy dźwięk dla Adama Szlendy ("Trzy sekundy"), Filipa Krzemienia ("Światłoczuła") i Radosława Ochnia ("Dom dobry").
Kiedy "Kos" w TV?
"Kos" zostanie wyemitowany w telewizji w sobotę (2 maja). Film obejrzymy na kanale TVP 1 o godz. 22:10. Jego powtórkę zaplanowano na poniedziałek (4 maja) o godz. 00:25.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/4b8ff0ff0725866488bd26d1ac28996a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/4b8ff0ff0725866488bd26d1ac28996a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">W sobotę w telewizji poleci dramat historyczny &quot;Kos&quot; o Tadeuszu Kościuszce</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651010,outlander-zasmuci-fanow-nowego-odcinka-nie-znajdziecie-dzis-na-netflixie</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651010,outlander-zasmuci-fanow-nowego-odcinka-nie-znajdziecie-dzis-na-netflixie</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 07:16:01 +0200</pubDate><title>&quot;Outlander&quot; zasmuci fanów. Nowego odcinka nie znajdziecie dziś na Netflixie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/a49f7041a50a2fd18bdfbf95efa4a5ed,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Do wielkiego finału "Outlandera" zostały tylko dwa odcinki, ale w tę sobotę widzowie nie zobaczą dalszych losów Claire i Jamiego Fraserów na małym ekranie. Ta zmiana nie spodoba się niecierpliwym fanom. Wiemy, kiedy w serwisie Netflix wyląduje 9. i 10. odcinek.

Serial "Outlander" rozpoczął się w XVIII-wiecznej Szkocji, do której za sprawą druidycznego kręgu przeniosła się angielska lekarka Claire Randall. W chłodnych Highlandach – pełnych okrutnych czerwonych kurtek (żołnierzy Brytyjskich Sił Zbrojnych), które tłumią wszelkie przejawy buntu – podróżniczka w czasie trafia w objęcia szkockiego wojownika imieniem Jamie Fraser. Tak rozpoczyna się ich epicka miłość.
Claire i Jamie podróżowali przez Francję, rozbili się na Jamajce, aż wreszcie wylądowali w Karolinie Północnej (amerykańskiej kolonii określanej mianem "bastionu patriotyzmu"), gdzie osiedlili się razem z rodziną. W ósmym i tym samym finałowym sezonie "Outlandera" nad Fraserami i ich najbliższymi krąży widmo wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych.
Czytając przywiezioną z przyszłości książkę historyczną "Soul of a Rebel" Franka Randalla, Jamie odkrył, że jego imię zostało wymienione w niej aż kilkanaście razy. Bohater dowiedział się, że niebawem nieopodal osady Fraser's Ridge dojdzie do bitwy pod Kings Mountain, w której – zgodnie z ustaleniami byłego męża Claire – James Fraser ma zginąć.
Kiedy premiera 9. i 10. odcinka 8. sezonu "Outlandera?
W 8. odcinku ostatniej odsłony "Outlandera" doświadczamy przeskoku w czasie. Minęły długie tygodnie od pożaru drukarni, w której zginął Fergus, przyszywany syn Jamiego i Claire. Małżeństwo odkrywa, że Fanny faktycznie jest dzieckiem ich pierworodnej córki Faith. 
Rodzina przygotowuje się w międzyczasie do nadchodzącej bitwy między patriotami a lojalistami. Brianna udoskonala karabiny skałkowe, tym samym uzbrajając swojego tatę w lepszą broń. Jamie korzysta z wolnego czasu, by pogodzić się ze swoim synem Williamem, którym od dziecka opiekował się lord John Grey.
9. odcinka nie zobaczymy 2 maja na platformie streamingowym Netflix. Jego premierę zaplanowano na następną sobotę, czyli na 9 maja. Finał "Outlandera", w którym ujrzymy długo wyczekiwaną i decydującą bitwę pod Kings Mountain, dołączy do biblioteki serwisu 15 maja.
Dalsza część artykułu poniżej.
Przypomnijmy, że pod koniec 8. odcinka dowiedzieliśmy się, że Fanny również potrafi podróżować w czasie. Ten zwrot akcji może okazać się kluczem do finału "Outlandera" i być może wyjaśnić długo skrywaną tajemnicę zakapturzonego mężczyzny, który obserwował Claire w pierwszym odcinku serialu.
Caitriona Balfe ("Belfast"), którą niedługo zobaczymy w nowym wydaniu "Rozważnej i romantycznej", ostatni raz wciela się w Claire, a Sam Heughan ("Miłość na nowo") w Jamiego.
W obsadzie pożegnalnego rozdziału znaleźli się również: Sophie Skelton ("Stalker"), Richard Rankin ("Rebus"), Lauren Lyle ("Toksyczne miasto"), César Domboy ("Bezdech"), John Bell ("Hobbit: Bitwa Pięciu Armii"), Kieran Bew ("Ród smoka"), David Berry ("Riptide") i Charles Vandervaart ("Szkoła Czarownic: Dziedzictwo").
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/a49f7041a50a2fd18bdfbf95efa4a5ed,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/a49f7041a50a2fd18bdfbf95efa4a5ed,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Kiedy premiera 9. i 10. odcinka finałowego sezonu &quot;Outlandera&quot;?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/650617,tiggo-7-hev-debiutuje-w-polsce-ten-suv-spala-5-7-l-i-kosztuje-smieszne-pieniadze</guid><link>https://natemat.pl/650617,tiggo-7-hev-debiutuje-w-polsce-ten-suv-spala-5-7-l-i-kosztuje-smieszne-pieniadze</link><pubDate>Sat, 02 May 2026 07:03:01 +0200</pubDate><title>TIGGO 7 HEV debiutuje w Polsce. Ten SUV spala 5,7 l i kosztuje śmieszne pieniądze</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/0b02f22b997e116334a5eaf828a6a2b0,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Na rynek właśnie wjeżdża TIGGO 7 HEV, czyli propozycja od marki CHERY. Sprawdziłem, co oferuje ten zelektryfikowany zawodnik i czy faktycznie jest tak "premium", jak obiecuje producent.

TIGGO 7 HEV to klasyczna hybryda samoładująca. To wybór dla tych, którzy chcą jeździć tanio, ale nie mają ochoty na zabawę w szukanie wolnych ładowarek i rozwijanie kabli w deszczu. Pod maską siedzi silnik 1.5T GDI piątej generacji, który współpracuje z najmocniejszym w tej klasie silnikiem elektrycznym o mocy 204 KM.
Efekt? Łączna moc systemowa to 224 KM oraz 295 Nm momentu obrotowego. Auto ma przekładnię 1DHT, przez co podobno ma płynniej przyspieszać. Wynik spalania to wg WLTP 5,7 l/100 km w cyklu mieszanym. Czy jest realny? Zobaczymy. Takie spalanie ma dawać zasięg blisko 900 kilometrów na jednym baku. Robi wrażenie, ale wymaga weryfikacji.
Ciekawe wnętrze
Wsiadając do środka, pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, jest potężny, zakrzywiony ekran o przekątnej 24,6 cala. Wygląda to nowocześnie, działa szybko (dzięki procesorowi Qualcomm 8155), ale... to nie ekrany robią największe wrażenie. CHERY posłuchało klientów i do panelu klimatyzacji wróciły fizyczne przyciski. 
To mały krok dla inżynierów, ale wielki dla bezpieczeństwa, bo nie trzeba przeklikiwać się przez menu, żeby zmienić temperaturę nawiewu podczas jazdy autostradą.
Mamy tu też fotele z wentylacją i podgrzewaniem, system audio Sony i panoramiczny dach, który reaguje na komendy głosowe. Całość wykończono materiałami, które w tej cenie (startuje od 124 900 złotych) naprawdę są dobrej jakości.
Bezpieczeństwo i przestrzeń
Producent mocno podkreśla aspekt rodzinny. Rozstaw osi wynoszący 2 670 mm przekłada się na konkretną ilość miejsca na nogi z tyłu. Bagażnik o pojemności 500 litrów (z możliwością powiększenia do 1 305 l) pomieści wózki, zakupy i pewnie połowę zawartości garażu.
Ale rodzina to przede wszystkim bezpieczeństwo. TIGGO 7 HEV zdobył 5 gwiazdek w testach Euro NCAP (edycja 2025). Na pokładzie mamy aż 7 poduszek powietrznych (w tym centralną, chroniącą głowy pasażerów z przodu) oraz całą armię asystentów: od monitorowania martwego pola, po system kamer 540 stopni, który pozwala zajrzeć "pod podwozie" podczas parkowania przy wysokich krawężnikach.
Cena, która miesza w szykach konkurencji
Teraz najlepsze, czyli cena TIGGO 7 HEV. Wspomniałem już, że wersja Select kosztuje 124 900 zł. Za bogatszą odmianę Premium trzeba zapłacić 134 900 zł. W tej kwocie dostajemy auto kompletnie wyposażone, z automatyczną skrzynią i napędem hybrydowym o dużej mocy. Co więcej, nie trzeba dopłacać za żaden z ośmiu dostępnych lakierów, a nawet za dwukolorowe malowanie nadwozia.
Dopełnieniem całości jest gwarancja 7 lat lub 150 000 km. Auto pojawi się w polskich salonach w drugiej połowie maja. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/0b02f22b997e116334a5eaf828a6a2b0,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/0b02f22b997e116334a5eaf828a6a2b0,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">TIGGO 7 HEV debiutuje w Polsce.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651718,nowy-serial-akcji-netflixa-podbil-polske-w-jeden-dzien-legenda-powrocila-z-hukiem</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651718,nowy-serial-akcji-netflixa-podbil-polske-w-jeden-dzien-legenda-powrocila-z-hukiem</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 22:37:01 +0200</pubDate><title>Nowy serial akcji Netflixa podbił Polskę w jeden dzień. Legenda powróciła z hukiem</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/3993f2bae08e8964e5841d3a7f9e5bf6,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wystarczył zaledwie jeden dzień, by serial "Człowiek w ogniu" podbił polskiego Netflixa. Choć widzowie nad Wisłą kochają kultowy film z Denzelem Washingtonem sprzed 22 lat, najwyraźniej nie przeszkodziło im rzucić się na nowy thriller akcji z Yahyą Abdulem-Mateenem II w roli głównej.

Serial "Człowiek w ogniu" jest ekranizacją słynnej powieści A. J. Quinnella, a jego bohaterem jest John Creasy. "Niegdyś niezwykle skuteczny najemnik sił specjalnych, słynący z przetrwania nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach, dziś zmaga się z ciężkim zespołem stresu pourazowego. Zdeterminowany, aby pokonać własne demony, wyrusza w drogę ku odkupieniu. Zanim jednak zdąży odnaleźć się w nowym życiu, ponownie trafia w sam środek piekła i jest zmuszony walczyć zacieklej niż kiedykolwiek wcześniej" – brzmi opis Netfliksa.
Główny bohater musi za wszelką cenę uratować córkę swojego najlepszego przyjaciela, która stała się świadkiem zbrodni. Sprawy za wszelką cenę chcą ją wyeliminować. W roli Creasy'ego występuje niedoceniany Yahya Abdul-Mateen II, gwiazdor "Aquamana", serialu "Watchmen" HBO (za który otrzymał nagrodę Emmy), sequela horroru "Candyman" i wznowionej na drugi sezon produkcji "Wonder Man" Marvela. 
W obsadzie nowego "Człowieka w ogniu" znaleźli się też: Alice Braga ("Queen of the South"), Bobby Cannavale ("Scarpetta"), Billie Boullet ("Fatalna czarownica"), Scoot McNairy ("Narcos: Meksyk") i Thomás Aquino ("Bacurau").
Serial "Człowiek w ogniu" hitem Netflixa. Yahya Abdul-Mateen jako John Creasy
Serialowy thriller akcji błyskawicznie podbił polskiego Netflixa. Trafił do streamingu 30 kwietnia, a 1 maja zajmował już pierwsze miejsce w top 10 najpopularniejszych seriali na Wisłą. Tym samym zdetronizował brytyjskich "Niewybranych" o restrykcyjnej, zamkniętej wspólnocie religijnej. 

                    
                Oceny są mieszane, choć z przewagą tych pochlebnych. Na Rotten Tomatoes "Człowiek w ogniu" z 2026 roku ma 60 procent pozytywnych opinii od krytyków, a praktycznie wszyscy chwalą kreację Abdula-Mateena. "'Człowiek w ogniu' może nie odkrywa nowych fabularnych terytoriów, ale Yahya Abdul-Mateen II nadaje postaci mściciela – znanemu filmowemu motywowi – bezkompromisowo antybohaterski charakter i tchnie w nią świeżość" – pisze John Anderson z "Wall Street Journal".
"'Człowiek w ogniu" Netflixa nie wnosi wiele nowego do gatunku thrillera zemsty, ale kreacja Johna Creasy’ego w wykonaniu Yahyi Abdul-Mateena II nadaje całości emocjonalnej głębi i fizycznej charyzmy, które równoważą jej schematyczność" – ocenia z kolei Jim Vejvoda z IGN Movies. A Robert Lloyd z "Los Angeles Times" pisze: "To prosta, sprawnie zrealizowana akcyjna rozrywka – klasyczna historia o zemście, z dość czytelnym podziałem na dobrych i złych, gdy już się w nim odnajdziemy".
Dalsza część artykułu poniżej.
Bardziej krytyczny jest Ben Travers z IndieWire. Dziennikarz jest zdania, że "serial marnuje potencjał swojego głównego aktora i wygasza to, co w tej historii było najciekawsze". "Trudno sobie wyobrazić, by przyszłe remake'i chciały z niego czerpać" – przewiduje. 
"Człowiek w ogniu" był już filmem z Denzelem Washingtonem, ale wcale nie tylko
Jeszcze przed premierą nie zabrakło krytyki, że Hollywood robi kolejny niepotrzebny remake – w końcu w 2004 roku powstał "Człowiek w ogniu" z Denzelem Washingtonem i Dakotą Fanning. Co ciekawe, film Tony'ego Scotta został mocno skrytykowany przez recenzentów, ale widzów zachwycił i dziś jest kultowy. 
"Po co robić remake arcydzieła?"; "Nie da się przebić Denzela i Tony'ego"; "Reboot 'Człowieka w ogniu' nie ma najmniejszego sensu"; "Bez Denzela Washingtona to nie to samo" – pisali internauci pod zwiastunem nowego serialu na YouTube.
Tymczasem, jak pisała w naTemat Zuzanna Tomaszewicz, film "Człowiek w ogniu" sam był swego rodzaju remakiem. W 1987 roku francuski reżyser Élie Chouraqui ("Uciec przed śmiercią") nakręcił pierwszą adaptację powieści A.J. Quinnella, w której postać byłego agenta CIA odegrał Scott Glenn. Film zebrał mieszane opinie i dziś jest już raczej zapomniany, w przeciwieństwie do wciąż uwielbianego akcyjniaka z dwukrotnym laureatem Oscara.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/3993f2bae08e8964e5841d3a7f9e5bf6,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/3993f2bae08e8964e5841d3a7f9e5bf6,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">&quot;Człowiek w ogniu&quot; podbił polskiego Netflixa</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651754,matura-2026-co-z-telefonami-i-innymi-urzadzeniami-cke-wyjasnia-kiedy-mozna-uzywac</guid><link>https://natemat.pl/651754,matura-2026-co-z-telefonami-i-innymi-urzadzeniami-cke-wyjasnia-kiedy-mozna-uzywac</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 21:22:02 +0200</pubDate><title>Matura 2026: co z telefonami i innymi urządzeniami? CKE wyjaśnia, kiedy można używać</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/0842a0e608089d442ebf8c76e00ce624,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Rozpoczęła się majówka, ale dla tegorocznych maturzystów to odliczanie już dni i godzin do rozpoczęcia egzaminów. Wielu może się więc zastanawiać, co z urządzeniami elektrycznymi. Dziś jest dużo ich rodzajów: smartfony, smartwatche itp. Czy można je używać na maturze? Jest ogólna zasada i wyjątki.

Egzaminy maturalne – jak co roku – odbywają się w maju. Tym razem rozpoczną się 4 dnia tego miesiąca. Centralna Komisja Egzaminacyjna jest koordynatorem egzaminu w szkołach.
Natomiast Ministerstwo Edukacji Narodowej ustala termin zakończenia zajęć dydaktyczno-wychowawczych dla maturzystów. W tym roku zakończenie roku szkolnego dla uczniów ostatnich klas szkół średnich miało miejsce w piątek 24 kwietnia.
Matura 2026: co z telefonami i zegarkami?
Matura 2026 zbliża się wielkimi krokami, a wraz z nią kwestie, nad którymi zastanawiają się tegoroczni maturzyści i ich rodzice. Jedną z nich może być korzystanie z telefonów i wszelkiego rodzaju sprzętów elektronicznych na sali, gdzie pisze się egzamin.
Wprost przeanalizowało długi komunikat z zasadami od Centralnej Komisji Egzaminacyjnej (CKE). I jasno wynika z niego, że obowiązuje "zakaz korzystania z jakichkolwiek urządzeń telekomunikacyjnych, w tym telefonów komórkowych, smartwatchy, urządzeń wyposażonych w technologie umożliwiające łączenie się z innymi urządzeniami oraz z internetem".
"Wyjątkiem ma być urządzenie wyposażone w aplikację służącą do monitorowania stanu zdrowia (m.in. w przypadku zdającego ze stwierdzoną cukrzycą korzystającego z pompy insulinowej)" – czytamy. Ponadto zdający, choć mogą wyjść do toalety w trakcie testu, to nie mogą mieć tam dostępu właśnie do korzystania z materiałów czy urządzeń takich jak telefony komórkowe, laptopy itp.
Gdy uczniowie zostaną przyłapani na ściąganiu, ich egzamin maturalny może zostać unieważniony.
Kiedy matury 2026? Dokładne terminy i godziny egzaminów
Dodajmy, że CKE na swojej oficjalnej stronie opublikowało też szczegółowy harmonogram wszystkich egzaminów pisemnych i ustnych, a także terminy dodatkowe, daty wyników i poprawek.
I tak w poniedziałek 4 maja o godz. 9:00 odbędzie się egzamin na poziomie podstawowym z języka polskiego. We wtorek 5 maja o 9:00 – matematyka na poziomie podstawowym; o 14:00 z języka kaszubskiego, łemkowskiego, łacińskiego i kultury antycznej na poziomie rozszerzonym.
W środę 6 maja o godz. 9:00 – języki obce nowożytne na poziomie podstawowym (angielski, francuski, hiszpański, niemiecki, rosyjski i włoski). A w czwartek 7 maja o godz. 9:00 odbędzie się egzamin z języka angielskiego na poziomie rozszerzonym oraz dwujęzycznym, a o godz. 14:00 z historii muzyki na poziomie rozszerzonym.
W piątek 8 maja o godz. 9:00 maturzyści przystąpią do egzaminu z biologii na poziomie rozszerzonym, a o godz. 14:00 z filozofii – również na poziomie rozszerzonym. 9 i 10 maja (sobota i niedziela) to dni wolne od egzaminów maturalnych pisemnych. Kolejne zaczną się 11 maja. Pełną rozpiskę terminów egzaminów, poprawek i ogłoszenia wyników znajdziecie tutaj. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/0842a0e608089d442ebf8c76e00ce624,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/0842a0e608089d442ebf8c76e00ce624,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Matura 2026. Czy można używać telefonów i zegarków?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651670,3-swietne-polskie-seriale-ktore-przeszly-bez-echa-az-wstyd-nie-znac-to-perelki</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651670,3-swietne-polskie-seriale-ktore-przeszly-bez-echa-az-wstyd-nie-znac-to-perelki</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 20:55:01 +0200</pubDate><title>3 świetne polskie seriale, które przeszły bez echa. Aż wstyd nie znać, to perełki</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/599a318b08723a133514ca844df5e814,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Nie wszystkie dobre polskie seriale stają się wielkimi hitami. Niektóre przegrywają z kiepską promocją, inne są zbyt ambitne jak na mainstream, a jeszcze inne po prostu giną w cieniu głośniejszych premier. Jeśli macie dość produkcji robionych "pod algorytm", oto trzy serialowe perełki, które warto nadrobić. Zdecydowanie zasługują na drugie życie.

Wszystkie są dostępne w streamingu.
1. Bez tajemnic (2011-2013)
To jeden z najważniejszych polskich seriali ostatnich dwóch dekad, choć paradoksalnie nigdy nie stał się hitem, a dziś pewnie większość Polaków o nim nie pamięta. "Bez tajemnic", pierwsza produkcja HBO znad Wisły, opowiada o psychoterapeucie Andrzeju Wolskim, który prowadzi sesje z pacjentami zmagającymi się z kryzysami, traumami i problemami emocjonalnymi, a sam zmaga się z osobistymi problemami.
Każdy odcinek to właściwie zamknięta rozmowa w gabinecie, a mimo to napięcie bywa tu większe niż w niejednym thrillerze. W roli głównej błyszczy Jerzy Radziwiłowicz, a partneruje mu Krystyna Janda jako superwizorka terapeuty. Przez serial przewija się też imponująca obsada: Magdalena Cielecka, Marcin Dorociński, Janusz Gajos, Maciej Stuhr czy Stanisława Celińska. 
Kameralność, minimalistyczna forma, genialne dialogi i świetne aktorstwo – warto przypomnieć sobie "Bez tajemnic", które jednocześnie było jedną z pierwszych produkcji telewizyjnych w Polsce otwarcie mówiących o zdrowiu psychicznym i psychoterapii.
Obejrzysz na: HBO Max
2.  Artyści (2016)
Jeśli istnieje definicja serialu, który przeszedł bez echa, to prawdopodobnie są nią właśnie "Artyści". Produkcja Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego, którą emitowało TVP, zachwyciła krytyków, ale nie zdobyła wielkiej popularności. A szkoda, bo to jedna z najbardziej oryginalnych i odważnych rzeczy, jakie powstały w polskiej telewizji.
Akcja serialu rozgrywa się w fikcyjnym Teatrze Popularnym w Warszawie. Nowym dyrektorem zostaje młody reżyser Marcin Konieczny, który próbuje uratować teatr przed finansową katastrofą i artystycznym upadkiem. Ma ambitne plany, ale musi użerać się z aktorami, pracownikami teatru, krytykami i urzędnikami. 
W obsadzie znaleźli się m.in. Marcin Czarnik, Adam Cywka, Krzysztof Dracz, Edward Linde-Lubaszenko i Ewa Skibińska. "Artyści" zachwycają wizualnie, są pełni czarnego humoru, ciętej ironii i teatralnego szaleństwa, ale jednocześnie bardzo celnie punktują problemy polskich instytucji kultury. To małe arcydzieło, które zasługuje na docenienie. 
Obejrzysz na: TVP VOD
Dalsza część artykułu poniżej.
3. Absolutni debiutanci (2023)
Na tle największych polskich hitów Netfliksa "Absolutni debiutanci" przeszli raczej po cichu, choć to jedna z najciekawszych rodzimych produkcji ostatnich lat – i to nie tylko w kategorii seriali młodzieżowych. To kameralna opowieść o dojrzewaniu, przyjaźni, trudnych emocjach i odkrywaniu własnej tożsamości, pokazana z empatią, wrażliwością i wyczuciem.
Serial śledzi losy Leny i Niko – dwójki przyjaciół spędzających wspólne wakacje nad morzem. Nastolatki marzą o dostaniu się do szkoły filmowej i przygotowują projekt, który ma im otworzyć drzwi do artystycznej kariery. Wszystko komplikuje się, gdy poznają Igora. Pod wpływem chłopaka zaczyna zmieniać się nie tylko ich relacja, ale też sposób, w jaki patrzą na siebie i swoją przyszłość.
W głównych rolach występują Martyna Byczkowska, Bartłomiej Deklewa i Jan Sałasiński. "Absolutni debiutanci" są perełką w polskiej bibliotece Netflixa – wyróżniają się naturalnym aktorstwem, pięknymi zdjęciami i wakacyjnym klimatem. To serial czuły, mądry i autentyczny, a twórczyniom, Kamili Taraburze i Katarzynie Warzesze, należą się brawa za odważne poruszenie tematu neuroróżnorodności i s*ksualności. 
Obejrzysz na: Netflix
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/599a318b08723a133514ca844df5e814,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/599a318b08723a133514ca844df5e814,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Niektóre polskie seriale przeszły bez echa, a szkoda</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651751,pkp-intercity-ruszylo-z-majowkowa-oferta-nowe-polaczenia-uciesza-wielu-polakow</guid><link>https://natemat.pl/651751,pkp-intercity-ruszylo-z-majowkowa-oferta-nowe-polaczenia-uciesza-wielu-polakow</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 20:15:02 +0200</pubDate><title>PKP Intercity ruszyło z majówkową ofertą. Nowe połączenia ucieszą wielu Polaków</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/a00d83eb2009c5b8db0aca9cecbe5ac4,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Majówkowy czas oznacza wzmożoną liczbę turystów, którzy jako swój środek transportu po Polsce często wybierają pociąg. W odpowiedzi na potrzeby pasażerów PKP Intercity ogłasza, że na czas majówki zwiększa ilość miejsc w pociągach oraz przywraca popularny pociąg sezonowy na Hel.

Podróżowanie pociągiem to zupełnie inne doświadczenie i przygoda, a często także tańsza alternatywa dla aut lub po prostu wygoda. A jak pociąg się opóźni, to czasem nawet dostaniemy od obsługi legendarnego batonika na osłodę. Narodowy przewoźnik dodatkowo zachęca turystów do wybierania składów PKP, przygotowując na ten długi weekend wyjątkowo atrakcyjną ofertę.
PKP zwiększa liczbę wagonów w pociągach na majówkę
W tym roku PKP Intercity przygotowało się na majówkowy szczyt wyjątkowo solidnie. Od 30 kwietnia aż do 4 maja przewoźnik zaplanował wzmocnienie blisko 120 najpopularniejszych połączeń – zarówno krajowych, jak i międzynarodowych. Do składów, które cieszą się największym zainteresowaniem, dołączane są dodatkowe wagony, a pracownicy PKP na bieżąco analizują liczbę sprzedanych biletów. Jeśli tylko pozwalają na to warunki techniczne, składy są wydłużane w ostatniej chwili, by nikt nie musiał spędzić podróży na korytarzu.
Przykładem tego jest chociażby pociąg IC Łużyce, kursujący na trasie Warszawa – Zgorzelec. W kluczowych dniach (1, 3 i 4 maja) na odcinku między stolicą a Wrocławiem skład ten będzie zestawiony z dwóch połączonych pojazdów PesaDart. Taki zabieg pozwala na zabranie aż 700 pasażerów jednocześnie. Warto podkreślić, że w czasie tegorocznej majówki podróżni mają do dyspozycji ponad 530 połączeń dalekobieżnych dziennie, co stanowi wzrost o 60 składów w porównaniu do ubiegłego roku, jak informuje PKP Intercity.
Pociąg Jantar wraca na tory. Prosto z Warszawy na Hel
Największą gratką dla miłośników Bałtyku jest bez wątpienia powrót sezonowego połączenia nad samo morze. Właśnie dziś, 1 maja, po raz pierwszy w tym roku w trasę wyruszył uwielbiany przez turystów pociąg EIC Jantar relacji Warszawa – Hel – Warszawa. To idealna opcja dla tych, którzy chcą uniknąć korków na autostradzie i słynnej "helskiej" drodze.
Rozkład jazdy pociągu prezentuje się następująco: skład odjeżdża ze stacji Warszawa Centralna o godzinie 7:49, a do Helu dociera o 13:28. W drogę powrotną pociąg wyrusza o 16:20, natomiast do stolicy przyjeżdża o godzinie 21:35.
Pociąg po drodze zatrzymuje się w popularnych kurortach, takich jak Władysławowo, Jastarnia czy Jurata, ale także w dużych miastach – Gdańsku, Sopocie i Gdyni. Po majówkowym starcie, EIC Jantar będzie kursował w każdą sobotę i niedzielę, ułatwiając weekendowe wypady nad morze.
Informatorzy na peronach i wsparcie w aplikacji
PKP Intercity zadbało nie tylko o pociągi, ale i o obsługę pasażera na samym dworcu. Na największych stacjach w Polsce pojawili się informatorzy mobilni w charakterystycznych kamizelkach. Są oni do dyspozycji pasażerów, pomagając odnaleźć właściwy peron, sprawdzić opóźnienia czy zaplanować szybką przesiadkę, co przy dużym tłoku bywa zbawienne.
Dla tych, którzy wolą mieć wszystko w telefonie, przewoźnik przypomina o możliwości sprawdzenia rozkładu na stronie intercity.pl oraz w dedykowanej aplikacji mobilnej, gdzie można kupić bilet bez stania w kolejce do kasy (a przy okazji nazbierać punktów w nowym programie lojalnościowym). Dzięki tym udogodnieniom tegoroczna majówka ma szansę upłynąć pod znakiem komfortu i spokoju, nawet przy rekordowych liczbach podróżnych.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/a00d83eb2009c5b8db0aca9cecbe5ac4,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/a00d83eb2009c5b8db0aca9cecbe5ac4,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Więcej miejsc w pociągach na majówkę i powrót sezonowego pociągu nad morze</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651679,czterej-jezdzcy-patokalipsy-mejza-czarnek-zurnalista-i-trump-co-ich-laczy</guid><link>https://natemat.pl/651679,czterej-jezdzcy-patokalipsy-mejza-czarnek-zurnalista-i-trump-co-ich-laczy</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 19:11:01 +0200</pubDate><title>Czterej jeźdźcy patokalipsy! Mejza, Czarnek, Żurnalista i Trump – co ich łączy?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/0d92e99a836b0199761deb6d3ef427ce,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W "Kropka Kreska” nie ma tematów tabu. Kralka i Orlikowski tym razem bez zahamowań oceniają występki Mejzy, Czarnka, Żurnalisty i Trumpa. Pokazując, jak bardzo każdy z nich odkleił się od rzeczywistości. Zobacz najgorętsze wydarzenia tego tygodnia.

W podcaście "Kropka Kreska" Kuba Kralka i Paweł Orlikowski nie próbują być dyplomatyczni – zamiast tego mówią wprost, punktując hipokryzję i absurdy polskiego życia publicznego.
W najnowszej odsłonie biorą na warsztat "czterech jeźdźców patokalipsy". Punktują posła Łukasza Mejzę, który sam się ostro wypunktował za kółkiem. Do tego Przemysław Czarnek, chcący zostać premierem, ale nie chcący zdemontować paneli fotowoltaicznych, mimo że "OZE-sroze". Zdemontuje jak prąd będzie tani. 
Do tego Żurnalista pokazał twarz, ale tylko sobie zaszkodził. A Donald Trump – stabilnie. Każdego dnia zmienia zdanie i umie tylko w chaos. Zobacz nasze podsumowanie tygodnia, ale nie zapominaj, że do tego formatu trzeba podejść z przymróżeniem oka.

                    
                
Mejza – chodzący kłopot
Jednym z najmocniejszych wątków odcinka jest postać Łukasza Mejzy. Dla prowadzących to nie tylko kontrowersyjny polityk, ale symbol systemowej patologii. Kralka nie kryje oburzenia, wskazując, że jego obecność w polityce jest kompromitacją dla całego systemu.
Orlikowski idzie jeszcze dalej, przypominając listę zarzutów i kontrowersji – od naciągania chorych po obecność w świecie freak fightów. 
W ich narracji Mejza staje się przykładem tego, jak bardzo polityka może oderwać się od standardów odpowiedzialności.
Fotowoltaika Czarnka
Nie mniej ostro duet komentuje wypowiedzi Przemysława Czarnka. Temat fotowoltaiki staje się tu symbolem szerszego problemu – braku spójności i politycznego chaosu.
Z jednej strony polityk przyznaje, że rozwiązania OZE mogą przynosić oszczędności, z drugiej – podważa ich sens i zapowiada działania, które sobie przeczą.
Czarnek odkleił się już bardzo mocno, chyba ma nadzieję, że spolaryzuje sam siebie i wtedy zagłosują na niego absolutnie wszyscy. Obawiamy się, że nic z tego!  
"Żurnalista" i kryzys autentyczności
Kolejnym celem krytyki jest popularny podcaster, którego prowadzący oskarżają o brak autentyczności i powtarzalność. Kralka zwraca uwagę, że mimo ogromnych zasięgów jego rozmowy są kompletnie nie do słuchania i nie wnoszą nic nowego.
Orlikowski przywołuje sytuacje, w której Wojciech Cejrowski wprost zarzucił Żurnaliście brak własnych pytań. Ale cóż – powierzchowności i udawany profesjonalizm wygrywają zasięgi. Jakości w tym nie ma żadnej.
Trump i polityka nieprzewidywalności
Wątek międzynarodowy prowadzi do Donalda Trumpa, który w podcaście staje się symbolem globalnej nieprzewidywalności. Zdanie zmienia średnio raz dziennie, czasem co dziesięć minut. Jakiekolwiek prognozowanie co dalej przy tym człowieku nie ma sensu. 
Raz blokuje, za chwilę otwiera, potem znowu blokuje cieśninę Ormuz. Niedługo skończy 80 lat, zbiega się to z Mistrzostwami Świata w piłce nożnej – pewnie pomyśli, że to impreza dla niego. 
Jesienią może stać się kulawą kaczką, będzie rządził, ale jego sprawczości osłabnie. 
"Kropka Kreska" to nie jest podcast dla każdego – i dobrze. Kralka i Orlikowski tworzą ostrą, momentami brutalną, ale potrzebną diagnozę rzeczywistości. Mimo wszystko, po prostu odpal naszego YouTube'a i zobacz najnowszy odcinek. 


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/0d92e99a836b0199761deb6d3ef427ce,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/0d92e99a836b0199761deb6d3ef427ce,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">&quot;Kropka Kreska&quot;, czyli bezkompromisowa diagnoza chaosu w polityce i mediach.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651709,biedronka-podwaja-kaucje-w-majowke-klienci-oszaleja-na-punkcie-tej-promocji</guid><link>https://natemat.pl/651709,biedronka-podwaja-kaucje-w-majowke-klienci-oszaleja-na-punkcie-tej-promocji</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 19:05:01 +0200</pubDate><title>Biedronka podwaja kaucję w majówkę. Klienci oszaleją na punkcie tej promocji</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/04277bba041c894f9c2314180860401f,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Biedronka zaskoczyła swoich klientów wyjątkową promocją na czas majówkowych zakupów. W wyznaczonych datach kupujący otrzymają podwójny zwrot kaucji za nabyte opakowania, co czyni tegoroczny długi weekend wyjątkowo opłacalnym.

Podczas długiego weekendu sklepy zazwyczaj prześcigają się w przyciąganiu uwagi klientów różnymi akcjami promocyjnymi czy specjalnie wydłużonymi godzinami pracy. Tym razem jednak sieć Biedronka zaproponowała prawdziwy hit – podwojoną kaucję, która dla wielu może stać się kluczowym argumentem przy wyborze miejsca na zakupy do grilla.
Biedronka bierze kaucję na siebie. Został już tylko jeden dzień na skorzystanie
Z okazji majówki popularna sieć przygotowała akcję pod hasłem "Biedronka bierze kaucję na siebie". Cały mechanizm wystartował już w czwartek, 30 kwietnia, i potrwa do soboty, 2 maja. Dzisiaj, 1 maja, ze względu na to, że mamy dzień ustawowo wolny od pracy, sklepy pozostają nieczynne. Na skorzystanie z tego "hitu" pozostał nam więc już tylko jutrzejszy dzień.
Zasady akcji są niezwykle proste. Klient kupujący napoje w opakowaniach objętych systemem kaucyjnym płaci za nie standardową stawkę. Jednak w ramach promocji, równowartość tej kaucji otrzymuje natychmiast w formie vouchera na kolejne zakupy. 
To nie wszystko – po opróżnieniu butelek i oddaniu ich do butelkomatu, konsument odzyskuje kaucję po raz drugi, już na tradycyjnym kuponie, zgodnie z ogólnymi zasadami systemu. W praktyce oznacza to, że sieć bierze koszt opakowania na siebie, a klient realnie zyskuje, dbając przy tym o ekologię.
Aby w pełni wykorzystać tę okazję, warto pamiętać o kilku istotnych szczegółach technicznych. Wartość pojedynczej kaucji w przypadku plastikowych butelek oraz puszek wynosi standardowe 0,50 zł, a przy jednej transakcji można uzbierać voucher o maksymalnej wartości do 20 zł. 
Uzyskany w ten sposób bonus będzie można zrealizować tuż po majówce, w dniach od 4 do 9 maja 2026 roku. Należy jedynie dopilnować, aby przy finalnych zakupach z użyciem vouchera ich wartość była wyższa o co najmniej 1 zł od kwoty widniejącej na kuponie. Sieć zaznacza również, że cała akcja promocyjna nie obejmuje butelek szklanych, skupiając się wyłącznie na opakowaniach z plastiku i metalu.
Zasady systemu kaucyjnego w Polsce
Emocje wokół recyklingu w naszym kraju nie opadają od momentu, gdy 1 października 2025 roku oficjalnie ruszył ogólnopolski system kaucyjny. Początki nie były łatwe – mierzyliśmy się z awariami butelkomatów i gigantycznymi kolejkami przed marketami. Szybko jednak okazało się, że na zwrotach opakowań można realnie zarobić. Na rynku pojawiło się nawet zapotrzebowanie na nowe, nietypowe usługi związane z masowym przewożeniem butelek do punktów skupu.
Całe zamieszanie to efekt wdrożenia unijnej dyrektywy SUP. Polska została zobowiązana do osiągnięcia bardzo ambitnych poziomów zbiórki odpadów. W bieżącym, 2025 roku, musimy odzyskać 77 proc. opakowań, a do 2029 roku wskaźnik ten ma wzrosnąć aż do 90 proc. System, który funkcjonuje od jesieni ubiegłego roku, obejmuje trzy główne grupy produktów:
Butelki plastikowe (PET) jednorazowego użytku o pojemności do 3 litrów.
Puszki metalowe (aluminiowe i stalowe) do 1 litra pojemności.
Butelki szklane wielokrotnego użytku o pojemności do 1,5 litra.

Majówkowa oferta Biedronki to wyraźny krok w stronę oswojenia klientów z nowymi przepisami i nagrodzenia tych, którzy segregują odpady. To już nie tylko zwykły zwrot wpłaconych pieniędzy, ale realna premia za proekologiczne wybory. Warto więc jutro, przed niedzielnym grillowaniem, uzupełnić zapasy i zgarnąć dodatkowe środki na kolejne zakupy.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/04277bba041c894f9c2314180860401f,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/04277bba041c894f9c2314180860401f,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">W Biedronce realnie zarobisz na kaucji</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651739,wichrowe-wzgorza-z-margot-robbie-juz-w-sieci-ciekawe-ktory-oboz-wybierzesz</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651739,wichrowe-wzgorza-z-margot-robbie-juz-w-sieci-ciekawe-ktory-oboz-wybierzesz</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 19:02:01 +0200</pubDate><title>&quot;Wichrowe wzgórza&quot; z Margot Robbie już w sieci. Ciekawe, który obóz wybierzesz</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/65af33066b99bfc3598a72ba54d674b3,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Wichrowe wzgórza" w reżyserii Emerald Fennell właśnie trafiły na streaming. Nowa, głośna adaptacja powieści Emily Brontë, w której błyszczą Margot Robbie i Jacob Elordi, wywołała skrajne reakcje widzów i krytyków. Teraz można samemu sprawdzić, po której stronie "sporu" się stoi.

"Wichrowe wzgórza" od soboty, 1 maja można oglądać w HBO Max. Film studia Warner Bros. zadebiutował w kinach w tegoroczne Walentynki i okazał się sukcesem finansowym. Przy budżecie wynoszącym 80 milionów dolarów ekranizacja powieści Emily Brontë zarobiła globalnie ponad 240 milionów.
"Wichrowe wzgórza" podzieliły widzów i krytyków
Za kamerą stanęła Emerald Fennell, reżyserka "Obiecującej. Młodej. Kobiety" i "Saltburn". Brytyjka, która jest również autorką scenariusza, postawiła na autorską interpretację klasyki, mocno akcentując romantyczny wymiar historii Catherine Earnshaw i Heathcliffa. Główne role zagrali Margot Robbie ("Barbie", "Pewnego razu w... Hollywood") i Jacob Elordi ("Frankenstein", "Euforia").
Kontrowersyjna wizja Fennell wizja podzieliła krytyków i publiczność. Jedni chwalili odważne podejście reżyserki i świeże spojrzenie na znaną opowieść, inni zarzucali filmowi zbyt dalekie odejście od ducha książki i grzmieli o "Emily Brontë przewracającej się w grobie".

                    
                Nasza dziennikarka Zuzanna Tomaszewicz jest w tym drugim "obozie". "Cytując książkową Cathy: 'To nie jest mój Heathcliff. Mojego wciąż będę kochać i zabiorę go ze sobą, jest w mojej duszy'. Film 'Wichrowe wzgórza' kusi przepiękną warstwą wizualną, ale jako adaptacja jest zaledwie pustą skorupą powieści gotyckiej Emily Brontë traktującej o pożądaniu, zemście, uprzedzeniach i wielopokoleniowej traumie, a nie o miłości, do której warto aspirować" – pisała w recenzji.
Mieszane opinie wyraźnie widać w serwisie Rotten Tomatoes, gdzie produkcja zdobyła 56 procent pozytywnych recenzji od krytyków i 76 procent od widzów. Na Filmweb film ma ocenę 6/10 od użytkowników oraz 5,4/10 od recenzentów.
Dalsza część artykułu poniżej.
Książka "Wichrowe wzgórza" Emily Brontë wcale nie jest romansem
Powieść "Wichrowe wzgórza" autorstwa Emily Brontë ukazała się w 1847 roku, początkowo pod pseudonimem Ellis Bell. W momencie premiery książka zszokowała czytelników, a do dziś uchodzi za jedno z najważniejszych dzieł literatury światowej. Akcja rozgrywa się na odizolowanych angielskich wrzosowiskach i opowiada o destrukcyjnej relacji Catherine oraz Heathcliffa – chłopca o nieznanym pochodzeniu i ciemnej karnacji przygarniętego przez rodzinę Earnshawów.
Choć przez lata "Wichrowe wzgórza" były przedstawiane jako historia wielkiej miłości, w rzeczywistości to znacznie mroczniejsza historia. "(...) Trudno nazwać tę książkę romansem w tradycyjnym sensie. Relacji Catherine i Heathcliffa bliżej do uzależnienia niż do romantycznego uczucia" – pisaliśmy w naTemat.
Emily Brontë pisała o obsesji, zemście, traumie przekazywanej kolejnym pokoleniom i sile klasowych podziałów. W nowej – bardzo luźnej i autorskiej – ekranizacji Emerald Fennell mocniej wyeksponowała wątek namiętności, co dla części widzów okazało się największą zaletą, a dla innych największym problemem.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/65af33066b99bfc3598a72ba54d674b3,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/65af33066b99bfc3598a72ba54d674b3,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Nowe &quot;Wichrowe wzgórza&quot; już w streamingu</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651733,czarzasty-ostro-poucza-nawrockiego-chodzi-o-slowa-prezydenta-ws-lukasza-litewki</guid><link>https://natemat.pl/651733,czarzasty-ostro-poucza-nawrockiego-chodzi-o-slowa-prezydenta-ws-lukasza-litewki</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 18:02:00 +0200</pubDate><title>Czarzasty ostro poucza Nawrockiego. Chodzi o słowa prezydenta ws. Łukasza Litewki</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/8fc6438bb5f4e21ead9541bc1784d137,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Karol Nawrocki przyznał w wywiadzie dla wPolsce24, że zmarły poseł Łukasz Litewka miał mieć zakazy z własnego środowiska politycznego dotyczące spotkań z prezydentem. Do tych słów odniósł się lider Lewicy Włodzimierz Czarzasty, napominając o uszanowanie pamięci tragicznie zmarłego posła.

Łukasz Litewka był posłem Lewicy, samorządowcem i społecznikiem znanym ze swojej ogromnej aktywności charytatywnej, pomocy potrzebującym oraz działań na rzecz zwierząt. O relacjach z posłem wypowiedział się niedawno Karol Nawrocki, jednak jego słowa spotkały się ze stanowczą reakcją marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego.
Nawrocki o swojej relacji z Łukaszem Litewką. "Dostawał zakaz kontaktowania się"
W niedawnym wywiadzie dla stacji wPolsce24 Karol Nawrocki stwierdził, że zmarły poseł Łukasz Litewka miał nakazy ograniczające jego kontakty z głową państwa. Według relacji prezydenta, polityk Lewicy wielokrotnie podejmował próby nawiązania współpracy mimo wewnątrzpartyjnych ograniczeń, które miały być nakładane przez jego własne środowisko polityczne. Nawrocki wskazał, że to właśnie mechanizmy partyjne oraz instrukcje płynące z ugrupowania stały się przeszkodą w realizacji wspólnych inicjatyw.
Ze słów prezydenta wynika, że rozważano nawet zaproszenie posła Litewki do jednej z rad przy Pałacu Prezydenckim, jednak ostatecznie projekt ten nie doszedł do skutku. Nawrocki zasugerował, że parlamentarzysta szukał porozumienia ponad podziałami w sprawach, które uważał za priorytetowe dla swojej działalności społecznej.
– To właśnie był taki poseł, który mimo tego, iż dostawał zakaz kontaktowania się z prezydentem, to jednak szukał porozumień wokół spraw bardzo ważnych dla niego, a ważnych też dla mnie – powiedział Karol Nawrocki w rozmowie z wPolsce24.
Czarzasty reaguje na słowa prezydenta. "To jest po prostu obrzydliwe"
Do wypowiedzi Karola Nawrockiego odniósł się podczas piątkowej konferencji prasowej marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty. Lider Lewicy w sposób bezpośredni zwrócił się do głowy państwa, krytykując formę i czas publikowania takich informacji. Czarzasty podkreślił, że pamięć o Łukaszu Litewce wymaga szczególnej powściągliwości, a wyciąganie rzekomych partyjnych kulis tuż po pogrzebie jest zachowaniem nieodpowiednim.
Marszałek Sejmu zaznaczył, że Lewica darzy zmarłego posła ogromnym szacunkiem i nie zamierza prowadzić polemiki politycznej w kontekście tej tragedii. Skupił się przede wszystkim na aspekcie etycznym wypowiedzi prezydenta, którą ocenił bardzo surowo.
– Chciałem powiedzieć panu prezydentowi jedną rzecz. Panie prezydencie, Łukasz Litewka wymaga szacunku. My jako Lewica ten olbrzymi szacunek mamy. Niech pan nie gra śmiercią, mówiąc o tym, co przed śmiercią według pana powiedział panu Łukasz Litewka. To jest po prostu obrzydliwe. Niech pan ma szacunek do tego człowieka i do jego dokonań. Nie będę komentował politycznych słów pana prezydenta i próby 'tańczenia na grobie' człowieka, którego my wszyscy cenimy – oświadczył stanowczo Włodzimierz Czarzasty.
Śmierć Łukasza Litewki
Łukasz Litewka zginął w tragicznych okolicznościach 23 kwietnia 2026 roku. Parlamentarzysta, znany z bezinteresownej pomocy słabszym, został potrącony podczas jazdy rowerem na ulicy Kazimierzowskiej w Dąbrowie Górniczej. Jego nagłe odejście wstrząsnęło nie tylko światem polityki, ale przede wszystkim tysiącami ludzi, którzy śledzili jego akcje społeczne w mediach społecznościowych.
Pogrzeb Łukasza Litewki o charakterze państwowym odbył się 29 kwietnia. Zgodnie z wolą rodziny, żałobnicy zamiast kupowania kwiatów mogli przekazać środki na wsparcie osób potrzebujących. Był to symboliczny hołd dla misji niesienia dobra, którą poseł realizował przez całe swoje życie. W uznaniu za wybitne zasługi społeczne, prezydent Karol Nawrocki pośmiertnie uhonorował tragicznie zmarłego parlamentarzystę Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/8fc6438bb5f4e21ead9541bc1784d137,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/8fc6438bb5f4e21ead9541bc1784d137,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Czarzasty w ostrych słowach zwraca się do prezydenta</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651742,mieczyslaw-golba-stracil-prawo-jazdy-tlumaczenie-senatora-pis-niektorym-podniesie-cisnienie</guid><link>https://natemat.pl/651742,mieczyslaw-golba-stracil-prawo-jazdy-tlumaczenie-senatora-pis-niektorym-podniesie-cisnienie</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 17:00:01 +0200</pubDate><title>Mieczysław Golba stracił prawo jazdy. Tłumaczenie senatora PiS niektórym podniesie ciśnienie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/0c53ef451aae2738651ea1e207eb8199,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Mieczysław Golba – senator Prawa i Sprawiedliwości z Podkarpacia stracił prawo jazdy na trzy miesiące. Polityk pędził o 58 km/h za szybko. Policja przekazała szczegóły zatrzymania. Wiadomo też, jak tłumaczył się z tego polityk.

Interwencja służb miała miejsce już 17 kwietnia o godz. 19:00 w miejscowości Wierzbna, ale dopiero teraz ujrzała światło dzienne. Policjanci z Komendy Powiatowej Policji w Jarosławiu zatrzymali senatora PiS w terenie niezabudowanym.
Senator PiS bez prawa jazdy. Pędził na tzw. "przelotówce" 58 km/h za dużo
– Mężczyzna przekroczył dozwoloną prędkość o 58 km/h. Kierujący został pouczony, a policjanci zatrzymali mu prawo jazdy na trzy miesiące – przekazała aspirant sztabowa Anna Długosz z Komendy w Jarosławiu w rozmowie z Polską Agencją Prasową. Słowa policjantki wskazują na to, że polityk pędził 138 km/h.
Rozpoczęto także postępowanie o wykroczenie. Senator złamanie przepisów skomentował na razie tylko dla portalu Nowiny24. Tłumaczył, że spieszył się na samolot. – Jechałem za szybko i popełniłem wykroczenie. Trzeba za to wziąć odpowiedzialność. Nie ma co się chować za immunitetem – zacytowano słowa polityka.
Kim jest Mieczysław Golba?
Przypomnijmy, że Mieczysław Golba jest politykiem od ponad dwudziestu lat. Najpierw spełniał się jako poseł, a od 2015 roku jako senator. Kilkukrotnie zmieniał swoją przynależność partyjną: najpierw był członkiem PiS, później przeszedł do Solidarnej Polski (od 2023 r. działała pod nazwą Suwerenna Polska), a gdy ją rozwiązano, wrócił do PiS.
Golba jest też ściśle związany ze środowiskiem piłkarskim. Zarządzał najpierw jako wiceprezes, a później prezes Podkarpackim Związkiem Piłki Nożnej. W latach 2021-2025 był członkiem Polskiego Związku Piłki Nożnej (zajmował się tam sprawami zagranicznymi).
Dodajmy, że Golba nie jest jedynym politykiem, o którego pirackich rajdach jest głośno. Łukasz Mejza otrzymał już w sumie ponad 160 punktów karnych. Pod koniec kwietnia władze PiS pożegnały się z nim. Polityk nie jest już członkiem klubu parlamentarnego.
Zaostrzenie przepisów w terenie niezabudowanym
Jak podawaliśmy niedawno w naTemat, od 3 marca weszły w życie nowe przepisy, które osoby z ciężką nogą powinny powstrzymać się od szybkiej jazdy nawet poza terenem zabudowanym, bowiem grozi za to surowa kara.
Do tej pory najbardziej bolesny przepis dotyczył wyłącznie terenu, gdzie były zabudowania. Kto tam przekroczył prędkość o ponad 50 km/h, musiał liczyć się z obowiązkowym zatrzymaniem prawa jazdy na 3 miesiące.
Według nowych przepisów policjant zatrzyma dokument również wtedy, gdy kierowca na drodze jednojezdniowej dwukierunkowej poza obszarem zabudowanym przekroczy limit o ponad 50 km/h. Oznacza to, że przy dopuszczalnej prędkości 90 km/h jazda powyżej 140 km/h zakończy się utratą prawa jazdy.
To zmiana, którą wielu zmotoryzowanych odczuje szybciej, niż im się wydaje. Właśnie na takich zwykłych drogach krajowych i wojewódzkich wielu kierowców pozwalało sobie dotąd na znaczne przekraczanie prędkości, żyjąc w przekonaniu, że najwyżej złapią wysoki mandat i punkty. Teraz ryzykują czymś dużo cenniejszym – utratą uprawnień, a często także pracy i mobilności całej rodziny.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/0c53ef451aae2738651ea1e207eb8199,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/0c53ef451aae2738651ea1e207eb8199,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Mieczysław Golba stracił prawo jazdy.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651748,britney-spears-uslyszala-powazny-zarzut-kolejne-alarmujace-wiesci-o-gwiezdzie</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651748,britney-spears-uslyszala-powazny-zarzut-kolejne-alarmujace-wiesci-o-gwiezdzie</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 16:46:01 +0200</pubDate><title>Britney Spears usłyszała poważny zarzut. Kolejne alarmujące wieści o gwieździe</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/6d88663d89814c3d98800b0ed4ceec14,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Britney Spears została oficjalnie oskarżona o prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu i substancji odurzających. Sprawa dotyczy zatrzymania przez policję, do którego doszło w marcu tego roku w Kalifornii. Jak donoszą amerykańskie media, gwiazda zgłosiła się dobrowolnie na terapię odwykową.

Według komunikatu prokuratory okręgowej hrabstwa Ventura, Britney Spears usłyszała zarzut prowadzenia samochodu pod łącznym wpływem alkoholu oraz co najmniej jednego narkotyku. Wokalistka została zatrzymana 4 marca i opuściła areszt następnego dnia.
Jak podają zagraniczne źródła, pierwsza rozprawa została wyznaczona na poniedziałek, 4 maja. Ponieważ chodzi o wykroczenie, obecność samej gwiazdy na sali sądowej nie będzie konieczna, a w jej imieniu może stawić się adwokat. – To była niefortunna sytuacja, której nie da się w żaden sposób usprawiedliwić – przekazał "Hollywood Reporter" przedstawiciel Spears po jej zatrzymaniu. 
– Britney zamierza podjąć odpowiednie kroki i podporządkować się prawu. Mamy nadzieję, że będzie to pierwszy etap długo potrzebnych zmian w jej życiu. Liczymy też, że w tym trudnym czasie otrzyma niezbędną pomoc i wsparcie. Jej synowie spędzą z nią czas, a bliscy wspólnie opracują plan, który pomoże jej odzyskać stabilność i zadbać o dobrostan – dodał. Zaledwie kilka tygodni temu amerykańskie media informowały, że Britney Spears dobrowolnie zgłosiła się do ośrodka odwykowego. 
Britney Spears usłyszała zarzut jazdy pod wpływem
Prokuratura zaznaczyła, że sprawa będzie rozpatrywana według standardowej procedury stosowanej wobec osób, które nie były wcześniej karane za jazdę pod wpływem, nie spowodowały wypadku ani obrażeń, a poziom alkoholu w ich krwi był niski.
W praktyce oznacza to możliwość zawarcia ugody i przyznania się do wykroczenia polegającego na niebezpiecznej jeździe pod wpływem alkoholu lub narkotyków. Tego typu rozwiązanie jest w amerykańskim systemie sądowniczym często stosowane w sytuacjach, gdy oskarżony sam podejmuje leczenie i deklaruje chęć zmierzenia się z problemem uzależnienia.
Dalsza część artykułu poniżej.
Jeśli postępowanie zostanie zakończone w ten sposób, artystka może zostać objęta rocznym nadzorem kuratorskim, zobowiązana do odbycia obowiązkowego kursu dla kierowców zatrzymanych za jazdę pod wpływem alkoholu oraz do zapłaty grzywny.
Dodajmy, że jeszcze kilka lat temu cały świat śledził batalię gwiazdy o odzyskanie niezależności. W 2021 roku Britney Spears została uwolniona spod wieloletniej kurateli sądowej, która obowiązywała od 2008 roku i dawała kontrolę nad jej życiem oraz finansami innym osobom, głównie jej ojcu. 
Ruch #FreeBritney urósł wtedy do rangi globalnego fenomenu, a fani domagali się przywrócenia gwieździe pełnej wolności. Piosenkarka dziękowała później fanom za wsparcie i przyznała, że ich zaangażowanie zmieniło jej życie. W 2023 roku wydała głośne wspomnienia "Kobieta, którą jestem", w której opowiedziała o swojej karierze i życiu prywatnym. 
W kolejnych latach Spears niepokoiła swoim chaotycznym, alarmującym zachowaniem. Zaczęła publikować na Instagramie ekscentryczne materiały, w tym nagrania, na których tańczy z nożami lub roznegliżowane zdjęcia. Fani wielokrotnie wyrażali obawy o jej stan zdrowia psychicznego. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/6d88663d89814c3d98800b0ed4ceec14,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/6d88663d89814c3d98800b0ed4ceec14,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Britney Spears ma problemy z prawem</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651745,zabka-i-jej-godziny-otwarcia-ten-sklep-ratuje-wielu-zapominalskich-w-majowke</guid><link>https://natemat.pl/651745,zabka-i-jej-godziny-otwarcia-ten-sklep-ratuje-wielu-zapominalskich-w-majowke</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 16:00:01 +0200</pubDate><title>Żabka i jej godziny otwarcia. Ten sklep ratuje wielu zapominalskich w majówkę</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/ed55a568a3c6092ad7efd8cfd7f08e60,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Często w wirze planowania majówkowego wypoczynku nagle przypominamy sobie o tym, że nie mamy węgla do grilla albo ulubionego sosu do mięs, a przecież 1 i 3 maja duże sklepy pozostają zamknięte. Na ratunek zapominalskim ruszają jednak popularne Żabki, choć ich godziny otwarcia będą wyglądać nieco inaczej niż zwykle.

1 maja obchodzimy Święto Pracy, a 3 maja przypada Święto Konstytucji – w oba te dni handel w Polsce jest ustawowo ograniczony. O ile 2 maja będziemy mogli swobodnie skorzystać z licznych promocji w supermarketach przygotowanych na wzmożony ruch, o tyle w dni świąteczne znalezienie otwartego punktu staje się wyzwaniem. Co zrobić, gdy nagle zabraknie nam czegoś pilnego ze sklepu w trakcie długiego weekendu?
Godziny otwarcia Żabki w święta. Kiedy najlepiej iść na zakupy?
Jeśli liczycie na to, że Żabka 1 lub 3 maja będzie czynna w swoich standardowych godzinach od 6:00 do 23:00, możecie się rozczarować. W dni świąteczne ten powszechnie znany harmonogram po prostu nie obowiązuje. To, jak długo dany sklep będzie otwarty, zależy wyłącznie od możliwości i chęci właściciela, który musi samodzielnie obsługiwać kasę. Z tego powodu w internecie można natrafić na wiele sprzecznych informacji – czas pracy jest w pełni elastyczny i może różnić się nawet w dwóch punktach położonych na tej samej ulicy.
Z reguły właściciele Żabek w majówkę decydują się na skrócone, bardziej elastyczne zmiany. Najczęściej spotkacie się z otwarciem punktów w godzinach zazwyczaj od około 10:00 lub 11:00 do 18:00 czy 20:00. Jeśli potrzebujecie uzupełnić zapasy, najlepiej zaplanować wyjście w porze lunchowej albo wczesnopopołudniowej, kiedy większość otwartych sklepów jest już w pełnej gotowości.
Sklepy otwarte 1 i 3 maja. Jak działa franczyza pod zielonym szyldem płaza?
Polskie prawo przewiduje konkretne wyjątki od zakazu handlu w dni ustawowo wolne od pracy. Najważniejszy z nich dotyczy placówek, w których za ladą stanie sam właściciel lub członkowie jego najbliższej rodziny. Właśnie na tej zasadzie funkcjonują wszędobylskie Żabki, które są punktami franczyzowymi prowadzonymi przez niezależnych przedsiębiorców. Dzięki temu, że są to małe, prywatne biznesy działające pod znaną marką, mogą one legalnie obsługiwać klientów nawet w największe święta państwowe.
Decyzja o otwarciu konkretnego punktu zawsze zależy od samego franczyzobiorcy. Ostatnie lata pokazują jednak, że większość właścicieli decyduje się na pracę w majówkę. Wynika to z ogromnego zapotrzebowania – osoby, które w ostatniej chwili przypominają sobie o brakującym węglu do grilla, pieczywie czy przekąskach, generują wtedy bardzo duży ruch. Dla małego sklepu osiedlowego to często jeden z najbardziej dochodowych okresów w roku, o ile tylko właściciel zdecyduje się poświęcić swój wolny czas na obsługę klientów.
Jak nie pocałować klamki? Aplikacja i harmonogramy na drzwiach
Aby uniknąć niepotrzebnego spaceru i rozczarowania pod zamkniętym sklepem, warto przygotować się wcześniej. Najbardziej niezawodnym sposobem na sprawdzenie godzin otwarcia konkretnego punktu jest dedykowana aplikacja mobilna Żappka. Właściciele sklepów często aktualizują tam status swojej placówki oraz godziny pracy w dni wolne, co pozwala zaoszczędzić mnóstwo czasu.
Jeśli nie korzystacie z technologii, pozostaje metoda tradycyjna. Przy okazji wcześniejszych zakupów lub spaceru warto po prostu zerknąć na drzwi wejściowe najbliższej Żabki. Zazwyczaj franczyzobiorcy z kilkudniowym wyprzedzeniem wywieszają tam kartki z dokładnym harmonogramem na 1 i 3 maja. Dzięki temu będziecie mieć pewność, czy Wasz "ratunkowy" sklep będzie dostępny w najbardziej krytycznym momencie majówkowego grillowania.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/ed55a568a3c6092ad7efd8cfd7f08e60,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/ed55a568a3c6092ad7efd8cfd7f08e60,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Godziny otwarcia Żabki w majówkę</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651724,list-pozegnalny-jeffreya-epsteina-wspolwiezien-ujawnia-co-bylo-napisane-na-kartce</guid><link>https://natemat.pl/651724,list-pozegnalny-jeffreya-epsteina-wspolwiezien-ujawnia-co-bylo-napisane-na-kartce</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 15:18:11 +0200</pubDate><title>List pożegnalny Jeffreya Epsteina. Współwięzień ujawnia, co było napisane na kartce</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/a5ec2e50e3e50a53e6fb12012a0d16dd,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W sprawie Jeffreya Epsteina światło dzienne ujrzały właśnie nowe zaskakujące informacje. Jak przekazał więzień, który dzielił z nim cele, biznesmen przed śmiercią miał zostawić list pożegnalny. Przez siedem lat opinia publiczna nic o tym nie wiedziała, ale dokument miał zostać zabezpieczony. Mężczyzna ujawnił także, co było w nim zapisane.

Przypomnijmy, że Jeffrey Epstein był amerykańskim finansistą, miliarderem i skazanym przestępcą, znanym m.in. z niesławnej prywatnej wyspy, na którą miał zapraszać wpływowych mężczyzn i nieletnie dziewczyny. Zmarł w areszcie w 2019 roku. Pod koniec stycznia tego roku ujawniono miliony akt w jego sprawie.
List pożegnalny Epsteina. Współwięzień ujawnia
Tymczasem pojawiły się nowe wiadomości. Chodzi o list pożegnalny, który Epstein miał napisać niedługo przed swoją śmiercią w więzieniu na Manhattanie. Dokument był utrzymywany w tajemnicy przez prawie siedem lat i przechowywany w nowojorskim sądzie. A wszystko teraz opisał "The New York Times".
Według ustaleń dziennikarzy kartkę z wiadomością od Epsteina miał znaleźć współwięzień Nicholas Tartaglione. Mężczyzna zeznał, że odkrył notatkę w lipcu 2019 roku, po tym, jak skompromitowanego biznesmena znaleziono nieprzytomnego. Wtedy Epstein przeżył, ale kilka tygodni później został znaleziony martwy w więzieniu.
Co napisał Epstein przed śmiercią?
Z relacji Tartaglione wynika, że "list był ukryty w środku powieści graficznej". "NYT" donosi, że jego treść była krótka, ale znacząca. Epstein miał napisać, że "czas się pożegnać". Miał też zapytać: "czego ode mnie oczekujecie? Że wybuchnę płaczem?".
Współosadzony twierdził, iż w notatce finansisty było też zdanie: "nic na mnie nie znaleźli". W tle chodziło o prowadzone przeciwko niemu postępowanie. Ten list został podobno zabezpieczony i utajniony w innej sprawie karnej, tej dotyczącej Tartaglione.
Co miało spowodować, że przez lata jego treść mogła nie być znana nawet osobom, badającym "okoliczności śmierci Epsteina". A jak wiadomo, wokół tej kwestii narodziło się wiele teorii spiskowych i domysłów.
Warto też wspomnieć, że po osadzeniu w celi Jeffreya z Tartaglione (byłym policjantem skazanym za poważne przestępstwa) ze strony tego pierwszego pojawiły się oskarżenia, że były policjant miał go zastraszać i atakować. Później jednak Epstein zmienił swoje stanowisko, przekonując, że "nigdy nie mieli ze sobą problemów".
***
Przypominamy, że wszyscy, którzy borykają się z depresją lub mają kłopoty i chcieliby porozmawiać, mogą zadzwonić pod jeden z poniższych numerów telefonu: 
116 123 – bezpłatny kryzysowy telefon zaufania dla dorosłych w kryzysie emocjonalnym, czynny przez 7 dni w tygodniu w godzinach 14–22
(22) 855 44 32 – Ośrodek Interwencji Kryzysowej – pomoc psychiatryczno-pedagogiczna, czynny 7 dni w tygodniu całodobowo
(22) 484 88 01 – Antydepresyjny Telefonia Zaufania fundacji ITAKA, czynny cały tydzień z wyjątkiem soboty, godziny dostępne na stronie stopdepresji.pl
(22) 594 91 00 – Antydepresyjny Telefon Forum Przeciwko Depresji, czynny w każdą środę i czwartek od 17 do 19.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/a5ec2e50e3e50a53e6fb12012a0d16dd,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/a5ec2e50e3e50a53e6fb12012a0d16dd,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jeffrey Epstein miał napisać list.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651730,netflix-nagle-podnosi-ceny-nowe-stawki-mocno-uderza-polakow-po-kieszeni</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651730,netflix-nagle-podnosi-ceny-nowe-stawki-mocno-uderza-polakow-po-kieszeni</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 15:01:01 +0200</pubDate><title>Netflix nagle podnosi ceny. Nowe stawki mocno uderzą Polaków po kieszeni</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/4f5858da0703a633a8349e6bf1e7a0aa,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Netflix podnosi ceny abonamentów w Polsce. Od 1 maja nowy cennik obejmuje zarówno nowych klientów, jak i obecnych subskrybentów, którzy o zmianach będą informowani w najbliższych tygodniach. Najtańszy pakiet zdrożeje o 4 zł miesięcznie, a najdroższy aż o 8 zł. Sprawdzamy, ile teraz kosztuje dostęp do biblioteki giganta streamingu.

Netflix po raz kolejny aktualizuje ceny swoich planów w Polsce. Ostatnia podwyżka miała miejsce w 2024 roku, dlatego wielu użytkowników spodziewało się, że zmiany są tylko kwestią czasu. Tym bardziej że wcześniej nowe stawki wprowadzono już m.in. w Stanach Zjednoczonych oraz części krajów europejskich.
Nowe ceny Netflixa. Podwyżka az o 8 zł
Od 1 maja plan Podstawowy, który pozwala oglądać treści na jednym urządzeniu, kosztuje 37 zł miesięcznie. Do tej pory cena tego pakietu wynosiła 33 zł, co oznacza wzrost o 4 zł. Większa podwyżka objęła plan Standard, oferujący jakość Full HD oraz możliwość oglądania na dwóch urządzeniach jednocześnie. Teraz za ten wariant trzeba zapłacić 55 zł miesięcznie zamiast dotychczasowych 49 zł. To podwyżka o 6 zł.
Najdroższy pozostaje plan Premium. Użytkownicy otrzymują w nim jakość Ultra HD, HDR, dźwięk Dolby Atmos oraz możliwość korzystania z konta na czterech urządzeniach jednocześnie. Cena wzrosła z 67 zł do 75 zł miesięcznie, czyli aż o 8 zł. Bez zmian pozostaje opcja dodania dodatkowego użytkownika spoza gospodarstwa domowego, która wciąż kosztuje 16 zł miesięcznie. W planie Standard można dodać jedną dodatkową osobę, a w planie Premium dwie. 
Zmiany obejmą zarówno nowych, jak i stałych użytkowników. Jak informuje Onet, obecni subskrybenci będą otrzymywać powiadomienia z co najmniej miesięcznym wyprzedzeniem, zależnie od indywidualnego cyklu rozliczeniowego. Każdy użytkownik będzie mógł w dowolnym momencie zmienić plan na tańszy lub całkowicie zrezygnować z usługi.
Dalsza część artykułu poniżej.
Maj na Netflix szykuje się naprawdę nieźle
Maj na Netflixie zapowiada się ciekawie. Już 6 maja w ofercie platformy zadebiutuje polska odsłona hitowego reality show "Love Is Blind: Polska". Uczestnicy poznają się w tzw. kabinach – słyszą się, ale nie widzą. Kiedy powstanie między nimi emocjonalna więź, mogą się zaręczyć i dopiero wtedy widzą się po raz pierwszy. Pytanie, jak ich relacja poradzi sobie w prawdziwym świecie i czy zdecydują się powiedzieć sobie "tak" na ślubnym kobiercu. Prowadzącymi będą Zofia Zborowska-Wrona i Andrzej Wrona.
Dzień później widzowie otrzymają długo wyczekiwany 2. sezon "Kasztanowego ludzika" – duńskiego serialu kryminalnego, który kilka lat temu stał się jednym z najmocniejszych skandynawskich hitów platformy. Tym razem kopenhaska policja ruszy tropem stalkera powiązanego z tajemniczym zaginięciem kobiety.
21 maja Netflix pokaże nowy serial wyprodukowany przez braci Dufferów, twórców "Stranger Things". Akcja "The Boroughs" rozgrywa się w pozornie idealnej wspólnocie seniorów, której mieszkańcy muszą zmierzyć się z potworami. Z kolei 28 maja obejrzymy drugi sezon "Czterech pór roku", który ponownie pokaże losy grupy przyjaciół spotykającej się podczas kolejnych wspólnych wyjazdów. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/4f5858da0703a633a8349e6bf1e7a0aa,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/4f5858da0703a633a8349e6bf1e7a0aa,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Netflix podwyższył ceny</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651607,henryk-r-ps-lomiarz-na-wolnosci-ludzie-w-panice-prof-platek-dlug-zostal-splacony</guid><link>https://natemat.pl/651607,henryk-r-ps-lomiarz-na-wolnosci-ludzie-w-panice-prof-platek-dlug-zostal-splacony</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 15:00:02 +0200</pubDate><title>Henryk R. ps. &quot;Łomiarz&quot; na wolności, ludzie w panice. Prof. Płatek: Dług został spłacony</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/c53cc7a481c2e1e7ca9554ef045cdd48,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Strach, oburzenie i nawoływania do zaostrzenia prawa – tak wygląda dziś reakcja na wyjście Henryka R. na wolność. – Ludzie się boją, bo się ich straszy. Wzniecanie paniki jest nieuczciwe wobec ludzi, którzy pracują nad tym, by skazani po wyjściu potrafili funkcjonować w społeczeństwie. Wielu z nich żyje dziś obok nas i nie wraca do przestępstwa – mówi naTemat.pl prof. Monika Płatek, prawniczka i wykładowczyni Uniwersytetu Warszawskiego.

– Chciałam porozmawiać o "Łomiarzu", który po wieloletniej karze pozbawienia wolności opuścił zakład karny pod dozorem elektronicznym – zaczynam rozmowę z prof. Moniką Płatek, prawniczką i wykładowczynią Uniwersytetu Warszawskiego.
– A dlaczego używa pani pseudonimu "Łomiarz", a nie inicjałów tego człowieka? – reaguje natychmiast, niemal odruchowo, prawniczka. – To jest groźne, ponieważ wyłącza myślenie, a uruchamia prymitywne instynkty związane z lękiem i odrazą. Takie pojęcia przekreślają kilkanaście lat pracy ludzi w zakładach karnych oraz szansę człowieka na normalne funkcjonowanie.
Tłumaczę się pośpiechem, skrótowością. Ale prawda jest taka, że w głowie mam też dziesiątki krzykliwych nagłówków, które od dni zalewają sieć: "Łomiarz wychodzi na wolność", "Łomiarz opuszcza więzienie". 
Tak jak inni dziennikarze chcę porozmawiać o mężczyźnie, który po 10 latach opuścił mury więzienia – o Henryku R. To jednak tylko ostatni rozdział historii, która zaczęła się ponad trzy dekady temu.
Spłacony dług czy tykająca bomba? 
Czarna seria rozpoczęła się w 1992 roku. Wtedy to Henryk R. po raz pierwszy zaatakował kobietę, zadając jej brutalne ciosy w głowę. Przez kolejne półtora roku Śródmieście Warszawy stało się miejscem kolejnych ataków.
Policja powołała specjalną grupę operacyjną o kryptonimie "Amnezja". Nazwa nie była przypadkowa – uderzenia w tył głowy były tak silne, że ofiary, które przeżyły, często nie pamiętały przebiegu zdarzenia.
Pseudonim "Łomiarz" przylgnął do sprawcy na stałe, choć – jak ustalono – narzędziem ataku nie był łom, lecz metalowy przedmiot przypominający rurkę lub sprężynę. Schemat działania był jednak niezmienny: atak z zaskoczenia, brutalny cios i kradzież torebki. Jego ofiarami padały zarówno młode kobiety, jak i seniorki.
Zatrzymany we wrześniu 1993 roku usłyszał zarzuty dotyczące ataków na 29 kobiet. Pięć z nich zmarło w wyniku obrażeń. Początkowo został skazany na 25 lat więzienia, jednak po apelacji kara została obniżona do 15 lat.
Gdy w 2008 roku Henryk R. wyszedł na wolność, system wierzył w jego resocjalizację. Nadzieje te pękły już rok później, gdy zaatakował ponownie. To właśnie podczas przesłuchań w 2009 roku padły słowa, które do dziś mrożą krew w żyłach:
"Nienawidzę kobiet, to silniejsze ode mnie. Jak widzę kobietę, to myślę: jest do eliminacji".
Dziś Henryk R. ponownie jest na wolności.
Podczas gdy jedni na to reagują oburzeniem ("W jakim kraju my żyjemy?") lub pomstują ("Przywrócić karę śmierci"), u innych uruchamia się strach przed tym, że ktoś taki może wrócić do sąsiedztwa, że znów pojawi się na ulicy, że znów zaatakuje. 
Ludzie mówią, że system nie daje żadnej gwarancji bezpieczeństwa. 
Ale prof. Płatek tonuje te emocje. Mówi wprost, że wyjście na wolność Henryka R. nie jest błędem systemu, lecz jego naturalną konsekwencją. Karę więzienia porównuje do długu, który w pewnym momencie zostaje spłacony.
– Kara więzienia nie jest karą śmierci ani dożywotnim odosobnieniem – przypomina. – Więzienie nie służy do przetrzymywania ludzi w nieskończoność na koszt podatników. Jeśli ktoś nie został skazany na dożywocie, oznacza to, że jego kara po prostu dobiegła końca – i to stanowi podstawę wyjścia. Dług zostaje spłacony: człowiek ma czyste konto i odzyskuje wolność.
Ale dlaczego wolność, jaka wolność? Część opinii publicznej uważa, że 63-latek resztę życia powinien spędzić w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie. 
Jak wyjaśnia prawniczka, decyzję w takich sprawach podejmuje sąd cywilny. Jednocześnie podkreśla, że sam ośrodek w Gostyninie od początku budzi poważne wątpliwości prawne.
– Gostynin od początku jest instytucją, która narusza podstawowe zasady prawa karnego i Konstytucji – mówi. – W praktyce prowadzi do sytuacji, w której dochodzi do ponownego karania za czyn, za który kara została już odbyta. Co więcej, jest to kara surowsza, bo bezterminowa.
Jej zdaniem takie rozwiązanie wypacza sens kary pozbawienia wolności. 
– Więzienie nie powinno być "magazynem" dla ludzi, lecz miejscem pracy nad ich powrotem do społeczeństwa. Zgodnie z art. 67 Kodeksu karnego wykonawczego chodzi o to, by wzbudzić w skazanym wolę przestrzegania zasad życia społecznego – wyjaśnia.
Izolowanie kogoś, kto odsiedział wyrok co do dnia, to w opinii profesor nie środek bezpieczeństwa, lecz prawne bezprawie – dopychanie sprawiedliwości kolanem. Karze się tu człowieka nie za to, co zrobił, ale za to, co moglibyśmy poczuć, gdyby znów stanął obok nas. A takie mechanizmy, jak przypomina Płatek, mają w polskiej historii swoje najczarniejsze karty.
– Mamy przerażającą skłonność do skazywania ludzi bez wyroku. Proszę nie zapominać, w jakim kraju żyjemy. To kraj Tomasza Komendy – rzuca twardo prawniczka, a w jej głosie słychać ostrzeżenie przed społecznym linczem, który z prawem nie ma nic wspólnego. 
Po wyjściu na wolność Henryk R. zostanie objęty dozorem elektronicznym – jego miejsce pobytu będzie monitorowane za pomocą bransoletki cały czas, minuta po minucie, 24 godziny na dobę. 
A co jeśli zawiedzie? Jeśli Henryk R. przetnie bransoletkę lub złamie zakaz zbliżania się? Tu prof. Płatek ucina wszelkie spekulacje chłodnym, proceduralnym konkretem.
– Konsekwencje są precyzyjnie zapisane w warunkach dozoru, które wyznaczył sąd. Jeśli złamie prawo, zostanie osądzony. Kropka – mówi stanowczo. – Jako prawniczka nie zamierzam wydawać wyroku przed faktem. W państwie prawa, po odbyciu kary, człowiek podlega dokładnie tym samym regułom, co każdy inny obywatel. Ani lżejszym, ani surowszym.
Dla profesor recydywa to jednak nie tylko policyjna statystyka, ale bolesne świadectwo wystawione nam wszystkim.
– Recydywa to nie jest wyłącznie błąd jednostki. To przede wszystkim wskaźnik tego, na ile my jako społeczeństwo jesteśmy w ogóle zdolni przyjąć z powrotem kogoś, kto zapłacił za swoje winy – zaznacza. – Jeśli od progu witamy go wyłącznie nienawiścią i izolacją, to sami domykamy to błędne koło.
– A co z rodzinami ofiar? Czy ich poczucie bezpieczeństwa nie jest tu kluczowe? – dopytuję, próbując przebić się przez chłodny, prawniczy mur.
Prof. Płatek nie daje się sprowokować do emocjonalnych deklaracji. Wykłada na stół systemowe narzędzia ochrony.
– Prawo przewiduje bardzo konkretne mechanizmy: ofiary są informowane o tym, że sprawca opuszcza zakład karny, a dozór elektroniczny pozwala na nałożenie zakazu zbliżania się – wylicza.
Zwraca też uwagę na mechanizm, który w polskiej debacie publicznej niemal nie istnieje: mediację po wyroku. 
– W mediacji wcale nie chodzi o to, żeby doprowadzać do wybaczania, bo nie na tym rzecz polega – zaznacza profesor. – Jej celem jest obniżenie poczucia zagrożenia u ofiar. To ma im po prostu pozwolić ruszyć do przodu i zacząć znowu żyć normalnie. 
Na koniec profesor uderza w czuły punkt debaty – całkowitą niewidzialność tych, którzy ze skazanymi pracują na co dzień. 
– Wzniecanie paniki jest nieuczciwe wobec ludzi, którzy pracują nad tym, by skazani po wyjściu potrafili funkcjonować w społeczeństwie. Wielu z nich żyje dziś obok nas i nie wraca do przestępstwa – zauważa.– Tyle że o takich historiach mówi się znacznie rzadziej.
– Ale jednak ludzie się boją – nie odpuszczam. 
– Ludzie się boją, bo się ich straszy. Strach społeczny jest często wzmacniany przez sposób, w jaki mówi się o takich sprawach – kwituje. 
Dalsza część tekstu poniżej
Gdy prawnicy i specjaliści od resocjalizacji mówią o "czystym koncie" i "nowej szansie", medycyna patrzy na te założenia znacznie bardziej chłodno.
Pytam dr. n. med. Sławomira Murawca, psychiatrę i psychoterapeutę, czy umysł człowieka, który dekady temu dopuszczał się brutalnych ataków, może rzeczywiście ulec przemianie.
– Osobowość traktujemy jako względnie trwałą predyspozycję – tłumaczy prof. Murawiec. – To nie jest typowy epizod chorobowy, jak choćby depresja, z której po odpowiednim leczeniu pacjent może wrócić do normy. Zaburzenia osobowości to coś innego: to trwała cecha struktury człowieka, sposobu, w jaki funkcjonuje i reguluje emocje.
Psychiatra porównuje ludzką psychikę do architektury – jest jak konstrukcja, szkielet budynku. Jak dodaje, tego "szkieletu", szczególnie po sześćdziesiątce, nie da się już wymienić.
Terapia? W tym wieku to raczej trening kontroli
W powszechnym przekonaniu wiek łagodzi obyczaje. W psychiatrii nie jest to takie oczywiste.
– Wiek może pewne cechy wręcz zaostrzać. To powszechnie znana obserwacja kliniczna: wraz z postępującym wiekiem charakter częściej się wyostrza, niż łagodnieje – podkreśla psychiatra.
Zwraca też uwagę, że zmiany organiczne zachodzące w mózgu wraz z wiekiem rzadko sprzyjają samokontroli. Jest wręcz przeciwnie.
– Zachowania, które wcześniej były hamowane, mogą pod wpływem zmian biologicznych po prostu wymykać się spod kontroli – ostrzega.
Henryk R. na wolności ma zostać poddany terapii. Jak zaznacza dr n. med. Sławomir Murawiec, jej znaczenie w takich przypadkach bywa ograniczone.
– Terapia w zaburzeniach osobowości jest potrzebna, ale jej celem jest raczej trening kontroli zachowań i funkcjonowania społecznego. Natomiast w wieku 63 lat głęboka przemiana osobowościowa pod wpływem terapii jest, mówiąc wprost, mało prawdopodobna – mówi wprost.
– Nie jestem jednym z tych psychologów społecznych, którzy uważają, że każdemu należy dawać nieograniczoną liczbę nowych szans. Ten człowiek swoją szansę już miał – podsumowuje. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/c53cc7a481c2e1e7ca9554ef045cdd48,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/c53cc7a481c2e1e7ca9554ef045cdd48,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Henryk R. ps. &quot;Łomiarz&quot; wyszedł na wolność. Czy społeczeństwo ma się czego obawiać?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651736,tragiczny-wypadek-na-lotnisku-w-lesznie-nie-zyje-spadochroniarz</guid><link>https://natemat.pl/651736,tragiczny-wypadek-na-lotnisku-w-lesznie-nie-zyje-spadochroniarz</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 14:24:12 +0200</pubDate><title>Tragiczny wypadek na lotnisku w Lesznie. Nie żyje spadochroniarz</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/e7a37ac33bf293d55b893bcee82cbbfd,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W Lesznie doszło do tragicznego wypadku podczas komercyjnych skoków spadochronowych. Nie żyje 39-letni mężczyzna.

O szczegółach tragedii na terenie lotniska w Lesznie w Wielkopolsce informuje m.in. TVN24. Do zdarzenia doszło podczas skoku z wysokości czterech tysięcy metrów. – Wiemy, że spadochron się otworzył, ale przyczyna wypadku nie jest na razie znana – przekazała dla stacji podkom. Monika Żymełka, oficer prasowa Komendy Miejskiej Policji w Lesznie.
Tragiczny wypadek na lotnisku w Lesznie. Nie żyje spadochroniarz
Wiadomo, że był to lot komercyjny. "Samolot Cessna wykonywał komercyjny lot z sześcioma skoczkami spadochronowymi" – podaje RMF FM. Problemy pojawiły się już w trakcie lądowania. 39-latek miał otwarty spadochron, ale uderzył w ziemię ze zbyt dużą siłą. 
Wezwano Lotnicze Pogotowie Ratunkowe, ale mimo długiej reanimacji poszkodowanego nie udało się uratować. Na miejscu pracuje prokurator. Dokładne przyczyny wypadku nie są jeszcze znane. O wszystkim poinformowano Państwową Komisję Badania Wypadków Lotniczych.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/e7a37ac33bf293d55b893bcee82cbbfd,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/e7a37ac33bf293d55b893bcee82cbbfd,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Tragiczny wypadek na lotnisku w Lesznie. Nie żyje spadochroniarz (zdjęcie poglądowe)</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651712,kowalski-ujawnia-kulisy-odejscia-z-pis-kaczynski-raczej-nie-powie-o-tym-glosno</guid><link>https://natemat.pl/651712,kowalski-ujawnia-kulisy-odejscia-z-pis-kaczynski-raczej-nie-powie-o-tym-glosno</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 14:03:01 +0200</pubDate><title>Kowalski ujawnia kulisy odejścia z PiS. Kaczyński raczej nie powie o tym głośno</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/a36cfc8f3a21d01ba71364bfade28122,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Janusz Kowalski odszedł z Prawa i Sprawiedliwości. Teraz zamieścił w mediach społecznościowych wideo, w którym wyjaśnia kulisy swojej decyzji i krytykuje działania tej partii. Poseł odniósł się też do doniesień w sprawie swoich powiązań z rynkiem kryptowalut. Polityk nie przebierał w słowach.

Janusz Kowalski, jeden z najbardziej wyrazistych i bezkompromisowych polityków prawicy, postanowił zakończyć swój etap w klubie parlamentarnym Prawa i Sprawiedliwości. Decyzję ogłosił w czwartek 30 maja w mediach społecznościowych, gdzie w dyplomatycznym tonie podziękował partyjnym kolegom za dotychczasowe działania i lata spędzone we wspólnym klubie.
"Dziś złożyłem rezygnację z członkostwa w Klubie Parlamentarnym PiS. Serdecznie dziękuję koleżankom i kolegom z PiS za lata świetnej współpracy. Pozostanę posłem niezrzeszonym skupionym na pracy dla Polski" – napisał Janusz Kowalski na platformie X.
Kowalski o odejściu z PiS. Takich słów jeszcze niedawno nikt by się nie spodziewał
Tymczasem polityk wrzucił film na swój profil, w którym zdradził więcej. Z jego relacji wynika, że swoją rezygnację złożył 29 kwietnia rano na ręce Mariusza Błaszczaka i Przemysława Czarnka. Wtedy Błaszczak miał poprosić go, o upublicznienie swojej decyzji dopiero po głosowaniu ws. wotum nieufności dla minister klimatu i środowiska Pauliny Hennig-Kloski.

                    
                        
                    
                – Poinformowałem władze partii wiele miesięcy temu, że jeżeli mam bardzo mocno angażować się na Lubelszczyźnie, można zbudować silne Prawo i Sprawiedliwość, można odzyskać zaufanie wyborców, ale jest jedna zasada: nie można tolerować tego, co doprowadziło do naszej klęski w roku 2023. Nie można tolerować układów lokalnych, które ludzie widzą – mówił o powodach rezygnacji członkostwa w PiS.
Zdaniem Kowalskiego  w Biłgoraju "politycy Prawa i Sprawiedliwości zapisują do partii ludzi Palikota, współpracują z byłymi komunistami, kolekcjonują sobie rady nadzorcze i spółki". 
– Jeżeli prawica chce wygrać wybory, to nie może robić tego, co robiliśmy przed 2023 rokiem i dlaczego przegraliśmy wybory. Żadnych tłustych kotów, żadnej tolerancji dla nieprawidłowości, dla ludzi nieuczciwych, dla lokalnych układów. Tę patologię układów lokalnych trzeba zdecydowanie przeciąć – dodał były poseł PiS.
Kowalski będzie teraz posłem niezależnym, co daje mu unikalną pozycję w debatach publicznych. Już teraz zapowiedział, że jego dalsze działania w niektórych kwestiach będą różniły się od programu PiS. – Będę bezwzględnym zwolennikiem likwidacji powiatów, żeby te wszystkie układy lokalne zlikwidować – powiedział.
Afera z kryptowalutami
Dodajmy, że po tym, jak Kowalski rzucił papierami w PiS, pojawiły się doniesienia o jego domniemanych powiązaniach z rynkiem kryptowalut. Na Nowogrodzką miał nawet przyjść w tej sprawie anonim.
Dziennikarze WP podali, że Kowalski bacznie przyglądał się rozwojowi rynku kryptowalut w naszym kraju i wielokrotnie odwiedzał katowicką siedzibę firmy Zondacrypto. Serwis przytoczył nawet relacje pracowników, którzy wspominali o co najmniej czterech wizytach polityka w biurach oraz innych lokalach powiązanych z Przemysławem Kralem – szefem giełdy przebywającym od kilku lat w Monako.
Teraz Kowalski mówi, że to informacje "wyssane z palca". Zapowiedział, że skieruje sprawę do sądu w trybie cywilnym i karnym przeciwko dziennikarzom zarzucającym mu współpracę z prezesem Zondacrypto Przemysławem Kralem.
– Nie ma zgody na to, by w ten sposób łamać standardy dziennikarskie. Takich nielogicznych bredni już dawno nie przeczytałem – stwierdził i zapewnił, że nigdy nie spotykał się ani z Kralem, ani "z żadną estońską firmą".
– Ja rozumiem, że jest jakaś chęć połączenia prawicy z aferą Zondacrypto, ale to jest afera Donalda Tuska, bierności polskiego państwa, prokuratury, służb Domańskiego, Siemoniaka i Tuska, które nie zareagowały na to, że jakaś firemka z Estonii łupiła Polaków – skwitował.
Przypomnijmy, że Janusz Kowalski był związany z Prawem i Sprawiedliwością od 2002 roku, jednak przez wiele lat nie angażował się aktywnie w działalność partii. Do Sejmu wszedł w 2019 roku jako reprezentant Solidarnej Polski, startując z list PiS. W rządzie Mateusza Morawieckiego pełnił funkcje wiceministra aktywów państwowych, a następnie wiceministra rolnictwa i rozwoju wsi.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/a36cfc8f3a21d01ba71364bfade28122,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/a36cfc8f3a21d01ba71364bfade28122,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Janusz Kowalski komentuje swoje odejście z PiS.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651703,meryl-streep-staje-murem-za-jimmym-kimmelem-donald-trump-bedzie-wsciekly</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651703,meryl-streep-staje-murem-za-jimmym-kimmelem-donald-trump-bedzie-wsciekly</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 13:00:02 +0200</pubDate><title>Meryl Streep staje murem za Jimmym Kimmelem. Donald Trump będzie wściekły</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/62b965077380611db1679c35ff6c8b70,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jimmy Kimmel ma na pieńku z Donaldem Trumpem. Ich spór podsycił ostatnio żart z Pierwszej Damy USA. Po stronie znanego prezentera telewizyjnego, którego prezydent Stanów Zjednoczonych chciałby zdjąć z anteny w trybie natychmiastowym, stanęła Meryl Streep, gwiazda "Diabeł ubiera się u Prady 2". Z ust trzykrotnej laureatki Oscara padły mocne słowa.

Amerykańskie media żyją jednym z ostatnich odcinków programu "Jimmy Kimmel Live!, w którym gospodarz talk-show skomentował obecność prezydenckiej pary na dorocznej gali dziennikarskiej w Waszyngtonie, nazywając Melanię Trump "przyszłą wdową". Warto dodać, że kilka dni później podczas wspomnianego wydarzenia organizowanego w Białym Domu doszło do strzelaniny.
Pierwsza Dama Stanów Zjednoczonych uznała, że "ludzie tacy jak Jimmy Kimmel nie powinni mieć możliwości gościć co wieczór w naszych domach, by szerzyć mowę nienawiści". Donald Trump postanowił dolać oliwy do ognia, zamieszczając na portalu Truth Social wpis: "Kiedy ABC Fake News Network zwolni naprawdę nieśmiesznego Jimmy'ego Kimmela, który niekompetentnie prowadzi jeden z najgorzej ocenianych programów w telewizji?".
Przypomnijmy, że prezydent USA od dawna domaga się usunięcia Jimmy'ego Kimmela z telewizji. Po żarcie związanym z reakcją Amerykanów wspierających ruch MAGA (Make America Great Again) na zabójstwo Charliego Kirka na kampusie uniwersytetu Utah Valley University we wrześniu ubiegłego roku prezenter został tymczasowo zawieszony przez Disneya. Jego program szybko powrócił na antenę.
Meryl Streep staje w obronie Jimmy'ego Kimmela. Mówiła o wolnych mediach
W ramach promocji filmu "Diabeł ubiera się u Prady 2" – sequela kultowej komedii z 2006 roku – Meryl Streep była gościem w czwartkowym wydaniu programu Jimmy'ego Kimmela. Po wejściu na scenę zdobywczyni trzech Oscarów (za "Sprawę Kramerów", "Wybór Zofii" i "Żelazną Damę") spytała się prowadzącego o to, jak się czuje. – Jakoś się trzymam – odpowiedział krótko na pytanie.
Amerykańska aktorka nazwała Kimmela "rycerzem zakonu templariuszy" i "księciem", który "niesie sztandar wolności prasy". – Wszyscy na ciebie liczymy, cały świat cię słucha – dodała, sugerując, że wie dokładnie, o czym mówi, ponieważ "właśnie przyleciała z drugiego krańca świata".

                    
                Dalsza część artykułu poniżej.
W swojej długoletniej karierze Meryl Streep miała okazję wcielić się w dziennikarkę, która ujawniła ściśle tajne dokumenty Pentagonu w sprawie wojny w Wietnamie i wspierała śledztwo dotyczące afery Watergate. W dramacie politycznym "Czwarta władza" zagrała Katharine Graham, dawną szefową gazety "The Washington Post", zdobywając 21. nominację do Oscara od Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej.
W 2017 roku Streep odebrała nagrodę im. Cecila B. DeMille'a za całokształt twórczości podczas 74. ceremonii wręczenia Złotych Globów. Na scenie dosadnie skrytykowała Donalda Trumpa, który wówczas był prezydentem elektem. Gwiazda Hollywood mówiła o odpowiedzialności branży filmowej i mediów, odnosząc się m.in. do kpin polityka z niepełnosprawnego reportera "New York Timesa".
– Kiedy osoby wpływowe wykorzystują swoją pozycję, by zastraszać innych, wszyscy na tym tracimy – stwierdziła, apelując do kolegów i koleżanek po fachy o empatię, a do widzów o pomoc w chronieniu dziennikarzy przed nadużyciami ze strony władzy.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/62b965077380611db1679c35ff6c8b70,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/62b965077380611db1679c35ff6c8b70,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Meryl Streep była gościem w programie Jimmy&#039;ego Kimmela. Aktorka stanęła po stronie prowadzącego, którego Donald Trump chce zdjąć z anteny</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651697,najlepsze-mieso-na-grilla-wcale-nie-kielbasa-ani-boczek</guid><link>https://natemat.pl/651697,najlepsze-mieso-na-grilla-wcale-nie-kielbasa-ani-boczek</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 12:02:01 +0200</pubDate><title>Najlepsze mięso na grilla. Wcale nie kiełbasa ani boczek</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/a05a1606da08a920ea44b35196fd73b1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Majówka to dla wielu Polaków początek sezonu grillowego. Ale co najlepiej wrzucić na ruszt? Choć jak wiadomo, sam grill do zdrowych nie należy, to dietetyczka wskazała, co mimo wszystko jest najlepszą opcją. I wcale nie chodzi tu o kiełbasę.

Majówka to dla wielu Polek i Polaków otwarcie sezonu ogrodowego i grillowego przed cieplejszymi miesiącami. Wielu z nas już od dłuższego czasu planuje wystawić swój sprzęt grillowy z garażu lub piwnicy, a wolny dłuższy weekend, czyli 1,2 czy 3 maja to idealna okazja.
Co najlepiej na grilla? Wcale ni kiełbasa...
Niektórzy śmieją się nawet, że grillowanie jest ulubionym sportem Polaków. Kiedy o nim myślimy, najczęściej na ruszcie od razu widzimy mięso. A mięsnych dań z grilla jest do wyboru naprawdę cała masa: karkówka, kiełbasa, szaszłyki czy piersi z kurczaka to najczęstsze wybory.
Co z tego jest najlepsze? Portal medonet.pl zapytał o to specjalistkę. Dietetyczka Aleksandra Kureń zwróciła uwagę na jedną ważną kwestię przy wyborze mięsa na grilla. – Jeśli zależy nam na tym, by grill był jak najzdrowszy, to musimy pamiętać, że mięso nieprzetworzone zawsze będzie lepszym wyborem niż mięso przetworzone, czyli –  karkówka albo pierś z kurczaka to lepszy wybór niż kiełbasa albo boczek – wskazała.
Chodzi o to, że w trakcie przetwarzania do takich mięs dorzucane są często różne dodatki: nie tylko azotyn sodu, ale też, chociażby duże ilości soli. A to niestety niekorzystnie wpływa na nasz organizm, zwłaszcza na układ pokarmowy.
Wybór między mięsem z kurczaka a wołowiną czy wieprzowiną też jest istotny. – Lepszym wyborem niż wołowina i wieprzowina jest drób – zwłaszcza jeśli grillujemy dość często. Tzw. mięso czerwone (wołowina, wieprzowina, baranina) spożywane w dużych ilościach może bowiem stanowić czynnik ryzyka nowotworu jelita grubego, m.in. ze względu na wysokie ilości żelaza hemowego – wskazała specjalistka.
Jednocześnie nie warto popadać w panikę. Sama dietetyczka mówi, że "jeśli robimy grilla raz w miesiącu, to na spokojnie możemy sobie pozwolić na dobrej jakości kiełbasę czy boczek", ale jeśli "grillujemy często, to warto jednak zastanowić się nad zdrowotną jakością wybieranego mięsa".
Grill bez mięsa: to możliwe i równie pyszne...
Ci, którzy nie jedzą mięsa doskonale o tym wiedzą, że na ruszcie może znaleźć się naprawdę mnóstwo pysznych produktów i wcale nie musi być to kiełbasa ani karkówka.
Dietetyczka wymieniła kilka zdrowych pozycji. – Świetnie sprawdzą się ryby, ale także np. sery takie jak oscypek czy halloumi, wegańskie alternatywy dla mięsa, no i oczywiście – warzywa i…owoce. Warzywa i owoce to nie tylko świetne urozmaicenie grilla, ale także źródło błonnika, który sprawia, że po takim posiłku czujemy się syci. W tej grupie najlepiej na grillu sprawdzą się cukinia, papryka, bakłażan, pieczarki (to oczywiście nie warzywo, ale spełnia podobną rolę), natomiast wśród owoców super opcją do grillowania będzie arbuz, ananas czy brzoskwinia – wymieniała.
Oprócz tego, co przyrządzamy na grillu, ważne jest też, gdzie go robimy. W niektórych miejscach możemy niestety dostać mandat. Więcej o tym pisaliśmy tutaj. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/a05a1606da08a920ea44b35196fd73b1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/a05a1606da08a920ea44b35196fd73b1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Najlepsze mięso na grilla i to wcale nie kiełbasa.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651700,gis-pilnie-wycofuje-produkt-ze-sprzedazy-to-popularna-szybka-przekaska</guid><link>https://natemat.pl/651700,gis-pilnie-wycofuje-produkt-ze-sprzedazy-to-popularna-szybka-przekaska</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 11:33:54 +0200</pubDate><title>GIS pilnie wycofuje produkt ze sprzedaży. To popularna szybka przekąska</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/4680b664ab6ed807c3d218b35014a487,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Główny Inspektorat Sanitarny wydał pilny komunikat o wycofaniu popularnych polędwiczek z kurczaka. W jednej z partii wykryto niebezpieczną bakterię Listeria, która może zepsuć majówkowe plany i spowodować, że konieczna będzie wizyta w szpitalu.

Zanim rozpalicie grille lub przygotujecie szybki obiad podczas majówkowego wypoczynku, koniecznie zajrzyjcie do lodówek. Inspektorzy sanitarni podczas rutynowych kontroli natrafili na groźną bakterię w partii panierowanych polędwiczek znanej marki, która jest dostępna w sklepach na terenie całej Polski.
Polędwiczki z kurczaka wycofane ze sklepów. Szczegóły skażonej partii
Główny Inspektorat Sanitarny poinformował, że w wyniku działań urzędowych Państwowej Inspekcji Sanitarnej doszło do wykrycia bakterii Listeria monocytogenes w konkretnej partii panierowanych polędwiczek z kurczaka marki Duda.
GIS udostępnił szczegóły dotyczące wycofanego produktu:
Nazwa produktu: DUDA Polędwiczki z kurczaka panierowane łagodne. Opakowanie XXL, 540 g
Numer partii: 2604014201
Termin przydatności do spożycia: 03.05.2026
Producent: CEDROB SA, Ujazdówek 2A, 06-400 Ciechanów Zakład Cedrob Foods, 43-200 Pszczyna ul. Korczaka 5, WNI 24100302.

Podjęte działania. Co zrobić z zakupionymi polędwiczkami?
Producent bezzwłocznie uruchomił procedurę wycofywania skażonego towaru z obrotu. W ramach działań naprawczych firma Cedrob przeprowadziła kompleksową dezynfekcję oraz gruntowne mycie wszystkich linii produkcyjnych i magazynów. Wykonano również dodatkowe testy środowiskowe oraz badania partii pozostających w zapasach. Choć polędwiczki są produktem wymagającym obróbki cieplnej przed spożyciem, zdecydowano o całkowitym wycofaniu serii ze względu na wysokie ryzyko tzw. zakażenia wtórnego w domowych kuchniach.
Nadzór nad tymi działaniami sprawuje Powiatowy Lekarz Weterynarii w Pszczynie, który przeprowadził już rygorystyczną kontrolę higieny w zakładzie oraz weryfikację wyników badań własnych producenta. Cały proces jest na bieżąco monitorowany przez organy Państwowej Inspekcji Sanitarnej, aby mieć pewność, że żadne opakowanie z tej partii nie zostanie w sprzedaży.
Zalecenia dla konsumentów są jednoznaczne: nie należy spożywać produktu o numerze partii wskazanym w komunikacie. Jeśli mięso zostało już zjedzone i wystąpią jakiekolwiek objawy chorobowe, należy niezwłocznie skontaktować się z lekarzem. Polędwiczki najlepiej wyrzucić lub spróbować zwrócić do sklepu, w którym dokonano zakupu.
Czym grozi listerioza?
Listerioza jest chorobą wywoływaną przez bakterie Listeria monocytogenes, które powszechnie występują w środowisku oraz wydalinach zakażonych zwierząt. Do organizmu człowieka patogen przedostaje się najczęściej drogą pokarmową poprzez spożycie skażonych produktów, takich jak surowe mięso, niepasteryzowany nabiał czy nieumyte owoce i warzywa.
Choroba stanowi szczególne zagrożenie dla kobiet w ciąży, noworodków oraz osób z obniżoną odpornością. U ciężarnych infekcja może objawiać się gorączką i symptomami grypopodobnymi lub przebiegać bezobjawowo, jednak stwarza wysokie ryzyko śmiertelnych powikłań dla płodu. 
Z kolei u osób starszych i pacjentów z osłabionym układem odpornościowym zakażenie może prowadzić do zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych, zapalenia mózgu lub sepsy. Dlatego tak ważne jest, by przestrzegać komunikatów GIS i nie lekceważyć ostrzeżeń o skażeniu mikrobiologicznym żywności.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/4680b664ab6ed807c3d218b35014a487,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/4680b664ab6ed807c3d218b35014a487,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">GIS alarmuje ws. partii panierowanych polędwiczek z kurczaka</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651688,prognoza-pogody-na-majowke-2026-to-zloto-wiemy-gdzie-bedzie-najcieplej</guid><link>https://natemat.pl/651688,prognoza-pogody-na-majowke-2026-to-zloto-wiemy-gdzie-bedzie-najcieplej</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 11:00:02 +0200</pubDate><title>Prognoza pogody na majówkę 2026 to złoto. Wiemy, gdzie będzie najcieplej</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/df63cdf125745e293983bfc855c894f5,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Szykuje się wyjątkowa pogodna i ciepła majówka. Synoptycy z IMGW pokazali już dokładne przewidywania na 1,2 i 3 maja. Temperatury osiągną miejscami nawet 28 stopni Celsjusza. Niebo ma być bezchmurne. Aż miło popatrzeć na tę prognozę.

Niektórzy Polacy z niecierpliwością wyczekiwali na ten dłuższy wolny weekend majowy. Najnowsze prognozy pogody nie pozostawiają złudzeń. Będzie słonecznie, ciepło, a miejscami nawet upalnie.
Pogoda na majówkę 2026
1 maja ma być jeszcze "najchłodniejszym" dniem z całej majówki. Od zachodniej strony będzie do nas jednak napływała masa ciepłego powietrza. I tak w miejscowościach przy granicy z Niemcami i Czechami będzie najcieplej: w granicach 21-22 stopni Celsjusza. W centrum 19 stopni C, a na wschodzie 16-17. Najchłodniej na Podhalu 12-14 stopni C. Niebo bezchmurne w centrum i na północy. Wiatr słaby, na wschodzie okresami umiarkowany, północny i północno-zachodni.
Synoptycy IMGW przewidują, że w nocy z piątku na sobotę (2 maja) miejscami mogą wystąpić przymrozki. – 2 stopnie Celsjusza termometry pokażą na Podhalu, Warmii i Mazurach.
Pogoda 2 maja jeszcze pozytywniej nas zaskoczy. W całym kraju będzie już ponad 20 stopni Celsjusza. Im bliżej na zachód, tym cieplej. I tak wyższą temperaturę eksperci przewidują w okolicach Gorzowa Wielkopolskiego: 27 stopni C. W reszcie kraju też przyjemnie: 25 w okolicach Poznania, 23 w Warszawie, a w Łodzi, Gdańsku i na krańcach wschodnich 20-21 stopni C. Zachmurzenie małe, a wiatr słaby, okresami umiarkowany z kierunków południowych.
3 maja będzie najcieplejszym dniem z całej majówki. Na zachodzie słupki rtęci dobija do 28. kreski, o dwa stopnie niżej w centrum i na północy, a na wschodzie termometry pokażą 22 stopnie. Powoli będzie pojawiać się więcej chmur i mocniejszy wiatr na zachodzi i północy.
Warto też wspomnieć, że te dni wypełnione słońcem oraz wysokimi temperaturami wiążą się ze wzrostem zagrożenia pożarowego w lasach. Służby są więc w gotowości. Mamy też niestety nieco gorsze wieści na następny tydzień w pogodzie. Ta sielanka z wysokimi temperaturami i słońcem nie potrwa wiecznie, bo już od 4 maja czeka nas gwałtowne załamanie.
Od przyszłego tygodnia załamanie. Będą burze i grad
Od poniedziałku do środy (4–6 maja) na terenie kraju będą formować się z kolei rozproszone komórki burzowe. Zjawiska te, typowe dla letniego sezonu, będą pojawiać się przede wszystkim w godzinach popołudniowych i wieczornych. Choć burze będą miały charakter lokalny, ich przebieg może być bardzo gwałtowny.

                    
                        
                    
                W krótkim czasie może spaść od 20 do 30 mm deszczu na metr kwadratowy. Tak intensywne ulewy niosą ze sobą ryzyko lokalnych podtopień. Grad, którego średnica może osiągnąć nawet 2 cm, stanowi realne zagrożenie dla wiosennych upraw oraz naszych samochodów pozostawionych pod gołym niebem.
Z kolei porywisty wiatr, osiągający prędkość do 90 km/h, może łamać gałęzie drzew, a w skrajnych przypadkach zrywać linie energetyczne, co skutkuje przerwami w dostawie prądu. Więcej o prognozie pogody na kolejne dni można przeczytać tutaj.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/df63cdf125745e293983bfc855c894f5,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/df63cdf125745e293983bfc855c894f5,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Prognoza pogody na majówkę.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651508,nie-czekaj-na-wakacje-najcieplejszy-kraj-w-europie-juz-zachwyca-plazami</guid><link>https://natemat.pl/651508,nie-czekaj-na-wakacje-najcieplejszy-kraj-w-europie-juz-zachwyca-plazami</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 10:35:36 +0200</pubDate><title>Nie czekaj na wakacje. Najcieplejszy kraj w Europie już zachwyca plażami</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/70869a9e0cade1f99f422fb412bee2fb,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Maj to najlepszy czas na wyjazd. Pogoda na południu Europy gwarantuje już 25–30°C, a dla turystyki to martwy okres oczekiwania na największe tłumy. Właśnie ten miesiąc warto spędzić w najcieplejszym kraju Europy, gdzie piękne plaże i smaczną kuchnię dostajecie w pakiecie ze słońcem i gościnnością.

Maj oczywiście kojarzy nam się z wyjazdami na majówkę, ale jeśli chcecie cieszyć się idealnym odpoczynkiem bez tłumów i w dobrych cenach, to lepiej chwilę zaczekajcie. Jest to bowiem miesiąc zniewalający przyrodą, a w wielu regionach także typowo wakacyjnymi temperaturami. Właśnie ten czas warto spędzić na Malcie, gdzie dogadacie się po angielsku, a bezpośredni lot znajdziecie aż z 8 polskich lotnisk. A co robić na miejscu? Najlepiej zwiedzać, plażować i smakować.
Malta najcieplejszym krajem w Europie. Maj pozwala odkryć wszystkie jej uroki
Maj to oficjalny początek sezonu kąpielowego na Malcie. Ten wyspiarski kraj między Europą i Afryką to idealne miejsce na urlop przed rozpoczęciem szkolnych wakacji. Średnia temperatura wynosi tam już teraz 22–25°C, ale słońce robi swoje, dzięki czemu temperatura odczuwalna zbliża się do 30°C.
W takich warunkach ranki warto spędzać na odkrywaniu kultury i tradycji tego kraju. Zwiedzajcie Vallettę, średniowieczną Mdinę, Rabat na wyspie Gozo i wiele innych wiosek oraz miasteczek, które oczarowują ciszą, spokojem, a także historią. Będąc w stolicy, zajrzyjcie do konkatedry św. Jana i Pałacu Wielkiego Mistrza. Odrobiny cienia i zieleni możecie natomiast szukać w Górnych Ogrodach Barrakka, skąd rozciąga się piękny widok na maltańskie Trójmiasto i górujący nad nim Fort Saint Angelo w Birgu.
Właśnie w tym mieście zrobicie najładniejsze zdjęcia. Birgu jest bowiem starsze od Valletty i nadal nie aż tak popularne wśród podróżnych. Ładnych widoków możecie szukać także w Marsaxlokk, wiosce znanej dzięki tradycyjnym, kolorowym łódkom luzzu. Dla poczucia lokalnego klimatu warto wybrać się tam w niedzielę, kiedy to organizowany jest tradycyjny targ rybny. Dziś oprócz owoców morza dostaniecie tam także rękodzieło i wyroby charakterystyczne dla Malty, takie jak oliwa, miody czy słodycze.
Pamiętajcie też, że Malta to nie tylko główna wyspa. Przynajmniej 2-3 dni urlopu warto poświęcić na odkrywanie Gozo, drugiej pod względem wielkości wyspy w archipelagu maltańskim. Tam, obok Rabatu (Victorii) i średniowiecznej Cytadeli, warto wybrać się także do Ta' Pinu, gdzie znajduje się Sanktuarium Najświętszej Maryi Panny. To największy tego typu obiekt w kraju.
Maltańskie plaże jednymi z najlepszych w Europie. Schłodzisz się tam po zwiedzaniu
Trudno mówić o Malcie, nie skupiając się na jej plażach. Wyspa znajduje się na wapiennych fundamentach. Te od tysiącleci są rzeźbione przez morskie fale, co sprawiło, że tamtejsze plaże potrafią zachwycać niesamowitym krajobrazem. Idealnym przykładem jest Il-Kalanka, gdzie woda uformowała w skale coś na kształt zaginającej się fali. Tuż obok znajduje się St. Peter's Pool, słynące ze skalistego wybrzeża, ale i lazurowej wody.
Choć większość plaż na Malcie jest skalista, to znajdziecie tam kilka miejsc, w których ręcznik rozłożycie na piasku. Piaszczystego wybrzeża można szukać m.in. w okolicy Mellieħy. Mellieħa Bay (Għadira Bay) to plaża ciągnąca się aż na kilometr.
Mniej więcej w połowie drogi między Mgarr a Mellieħą znajduje się natomiast słynna Golden Bay, która swoją nazwę zawdzięcza intensywnemu kolorowi piasku. Okolica jest też idealnym miejscem na dłuższy spacer, bo za każdym kolejnym wzniesieniem kryją się piękne krajobrazy lazurowych zatoczek.
Piaszczystą plażę można znaleźć również na Gozo. Tam miłośników pływania przyciąga przede wszystkim Ramla Bay w pobliżu Xagħra. Równocześnie jednak najsłynniejszą plażą w całym kraju jest Błękitna Laguna na wyspie Comino. Lazurowa woda przyciąga tam wielu miłośników pływania i pięknych widoków. Dlatego wstęp na plażę trzeba zarezerwować online.
Maltańska kuchnia – od szybkich przekąsek po wykwintne dania z koniny i królika
Po zwiedzaniu i plażowaniu z pewnością będziecie mieli ochotę na spróbowanie przysmaków maltańskiej kuchni. I tu czeka was niespodzianka, bo owszem, serwuje się tam ryby i owoce morza, ale tradycyjne dania oparte są na mięsie.
W typowych maltańskich lokalach zawsze znajdziecie królika. Serwowany jest on na różne sposoby, m.in. w formie pieczonej, ale i gulaszu. Kiedy bardzo uważnie prześledzicie menu lokali, w niektórych znajdziecie także dania z koniny. Ją także serwuje się w formie gulaszu.
Jeśli szukacie czegoś mniej ekscentrycznego, sięgnijcie po ftirę, czyli maltańską wersję pizzy. Różnicę wyczujecie przede wszystkim w cieście. Zamiast klasycznego placka drożdżowego, jest ona bowiem robiona na chlebie. Smakuje wybornie i zaskakuje dodatkami.
Klasyk kuchni ulicznej Malty to natomiast pastizzi. To tradycyjne wypieki z ciasta w rodzaju greckiego filo, napełniane serem ricotta lub groszkiem. Te pierwsze są zdecydowanie bardziej chrupkie. Pastizzi dostaniecie w zasadzie w każdej piekarni nawet za mniej niż 1 euro za sztukę. Nie zapomnijcie też, że najlepiej smakują na ciepło, popijane zimnym Kinnie, czyli typowym dla Malty słodko-gorzkim napojem gazowanym.
Jak widzicie, Maltę można odkrywać na wiele sposobów. Od zwiedzania i trekkingów, przez pływanie i nurkowanie, po wędrowanie w poszukiwaniu jej tradycyjnych smaków. Maj jest idealnym czasem na sprawdzenie każdego z tych wariantów.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/70869a9e0cade1f99f422fb412bee2fb,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/70869a9e0cade1f99f422fb412bee2fb,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Malta w maju to połączenie kultury, zwiedzania i plażowania na jednym z najładniejszych wybrzeży w Europie</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651691,beata-kozidrak-ma-nowa-prace-w-takim-wydaniu-jeszcze-jej-nie-widzielismy</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651691,beata-kozidrak-ma-nowa-prace-w-takim-wydaniu-jeszcze-jej-nie-widzielismy</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 10:26:01 +0200</pubDate><title>Beata Kozidrak ma nową pracę. W takim wydaniu jeszcze jej nie widzieliśmy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/7eaf926b25367ead48867f7588eff6d7,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Beata Kozidrak postanowiła spróbować czegoś nowego. Po długiej walce z chorobą nowotworową artystka powróciła na scenę jeszcze silniejsza, ale na występach przed publicznością nie poprzestała. Wokalistkę zespołu Bajm usłyszymy niedługo w radiu w autorskiej audycji.

Przypomnijmy, że pod koniec 2024 roku Beata Kozidrak wycofała się z życia publicznego, odwołując wszystkie koncerty i tym samym budząc wielki niepokój wśród wiernych fanów. Przez dłuższy czas nie było wiadomo, z jakimi problemami zmaga się gwiazda. Dopiero kilka miesięcy po zniknięciu ze sceny wokalistka zespołu Bajm zdobyła się na szczere wyznanie, dzieląc się z miłośnikami informacją o swoim stanie zdrowia.
– Trafiłam do szpitala. Diagnoza była szybka. Była to choroba nowotworowa. Nie boję się tego powiedzieć, bo chciałabym również, żeby to zabrzmiało optymistycznie, że czasami nie zdajemy sobie z tego sprawy, że choroby nowotworowe można leczyć i poddać się procesowi leczenia – wyjaśniła w ubiegłym roku w rozmowie z portalem Plejada.
W drugiej połowie 2025 roku Kozidrak powróciła na scenę, śpiewając m.in. podczas finału Męskiego Grania, a także koncertu Bajm w Pszczynie, gdzie dziękowała fanom za słowa wsparcia.
Beata Kozidrak dołączy do ramówki Radia Złote Przeboje. Kiedy ją tam usłyszymy?
Radio Złote Przeboje ogłosiło na swoich profilach w mediach społecznościowych, że Beata Kozidrak dołącza do jego ekipy. Audycja piosenkarki skupi się na jej doświadczeniach związanych z tworzeniem muzyki. "Już od poniedziałku usłyszycie Beatę codziennie na naszej antenie. Będzie dzielić się historiami ze sceny i zza kulis" – czytamy w poście opublikowanym na Facebooku.
Z okazji dołączenia do redakcji nowego członka Radio Złote Przeboje organizuje konkurs, którego uczestnicy powalczą o "unikatowe, retro radyjka" oraz fotografie okraszone autografem Kozidrak. "Zapowiada się naprawdę piękny maj" – tymi słowami zwieńczono ogłoszenie.

            
                
            
            Wiadomość o autorskiej audycji legendy polskiej piosenki ucieszyła wielu internautów. "Nie mogę się doczekać"; "Może zacznę słuchać radia"; "I to jest news"; "Jeżeli to jest wybór Beaty, to ją całym sercem popieram. Jestem całym sercem z nią" – widzimy w komentarzach pod komunikatem Radia Złote Przeboje.
Dalsza część artykułu poniżej.
Beata Kozidrak opowiada o chorobie
W marcu bieżącego roku Beata Kozidrak zorganizowała w Teatrze Starym w Lublinie koncert z cyklu "Beata Unplugged". Jego fragmenty wyemitowano w programie śniadaniowym "Dzień dobry TVN". W wywiadzie z Piotrem Wojtasikiem 65-letnia piosenkarka wyraziła swoją wdzięczność wobec pielęgniarek, które wspierały ją w trakcie pobytu w szpitalu (na oddziale hematoonkologicznym). – Strasznie was kocham, dziewczyny – powiedziała.
Kozidrak powtórzyła swoje wcześniejsze słowa dotyczące tego, jak ludzie reagują na diagnozę nowotworów. – Mówi się: "choroba nowotworowa" i jest wielki lęk – stwierdziła.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/7eaf926b25367ead48867f7588eff6d7,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/7eaf926b25367ead48867f7588eff6d7,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Beata Kozidrak poprowadzi w radiu autorską audycję. Kiedy ją usłyszymy?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651694,bojkot-swieta-3-maja-planowany-w-pis-az-rzecznik-partii-musial-zareagowac</guid><link>https://natemat.pl/651694,bojkot-swieta-3-maja-planowany-w-pis-az-rzecznik-partii-musial-zareagowac</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 10:12:43 +0200</pubDate><title>Bojkot święta 3 maja planowany w PiS. Aż rzecznik partii musiał zareagować</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b09e14499c78da799063d7892884c15e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Szefowa krakowskich struktur PiS i była kuratorka oświaty Barbara Nowak miała rozesłać do sympatyków partii wiadomość z prośbą o bojkot państwowych obchodów Święta Narodowego 3 maja. Do tych kontrowersyjnych działań odniósł się już oficjalnie rzecznik PiS Rafał Bochenek.

W tym roku obchodzimy 235. rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja, co w Krakowie wiąże się z wieloma zaplanowanymi wydarzeniami. Większość z nich organizuje wojewoda małopolski Krzysztof Jan Klęczar z PSL, a uroczystą mszę świętą w Katedrze Wawelskiej odprawi metropolita krakowski kard. Grzegorz Ryś. Według medialnych doniesień, do bojkotu tych oficjalnych uroczystości miała zachęcać Barbara Nowak.
Barbara Nowak wzywa do bojkotu. "Świętowanie bez skażenia władzą tuskową"
Jak poinformował portal Onet, Barbara Nowak, pełniąca funkcję szefowej krakowskich struktur PiS, skierowała do członków i sympatyków partii wiadomość, w której namawia do zignorowania oficjalnego programu obchodów. Była kuratorka oświaty zaproponowała alternatywną ścieżkę świętowania, odcinając się od wydarzeń przygotowanych przez obecną administrację rządową.
"Ustaliliśmy, że nie pójdziemy na Mszę Świętą do Katedry i nie pójdziemy w Marszu organizowanym przez wojewodę z PSL Klęczara. Idziemy na Mszę Świętą o godz. 12.00 do O.O. Bernardynów ul. Stradom i stamtąd przejdziemy pod Krzyż Katyński. Zaśpiewamy, kilka osób zabierze głos, złożymy kwiaty i znicze. Weźmiemy ze sobą flagi" – czytamy w wiadomości cytowanej przez Onet.
Nowak w swoich komunikatach zdecydowanie nie gryzła się w język, atakując politycznych oponentów i samego kardynała Grzegorza Rysia. Podkreślała, że udział w państwowych uroczystościach jest dla niej nie do zaakceptowania ze względów światopoglądowych.
"Oczywiście, jeśli ktoś woli brać udział w uroczystościach oficjalnych z kardynałem Rysiem i wojewodą Klęczarem, proszę bardzo, zapraszamy jednak gorąco do alternatywnego świętowania bez skażenia władzą tuskową. Nie chcemy, by niemiecki namiestnik i jego koalicja zepsuli nam nasze patriotyczne święto" – miała dodać Nowak w swoim apelu.
Rzecznik PiS ucina spekulacje. "To prywatna inicjatywa"
Do zamieszania wokół krakowskich obchodów odniósł się w czwartek wieczorem rzecznik prasowy Prawa i Sprawiedliwości, Rafał Bochenek. W opublikowanym w mediach społecznościowych oświadczeniu polityk wyraźnie zdystansował partię od działań Barbary Nowak, zaznaczając, że jej wezwania nie reprezentują oficjalnej linii ugrupowania.
"Komunikat p. Barbary Nowak rozesłany do struktur PiS-u ws. krakowskich uroczystości 3 maja nie jest stanowiskiem partii. To prywatna inicjatywa p. Barbary Nowak" – napisał stanowczo Bochenek na platformie X.
Rzecznik PiS podkreślił, że ranga święta powinna stać ponad politycznymi podziałami, a rocznica uchwalenia Konstytucji 3 Maja to moment, w którym Polacy powinni szukać jedności, a nie pretekstów do konfliktów.
"Święto Konstytucji 3 Maja powinno jednoczyć wszystkich Polaków. Jest to święto patriotyzmu, odwołujące się do ważnych dla naszych rodaków wartości, takich jak wolność, niepodległość i własne, suwerenne państwo. Pielęgnujmy te wartości wspólnie, świętując uchwalenie pierwszej w Europie i drugiej na świecie Konstytucji" – podsumował Rafał Bochenek.
Inicjatywa Barbary Nowak wywołała jednak spore poruszenie i pokazała, jak głębokie są podziały nawet wewnątrz regionalnych oddziałów partii.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b09e14499c78da799063d7892884c15e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b09e14499c78da799063d7892884c15e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Szefowa struktur PiS nawołuje do bojkotu święta</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651658,michael-robi-rozrobe-w-polskich-kinach-krytycy-dali-4-10-ale-widzowie-wiedza-swoje</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651658,michael-robi-rozrobe-w-polskich-kinach-krytycy-dali-4-10-ale-widzowie-wiedza-swoje</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 09:55:02 +0200</pubDate><title>&quot;Michael&quot; robi rozróbę w polskich kinach. Krytycy dali 4/10, ale widzowie wiedzą swoje</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/c840678e6ec9b6ae037939ebc58222c0,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Michael" rozbija box office w światowych kinach. Mimo że krytycy zmiażdżyli film, to widzom biografia Michaela Jacksona wyjątkowo przypadła do gustu. Nie inaczej jest nad Wisłą – w sieci dominują zachwyty.

Film "Michael", który wszedł do polskich kin tydzień temu, wyreżyserował Antoine Fuqua ("Dzień próby") na podstawie scenariusza Johna Logana ("Skyfall"). Biopic opowiada historię Michaela Jacksona od czasów grupy Jackson 5 aż po legendarną solową karierę, ale jedynie do 1988 roku, co wywołało grubą aferę. 
W rolę Króla Popu wciela się jego 29-letni bratanek Jaafar Jackson, syn Jermaine'a Jacksona. Surowego ojca Michaela, Joe Jacksona, odgrywa dwukrotnie nominowany do Oscara Colman Domingo, gwiazdor "Euforii". W matkę legendy popu, Katherine Jackson, wciela się natomiast Nia Long ("Agent XXL). 
W obsadzie "Michela" znaleźli się również m.in. Laura Harrier ("Spider-Man: Homecoming"), Miles Teller ("Whiplash") oraz debiutujący Juliano Krue Valdi, ktory zagrał muzyka jako dziecko. Na ekranie wśród rodziny Jacksonów zabrakło Janet Jackson. Słynna siostra Michaela Jacksona nie chciała pojawić się w filmie i odrzuciła propozycję.
"Michael" spodobał się Polakom. Ależ kontra do ocen krytyków
Film o Michaelu Jacksonie został zmiażdżony przez krytyków – eksperci zarzucają muzycznej biografii schematyczność, powierzchowność, spłycenie postaci Jacksona oraz pominięcie wszelkich kontrowersyjnych wątków. Padają zarzuty, że "Michael" ma "głębię artykułu z Wikipedii" i bardziej przypomina koncert niż film, ale jednogłośnie chwalony jest Jafaar Jackson, który "stał się" swoim wujkiem. 
Podobnie jak w przypadku "Bohemian Rhapsody" o Freddiem Mercurym – nad obydwoma filmami czuwał producent Graham King – widzowie zupełnie nie zgadzają się z krytykami. Do tego stopnia, że ocena od recenzentów na Rotten Tomatoes to zaledwie 38 procent pozytywnych opinii, a od publiki... 97 procent. Do tego film jest kasowym sukcesem – zresztą tak jak przewidywano. 
Dalsza część artykułu poniżej.
W Polsce różnica również jest olbrzymia. Obecna nota od krytyków od Filmwebie (na dzień 30 kwietnia) to katastrofalne 4,1/10, a od widzów stabilne 7/10, co oznacza, że – choć pojawiają się również negatywne opinie – większości widzów nad Wisłą "Michael" się spodobał.
"Rewelacja! Przepiękny film. Błagam, niech będzie druga część, bo ta skończyła się zdecydowanie za szybko", "Nie mam pojęcia, skąd wzięły się te wszystkie negatywne opinie 'krytyków', ale to jest po prostu tym, czym biografia muzyczna powinna być", "Może i film jest laurką, ale zwyczajnie mu (Jacksonowi – red.) się to należy!", "Mi tam się podobało – cały film tańczyłam i śpiewałam", "Szkoda że to tylko bardzo malutki wycinek z życia i kariery MJ. Ale WARTO!", "Wybitne widowisko. Wspaniała muzyka i pokazanie, za co Majkel był kochany i uwielbiany" – piszą użytkownicy Filmwebu.
Nawet wśród widzów pojawiają się jednak opinie, że biografia Jacksona jest zbyt "bezpieczna". Można się było jednak spodziewać, że narracja będzie przychylna Królowi Popu – za filmem stoi jego spuścizna Estate of Michael Jackson, a jednym z producentów jest syn artysty, Prince Jackson. Dodajmy, że z powodów prawnych z biografii wyrzucono wątek oskarżeń o molestowanie w 1993 roku i zakończenie trzeba było nakręcić od nowa. Dodajmy, że twórcy nie wykluczają nakręcenia drugiej części.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/c840678e6ec9b6ae037939ebc58222c0,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/c840678e6ec9b6ae037939ebc58222c0,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Polacy ocenili &quot;Michaela&quot;</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651292,litewka-nie-zyje-internauci-zaczeli-polowanie-na-sprawce-tak-wyglada-pieklo-w-sieci</guid><link>https://natemat.pl/651292,litewka-nie-zyje-internauci-zaczeli-polowanie-na-sprawce-tak-wyglada-pieklo-w-sieci</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 09:04:06 +0200</pubDate><title>Litewka nie żyje, internauci zaczęli polowanie na sprawcę. Tak wygląda piekło w sieci</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/fbcebcc1c84602c625f8f1a024b6c4a1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Ktoś wykreował emerytowanego policjanta, nadał mu imię i pierwszą literę nazwiska. Potem stworzył historię o jego korespondencji z partnerką zmarłego tragicznie posła Łukasza Litewki. Później dowiedzieliśmy się o rzekomym "aresztowaniu" kobiety. Festiwal teorii spiskowych i dezinformacji rozkręcił się do tego stopnia, że coraz trudniej oddzielić fakty od fikcji. A wszystko to w czasie, gdy najbliżsi posła próbują poradzić sobie z niewyobrażalną stratą.

Oczywiście nie ma w nas zgody na to, by młody człowiek wyszedł na rower i już z niego nie wrócił. Buntujemy się przeciwko takiemu scenariuszowi. 
Najbardziej cierpią bliscy zmarłego Łukasza Litewki, ale emocje rozlewają się szerzej – obejmują opinię publiczną. 
W naturalny sposób chcemy wiedzieć, co dokładnie się wydarzyło, kto był sprawcą tragedii i czy tej śmierci można było uniknąć. Niecierpliwimy się, że o sprawcy nie wiemy nic poza tym, że ma 57 lat.
Nie znamy jego zawodu ani nawet inicjałów. Zaczynamy więc sami je dopisywać.
Eksperci z NASK: Śmierć znanej osoby to "zapalnik"
W tę informacyjną próżnię ktoś wrzucił inicjały: Bernard Ż. Dopisał, że sprawca wypadku to były funkcjonariusz policji z Sosnowca. To wystarczyło, by rozpętać lawinę.
Potem pojawiły się "informacje", że policja niespodziewanie wkroczyła do domu i aresztowała partnerkę posła, rzekomo po odkryciu SMS-ów i tajnych umów z kierowcą. 
Niektórzy zaczęli pisać, że wcześniej (nieistniejący!) Bernard Ż. jeździł po okolicy i wypytywał o posła. 
Internauci, karmieni sensacją, zaczęli masowo udostępniać te rewelacje w sieci. Tylko jeden z bardzo wielu kłamliwych postów zebrał 1,5 tys. reakcji i prawie 200 udostępnień. 
O wyjaśnienie tego mechanizmu zapytałam ekspertów z Ośrodka Analizy Dezinformacji NASK. Jak tłumaczą, teorie spiskowe często pełnią funkcję porządkowania rzeczywistości w sytuacjach, które wiążą się z dużą niepewnością:
"Każde wydarzenie, zwłaszcza nagłe, wywołujące silne emocje, może stać się pożywką dla ich powstawania. Nagła śmierć znanej osoby jest jednym z wielu możliwych "zapalników". Może działać tutaj błąd poznawczy, który polega na przekonaniu, że znaczące, doniosłe wydarzenia muszą mieć równie istotne i celowe przyczyny, a nie mogą być wynikiem przypadku, splotu drobnych czynników czy zwykłych błędów"
Jak tłumaczą dalej, śmierć osoby rozpoznawalnej i zaangażowanej społecznie szczególnie sprzyja takim reakcjom.

                    
                To nie pierwszy raz, kiedy ludzka tragedia staje się paliwem dla dezinformacji. Mechanizm jest powtarzalny: pojawia się emocjonalne wydarzenie, a wokół niego szybko budowana jest narracja wskazująca "winnych", często dopasowanych do bieżących napięć społecznych czy politycznych. W podobnych przypadkach obserwowaliśmy już próby kierowania gniewu w stronę konkretnych grup.
Dziś efekty są podobne: zamiast spokojnego wyjaśniania okoliczności zdarzenia, instytucje muszą reagować na krążące w sieci nieprawdziwe informacje.
Policja Śląska wydała jednoznaczny komunikat, który ucina spekulacje:
"Kierujący pojazdem marki Mitsubishi nie był funkcjonariuszem Policji. Poza kierującym pojazdem nie zatrzymano żadnych innych osób. Z dotychczasowych ustaleń nie wynika, aby zdarzenie miało charakter umyślny" 
Jak podają dalej policjanci, kierowcy przedstawiono zarzut nieumyślnego spowodowania wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym. 
"Postępowanie prowadzi Prokuratura. Czynności są w toku, a jedynym wiarygodnym źródłem informacji są organy prowadzące postępowanie" – przypominają.
Mimo to w komentarzach nadal pojawia się fala oskarżeń. Internauci odbijają piłeczkę, twierdząc, że "policja kryje swojego" i że "będą bronić byłego policjanta".
Dezinformacja jest niebezpieczna, podejrzany pod ochroną
Tego typu treści rozprzestrzeniają się łatwo: są emocjonalne, sensacyjne i angażujące. W praktyce często "wygrywają" z bardziej wyważonymi, opartymi na faktach komunikatami.
Dalsza część tekstu poniżej
Jak nie stać się częścią tego mechanizmu?
Eksperci z NASK wskazują na potrzebę ostrożności i proponują prostą zasadę: dystans wobec treści, które wywołują silne emocje. Przypominają też o swoim systemie SPRAWDZAM:
"Należy z nieufnością podchodzić do treści sensacyjnych i wzbudzających skrajne emocje. Warto zestawiać je z komunikatami służb badających tę sprawę. Warto też mieć świadomość istnienia algorytmów, które mogą premiować treści najbardziej sensacyjne. Przypominamy o naszym systemie SPRAWDZAM: S jak SENSACJA, P jak PROWOKACJA, R jak RACJONALNOŚĆ, A jak AUTOR, W jak WYBIÓRCZOŚĆ, D jak DYSKREDYTACJA, Z jak ZAMIAR, A jak ANALIZA, M jak MANIPULACJA".
Podejrzany opuścił areszt i – jak poinformował media rzecznik prokuratury w Sosnowcu, Bartosz Kilian – został objęty kompleksową ochroną policji. Powodem są niepokojące wpisy pojawiające się w mediach społecznościowych, w tym próby ustalenia jego danych oraz miejsca pobytu. 
To kolejny przykład tego, jak napięcie i dezinformacja w sieci przekładają się na realne działania służb.
Zapytałam ekspertów NASK również o to, czy w przypadku tragedii posła Litewki mamy do czynienia z czystymi emocjami internautów, czy może widać tam ślady celowej, zorganizowanej manipulacji. NASK zachowuje tutaj niezbędną w takich sprawach powściągliwość:
"Na ten moment jest zbyt wcześnie, żeby wydawać jakiekolwiek sądy czy opinie – jako Ośrodek Analizy Dezinformacji na bieżąco monitorujemy sytuację. Zachęcamy też do śledzenia komunikatów policji i prokuratury, które stanowią najbardziej wiarygodne źródło informacji".
Szacunek należy się przede wszystkim zmarłemu i jego rodzinie, która przechodzi przez piekło. Doklejanie do tej tragedii politycznych spisków i kłamstw o zatrzymaniach najbliższych jest po prostu nie do przyjęcia.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/fbcebcc1c84602c625f8f1a024b6c4a1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/fbcebcc1c84602c625f8f1a024b6c4a1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Łukasz Litewka nie żyje. Internauci na własną rękę szukają sprawcy</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651517,hulajnoga-elektryczna-wjechala-na-plac-manewrowy-i-to-ma-sens-pierwszy-taki-egzamin-w-polsce</guid><link>https://natemat.pl/651517,hulajnoga-elektryczna-wjechala-na-plac-manewrowy-i-to-ma-sens-pierwszy-taki-egzamin-w-polsce</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 08:44:01 +0200</pubDate><title>Hulajnoga elektryczna wjechała na plac manewrowy i to ma sens. Pierwszy taki egzamin w Polsce</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/fb9c4da4d701e7807feb6cb1377d5f1f,1000,1000,0,0.jpeg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W Rzeszowie odbył się pionierski kurs, w którym karta rowerowa przestała być tylko reliktem przeszłości. Po raz pierwszy młodzi wjechali na placyk manewrowy hulajnogami elektrycznymi, żeby lepiej przygotować się do zderzenia z rzeczywistością.

W sobotę, 25 kwietnia 2025 roku, plac manewrowy w WORD Rzeszów wyglądał inaczej niż zwykle. Obok rzędów standardowych rowerów pojawiły się hulajnogi elektryczne. Dwudziestu uczniów szkół średnich, którzy do tej pory nie mieli żadnych uprawnień, przystąpiło do szkolenia, które w końcu nadąża za rzeczywistością naszych ulic.
To nie była tylko kolejna nudna pogadanka o znakach "ustąp pierwszeństwa". To był konkret. Projekt, zainicjowany przez Polskie Stowarzyszenie Lekkiej Elektromobilności (PSLE) we współpracy z policją i strażą miejską, uderzył w sedno problemu: młodzi ludzie jeżdżą e-hulajnogami masowo, ale nikt ich wcześniej nie nauczył, jak robić to bezpiecznie i zgodnie z prawem.
– Tak powinny wyglądać w przyszłości wszystkie kursy. Musimy nadążać za zmianami na drogach – mówi prosto z mostu Mateusz Szarek, prezes PSLE.
I trudno się z nim nie zgodzić. Skoro przepisy ruchu drogowego pozwalają 13-latkowi z kartą rowerową w kieszeni stanąć na podeście maszyny rozpędzającej się do 20 km/h, to brak przeszkolenia z obsługi tego konkretnego pojazdu był, delikatnie mówiąc, nieodpowiedzialny.
Teoria to podstawa, ale praktyka na placu zmienia wszystko
Program szkolenia został rozszerzony o panel dedykowany e-hulajnogom. Kursanci nie tylko dowiadywali się, gdzie wolno im jeździć (co w gąszczu przepisów z 2021 roku wcale nie jest takie oczywiste), ale też poznali techniczne aspekty tych pojazdów. Kluczowym punktem była informacja o obowiązkowych kaskach, które od 3 czerwca stają się wymogiem dla osób poniżej 16. roku życia.
Prawdziwa zabawa i nauka zaczęła się jednak na zewnątrz. Egzamin na kartę rowerową w rzeszowskim wydaniu objął jazdę testową obydwoma typami jednośladów. Dla wielu nastolatków był to pierwszy raz, kiedy pod okiem instruktora mogli sprawdzić, jak e-hulajnoga zachowuje się przy nagłym hamowaniu czy ciasnym omijaniu przeszkód.
Koniec z jazdą "na wyczucie"
Najciekawszy jest fakt, że choć obecne wytyczne egzaminacyjne wciąż formalnie nie widzą hulajnóg, to w Rzeszowie postanowiono wyjść przed szereg.
Jeśli kursant zdał teorię i świetnie radził sobie na rowerze, otrzymywał uprawnienia. Ale bonus w postaci wiedzy o elektromobilności jest bezcenny.
– Ci młodzi ludzie, jeśli w przyszłości wyjadą e-hulajnogą na drogę, są już do tego przygotowani – podkreśla Szarek.
To kluczowe, bo statystyki wypadków z udziałem nieletnich na urządzeniach transportu osobistego (UTO) od lat budziły niepokój. Aspirant Martyna Osowska z rzeszowskiej Policji dodaje bez ogródek: – Bez żadnych wątpliwości zajęcia powinny zostać rozszerzone o zagadnienia dotyczące e-hulajnóg.
Pilotażowy program PSLE to nie jest jednorazowy strzał. To zapowiedź większej ofensywy edukacyjnej, która ma trafić prosto do szkół. Eksperci stowarzyszenia, wraz z funkcjonariuszami, chcą uświadamiać nie tylko dzieci, ale i rodziców. Ci ostatni często nie mają pojęcia, że kupując dziecku "zabawkę" z silnikiem elektrycznym, wpuszczają go w ramy bardzo konkretnych, restrykcyjnych przepisów.
Dla tych, którzy nie mogli być w Rzeszowie, PSLE przygotowało kompendium wiedzy online. To pigułka informacji o mandatach, uprawnieniach i bezpieczeństwie, dostępna na ich stronie.
To, co wydarzyło się w Rzeszowie, to jedyny słuszny kierunek. Karta rowerowa w starym formacie była jak nauka pisania piórem gęsim w dobie klawiatur mechanicznych. Czas najwyższy, by egzaminy w całym kraju przestały udawać, że na drogach nie ma elektrycznej rewolucji.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/fb9c4da4d701e7807feb6cb1377d5f1f,1500,0,0,0.jpeg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/fb9c4da4d701e7807feb6cb1377d5f1f,1500,0,0,0.jpeg" medium="image"><media:title type="html">Hulajnoga elektryczna wjechała na plac manewrowy</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651652,meryl-streep-odrzucila-diabel-ubiera-sie-u-prady-ugiela-sie-gdy-podwoili-jej-stawke</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651652,meryl-streep-odrzucila-diabel-ubiera-sie-u-prady-ugiela-sie-gdy-podwoili-jej-stawke</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 08:19:01 +0200</pubDate><title>Meryl Streep odrzuciła &quot;Diabeł ubiera się u Prady&quot;. Ugięła się, gdy podwoili jej stawkę</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/d6f3c1ec10b1760bb5ee136080fa6d99,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Diabeł ubiera się u Prady 2" właśnie wszedł do kin, a Meryl Streep powróciła do swojej ikonicznej roli Mirandy Priestly. Gwiazda Hollywood wróciła wspomnieniami do pierwszego filmu sprzed 20 lat i wyznała, że początkowo odrzuciła propozycję zagrania w kultowej produkcji. Decyzję zmieniła dopiero wtedy, gdy studio podwoiło jej gażę. Aktorka zdradziła, że nauczyła się wówczas jednej z najważniejszych lekcji swojej kariery.

"Diabeł ubiera się u Prady" z 2006 roku na podstawie książki Lauren Weisberger roku jest dziś absolutnie kultowy. Do tego był globalnym hitem – zarobił na całym świecie 326,7 mln dolarów przy budżecie wynoszącym około 35 mln. Zdobył też dwie nominacje do Oscara: w kategorii "najlepsza aktorka pierwszoplanowa" dla Meryl Streep oraz "najlepsze kostiumy" dla Patricii Field. 
Meryl Streep prawie odrzuciła rolę Mirandy Priestly w "Diabeł ubiera się u Prady". Podwojono jej gażę
Kulisy przeboju sprzed 20 lat mogą jednak zaskoczyć. Podczas rozmowy w programie "Today" Meryl Streep wspominała, że początkowo... odrzuciła propozycję zagrania w filmie. – Przeczytałam scenariusz. Scenariusz był świetny. Zadzwonili do mnie i złożyli ofertę, a ja powiedziałam: "nie, nie zamierzam tego robić" – wspominała.
Trzykrotnie nagrodzona Oscarem legenda kina przyznała, że intuicyjnie czuła, że film okaże się sukcesem, dlatego postanowiła sprytnie sprawdzić, czy studio naprawdę jej potrzebuje. – Wiedziałam, że to będzie hit, i chciałam zobaczyć, co się stanie, jeśli podwoję swoją stawkę. Od razu powiedzieli: "jasne" – wyjawiła.
Dla Streep było to ważne i zaskakujące odkrycie – jak wyznała w programie "Today", długo zajęło jej dojście do takiej pewności siebie. – Miałam z 50, 60 lat – tyle czasu zajęło mi zrozumienie, że mogę to zrobić – wyznała, mając na myśli negocjację stawki za rolę. 
Gwiazda "Sprawy Kramerów" i "Wyboru Zofii" dodała, że poczuła wówczas, że jest kluczowa dla filmu "Diabeł ubiera się u Prady". – Potrzebowali mnie, czułam to. (…) Byłam gotowa przejść na emeryturę. Ale to była lekcja – wspominała.
Reszta jest historią, bo Miranda Priestly – podobna wzorowana na Annie Wintour, wieloletniej redaktorce naczelnej amerykańskiego "Vogue'a" – stała się jedną z najbardziej ikonicznych postaci w popkulturze XXI wieku. Bez Streep film z 2006 roku najpewniej nie stałby się popkulturowym fenomenem. 
Słowa Meryl Streep odbiły się szerokim echem w internecie, a wiele kobiet otwarcie jej przyklaskuje. Aktorki przez lata – i wciąż nierzadko dziś – zarabiały mniej niż ich koledzy po fachu. Historia Streep nie dotyczy jednak wyłącznie "elitarnego" świata kina i gaż z sześcioma zerami, lecz dotyka znacznie szerszej rzeczywistości. To lekcja o odwadze negocjowania, niegodzeniu się na pierwszą ofertę i świadomości własnej wartości. A z tym kobiety – wcale nie tylko w Hollywood – wciąż często mają trudność, bo przez lata utrwaliło się przekonanie, że "damie" nie przystoi rozmawiać o pieniądzach.
Dalsza część artykułu poniżej.
"Diabeł ubiera się u Prady 2" już w polskich kinach
Kontynuacja hitu, "Diabeł ubiera się u Prady 2", skupia się na losach Andy Sachs (Anne Hathaway), która wraca do magazynu "Runway". Razem z Mirandą Priestly (Streep) i Nigelem Kiplingiem (Stanley Tucci) musi uratować pismo przed upadkiem w obliczu skandalu i zmieniającego się rynku mediów. Kluczową rolę odgrywa też Emily Charlton (Emily Blunt), która obecnie stoi na czele amerykańskiego oddziału Diora i może pomóc w zdobyciu finansowania.
W obsadzie – oprócz głównej czwórki – powracają Tracie Thoms i Tibor Feldman, a do zespołu dołączyli m.in. Justin Theroux ("Pozostawieni"), Lucy Liu ("Kill Bill"), B.J. Novak ("The Office"), Simone Ashley ("Bridgertonowie"), Caleb Hearon ("Hacks"), Patrick Brammall ("Colin od rachunków"), Rachel Bloom ("Crazy Ex-Girlfriend") oraz laureat Oscara Kenneth Branagh ("Belfast", "Harry Potter i Komnata Tajemnic").
Za kamerą ponownie stanął David Frankel, scenariusz napisała Aline Brosh McKenna, a producentką została Wendy Finerman, którzy odpowiadali za sukces pierwszej części. "Diabeł ubiera się u Prady 2" wszedł do polskich kin w piątek, 1 maja, a pierwsze recenzje krytyków są naprawdę dobre.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/d6f3c1ec10b1760bb5ee136080fa6d99,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/d6f3c1ec10b1760bb5ee136080fa6d99,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Meryl Streep odrzuciła rolę w &quot;Diabeł ubiera się u Prady&quot;. Przynajmniej na początku</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651538,polacy-szukaja-opcji-na-coolcation-jeden-kraj-jest-murowanym-faworytem</guid><link>https://natemat.pl/651538,polacy-szukaja-opcji-na-coolcation-jeden-kraj-jest-murowanym-faworytem</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 07:34:01 +0200</pubDate><title>Polacy szukają opcji na coolcation. Jeden kraj jest murowanym faworytem</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b7b85a84b34e43e442eeae6ae4fee3b4,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Nadchodzi lato 2026, a wraz z nim wakacyjne urlopy. Coraz częściej bardziej niż all inclusive na południu Europy wolimy odkrywać nowe kierunki. Jeden z nich wyjątkowo mocno przyciąga Polaków. Jeździmy tam niemal dwa razy częściej niż jeszcze parę lat temu.

Ocieplenie klimatu sprawia, że turyści coraz częściej uciekają z krajów na południu Europy. Nie ma przecież nic przyjemnego w wakacjach, gdy z nieba leje się żar, a podczas zwiedzania musimy co chwilę schodzić do cienia. Coraz więcej polskich turystów woli przyjaźniejsze temperatury i tzw. coolcation. Widać to także w liczbach. W jednym z krajów o łagodniejszym klimacie, który ostatnio zyskuje na popularności, znajdujemy się w pierwszej dziesiątce nacji, które najczęściej go odwiedzają. 
Dania zyskuje na znaczeniu
Chociaż Dania od dawna przyciąga Polaków, dopiero od kilku lat przeżywa ona prawdziwy boom turystyczne. Wynika to z danych organizacji VisitDenmark, która monitoruje turystykę w Królestwie Danii. 
Nasi podróżni zamykają czołówkę krajów, z których podróżni najczęściej do Danii przyjeżdżają. Tylko w zeszłym roku aż 400 tys. Polaków zatrzymało się tam na noc. Choć wydaje się, że to niewiele – uwielbiana przez Polaków Turcja w tym samym czasie przyciągnęła niemal 2 miliony naszych podróżujących – to jest to wyraźny trend wzrostowy. Od 2018 liczba Polaków, którzy odwiedzili ten kraj, prawie się podwoiła. 
Co może być tego przyczyną? Chociaż Dania cały czas uznawana jest za kraj drogi i nietypowy na wakacje, tak naprawdę ma on dużo do zaoferowania. Jest to przede wszystkim alternatywa dla obleganych, zatłoczonych kierunków. Z powodu niewielkich rozmiarów nawet podczas podróży w najdalsze zakątki tego kraju nie znajdziemy się dalej niż pięćdziesiąt kilometrów od wybrzeża. Na samych plażach również doznamy spokoju niespotykanego w znanych destynacjach, w których często musimy przemierzać długie odcinki w poszukiwaniu wolnego skrawka piasku. 
Dania zachęca również temperaturą, a w szczycie sezonu oferuje wytchnienie od zaduchu południa. Lipiec to najcieplejszy miesiąc, ze średnimi temperaturami w okolicach 18 do 20 stopni. 
Co zobaczyć w Danii?
Choć Dania nie ma jednego znanego symbolu, który sam z siebie przyciągałby turystów (jak np. wieża Eiffla w Paryżu czy Koloseum w Rzymie), ma ona do zaoferowania szereg bardzo ciekawych atrakcji. Turyści odwiedzają ją często po to, by na własnej skórze poczuć duński styl życia.
To właśnie w Danii ewoluował koncept hygge (dosłownie "komfort", "wygoda", "przytulność"). W społeczeństwach skandynawskich używany jest on jako określenie stylu życia opartego na równowadze. Życie zgodnie z hygge widać na miejscu, bo Duńczycy starają się czerpać przyjemność z codzienności. Połowa mieszkańców Kopenhagi dojeżdża do pracy rowerem. Duńczycy znani są również ze swojej tradycji pieczenia – mówi się, że na każdą okazję i każdy dzień tygodnia mają osobne słodkości. Smakołyków takich jak spandauer czy kanelsnegl posmakujemy w duńskich kawiarniach. 
A jak do Danii dojechać? Chociaż nie ma bezpośredniego promu z Polski, popularne są połączenia łączone. Z północy Polski (Świnoujście) dostaniemy się do Ystad (Szwecja). Stamtąd jest już tylko około godziny jazdy do Kopenhagi. 
O wiele szybciej do Danii dostaniemy się samolotem. Do Kopenhagi polecimy bezpośrednim lotem z Warszawy, Krakowa, Gdańska i Poznania. Na Billund, główne lotnisko w zachodniej części kraju, dolecimy tanimi liniami lotniczymi takimi jak Wizz Air i Ryanair z Gdańska, Katowic i Krakowa. Ryanair zabierze nas także do Aarhus z Gdańska i Katowic.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b7b85a84b34e43e442eeae6ae4fee3b4,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b7b85a84b34e43e442eeae6ae4fee3b4,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Polacy coraz częściej szukają chłodniejszych alternatyw na wakacje</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651610,disney-na-maj-szykuje-premiery-ze-glowa-mala-jedna-bedzie-naprawde-ostra</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651610,disney-na-maj-szykuje-premiery-ze-glowa-mala-jedna-bedzie-naprawde-ostra</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 07:09:01 +0200</pubDate><title>Disney+ na maj szykuje premiery, że głowa mała. Jedna będzie naprawdę ostra</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/bf0ed50bf190b49145ed5588502d5b1a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W maju Disney+ szykuje kilka wyczekiwanych premier i powrotów – wcale nie chodzi wyłącznie o "Punishera: Ostatnie starcie". W ofercie pojawią się także nowe sezony popularnych seriali, dokumentalne nowości oraz sportowe emocje na żywo. Sprawdzamy najważniejsze premiery Disney+ w tym miesiącu.

W maju w Disney+ czeka nas drugi sezon "Rywali" – stylowego i pikantnego hitu z Wielkiej Brytanii z Davidem Tennantem ("Doktor Who") i Aidanem Turnerem ("Poldark"). Na platformę trafi także 2. sezon dokumentalnej serii National Geographic "Tucci we Włoszech", w której gwiazdor "Diabeł ubiera się u Prady 2" Stanley Tucci ponownie rusza w podróż po Włoszech.
Wśród majowych nowości znajdzie się również 5. sezon "Witamy we Wrexham", pokazujący dalsze losy klubu Wrexham AFC, którego właścicielami są Rob McElhenney i Ryan Reynolds (czyli coś dla fanów "Teda Lasso"). Fani sportu zobaczą także decydującą fazę Liga Mistrzyń UEFA, a finał rozgrywek odbędzie się 23 maja i będzie dostępny wyłącznie w Disney+.
Premiery Disney+ na maj
Oto dokładna rozpiska najważniejszych premier.
Opisy (oprócz "Punishera") pochodzą z materiału prasowego Disney+.
RYWALE (SEZON 2)
15 maja (3 odcinki w dniu premiery)

                    
                Walka o koncesję telewizyjną Central South West osiąga punkt krytyczny, gdy wojna między Corinium a Venturer wkracza w niebezpieczną nową fazę. Bardziej bezwzględny niż kiedykolwiek, Tony Baddingham jest zdeterminowany, by pokonać swoich rywali kawałek kawałek po kawałku, wykorzystując skandale jako broń i manipulując najbliższymi, by utrzymać władzę w swoich rękach.
W hedonistycznym blasku lat 80. życie osobiste bohaterów z Rutshire pogrąża się w chaosie, gdy zakazane romanse zaczynają niszczyć rodziny, a długo skrywane sekrety wybuchają z niszczycielską siłą. Wraz z narastającą rywalizacją wszyscy zbliżają się do granic wytrzymałości gdy lojalności są wystawiane na próbę, a serca łamane w pogoni za zwycięstwem. Ale jaka jest prawdziwa cena tej wojny?
PUNISHER: OSTATNIE STARCIE

                    
                13 maja
Disney+ szykuje kolejną premierę ze świata Marvela. Godzinny film "Punisher: Ostatnie starcie" poświęcony będzie jednej z najbardziej bezkompromisowych postaci uniwersum, czyli Frankowi Castle'owi, który w latach 2017-2019 miał już swój serial serial "Punisher" na Netflixie. Produkcja będzie częścią szóstej fazy Marvel Cinematic Universe i zarazem powrotem Punishera po wydarzeniach z serialu "Daredevil: Odrodzenie". 
Fabuła skupi się na Franku Castle'u, który próbuje rozpocząć życie bez zemsty i przemocy, lecz zostaje wciągnięty w nowy, nieoczekiwany konflikt. W roli kultowego antybohatera ponownie zobaczymy Jona Bernthala. "Punisher: Ostatnie starcie" zapowiada się mrocznie i brutalnie, a dodajmy, że Franka Castle'a zobaczymy też w najnowszym "Spider-Manie" z Tomem Hollandem i Zendayą.
Dalsza część artykułu poniżej.
TUCCI WE WŁOSZECH (SEZON 2)
12 maja (wszystkie odcinki dostępne w dniu premiery)

                    
                Stanley Tucci wierzy, że najlepszym sposobem na zrozumienie wyjątkowości danego kraju jest jego kuchnia. Nigdzie nie jest to tak oczywiste jak we Włoszech, gdzie nawet kształt makaronu czy sos, z jakim jest on podawany, bezpośrednio odzwierciadlają lokalną tożsamość i wyraźnie odróżniają poszczególne regiony. 
W drugim sezonie aktor wraca, by odwiedzić pięć nowych miejsc, w tym nieznane turystom Le Marche i jego kulinarne skarby. W Kampanii, a zwłaszcza w jej słynnej stolicy Neapolu odkrywa zapomnianą odmianę winorośli, a w Wenecji Euganejskiej z apetytem zagłębia się w kontrowersje dotyczące pochodzenia tiramisu. Stanley odwiedza także dwie wyspy: Sardynię, gdzie bada związek jedzenia z długowiecznością, i Sycylię, gdzie wielokulturowa historia pozostawiła smakowite ślady w lokalnej kuchni.
WITAMY WE WREXHAM (SEZON 5)

                    
                15 maja (2 odcinki dostępne w dniu premiery, kolejne co tydzień)
W 2020 roku Rob McElhenney ("U nas w Filadelfii") i Ryan Reynolds ("Deadpool") połączyli siły, aby wykupić trzeci najstarszy klub piłkarski – piątoligowy Wrexham Football Club – w nadziei na wykreowanie historii o rosnącym w siłę słabeuszu, której kibicować mógłby cały świat. Udało się – klub wywalczył dwa awanse z rzędu, docierając po raz pierwszy od 20 lat do EFL League One. Piłkarze i kibice marzą teraz o awansie do Premier League, przygotowując się jednocześnie na wyzwania, jakie niesie każdy kolejny szczebel.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/bf0ed50bf190b49145ed5588502d5b1a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/bf0ed50bf190b49145ed5588502d5b1a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Disney+ szykuje mocne premiery</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/651616,keratyna-lepsza-od-kolagenu-welna-z-odpadow-rewolucjonizuje-medycyne</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/651616,keratyna-lepsza-od-kolagenu-welna-z-odpadow-rewolucjonizuje-medycyne</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 06:35:01 +0200</pubDate><title>Keratyna lepsza od kolagenu? Wełna z odpadów rewolucjonizuje medycynę</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/de0a8df25b42ef23ddd87ee7a9c83b05,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jeszcze niedawno była odpadem z rolnictwa. Dziś zaczyna aspirować do roli jednego z ciekawszych surowców w medycynie regeneracyjnej. Badacze pokazują, że wełna – a precyzyjniej zawarta w niej keratyna – może wspierać odbudowę kości. I robi to w sposób bliższy naturze niż wiele dotychczasowych rozwiązań.

To nie jest kolejna laboratoryjna ciekawostka, która nigdy nie wyjdzie poza próbówki. Badania właśnie wkroczyły na etap testów na żywych organizmach. I co ważne, pojawiają się konkretne wyniki.
Od swetra do sali operacyjnej
Zespół z londyńskiego King’s College wziął pod lupę keratynę. To białko strukturalne obecne m.in. w paznokciach, włosach, czy właśnie wełnie. Kojarzy się raczej z kosmetykami niż chirurgią. Tymczasem jego właściwości okazują się zaskakująco wszechstronne.
Badacze stworzyli specjalne membrany na bazie keratyny pozyskanej z wełny. Po odpowiedniej obróbce chemicznej materiał zmienił się w stabilne rusztowanie. Takie, które można wykorzystać do odbudowy tkanki kostnej. Najpierw były testy in vitro. Ludzkie komórki kostne umieszczono na przygotowanym materiale. Nie tylko przetrwały. Zaczęły się namnażać. Tworzyły strukturę przypominającą zdrową kość.
Kolejny etap był trudniejszy. Membrany wszczepiono szczurom z ubytkami czaszki – na tyle poważnymi, że nie mogły się one zagoić samoistnie. Następnie przez tygodnie naukowcy śledzili proces regeneracji.
Rezultaty okazały się obiecujące. Keratynowe rusztowanie wspierało wzrost nowej tkanki. Co ważne, robiło to w sposób uporządkowany. Powstająca kość była bliższa naturalnej. Miała lepiej ułożone włókna i bardziej stabilną strukturę.
To istotna różnica. W medycynie regeneracyjnej liczy się nie tylko to, czy tkanka powstanie. Liczy się jej jakość. I tu wełna zaczyna realnie konkurować z dotychczasowym liderem.
Kolagen ma konkurencję
Przez lata złotym standardem pozostawał kolagen – biokompatybilny, dobrze znany i szeroko stosowany. Ale nieidealny. Bywa zbyt słaby. Zbyt szybko się rozkłada. Nie zawsze radzi sobie tam, gdzie kość musi znosić duże obciążenia. Dochodzi jeszcze kwestia produkcji. Jego pozyskiwanie jest kosztowne i technologicznie wymagające.
Na tym tle keratyna wypada zaskakująco dobrze. W testach kolagen sprzyjał tworzeniu większej ilości tkanki. Keratyna natomiast dawała lepszą strukturę. Bardziej uporządkowaną. Wytrzymalszą. Dla chirurgów to może być ważniejsze niż sama objętość.
W tej historii jest jeszcze jeden wątek, który może mieć ogromne znaczenie – zrównoważony rozwój. Wełna to surowiec odnawialny. Często traktowany jak odpad. Jej wykorzystanie wpisuje się w szerszy trend – szukanie tańszych, bardziej ekologicznych alternatyw dla ograniczonych zasobów. Rzadko zdarza się taka kombinacja. Niższe koszty. Mniejszy wpływ na środowisko. Lepsza jakość leczenia.
Na razie to wciąż etap badań. Przed naukowcami kolejne testy. Próby kliniczne. Ocena bezpieczeństwa. Ale kierunek jest wyraźny. Keratyna przestaje być ciekawostką. Zaczyna funkcjonować jako realna opcja dla chirurgii regeneracyjnej.
A jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, przyszłość medycyny może mieć zaskakująco… miękki punkt wyjścia.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/de0a8df25b42ef23ddd87ee7a9c83b05,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/de0a8df25b42ef23ddd87ee7a9c83b05,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Naukowcy zamieniają wełnę w materiał do naprawy kości. Brzmi nieprawdopodobnie, a jednak działa</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651505,tanio-w-salonach-to-juz-bylo-nowy-raport-abb-pokazuje-czarny-scenariusz-dla-rynku</guid><link>https://natemat.pl/651505,tanio-w-salonach-to-juz-bylo-nowy-raport-abb-pokazuje-czarny-scenariusz-dla-rynku</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 06:22:02 +0200</pubDate><title>Tanio w salonach to już było. Nowy raport ABB pokazuje czarny scenariusz dla rynku</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/6666f36845e68cb864409de51c11b40d,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Pamiętacie te czasy, gdy solidne auto z salonu było w zasięgu przeciętnego Kowalskiego, a zapach nowości nie kojarzył się z kredytem na resztę życia? No to zapomnijcie. Jeśli wydawało wam się, że ceny samochodów osiągnęły już sufit, to najnowsze dane z rynku działają jak kubeł zimnej wody.

Od kilku lat wizyta w salonie to dla wielu z nas trening silnej woli i odporności na stres. Kupujemy coraz droższe auta, a w zamian dostajemy plastiki, które trzeszczą pod palcami i systemy, które potrafią zirytować bardziej niż korek na Wisłostradzie. 
Tymczasem raport ABB "Automotive Manufacturing Survey 2025" jasno pokazuje, że producenci na Starym Kontynencie mają teraz na głowie znacznie większe problemy niż nasze narzekania na wykończenie wnętrza.
Warunki do robienia biznesu w Europie stały się, delikatnie mówiąc, ekstremalne. Rosnące koszty energii, drożejące surowce i coraz wyższa presja płacowa sprawiają, że "made in Europe" zaczyna być luksusem, na który stać coraz mniej osób. 
W dodatku czują na plecach oddech konkurencji ze Wschodu. Chińscy producenci nie bawią się w sentymenty, bo w samym 2024 roku sprzedali u nas dwa razy więcej aut niż rok wcześniej. Oni mają dotacje rządowe, tanią energię i rozmach, o którym Europa może dziś tylko pomarzyć.
Portfele Europejczyków na celowniku
Jeszcze dwa lata temu wszyscy baliśmy się, że braknie półprzewodników czy kabli z Ukrainy. Dziś te problemy wydają się niemal banalne w porównaniu z tym, co dzieje się z rachunkami za prąd w fabrykach.
Aż 46 proc. firm z branży motoryzacyjnej w Europie bije na alarm: koszty energii i materiałów to ich wróg numer jeden. Jeśli dodamy do tego cła i bariery handlowe, które dla ponad połowy badanych są powodem do bezsenności, obraz staje się jasny. 
Producent ma tak naprawdę dwa wyjścia: albo weźmie to na klatę i obniży swoją marżę (mało realne), albo przerzuci koszty na nas. Ale jest jeden haczyk.
Konsumenci już teraz głosują portfelami. Szukamy tańszych alternatyw, bo magia znaczka na masce powoli przestaje działać, gdy rata leasingu zaczyna zjadać połowę pensji. 
To dlatego dla decydentów w branży automotive optymalizacja kosztów będzie absolutnym priorytetem przez najbliższe pięć lat. Pytanie tylko, czy ta optymalizacja nie odbije się jeszcze mocniej na jakości tego, czym jeździmy na co dzień.
Robot zamiast pracownika? To już się dzieje
Ratunkiem dla europejskich marek ma być technologiczna rewolucja. Skoro praca człowieka jest droga, a energia kosztuje krocie, fabryki muszą stać się jeszcze bardziej cyfrowe. Nie chodzi już tylko o proste roboty na linii montażowej. Teraz do gry wchodzi sztuczna inteligencja i cyfrowe bliźniaki.
Większość firm planuje potężne inwestycje:
86 proc. badanych stawia na AI, by lepiej zarządzać produkcją,
65 proc. inwestuje w autonomiczne roboty mobilne,
80 proc. chce używać oprogramowania symulacyjnego, żeby nie marnować surowców.

To brzmi imponująco, ale spójrzmy na liczby z Azji. Tam nakłady na AI planuje zwiększyć 93 proc. firm. Europa goni, ale konkurencja nie stoi w miejscu, tylko ucieka do przodu z prędkością bolidu F1.
Nie ma co się łudzić, taniej już było. Bariery handlowe, wahania cen surowców i polityczna niepewność to koktajl, który zawsze kończy się podwyżkami w cennikach. Jeśli europejskie marki nie znajdą sposobu na to, by produkować efektywniej, będziemy skazani na wybór: albo bardzo droga Europa, albo coraz odważniejsze Chiny.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/6666f36845e68cb864409de51c11b40d,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/6666f36845e68cb864409de51c11b40d,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tanio w salonach to już było. Nowy raport ABB pokazuje czarny scenariusz dla rynku</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/651613,36-minut-muzyki-moze-obnizyc-lek-czy-to-naprawde-reset-mozgu</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/651613,36-minut-muzyki-moze-obnizyc-lek-czy-to-naprawde-reset-mozgu</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 23:15:02 +0200</pubDate><title>36 minut muzyki może obniżyć lęk. Czy to naprawdę &quot;reset&quot; mózgu?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/c1b4e7d95978a093c7a02328e583a8a5,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Specjalnie skomponowana muzyka ma wpływać na fale mózgowe i wyciszać napięcie. Brzmi jak szybki trik na stres. Naukowcy jednak tonują entuzjazm.

W czasach, gdy niepokój stał się codziennym tłem życia, szukamy prostych sposobów na ulgę. Jedni sięgają po aplikacje do medytacji, inni po różowy szum – monotonny dźwięk przypominający deszcz lub wiatr. Teraz pojawia się kolejna propozycja. Ściśle skomponowana muzyka, która ma "przestawiać" mózg z trybu stresu na tryb spokoju.
Ale czy rzeczywiście wystarczy pół godziny słuchania, by poczuć różnicę? 
Muzyka zamiast szumu. I konkretny czas
Badanie opublikowane w "PLOS Mental Health" przygląda się zjawisku o dość technicznej nazwie – Acoustic Brain Stimulation (ABS). To nie jest zwykła playlista "do relaksu". To dźwięk zaprojektowany pod kątem reakcji mózgu.
Zespół badaczy z Wielkiej Brytanii i Kanady sprawdził, czy długość słuchania robi różnicę. W badaniu uczestniczyło 144 dorosłych zmagających się z lękiem. Wszyscy byli już w trakcie leczenia farmakologicznego. Podział był prosty. Jedna grupa – 24 minuty różowego szumu. Trzy pozostałe – muzyka z ABS przez 12, 24 albo 36 minut. Po każdej sesji badano nastrój i poziom lęku.
Wyniki? Im dłużej trwała sesja, tym wyraźniejsza była poprawa. Najlepsze wyniki przyniosło około 24 minut słuchania. 36 minut dawało podobny efekt, ale mocniej redukowało negatywne emocje. 12 minut – wyraźnie za mało.
Jak dźwięk "dogaduje się" z mózgiem
ABS działa inaczej niż zwykłe słuchanie muzyki. Tu nie chodzi o ulubiony refren ani tekst, który coś przypomina. Na początku tempo utworu dopasowuje się do stanu organizmu – na przykład przyspieszonego tętna wynikającego ze stresu. Potem stopniowo zwalnia. Mózg nie walczy. Raczej się dostraja.
To tzw. zasada izo (Iso-Principle). Startujesz tam, gdzie jesteś, i powoli przesuwasz się w stronę spokoju. W tle pojawiają się rytmiczne impulsy, które mają synchronizować aktywność mózgu z wolniejszym tempem. Brzmi futurystycznie, ale muzyka od dawna angażuje wiele obszarów mózgu jednocześnie. Pamięć. Emocje. Różnica polega na tym, że tutaj nacisk kładzie się nie na estetykę, ale na strukturę dźwięku.
To nie jest "puść coś i się wycisz"
Eksperci stawiają sprawę jasno – to nie to samo co muzykoterapia ani słuchanie playlisty w tle. W klasycznej terapii ogromne znaczenie mają preferencje pacjenta. To, co porusza, co przywołuje wspomnienia. W ABS chodzi raczej o techniczne sterowanie parametrami dźwięku – tempo, rytm, strukturę. Co więcej, to metoda uporządkowana. Ma określoną długość, cel i sposób działania. Nie jest przypadkowym słuchaniem między jednym zadaniem a drugim.
Oczywiście, to nie znaczy, że ulubione utwory nie pomagają. Pomagają – tylko w inny sposób. Bardziej świadomy, emocjonalny. ABS próbuje ominąć ten poziom i działać bezpośrednio na ciało.

Czy to coś więcej niż rozproszenie uwagi?
To jedno z kluczowych pytań. Bo przecież każda forma odciągnięcia uwagi – film, rozmowa, spacer – może chwilowo zmniejszyć lęk.
Różnica pojawia się później.
Jeśli efekt zostaje na dłużej, jeśli ciało się uspokaja – mięśnie puszczają, tętno wraca do normy, a lęk maleje – wtedy mówimy o czymś więcej niż chwilowym "zagłuszeniu". W badaniu muzyka z ABS wypadła lepiej niż różowy szum, który jest emocjonalnie neutralny. To sugeruje, że nie chodzi tylko o odwrócenie uwagi.
Obiecujące, ale nie cudowne rozwiązanie
Wyniki są zachęcające, ale ostrożność jest wskazana: 
Po pierwsze – uczestnicy badania już przyjmowali leki przeciwlękowe. Muzyka była dodatkiem, nie podstawą terapii.
Po drugie – nie wiadomo, jak długo utrzymuje się efekt. Czy działa tu i teraz, czy zostawia coś na później? Tego na razie nie wiemy.

Są też inne znaki zapytania. Trudno oddzielić wpływ samej muzyki od mechanizmu ABS. Nie sprawdzono też, jak działa sama stymulacja bez warstwy muzycznej. Do tego dochodzi kwestia sprzętu. Jakość słuchawek może mieć znaczenie. A to już zmienna, której w domu nikt nie kontroluje.
Szybki "reset" czy raczej wsparcie?
Porównanie do "resetu mózgu" działa na wyobraźnię, ale może być mylące. Bardziej trafne wydaje się inne porównanie – do inhalatora przy astmie. Pomaga w nagłym przypadku, ale nie leczy przyczyny.
Tak samo tutaj. Muzyka z ABS może być wsparciem w momentach napięcia. Pomaga złapać oddech. Obniża pobudzenie. Nie zastąpi jednak terapii ani leczenia. Nie rozwiąże problemu u źródła. Ale w świecie, w którym stres nie odpuszcza, nawet 36 minut względnego spokoju to coś, czego nie warto lekceważyć.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/c1b4e7d95978a093c7a02328e583a8a5,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/c1b4e7d95978a093c7a02328e583a8a5,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">36 minut muzyki może obniżyć lęk. Czy to naprawdę &quot;reset&quot; mózgu?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651643,dark-eagle-leci-na-bliski-wschod-hipersoniczna-bron-ktorej-iran-nie-zatrzyma-i-nie-wytrzyma</guid><link>https://natemat.pl/651643,dark-eagle-leci-na-bliski-wschod-hipersoniczna-bron-ktorej-iran-nie-zatrzyma-i-nie-wytrzyma</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 22:36:02 +0200</pubDate><title>Dark Eagle leci na Bliski Wschód. Hipersoniczna broń, której Iran nie zatrzyma (i nie wytrzyma)</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/94117e70945dc30e4e916f5b9a2455b9,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Amerykańska armia rozważa historyczne użycie swojej najnowocześniejszej broni, która dotąd nie brała udziału w realnej walce. Dark Eagle, czyli pocisk hipersoniczny o ogromnym zasięgu, ma stać się nowym straszakiem USA na Bliskim Wschodzie.

Sytuacja na linii Waszyngton–Teheran wciąż pozostaje skrajnie napięta, mimo działającego w teorii od 8 kwietnia zawieszenia broni między USA a Iranem. Tymczasem doniesienia w mediach sugerują, że Pentagon szykuje się do demonstracji zupełnie nowej broni – pocisku hipersonicznego Dark Eagle o dalekim zasięgu.
USA chcą użyć po raz pierwszy swojej najnowszej broni Dark Eagle
Jak informuje agencja Bloomberg, powołując się na osobę bezpośrednio zaangażowaną w sprawę, Centralne Dowództwo Stanów Zjednoczonych (CENTCOM) wystąpiło z prośbą o rozmieszczenie systemu Dark Eagle w regionie Bliskiego Wschodu. Powodem tej decyzji ma być to, że Iran przeniósł większość swoich wyrzutni rakiet balistycznych poza zasięg obecnie stacjonującej tam amerykańskiej broni precyzyjnego rażenia odpalanej z systemów naziemnych.
Amerykanie szukają sposobu, by skutecznie dosięgnąć ukrytych głęboko w terenie celów, a rozwiązaniem ma być właśnie technologia hipersoniczna. Jeśli Biały Dom wyda zielone światło, będzie to pierwszy w historii przypadek operacyjnego rozmieszczenia tej broni, mimo że oficjalnie nie została ona jeszcze uznana za w pełni gotową do służby. Decyzja ta zapada w trudnym momencie – Donald Trump regularnie grozi powrotem do działań wojennych przeciwko Iranowi, podczas gdy rozmowy pokojowe utknęły w martwym punkcie.
Czym jest Dark Eagle? Potężna technologia za miliardy dolarów
Dark Eagle to nie tylko zwykła rakieta, ale przede wszystkim system dalekiego zasięgu (Long-Range Hypersonic Weapon), zaprojektowany do błyskawicznego niszczenia celów, które są silnie chronione przez systemy obrony przeciwlotniczej. Według podawanych przez media danych, jego zasięg wynosi imponujące 2776 km, co pozwala na uderzenie z bezpiecznej odległości w niemal każdy punkt zapalny w regionie. Ponadto, broń ta ma poruszać się z prędkością wielokrotnie przekraczającą barierę dźwięku, co czyni ją praktycznie nieuchwytną dla obecnych systemów radarowych Iranu.
System Dark Eagle jest jednak niezwykle rzadki i kosztowny. Z informacji Bloomberga wynika, że amerykańska armia dysponuje obecnie zaledwie ośmioma takimi pociskami. Cena jednego egzemplarza to około 15 milionów dolarów, natomiast koszt całej baterii wraz z systemami wsparcia szacuje się na zawrotną kwotę 2,7 miliarda dolarów.
Tło konfliktu na Bliskim Wschodzie
Przypomnijmy, że wojna USA z Iranem rozpoczęła się 28 lutego 2026 roku. Od tego czasu Cieśnina Ormuz – kluczowy szlak dla światowego transportu ropy – jest punktem zapalnym dla całej globalnej gospodarki, ze względu na wzajemne blokady stosowane przez obie strony konfliktu. Stany Zjednoczone utrzymują ścisłą blokadę irańskich portów, co skutecznie uniemożliwia temu państwu eksport ropy naftowej oraz gazu, odcinając go od głównego źródła dochodów.
Iran z kolei blokuje wyjście statków z Zatoki Perskiej przez cieśninę Ormuz. Skutki tych działań są odczuwalne na całym świecie, ponieważ przed wybuchem wojny przez ten przesmyk transportowano około jednej piątej światowego zapotrzebowania na ropę naftową oraz skroplony gaz ziemny. Trump, mimo że twierdzi, iż wojna jest już "wygrana", desperacko szuka wyjścia, by szybko zakończyć to, co tak naprawdę sam zaczął.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/94117e70945dc30e4e916f5b9a2455b9,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/94117e70945dc30e4e916f5b9a2455b9,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Dark Eagle leci na Bliski Wschód.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651673,janusz-kowalski-z-pis-odszedl-przez-afere-na-nowogrodzka-mial-przyjsc-anonim</guid><link>https://natemat.pl/651673,janusz-kowalski-z-pis-odszedl-przez-afere-na-nowogrodzka-mial-przyjsc-anonim</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 22:31:59 +0200</pubDate><title>Janusz Kowalski z PiS odszedł przez aferę? Na Nowogrodzką miał przyjść anonim</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/adac09e98013d7a0e60babe10c914d4e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Odejście Janusza Kowalskiego z Prawa i Sprawiedliwości może mieć związek z głośną aferą z kryptowalutami. Media donoszą o wizytach prawicowego polityka w miejscach związanych z Zondacrypto.

W czwartek Janusz Kowalski przekazał, że złożył rezygnację z członkostwa w klubie parlamentarnym Prawa i Sprawiedliwości, zostając tym samym posłem niezrzeszonym. Choć sam nie podał bezpośredniego powodu tej decyzji, najnowsze doniesienia mediów wskazują na możliwe powiązania polityka z aferą Zondacrypto.
Co było powodem odejścia Janusza Kowalskiego z PiS-u?
Jak ustaliła Wirtualna Polska, sprawa giełdy Zondacrypto, która stała się tematem ogólnokrajowej dyskusji, może stanowić klucz do zrozumienia nagłej decyzji posła. 17 kwietnia Prokuratura Regionalna w Katowicach wszczęła śledztwo dotyczące możliwego oszustwa klientów tej giełdy oraz prania brudnych pieniędzy.
Z kolei z ustaleń dziennikarzy WP wynika, że Janusz Kowalski bacznie przyglądał się rozwojowi rynku kryptowalut w naszym kraju i wielokrotnie odwiedzał katowicką siedzibę firmy. Serwis przytacza relacje pracowników, którzy wspominali o co najmniej czterech wizytach polityka w biurach oraz innych lokalach powiązanych z Przemysławem Kralem – szefem giełdy przebywającym od kilku lat w Monako. 
Informatorzy portalu podali konkretne daty tych spotkań i twierdzili, że w czasie ich trwania w budynku uruchamiano urządzenia zagłuszające.
"Pracownicy Zondacrypto opowiadali nam o co najmniej czterech wizytach Kowalskiego w katowickich siedzibach firmy oraz innych lokalach powiązanych z jej szefem Przemysławem Kralem. (...) Nasi informatorzy twierdzili, że w czasie jego wizyt włączano w firmie zagłuszarki" – czytamy w raporcie Wirtualnej Polski.
Dodatkowo portal ustalił, że do siedziby PiS przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie wpłynął anonim szczegółowo opisujący kontakty Kowalskiego z giełdą. To właśnie ten list, przybliżający kulisy relacji polityka z władzami Zondacrypto, mógł stać się bezpośrednią przyczyną jego odejścia z klubu.
Janusz Kowalski odchodzi z klubu PiS
O nagłej decyzji posła jako pierwszy poinformował w czwartek serwis RMF FM, cytując słowa rzecznika prasowego PiS, Rafała Bochenka. Niedługo po tym komunikacie głos zabrał sam Janusz Kowalski, który za pośrednictwem platformy X oficjalnie pożegnał się z partyjnymi kolegami.
"Dziś złożyłem rezygnację z członkostwa w Klubie Parlamentarnym PiS. Serdecznie dziękuję koleżankom i kolegom z PiS za lata świetnej współpracy. Pozostanę posłem niezrzeszonym skupionym na pracy dla Polski" – napisał polityk.

                    
                        
                    
                Decyzja ta oznacza, że traci on ochronę partyjnego szyldu w Sejmie i od teraz będzie występował jako poseł niezrzeszony. Choć Kowalski zapowiada dalszą, intensywną pracę dla kraju, jego odejście to czytelny sygnał o głębokich zmianach zachodzących wewnątrz struktury sejmowej prawicy.
Niepokój w Prawie i Sprawiedliwości
Odejście Janusza Kowalskiego to nie jedyny wstrząs w szeregach największego ugrupowania opozycyjnego. Zaledwie wczoraj informowaliśmy o wykluczeniu z klubu Łukasza Mejzy, co nastąpiło m.in. po głośnej sprawie jego licznych wykroczeń drogowych. Poseł, który pod koniec marca zrzekł się immunitetu w związku z 16 mandatami, miał zgromadzić łącznie aż 168 punktów karnych.
Napięcie w partii podgrzała także kwietniowa inicjatywa Mateusza Morawieckiego. Powstanie Stowarzyszenia Rozwój Plus spotkało się z surową oceną Jarosława Kaczyńskiego, który domagał się od byłego premiera deklaracji lojalności. Po okresie napięć wypracowano jednak "kompromis" – organizacja ma funkcjonować wewnątrz PiS wyłącznie jako "rada ekspercka". Tak skumulowana seria konfliktów i przetasowań personalnych może wskazywać na narastający kryzys w klubie Prawa i Sprawiedliwości.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/adac09e98013d7a0e60babe10c914d4e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/adac09e98013d7a0e60babe10c914d4e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Doniesienia mediów w sprawie powiązań Janusza Kowalskiego z Zondacrypto</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651562,spielberg-ozywi-kultowa-postac-ze-tez-hollywoodowi-nie-znudzily-sie-rimejki</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651562,spielberg-ozywi-kultowa-postac-ze-tez-hollywoodowi-nie-znudzily-sie-rimejki</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 21:52:01 +0200</pubDate><title>Spielberg ożywi kultową postać. Że też Hollywoodowi nie znudziły się &quot;rimejki&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/d5d1b71cf4cd838c2e7de088fc516a1b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Hollywood stawia na sprawdzone rzeczy. Widząc, z jakim entuzjazmem spotkała się "Wednesday" z Jenną Ortegą, Disney+ postanowiło sięgnąć po równie kultową postać z ubiegłego wieku i uczynić z niej głównego bohatera serialu. Pamiętacie "przyjaznego duszka"? To nie będzie jego pierwsze spotkanie ze Stevenem Spielbergiem.

W dobie prequeli, sequeli, remake'ów i rebootów wszystko jest możliwe, a każda postać – nawet ta ukrywająca się w najciemniejszych zakamarkach popkulturowej świadomości – prędzej czy później zostanie wskrzeszona. Podstawowe pytanie brzmi: czy trafi na duży ekran, czy na mały ekran? Wychodzi na to, że Disney+ zamierza stworzyć własny hit na miarę "Wednesday" reżyserowanej przez Tima Burtona ("Jeździec bez głowy").
Branżowy portal Deadline donosi, że gigant streamingu nabył prawa umożliwiające mu stworzenie serialu aktorskiego o Kacprze Przyjaznym Duszku. Pierwszy krótkometrażowy film z udziałem dziecka-ducha, którego geneza jest owiana tajemnicą i kłótnią o prawa między Seymourem Reitem a Joem Oriolo, trafił na srebrny ekran w 1945 roku. Malutka zjawa zasłynęła z tego, że w przeciwieństwie do starszych przedstawicieli swojego gatunku nigdy nie przepadała za straszeniem żywych.
Disney+ tworzy serial o Kacprze Przyjaznym Duchu. Na pokładzie nie tylko Steven Spielberg
Serialem live-action "Kacper" zajmą się reżyser Rob Letterman i scenarzystka Hilary Winston, czyli duet, który w przerabianiu klasyków ma już wprawę. W 2023 roku filmowcy ożywili dla Disney+ i Hulu serię książek "Gęsia skórka" autorstwa R.L. Stine'a. Podkreślmy, że nadchodzący tytuł będzie koprodukcją DreamWorks Animation TV i Universal Content Productions, której premiera odbędzie się wyłącznie na disneyowskiej platformie streamingowej.
Przypomnijmy, że w latach 1945-1959 Kacper wystąpił w 55 krótkometrażowych filmach kreskówkowych, a na początku lat 50. wylądował na okładkach komiksów Harvey Comics. W 1995 roku półprzezroczysty duch doczekał się aktorskiego filmu, który z reżyserem Bradem Silberlingiem ("Lemony Snicket: Seria niefortunnych zdarzeń") współtworzył Steven Spielberg. Co istotne, twórca ekranowych "Szczęk" i "Parku Jurajskiego" zasiądzie na fotelu producenta wykonawczego zapowiedzianego serialu Disney+.
Dalsza część artykułu poniżej.
Pełnometrażowy film "Kacper", który ukazał się w kinach ponad trzy dekady temu, jest współcześnie najbardziej rozpoznawalnym dziełem należącym do franczyzy. Jego fabuła skupiała się na losach Kat, nastoletniej córki eksperta od zjawisk paranormalnych, która ze względu na pracę ojca przenosi się z nim do nawiedzonej posiadłości w stanie Maine. Dziewczyna wpada w oko sympatycznemu duszkowi zamieszkującemu poddasze.
W obsadzie produkcji znaleźli się m.in. Christina Ricci ("Rodzina Addamsów"), Bill Pullman ("Ja cię kocham, a ty śpisz"), Malachi Pearson ("Kosmita z przedmieścia"), Cathy Moriarty ("Wściekły Byk"), Eric Idle ("Monty Python i Święty Graal"), Amy Brenneman ("Gorączka") i Brad Garrett ("Wszyscy kochają Raymonda"). Film zarobił w kasach biletowych na całym świecie aż 100 mln dolarów.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/d5d1b71cf4cd838c2e7de088fc516a1b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/d5d1b71cf4cd838c2e7de088fc516a1b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Steven Spielberg został producentem wykonawczym serialu aktorskiego &quot;Kacper&quot;, który trafi na Disney+</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651667,latwogang-wydal-oswiadczenie-ws-usunietego-kontraktu-w-tle-wielka-firma</guid><link>https://natemat.pl/651667,latwogang-wydal-oswiadczenie-ws-usunietego-kontraktu-w-tle-wielka-firma</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 21:38:50 +0200</pubDate><title>Łatwogang wydał oświadczenie ws. &quot;usuniętego kontraktu&quot;. W tle wielka firma</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/62f3cd2f0dfeffa416e35c68cd387d0d,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Łatwogang, który przeprowadził historyczny stream charytatywny na rzecz podopiecznych fundacji Cancer Fighters, po akcji niemal zniknął z internetu. Teraz jednak wydał specjalne oświadczenie ws. jego współpracy z Tymbarkiem, która uległa niespodziewanej zmianie.

W czwartek Łatwogang opublikował w swoich mediach społecznościowych film oraz oświadczenie dotyczące jego kontraktu z firmą Tymbark. Umowę podpisano jeszcze przed startem rekordowej zbiórki, jednak ze względu na ogromny sukces akcji charytatywnej, obie strony zdecydowały się na radykalne kroki, o których twórca postanowił szczegółowo opowiedzieć.
Kontrakt usunięty w cieniu wielkiej akcji
Najważniejszym punktem oświadczenia Łatwoganga jest deklaracja o całkowitej zmianie charakteru współpracy z Tymbarkiem. Twórca poinformował, że ich pierwotnie zaplanowana przed kilkoma miesiącami kampania miała być standardowym, komercyjnym działaniem. Jednak w obliczu emocji towarzyszących zbiórce dla podopiecznych Cancer Fighters, zarówno twórca, jak i marka uznali, że promowanie się na fali tego sukcesu byłoby po prostu nie fair.
Wspólnie podjęto więc decyzję o rezygnacji z udziału Łatwoganga w zaplanowanej wcześniej kampanii promocyjnej. Kontrakt został usunięty, by uniknąć jakichkolwiek podejrzeń o cyniczne wykorzystywanie charytatywnego zrywu Polaków do celów marketingowych.
Cały zysk dla fundacji Cancer Fighters
Łatwogang w swoim oświadczeniu wyjaśnił, że napoje Tymbark z jego podobizną, które pojawią się teraz w sklepach, powstały jeszcze przed startem akcji charytatywnej.
"Dwie jeszcze bardzo ważne kwestie których nie zawarłem w materiale a są bardzo ważne. Po pierwsze Tymbark podczas transmisji obiecał że stworzy napój z którego wszystkie zyski pójdą na rzecz fundacji Cancer Fighters. Ten napój który będzie robił Tymbark jest zupełnie innym napojem niż ten który teraz wychodzi z moim wizerunkiem" – zaznaczył w komunikacie.
Zamiast pozbywać się stworzonego już produktu, co wiązałoby się z ogromnym marnotrawstwem, strony wypracowały nowe rozwiązanie.
„Mój napój wychodzi tylko dlatego, że tak jak już mówiłem, mieliśmy do wyboru wylać napój lub podjąć decyzję, że przeznaczamy cały zysk z napoju na fundację" – wyjaśnił w poście Łatwogang.
Oznacza to, że każda butelka z jego podobizną, która trafi do rąk klientów w już maju, realnie zasili konto Cancer Fighters. Dodatkowo w drodze jest drugi, zupełnie nowy napój, który Tymbark obiecał stworzyć jeszcze podczas trwania transmisji na żywo. W jego przypadku zasada pozostaje ta sama: wszystkie zyski zostaną przekazane na walkę dzieci z nowotworami.

                
                    
                
                "Mało jaka firma by tak postąpiła". Szczere podziękowania twórcy
Łatwogang nie szczędził ciepłych słów pod adresem swojego dotychczasowego partnera biznesowego. Podkreślił, że postawa Tymbarku, który sam zaproponował oddanie pieniędzy ze sprzedaży napojów na cele charytatywne zamiast realizacji komercyjnego kontraktu, jest na polskim rynku rzadkością.
"Mieliśmy wielki kontrakt który od razu usunęliśmy, sami zaproponowali przekazanie pieniędzy z butelek na rzecz fundacji. Naprawdę mogę powiedzieć to z ręką na sercu, że mało jaka firma by tak postąpiła i nie wykorzystała tego na swoją korzyść" – napisał youtuber, zaznaczając, że jego oświadczenie jest zupełnie szczere i nie zostało wymuszone przez żadną agencję.
Na koniec Łatwogang jeszcze raz podziękował wszystkim, którzy brali udział w charytatywnej zbiórce. – Ja już ostatni raz pozwolę sobie podziękować za to, co zrobiliśmy wszyscy razem i mam nadzieje że jako Polska nigdy o tym nie zapomnimy i zawsze będziemy pamiętać o swoich – zakończył.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/62f3cd2f0dfeffa416e35c68cd387d0d,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/62f3cd2f0dfeffa416e35c68cd387d0d,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Łatwogang usuwa kontrakt z Tymbarkiem</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651664,majowka-w-tym-roku-potrwa-az-12-dni-jesli-tylko-nalezysz-do-tej-kasty-wybrancow</guid><link>https://natemat.pl/651664,majowka-w-tym-roku-potrwa-az-12-dni-jesli-tylko-nalezysz-do-tej-kasty-wybrancow</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 20:53:17 +0200</pubDate><title>Majówka w tym roku potrwa aż 12 dni. Jeśli tylko należysz do tej kasty wybrańców</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/beca1c90ddea989531ed82715caba1d5,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kalendarz w tym roku nie był łaskawy. Długi weekend urósł zaledwie o jeden dodatkowy dzień, bo 1 maja wypadł w piątek. Większość z nas wróci więc do biurek i hal produkcyjnych już w poniedziałek, świeższa co najwyżej o te kilkadziesiąt godzin, które zdoła wycisnąć między grillem a powrotem z działki. Ale nie wszyscy. Jest w tym kraju pewna grupa zawodowa, której pojęcie "krótkiej majówki 2026" jest obce.

Są to oczywiście polscy posłowie – naród wybrany, dosłownie i w przenośni. Oni mogą w tym roku liczyć na niemal dwa tygodnie błogiego odpoczynku od trudów służby ojczyźnie.
Pierwsze po majówce obrady komisji sejmowych zaplanowano bowiem... dopiero dwanaście dni od końca 56. posiedzenia Sejmu X kadencji i startu naszego krótko-długiego weekendu. 57. posiedzenie formalnie, ale niespiesznie rusza 12 maja. "Prawdziwe", plenarne obrady planowane są na 13 maja. Wcześniej co prawda zaplanowanych jest kilka spotkań parlamentarnych zespołów do spraw różnych, ale frekwencja na nich nigdy nie jest przesadnie wysoka.
Niespełna dwa tygodnie potrzeba, żeby spokojnie zwiedzić połowę Europy, przeczytać kilka grubych książek, które zawsze czekały na "ten moment", całkiem nieźle podleczyć zdrowie. Eksperci mówią, że niespełna dwa tygodnie wystarczą, aby nauczyć się od podstaw włoskiego lub hiszpańskiego. Można też, rzecz jasna, po prostu odpocząć. Nikt naszym posłom i tego nie zabroni.
Da radę tak śmieszkować dalej i się oburzać. Można by pisać o przywilejach, o oderwaniu od rzeczywistości, o symbolice urlopu parlamentarzystów w czasie, gdy zwykły Kowalski musi się gimnastykować z wnioskiem o urlop na żądanie, błagalnym spojrzeniem mierząc kierownika działu.
12-dniowa majówka 2026 to tylko przykład. Pytań o pracę polskiego Sejmu powinno być więcej
Ale też trzeba przyznać uczciwie, że Sejm zazwyczaj zbiera się co dwa tygodnie. Taki jest rytm polskiego parlamentaryzmu, niezmienny od lat, odporny na rządy i kryzysy jak czarnobylski karaluch na promieniowanie. I właśnie to jest sedno. Problem nie leży w samym harmonogramie, a zawarty jest w długiej litanii pytań o funkcjonowanie polskiego parlamentu.
Na początku której jest w ogóle to, czy 38-mln naród na pewno potrzebuje aż 460 posłów (i nie zapominajmy o 100 senatorach)...
No, ale tym nikt sobie w majówkę głowy zaprzątać nie będzie. Meteorolodzy prognozują ciepło. Na zachodzie kraju termometry mają wskazać nawet 26 stopni. Warunki wręcz wymarzone do leżenia w ogrodzie, spacerów, długich posiedzeń przy stole z rodzina i przyjaciółmi.
Kto wie, może w takich warunkach naszym legislatorom przyjdą do głowy szczególnie trafne pomysły. Po powrocie czeka ich bowiem napięty program: zmiany w Kodeksie karnym i postępowania karnego, reforma w obszarze ochrony zdrowia, korekty prawa oświatowego. Tematy poważne, wymagające skupienia i świeżego po 12 dniach urlopu umysłu.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/beca1c90ddea989531ed82715caba1d5,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/beca1c90ddea989531ed82715caba1d5,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Majówka 2026. W Sejmie będzie trwała prawie dwa tygodnie.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651565,europejska-stolica-odwola-nawet-polowe-lotow-ogromne-utrudnienia-juz-w-maju</guid><link>https://natemat.pl/651565,europejska-stolica-odwola-nawet-polowe-lotow-ogromne-utrudnienia-juz-w-maju</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 20:29:01 +0200</pubDate><title>Europejska stolica odwoła nawet połowę lotów. Ogromne utrudnienia już w maju</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/46293d1bc1f8ed87cb87df05b11a223a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Strajki w branży lotniczej wpływają na życie milionów ludzi. Wszelkie opóźnienia zaburzają siatkę połączeń, a całkowite odwołania lotów mogą uziemić ludzi na długie dni i  godziny. W maju będzie miał miejsce kolejnym strajk, który wpłynie na plany podróżnych w całej Europie.

W 2026 wyjątkowo dużo dzieje się w branży lotniczej. Zaczęło się od Lufthansy, która w pierwszym kwartale strajkowała już trzy razy. Protesty miały ogromny impakt i spowodowały odwołanie setek lotów, także tych z Polski. 
Również teraz sytuacja w branży nie jest stabilna. Wszystko przez kryzys na Bliskim Wschodzie, przez który ceny paliwa lotniczego poszybowały w górę. Odbija się to nie tylko na cenach wakacji. Niektóre linie lotnicze całkowicie zniknęły z rynku. 
Strajk w Belgii sparaliżuje lotnisko
Teraz kolejne ważne europejskie lotnisko zapowiada strajki – jest to Brussels Airport. Wszystko przez trzy główne związki zawodowe (ACV, ABVV i ACLVB), które koncentrują się na warunkach pracy w sektorze lotniczym i zapowiadają protesty na 12 maja 2026 roku. Według "The Brussels Times" nawet połowa lotów zaplanowanych na ten dzień ma być odwołana.
Czego żądają związkowcy? Tak jak w przypadku Lufthansy poszło o emerytury. Przedstawiciele związków zawodowych wskazują na sprzeczności, jakie obowiązują w belgijskim prawie, wedle którego wiek emerytalny dla pilotów w Belgii wynosi 66 lat. Według ostatnich doniesień może on zostać podniesiony do 67 lat. 
Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie to, że przepis nie ma sensu w połączeniu z wytycznymi Unii Europejskiej. Według UE piloci komercyjni mogą latać samodzielnie  jedynie do 60. roku życia. Przez kolejne pięć lat mogą kontynuować działalność zawodową, ale tylko pod warunkiem, że są członkami załogi wieloosobowej, a pozostali członkowie załogi nie ukończyli 60 lat. 65. rok życia to nie tylko pierwszy moment, w którym piloci mogą przejść na emeryturę. To także wiek, po którym mają zakaz dalszego latania w lotnictwie komercyjnym. Argumentem jest tutaj bezpieczeństwo.
W belgijskim prawie znajduje się więc ogromna luka. Bo do osiągnięcia oficjalnego wieku emerytalnego piloci mają cały rok, w którym nie mogą już wykonywać swojego zawodu. W rezultacie wielu pilotów zostaje zwolnionych wcześniej, bez odprawy. 
"To absurdalna sytuacja: piloci są zobowiązani do pracy, ale jednocześnie muszą zaprzestać wykonywania swojej podstawowej działalności w wieku 65 lat. Przepisy są tu ewidentnie wadliwe" – stwierdziły związki zawodowe we wspólnym oświadczeniu.
Sprawdź swój lot. Nie wszystkie informacje na stronie lotniska są aktualne 
Lotnisko w Brukseli poinformowało o strajkach w komunikacie na stronie internetowej. Choć nie podaje konkretnych lotów, radzi, by na bieżąco śledzić powiadomienia przewoźników, którzy mają zaplanowane połączenia z Brussels Airport na ten dzień. 
Według oficjalnego komunikatu rozkład na stronie internetowej lotniska będzie wyświetlał odwołania dopiero po ich wprowadzeniu przez linię lotniczą. Jak na razie nie wszystkie informacje na stronie lotniska są aktualne. Odwołania mogą dotyczyć zarówno przylotów, jak i odlotów. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/46293d1bc1f8ed87cb87df05b11a223a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/46293d1bc1f8ed87cb87df05b11a223a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">W Europie zapowiadane są kolejne strajki lotnicze</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651634,kultowy-program-donalda-trumpa-moze-wrocic-po-latach-wszystko-zostaloby-w-rodzinie</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651634,kultowy-program-donalda-trumpa-moze-wrocic-po-latach-wszystko-zostaloby-w-rodzinie</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 20:04:01 +0200</pubDate><title>Kultowy program Donalda Trumpa może wrócić po latach. Wszystko zostałoby w rodzinie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/e56600fbe717c8ee63c0d83a1e3d67af,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kultowe reality show "The Apprentice" może doczekać się nowych odcinków. Jak podaje "The Wall Street Journal", Amazon rozważa reboot programu na platformie Prime Video. Donald Trump nie wróci jako prowadzący – zamiast obecnego prezydenta, który dzięki programowi stał się jedną z największych telewizyjnych gwiazd lat 2000., gospodarzem miałby zostać jego syn.

Oryginalny "The Apprentice" ("Praktykant") emitowano w latach 2004–2015 w stacji NBC. Program śledził grupę ambitnych przedsiębiorców rywalizujących w zadaniach biznesowych, a co odcinek jedna osoba odpadała po słynnych słowach Donalda Trumpa: "You're fired". 
Zwycięzca sezonu otrzymywał możliwość współpracy z gospodarzem, kreowanym w programie na wszechpotężnego magnata biznesu. Seria doczekała się 186 odcinków, dziewięciu nominacji do Emmy oraz kilku spin-offów, w tym "Celebrity Apprentice" i "The Apprentice: Martha Stewart". Sam Trump stał się telewizyjną ikoną.
Powstanie nowy "The Apprentice"? Syn Donalda Trumpa miałby zostać prowadzącym
Czy "The Apprentice" powróci? Są takie plany, informuje "The Wall Street Journal". Gospodarzem miałby zostać jednak nie Donald Trump – którego wyklucza prezydentura – ale jego syn Donald Trump Jr. 
Na ten moment projekt nie wszedł jeszcze w etap realizacji. Amazon przekazał w oświadczeniu cytowanym przez Variety, że od czasu przejęcia MGM firma prowadziła jedynie wstępne wewnętrzne rozmowy na temat przyszłości kultowego programu.
Rzecznik podkreślił, że reality show nie znajduje się obecnie w aktywnym rozwoju, a wszelkie informacje dotyczące szczegółów produkcji czy potencjalnych nazwisk prowadzących mają charakter spekulacyjny. Dodatkowo źródła "Variety" twierdzą, że nie prowadzono dotąd żadnych rozmów z producentami.
Dalsza część artykułu poniżej.
Według "The Wall Street Journal" za możliwym powrotem "The Apprentice" mają stać szef Amazon MGM Studios Mike Hopkins oraz inni menedżerowie Amazona. Rozmowy miały rozpocząć się wewnętrznie już w ubiegłym roku, mniej więcej w czasie drugiej inauguracji prezydenckiej Donalda Trumpa.
Jeśli reboot otrzyma zielone światło, będzie kolejnym projektem Amazona związanym z rodziną Trumpów. W styczniu platforma pokazała dokument "Melania" poświęcony pierwszej damie Melanii Trump. Film wyreżyserowany przez Bretta Ratnera został zmiażdżony przez krytyków i wywołał kontrowersje, ale według danych Prime Video zanotował najlepsze otwarcie wśród pełnometrażowych produkcji non-fiction platformy w ostatniej dekadzie.
Co ciekawe, sam Donald Trump już wcześniej wskazywał osobę, która jego zdaniem powinna poprowadzić program po jego odejściu w 2015 roku. W rozmowie z Variety ujawnił wówczas, że rekomendował stacji NBC swoją córkę Ivankę Trump. Przyszłego prezydenta zastąpił jednak Arnold Schwarzenegger, który poprowadził jeden sezon "The Celebrity Apprentice" w 2017 roku. Dodajmy, że tytuł "The Apprentice" (w Polsce: "Wybraniec") otrzymał film o Donaldzie Trumpie z 2024 roku.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/e56600fbe717c8ee63c0d83a1e3d67af,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/e56600fbe717c8ee63c0d83a1e3d67af,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jeśli &quot;The Apprentice&quot; wróci, to bez Donalda Trumpa</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651601,blokada-na-zakopiance-tuz-przed-majowka-juz-szykujcie-sie-na-gigantyczne-korki</guid><link>https://natemat.pl/651601,blokada-na-zakopiance-tuz-przed-majowka-juz-szykujcie-sie-na-gigantyczne-korki</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 19:42:43 +0200</pubDate><title>Blokada na Zakopiance tuż przed majówką. Już szykujcie się na gigantyczne korki</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/e914450f30808c50ade6e627ff1faf69,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Tuż przed długim majowym weekendem na kierowców czekają poważne utrudnienia w Małopolsce. Ponownie chodzi o protesty przeciwko budowie trasy S7. Lepiej szykujcie się na paraliż na kluczowych węzłach w okolicach Krakowa. Początek protestów zaplanowano na 30 kwietnia od godziny 15:00.

O szczegółach planowanych blokad informuje m.in. stacja RMF FM. Protesty mają objąć dwa ważne węzły autostrady A4 - Opatkowice oraz Łagiewniki. Ma dojść do blokady na przejściu dla pieszych na łącznicy prowadzącej z autostrady w kierunku Zakopanego. Dokładnie opisuje to "Gazeta Krakowska". Chodzi o: 
węzeł Opatkowice mają blokować protestujący z gmin Mogilany i Myślenice,
węzeł Łagiewniki – blokada protestujących z miasta Krakowa oraz gmin Siepraw, Świątniki Górne, Wieliczka Zachód.

Problem ma być też w kierunku Krakowa. Planowana jest blokada przejścia dla pieszych na ulicy Herberta w rejonie węzła Łagiewnickiego. Radio Kraków podkreśla, że blokady na zjeździe z A4 mogą potrwać od godziny 15:00 do 18:00, a w rejonie ulicy Herberta – od 15:00 do około 17:00. 
Blokada na Zakopiance tuż przed majówką
O co dokładnie chodzi w tych manifestacjach? Mówi o tym dla "Gazety Krakowskiej" Piotr Cygan z Komitetu Mieszkańców Południowych Dzielnic Krakowa Przeciw S7. – Chcemy pokazać główne zagrożenie, jakie wiąże się z wyznaczeniem trasy S7 przez południowe tereny Krakowa. Wprowadzenie takiego rozwiązania groziłoby paraliżem południowej obwodnicy A4. Już teraz często się korkuje, a jeszcze nałożyłby się na to ruch z trasy S7 – tłumaczy. 
Piotr Cygan argumentuje, że do zaakceptowania mogłyby być rozwiązania dotyczące ewentualnego wyznaczenia przebiegu nowej Zakopianki od węzła Bieżanów w Krakowie albo jako osobnej drogi obok zachodniej obwodnicy Krakowa.
Termin protestu wyznaczony na start majówki to oczywiście nie przypadek. Przeciwnicy inwestycji chcą pokazać, co może się wydarzyć, kiedy ruch pojazdów z nowej S7 zostanie wpuszczony na południową obwodnicę Krakowa. A jak wiadomo, przed długim weekendem Polacy tłumami ruszą na południe, żeby spędzić wolne dni m.in. w Tatrach. Służby już apelują o wybieranie innych tras, bo poważne utrudnienia są w zasadzie pewne.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/e914450f30808c50ade6e627ff1faf69,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/e914450f30808c50ade6e627ff1faf69,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Blokada na Zakopiance tuż przed majówką. Już szykujcie się na gigantyczne korki (zdjęcie poglądowe)</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651655,kowalski-odszedl-z-pis-tusk-musial-skomentowac-wystarczylo-1-zdjecie-i-6-slow</guid><link>https://natemat.pl/651655,kowalski-odszedl-z-pis-tusk-musial-skomentowac-wystarczylo-1-zdjecie-i-6-slow</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 19:31:01 +0200</pubDate><title>Kowalski odszedł z PiS, Tusk musiał skomentować. Wystarczyło 1 zdjęcie i 6 słów</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/25daa5d3603a1f1927c1feb650eee504,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Donald Tusk zareagował na decyzję Janusza Kowalskiego o opuszczeniu klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości. Premier zamieścił w mediach społecznościowych archiwalne, a jakże wymowne zdjęcie. Opis do niego był krótki.

W czwartek, 30 kwietnia, poseł Janusz Kowalski poinformował w mediach społecznościowych, że złożył rezygnację z członkostwa w klubie parlamentarnym Prawa i Sprawiedliwości. Na tę wiadomość błyskawicznie zareagowało wielu polityków, w tym premier Donald Tusk. Opublikował on archiwalną fotografię z Kowalskim, opatrując ją także wymownym podpisem.
Donald Tusk reaguje na decyzję Janusza Kowalskiego ws. PiS
Sensacyjna informacja Janusza Kowalskiego o odejściu z klubu PiS wywołała prawdziwą lawinę komentarzy w sieci. Na jeden z najbardziej "sentymentalnych" wpisów zdecydował się premier Donald Tusk.
Szef rządu na portalu X zamieścił krótki, ironiczny komentarz, który najprawdopodobniej odnosił się do czwartkowych wystąpień Kowalskiego w Sejmie, jeszcze jako członka PiS.
"A tak bardzo się dzisiaj starałeś…" – napisał krótko Donald Tusk. Co było oczywiście przytykiem do faktu, iż w Sejmie klęskę poniósł przygotowany właśnie przez Janusza Kowalskiego wniosek o wotum nieufności wobec ministry klimatu i środowiska Pauliny Hennig-Kloski. A przy okazji debaty poprzedzającej głosowanie Koalicja Obywatelska dostała okazję do wypunktowania wielu zaniechań z czasów rządów PiS.

                    
                        
                    
                Jednak nie same słowa przykuły największą uwagę internautów, a dołączone do nich zdjęcie. Premier wyciągnął z archiwum fotografię sprzed lat, na której pozuje ramię w ramię z Januszem Kowalskim. To przypomnienie czasów, o których obecny poseł niezrzeszony wolałby pewnie zapomnieć. A przynajmnie, żeby zapomnieli o nich jego aktualnie wyborcy...
W 2005 roku Kowalski był bowiem krótko związany z Platformą Obywatelską. To właśnie z jej list, choć bez powodzenia, startował wtedy w wyborach do Sejmu. Jak widać, polityczne drogi obu panów bywały kręte, ale stara miłość (partyjna) nie rdzewieje – przynajmniej w archiwach szefa rządu.
Janusz Kowalski odchodzi z klubu PiS
O nagłej decyzji posła jako pierwszy poinformował w czwartek serwis RMF FM, cytując słowa rzecznika prasowego PiS, Rafała Bochenka. Niedługo po tym komunikacie głos zabrał sam Janusz Kowalski, który za pośrednictwem platformy X oficjalnie pożegnał się z partyjnymi kolegami.
"Dziś złożyłem rezygnację z członkostwa w Klubie Parlamentarnym PiS. Serdecznie dziękuję koleżankom i kolegom z PiS za lata świetnej współpracy. Pozostanę posłem niezrzeszonym skupionym na pracy dla Polski" – napisał polityk.

                    
                        
                    
                Decyzja ta oznacza, że traci on ochronę partyjnego szyldu w Sejmie i od teraz będzie występował jako poseł niezrzeszony. Choć Kowalski zapowiada dalszą, intensywną pracę dla kraju, jego odejście to czytelny sygnał o głębokich zmianach zachodzących wewnątrz struktury sejmowej prawicy.
Niepokój w Prawie i Sprawiedliwości
Odejście Janusza Kowalskiego to nie jedyny wstrząs w szeregach największego ugrupowania opozycyjnego. Zaledwie wczoraj informowaliśmy o wykluczeniu z klubu Łukasza Mejzy, co nastąpiło m.in. po głośnej sprawie jego licznych wykroczeń drogowych. Poseł, który pod koniec marca zrzekł się immunitetu w związku z 16 mandatami, miał zgromadzić łącznie aż 168 punktów karnych.
Napięcie w partii podgrzała także kwietniowa inicjatywa Mateusza Morawieckiego. Powstanie Stowarzyszenia Rozwój Plus spotkało się z surową oceną Jarosława Kaczyńskiego, który domagał się od byłego premiera deklaracji lojalności. Po okresie napięć wypracowano jednak "kompromis" – organizacja ma funkcjonować wewnątrz PiS wyłącznie jako "rada ekspercka". Tak skumulowana seria konfliktów i przetasowań personalnych może wskazywać na narastający kryzys w klubie Prawa i Sprawiedliwości.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/25daa5d3603a1f1927c1feb650eee504,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/25daa5d3603a1f1927c1feb650eee504,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Donald Tusk z wymowną reakcją na odejście Janusza Kowalskiego z PiS</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651595,najdluzsze-wakacje-w-zyciu-nie-musza-byc-drogie-wiemy-jak-jechac-na-nie-za-darmo</guid><link>https://natemat.pl/651595,najdluzsze-wakacje-w-zyciu-nie-musza-byc-drogie-wiemy-jak-jechac-na-nie-za-darmo</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 18:41:01 +0200</pubDate><title>Najdłuższe wakacje w życiu nie muszą być drogie. Wiemy, jak jechać na nie za darmo</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/ac6c6c65dd1802701c1e9909e9fa01ab,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Matura za pasem, a już po niej najdłuższe wakacje życia dla tysięcy uczniów z całej Polski. Dla wielu maturzystów oznacza to pierwsze wyjazdy. Chociaż wielu decyduje się na krótki urlop, my znamy sposób, jak te najdłuższe wakacje życia spędzić za darmo. Wyjechać można nawet na kilka miesięcy.

Dla niemal 320 tys. uczniów w Polsce maj to stresujący okres. Jest to czas, w którym muszą podejść do jednego z najważniejszych egzaminów w życiu. Na szczęście ten trudny czas nie trwa wiecznie. Wkrótce po nim rozpoczynają się najdłuższe wakacje w życiu. Dla osób, które w październiku idą na studia, będą one trwały niemal pięć miesięcy. Choć wielu uczniów wykorzystuje ten czas, by iść do pracy, wiele osób postanawia uczcić zakończenie szkolnego etapu w życiu wyjazdem. 
Maturzyści jadą na wakacje
Z raportu grupy eSky wynika, że coraz więcej maturzystów decyduje się na zagraniczne wyjazdy po egzaminach. Według danych, średnia długość wyjazdu wynosi około pięciu dni. Młodzi podróżnicy stawiają zarówno na city breaki, jak i na klasyczne siedmiodniowe wakacje. Co ciekawe, aż 26 procent pytanych osób wybiera wygodę i jedzie na wczasy all inclusive. 
Jednak nie dla wszystkich wakacje muszą kończyć się na tygodniowym urlopie. Istnieją sposoby, by czas po maturze spędzić w całości za granicą. Sama zrobiłam tak po swojej maturze w 2022 roku, kiedy pojechałam do Włoch, by pracować w hostelu. A w dodatku za nocleg nie zapłaciłam ani grosza. 
Jak jechać za darmo na najdłuższe wakacje życia?
Sposobem na darmowe wakacje jest tzw. volunteer tourism, czyli turystyka połączona z wolontariatem. Jest ona szczególnie popularna wśród młodych ludzi, którzy nie mają stałej pracy i nie poszli jeszcze na studia. Wszystko dlatego, że wymaga ona przede wszystkim dużych nakładów czasu.
Oferty wolontariatu są przeróżne. Na stronach internetowych takich jak Worldpackers czy Workaway ogłaszają się gospodarze z całego świata. Wolontariat możesz znaleźć w hostelach, na farmach czy w schroniskach dla zwierząt. W większości nie potrzebujesz  wielkiego doświadczenia, a jedyne, co musisz ustalić z gospodarzem, to czas swojego pobytu. 
Każda oferta jest unikalna, ale wszystko łączy to, że nie musisz płacić za swój pobyt na miejscu. W ten sposób przez 4 tygodnie mieszkałam za darmo w hostelu w Palermo na Sycylii. Dodatkowo dostawałam tygodniowe kieszonkowe na jedzenie. W zamian za to pracowałam przez cztery dni w tygodniu na recepcji, a na miejscu poznałam grupę wolontariuszy z całego świata – Kanady, Niemiec, Stanów Zjednoczonych czy Meksyku. 
Turystyka połączona z wolontariatem jest świetnym pomysłem nie tylko dlatego, że pozwala zaoszczędzić pieniądze. To także dobry pomysł na podróż solo. Bo chociaż zazwyczaj jedziesz do takich miejsc sam, na miejscu zawsze poznasz masę ludzi, z którymi w wolnym czasie możesz zwiedzać kraj. Jest to także sposób na świadome podróżowanie. Wiele ofert dotyczy opieki nad zwierzętami bądź włączenia się w lokalną społeczność, np. w roli nauczyciela języka obcego. Dla osób, którym taki rodzaj podróżowania przypada do gustu, jedna z greckich wysp oferuje darmowy pobyt.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/ac6c6c65dd1802701c1e9909e9fa01ab,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/ac6c6c65dd1802701c1e9909e9fa01ab,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Maturzyści niedługo ruszą na wakacyjne wyjazdy</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651571,tomasz-rozek-w-wieczorze-natemat-ujawnia-kto-manipuluje-nauka-naduzycia-zdemaskowane</guid><link>https://natemat.pl/651571,tomasz-rozek-w-wieczorze-natemat-ujawnia-kto-manipuluje-nauka-naduzycia-zdemaskowane</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 18:04:14 +0200</pubDate><title>Tomasz Rożek w &quot;Wieczorze naTemat&quot; ujawnia, kto manipuluje nauką. Nadużycia zdemaskowane</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/9f12b3c74633ef21272be79253b71dec,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Czy jeśli coś brzmi naukowo, to znaczy, że jest prawdziwe? Dr Tomasz Rożek w "Wieczorze naTemat" ostrzega, że język nauki bywa dziś jednym z najskuteczniejszych narzędzi manipulacji. Używanym przez polityków, korporacje, media i tych, którzy chcą sprzedać nam wygodną, ale nieprawdziwą wersję rzeczywistości.

Dlaczego tak łatwo dajemy się nabrać, kiedy ktoś mówi: "naukowcy udowodnili", "eksperci twierdzą", "badania pokazują"? Odpowiada na to książka "Władza, Pieniądze, Nauka. Jak chciwość, ideologia i szaleństwo wypaczyły badania naukowe". 
Jej autor dr Tomasz Rożek, fizyk, naukowiec i nauczyciel oraz publicysta, w "Wieczorze naTemat" rozprawia się z fałszywymi badaniami, ale też tłumaczy, jak nie dać się nabrać oraz czym jest prawdziwa nauka. Rozmawiamy ponadto o religii czy eksploracji kosmosu.

                    
                "Nauka nie polega na wierze"
Dr Tomasz Rożek stawia sprawę jasno: problemem nie jest nauka, tylko to, jak często jej język zostaje użyty przeciwko odbiorcom.
– Ta książka powstała z troski. Coraz częściej zaczęły nachodzić mnie myśli, że rzeczywiście mamy kłopot ze zrozumieniem, czym jest nauka. Mamy kłopot ze zrozumieniem, jak badania naukowe są prowadzone. Stąd się bierze cała masa nieporozumień, a przede wszystkim taka nieodporność na różnego rodzaju fałszywe przekazy – mówi.
Jak podkreśla, nauka nie polega na wierze w cokolwiek. To nie nauka, to religia polega na tym, że wierzymy w rzeczy, których nie da się wyjaśnić. 
Nauka jako narzędzie polityki
Jednym z najmocniejszych fragmentów rozmowy jest opowieść o eugenice. To przykład tego, jak realne odkrycia naukowe mogą zostać wypaczone przez władzę. W skrócie – chodziło o stworzenie super-człowieka, któremu eliminujemy złe geny i cechy, jak u roślin czy zwierząt.
– W książce opisuję mechanizmy, które stały nie za uprawianiem badań naukowych, tylko za wykorzystaniem nauki, po to, żeby ociągać różne cele. I to jest o tyle ważne, że my dzisiaj wcale nie mniej, a moim zdaniem bardziej niż kiedykolwiek wcześniej ulegamy tego typu manipulacjom – ostrzega dr Rożek.
Podaje konkretny przykład eugeników, którzy twierdzili, że jeżeli cechy są dziedziczone to można mieć na nie wpływ.
– Jeśli z grubsza rozumiemy to dziedziczenie w cech w przypadku roślin i niektórych zwierzęt, jeżeli potrafimy tak manipulować sztucznym doborem genów, żeby niektóre cechy wzmacniać, a inne wygaszać, to dlaczego nie mamy tego robić u ludzi. Dlaczego nie mamy projektować świadomie społeczeństw w ten sposób, że niepożądane cechy występujące w tych społeczeństwach za wszelką cenę będziemy się starali wygaszać – opowiada, ostrzegając przed tego rodzaju wykorzystywaniem nauki. 
"Amerykańscy naukowcy udowodnili". Czyli clickbait w fartuchu
Rożek punktuje też media, które chętnie przykrywają sensację etykietą naukowości.
– Zaglądając na dowolny portal, w dowolnym dniu tygodnia, niemal zawsze trafia się na artykuł, w którym albo w tytule, albo we wstępie pada stwierdzenie: "amerykańscy naukowcy udowodnili". Często niczego takiego nie udowodnili. Po prostu ktoś chciał zrobić clickbait – mówi.
Dlatego najnowsza książka Tomasza Rożka nie jest wygodna, skłania do myślenia, ale też daje narzędzia do odróżniania realnej nauki od manipulacji i teorii spiskowych. Choć granica jest bardzo cienka, to są sposoby, by rozróżnić jedno od drugiego.
Korporacje, papierosy i metoda "poczekajmy"
W rozmowie pada też przykład firm tytoniowych, które przez lata nawet nie musiały zaprzeczać faktom negatywnego wpływu palenia tytoniu na zdrowie. Jednak, gdy to już przestało się sprawdzać, bo dane mówiły konkretnie co się dzieje i dłużej nie można było unikać tematu, wtedy zaczęto... zasiewać wątpliwości.
– Stworzono instytucje, których nazwy brzmiały bardzo naukowo. Zaczęto produkować raporty marketingowe, PR-owe, nie wiem, jak je zwać, które nie były badaniami naukowymi, ale które używając języka nauki, nawet nie pojedynczych słów a pewnego formalizmu naukowego, sprawiały wrażenie, że są badaniami naukowymi, którymi nigdy w życiu nie były – tłumaczy dr Rożek.
Mechanizm jest prosty i niezwykle skuteczny. Nie trzeba zaprzeczać czy się tłumaczyć. Wystarczy powiedzieć: "nie wiadomo, poczekajmy, nie wszystkie badania są jednoznaczne".
Challenger, czyli presja na sukces, która może zabić
Jednym z najbardziej poruszających fragmentów "Wieczoru naTemat" jest przypomnienie katastrofy promu Challenger. Tomasz Rożek nie mówi o niej jak o hollywoodzkim dramacie, ale jak o lekcji odpowiedzialności.
– Mieli pełną świadomość, że może dojść do katastrofy. Co więcej, eksperci, inżynierowie z firmy, która produkowała te silniki, ostrzegali przed możliwą awarią z powodu wydawałoby się błahej uszczelki. Przestrzegali, że ona strzeli, ponieważ jeżeli temperatura powietrza na zewnątrz spada poniżej pewnej wartości, guma z tej uszczelki przestaje być elastyczna i staje się twarda i łamliwa. I ona przestaje spełniać rolę uszczelki. No i strzeliła, zabijając ludzi kilkadziesiąt sekund po starcie – opowiada.
Jednak i tu można dostrzec piękno nauki, która pozwala dać odpowiedź na to, co zawiodło i jakie wnioski wyciągać na przyszłość, by do takich tragedii nie dochodziło. 
– To jest siła nauki właśnie, że znajdujemy błąd. Kluczowe to wyciągnąć wnioski z tego błędu – dodaje Rożek.
Nauka nie zawsze wie, dokąd zmierza. I na tym polega jej sens
Dr Tomasz Rożek pięknie tłumaczy też, dlaczego nauki ścisłe bywają niezrozumiane przez polityków i opinię publiczną. Bo polityka lubi konkret: droga ma prowadzić z punktu A do B, lotnisko ma obsłużyć pasażerów, inwestycja ma się spiąć w Excelu. Z badaniami tak nie jest.
– Bardzo często w naukach, mówiąc szeroko – ścisłych, nie da się wyznaczyć konkretnego celu. Bo nawet taki cel, taka wyznaczona meta w badaniach naukowych nie jest ich istotą. Sama droga jest celem i to, co przy okazji udaje się odkryć. Stąd często robi się coś, nie znając efektu i na początku nie wiedząc po co konkretnie – tłumaczy. 
Dlatego w rozmowie pojawia się wątek CERN oraz protokołu WWW, bez którego dziś nie wyobrażamy sobie normalnego funkcjonowania. Niemożliwe byłoby choćby czytanie strony jak ta. 
Natomiast to wynalazek, który powstał przy okazji. Badania naukowe prowadzone w tym przypadku przez amerykańskich naukowców w Europie sprawiały, że samolotem trzeba było przewozić dyski twarde z danymi. Kłopot z zabezpieczeniem plików, ich wagą i objętością oraz skomplikowaniem transportu sprawił, że powstała sieć – najpierw naukowa, do przesyłania badań na odległość, a później to, co dziś znamy jako internet.  
Edukacja to jedyna realna obrona
W języku polski nauka odnosi się zarówno do badań jak i do edukacji. Nieco inaczej jest choćby w języku angielskim, gdzie jest "science" oraz "education". Jednak to właśnie poprzez edukację zdobywamy nie tylko narzędzia do prowadzenia badań naukowych, ale też do obrony samych siebie przed manipulacjami. 
– W książce opisałem 18 przykładów, rozbijając na drobne mechanizm, jaki stał za manipulacją w danym temacie. Chroniąc naukę i dbając o to, by nie dać się zmanipulować. Uważam, że edukacja to jest być może jedyna rzecz, która jest w stanie w sposób trwały zmienić los człowieka – podkreśla fizyk. 
"Wieczór naTemat", którego gościem jest dr Tomasz Rożek, dostępny jest na naszym kanale YouTube. Zachęcamy do obejrzenia tej rozmowy w całości.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/9f12b3c74633ef21272be79253b71dec,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/9f12b3c74633ef21272be79253b71dec,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tak nas oszukują! Tomasz Rożek rozprawia się ze spiskami polityków i korporacji. Zobacz &quot;Wieczór naTemat&quot;.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651646,robert-de-niro-w-thrillerze-netflixa-od-ktorego-skora-cierpnie-obsada-to-sztos</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651646,robert-de-niro-w-thrillerze-netflixa-od-ktorego-skora-cierpnie-obsada-to-sztos</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 17:41:02 +0200</pubDate><title>Robert De Niro w thrillerze Netflixa, od którego skóra cierpnie. Obsada to sztos</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/e6810356e933bda572ead2420de37ad6,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Netflix szykuje jeden z najmocniej zapowiadających się thrillerów roku. Platforma oficjalnie ogłosiła datę premiery filmu "Szeptacz", ekranizacji bestsellerowej powieści Alexa Northa. Obsada jest gwiazdorska, a Robert De Niro to dopiero początek.

"Szeptacz" zapowiada się na thriller psychologiczny z prawdziwego zdarzenia, a Netflix postawił na gwiazdy najwyższego kalibru. W głównej roli zobaczymy Adama Scotta ("Rozdzielenie", "Parks and Recreation", "Wielkie kłamstewka"), któremu partnerować będzie Robert De Niro. Sam udział dwukrotnego laureata Oscara sprawia, że o filmie zrobiło się głośno – w końcu mówimy o jednym z najwybitniejszych aktorów w historii kina, gwieździe "Taksówkarza", "Wściekłego byka", "Chłopców z ferajny", "Ojca chrzestnego II" czy "Irlandczyka".
W obsadzie znaleźli się również Michelle Monaghan ("Detektyw", "Biały Lotos"), nominowany do Oscara Michael Keaton ("Batman", "Sok z żuka", "Birdman"), John Carroll Lynch ("Zodiak", "Fargo"), Hamish Linklater ("Nocna msza", "Gen V") oraz Owen Teague ("Każdego dnia", "Królestwo Planety Małp"). Nazwiska sugerują, że Netflix celuje w kino gatunkowe z wyższej półki, a nie kolejną średniawkę do katalogu, która, owszem, podbije rankingi, ale... nie serca krytyków i widzów.

            
                
            
            O czym jest "Szeptacz"? Adam Scott i Robert De Niro na tropie seryjnego mordercy
Film jest oparty na bestsellerowej książce "The Whisper Man" Alexa Northa (w Polsce wydanej pod nazwą "Szeptacz"). Historia opowiada o Tomie Kennedym, wdowcu i autorze kryminałów, który po śmierci żony próbuje na nowo ułożyć sobie życie oraz odbudować relację ze swoim ośmioletnim synem. Gdy chłopiec zostaje porwany, mężczyzna nie ma wyboru i zwraca się o pomoc do ojca, z którym od dawna nie ma kontaktu. Ten jest emerytowanym policjantem, a jego doświadczenie może okazać się kluczowe. 
Dalsza część artykułu poniżej.
Szybko okazuje się, że sprawa ma znacznie mroczniejsze tło. Zaginięcie dziecka może być powiązane z serią zbrodni, które wstrząsnęły lokalną społecznością wiele lat wcześniej. Ich sprawca otrzymał przydomek "The Whisper Man", ponieważ miał zwyczaj szeptać pod oknami swoich małych ofiar, zanim dochodziło do tragedii. 
Za reżyserię odpowiada James Ashcroft, twórca cenionego thrillera "Klątwa Jenny Pen". Scenariusz napisali Ben Jacoby oraz Chase Palmer. Producentami projektu są m.in. Anthony Russo i Joe Russo, czyli duet odpowiedzialny za część największych hitów Marvela. Premiera na Netflix już 28 sierpnia.
Czy "Szeptacz" pobije sukces najnowszego hitu Netflixa, "Alfy"? Będzie ciężko, bo survivalowy thriller z Charlize Theron (która sama wykonywała kaskaderskie sceny) i Taronem Egertonem jest "jedynką" w aż 90 krajach. Ale może krytycy będą łaskawsi.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/e6810356e933bda572ead2420de37ad6,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/e6810356e933bda572ead2420de37ad6,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">&quot;Szeptacz&quot; zapowiada się mrocznie</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651547,kwasniewski-wystawil-akt-zgonu-polityce-i-ma-racje-bo-rzadza-nami-predatorzy-z-maczuga</guid><link>https://natemat.pl/651547,kwasniewski-wystawil-akt-zgonu-polityce-i-ma-racje-bo-rzadza-nami-predatorzy-z-maczuga</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 17:18:22 +0200</pubDate><title>Kwaśniewski wystawił akt zgonu polityce. I ma rację, bo rządzą nami predatorzy z maczugą</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/2556ffd33ef2f4a183f4af2191b8a2a5,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Aleksander Kwaśniewski w rozmowie z naTemat.pl nie tylko skrytykował Karola Nawrockiego i Donalda Trumpa. Były prezydent mimochodem wystawił akt zgonu polityce, jaką znaliśmy do tej pory – tej opartej na niuansie, dystansie, kompromisach i (choćby udawanym) szacunku do instytucji. Bo oto dożyliśmy momentu, w którym politycy trzymają w rękach maczugę.

Kiedy czytam diagnozy stawiane przez Aleksandra Kwaśniewskiego, czuję ukłucie nostalgii. Za czasami, gdy polityka – ta nasza, polska, ale też światowa – była oczywiście szachami, ale jednak nie walką w klatce MMA. A tymczasem niektórzy nasi rodzimi parlamentarzyści zamierzają wejść do tej klatki już nawet na poważnie. 
Były prezydent dotknął nerwu, który pulsuje w Polsce od lat: całkowitej wymiany politycznych elit dyplomatycznych na polityczne elity emocjonalne. Aleksander Kwaśniewski w wywiadzie w naTemat.pl mówi m.in. o "psychologii radykalnej" Karola Nawrockiego. Ja nazwałbym to dosadniej: politycznym drapieżnictwem, które nie jest domeną wyłącznie polskiego prezydenta. 
Koniec ery "szarych eminencji"
Ale jeśli już mówimy o prezydencie Nawrockim... Chyba każdy już to dostrzegł, że to nie jest typ urzędnika, który po nocach studiuje traktaty. To typ "fajtera", który udowodnił niedawno, że konferencje prasowe są dla niego jak wejście do ringu. I tylko czekać, aż inni politycy jemu przychylni pójdą tą samą drogą. Część z nich już to robiła – co prawda nie w takim stopniu i zanim prezydent Polski zbeształ dziennikarza jak kibol na stadionie.
Ale jak wiadomo – kropla drąży skałę, a Nawrocki, który w Kanale Zero oświadczył ostatnio, że w stosunku do reportera TVN24 jego "reakcja była prawidłowa", daje impuls swoim poplecznikom. W myśl zasady: "bo skoro prezydent może, to ja przecież też". 
I to jest w tym wszystkim najbardziej przerażające. My, jako społeczeństwo, przestaliśmy oczekiwać od politycznych liderów mądrości. Zaczęliśmy od nich oczekiwać "zaorania" przeciwnika. I najlepiej, żeby taki lider wziął jeszcze maczugę w rękę i zmiótł nią rywala z powierzchni ziemi. Wtedy to dopiero by było fajnie, prawda? 

                
                    
                
                Bo radykalizacja, o której mówi prezydent Kwaśniewski, to już nie tylko wyjątek od reguły, coś przeznaczone dla jednostki. To już produkt rynkowy. A dzisiejsza klasa polityczna, nie cała, ale w większości, jest idealnie skrojona pod czasy, w których liczą się trzy rzeczy. 
1. Wizualny "maczyzm", czyli prężenie muskułów, zamiast prężenia intelektu. 
2. Zerojedynkowość, czyli kto myśli inaczej ja, jest moim wrogiem. 
3. Pogarda dla procedur, bo przecież "wola suwerena" (czytaj: moja wola) stoi ponad jakimś tam paragrafem. 
Do dziś panuje opinia, że "prawdziwi faceci muszą czasem dać sobie po mordzie". Jednak od polityków oczekiwałbym jednak uprawiania polityki na poziomie. Jak będę chciał zobaczyć "dawanie sobie po mordzie", to włączę sobie walkę boksu w telewizji. 
Dyplomacja na poziomie bójki dzieciaków na podwórku
Urzeka mnie również (w sposób makabryczny) to wszędobylskie poklepywanie się po ramionach. Bo to jest chyba kwintesencja współczesnej radykalizacji polityki. Dziś sukcesem nie jest wynegocjowanie korzystnej umowy, ale to, czy taki Donald Trump lub inny populistyczny idol polityczny uśmiechnie się do nas na zdjęciu. I pochwali przed kamerami słowami "He's a good guy". 
Na polskim poletku największym problemem jest natomiast to, że radykalizm stał się paliwem. Jedynym. I, co jeszcze gorsze, za przyzwoleniem tych, którzy raz na 4 czy 5 lat idą do urn. A takie podejście dewastuje państwo od środka. Bo gdy radykalizm wchodzi z butami do polityki, znika pojęcie "dobra wspólnego". Zostaje tylko "nasze" i "ich". 
Kwaśniewski ostrzega nas przed polityką "krótkiego lontu". Przestrzegają przed tym także mądrzy eksperci i komentatorzy, ale ich głos niknie gdzieś w tym wszędobylskim krzyku, wzajemnym "oraniu się". Jeśli zaakceptujemy ten styl jako normę, to za chwilę jedyną formą dialogu w Polsce będzie krzyk. Darcie się. Wygrażanie palcem. I nie tylko w polityce. A z krzyku, jak uczy historia, rzadko rodzi się coś, co przetrwa próbę czasu. 
Radykalizacji w każdym spectrum powinniśmy bać się jak ognia. Ale powinniśmy bać się także czegoś więcej – tego, że po prostu się do niej przyzwyczailiśmy. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/2556ffd33ef2f4a183f4af2191b8a2a5,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/2556ffd33ef2f4a183f4af2191b8a2a5,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Oto mamy świat, w którym politycy trzymają w rękach maczugę.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651649,janusz-kowalski-odchodzi-z-klubu-pis-juz-wiadomo-jaka-role-przyjmie-w-sejmie</guid><link>https://natemat.pl/651649,janusz-kowalski-odchodzi-z-klubu-pis-juz-wiadomo-jaka-role-przyjmie-w-sejmie</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 16:56:11 +0200</pubDate><title>Janusz Kowalski odchodzi z klubu PiS. Już wiadomo, jaką rolę przyjmie w Sejmie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/fce9584861548b55619e544d8aa48f57,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Poseł Janusz Kowalski oficjalnie potwierdził, że złożył w czwartek rezygnację z członkostwa w klubie parlamentarnym Prawa i Sprawiedliwości. Wiadomo już, jaka będzie jego nowa rola w sejmowej układance.

O sensacyjnej rezygnacji Janusza Kowalskiego z członkostwa w klubie parlamentarnym Prawa i Sprawiedliwości poinformował dzisiaj RMF FM. "Jego rezygnacja została przyjęta" – przekazał krótko serwisowi rzecznik prasowy PiS, Rafał Bochenek. Niedługo po tej wypowiedzi do sprawy odniósł się już sam poseł.
Janusz Kowalski odchodzi z PiS
Janusz Kowalski, jeden z najbardziej wyrazistych i bezkompromisowych polityków prawicy, postanowił zakończyć swój etap w klubie parlamentarnym Prawa i Sprawiedliwości. Swoją decyzję ogłosił w czwartek w mediach społecznościowych, gdzie w dyplomatycznym tonie podziękował partyjnym kolegom za dotychczasowe działania i lata spędzone we wspólnym klubie.
"Dziś złożyłem rezygnację z członkostwa w Klubie Parlamentarnym PiS. Serdecznie dziękuję koleżankom i kolegom z PiS za lata świetnej współpracy. Pozostanę posłem niezrzeszonym skupionym na pracy dla Polski" – napisał Janusz Kowalski na platformie X.

                    
                        
                    
                Decyzja ta oznacza, że polityk traci ochronę partyjnego szyldu w Sejmie i od teraz będzie występował jako poseł niezrzeszony. Choć Kowalski zapowiada dalszą, intensywną pracę dla kraju, jego odejście to czytelny sygnał o głębokich zmianach zachodzących wewnątrz struktury sejmowej prawicy.

Co oznacza nowa rola Kowalskiego w sejmowej układance
Odejście Janusza Kowalskiego to nie tylko zmiana w sejmowym układzie, ale przede wszystkim sygnał o trwających przetasowaniach wewnątrz prawicy. Jako poseł niezależny, Kowalski staje się teraz "wolnym strzelcem", co daje mu unikalną pozycję w debatach publicznych. Jego ruch może być zarówno wstępem do budowy nowego projektu politycznego, jak i formą nacisku na dotychczasowych koalicjantów.
Janusz Kowalski był związany z Prawem i Sprawiedliwością od 2002 roku, jednak przez wiele lat nie angażował się aktywnie w działalność partii. Do Sejmu wszedł w 2019 roku jako reprezentant Solidarnej Polski, startując z list PiS. W rządzie Mateusza Morawieckiego pełnił funkcje wiceministra aktywów państwowych, a następnie wiceministra rolnictwa i rozwoju wsi.
Problemy Prawa i Sprawiedliwości
Odejście Janusza Kowalskiego to nie jedyny wstrząs w szeregach największego ugrupowania opozycyjnego. Zaledwie wczoraj informowaliśmy o wykluczeniu z klubu Łukasza Mejzy, co nastąpiło m.in. po głośnej sprawie jego licznych wykroczeń drogowych. Poseł, który pod koniec marca zrzekł się immunitetu w związku z 16 mandatami, miał zgromadzić łącznie aż 168 punktów karnych.
Napięcie w partii podgrzała także kwietniowa inicjatywa Mateusza Morawieckiego. Powstanie Stowarzyszenia Rozwój Plus spotkało się z surową oceną Jarosława Kaczyńskiego, który domagał się od byłego premiera deklaracji lojalności. Po okresie napięć wypracowano jednak "kompromis" – organizacja ma funkcjonować wewnątrz PiS wyłącznie jako "rada ekspercka". Tak skumulowana seria konfliktów i przetasowań personalnych może wskazywać na narastający kryzys w klubie Prawa i Sprawiedliwości.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/fce9584861548b55619e544d8aa48f57,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/fce9584861548b55619e544d8aa48f57,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Janusz Kowalski odchodzi z PiS</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651631,prognoza-pogody-jak-alarm-burze-ulewy-i-grad-juz-wiadomo-kiedy-nadejda</guid><link>https://natemat.pl/651631,prognoza-pogody-jak-alarm-burze-ulewy-i-grad-juz-wiadomo-kiedy-nadejda</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 16:22:46 +0200</pubDate><title>Prognoza pogody jak alarm. Burze, ulewy i grad – już wiadomo, kiedy nadejdą</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/1aec4b7b36a651e24304fff6a91fff91,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Nadchodzący ciepły długi weekend daje nam wreszcie nadzieję na to, że rozpalimy grilla i spędzimy czas na zewnątrz. Radość potrwa jednak krótko – tuż po majówce w Polsce na dobre rozpocznie się sezon burzowy z silnymi opadami, a nawet gradem.

Ostatnie wiosenne zawirowania pogody, takie jak przymrozki czy silne wichury w końcu odchodzą w niepamięć. Przed nami iście majówkowe dni wypełnione słońcem oraz wysokimi temperaturami, co niestety wiąże się też ze wzrostem zagrożenia pożarowego w lasach. Sielanka nie potrwa jednak wiecznie, bo już od przyszłego tygodnia czeka nas gwałtowne załamanie pogody.
Słońce tylko do niedzieli. Front wywróci pogodę do góry nogami
Zgodnie z najnowszymi prognozami IMGW, zbliżający się długi weekend zapowiada się wyjątkowo ciepło i słonecznie. W piątek, 1 maja, będzie jeszcze stosunkowo "najzimniej", ponieważ temperatura na terenie większości kraju nie przekroczy 20 stopni Celsjusza. Kolejne dni przyniosą już jednak zdecydowanie wyższe wartości. W sobotę, 2 maja, w całym kraju będzie bezchmurnie i bez opadów, a temperatura w większości regionów wyniesie powyżej 20 stopni Celsjusza.
Również w niedzielę, 3 maja, będziemy cieszyć się słoneczną aurą i wysokimi wartościami na termometrach. Niestety, załamanie nadejdzie pod koniec dnia, prawdopodobnie w godzinach wieczornych. To właśnie wtedy nad nasz kraj nadciągnie chłodny front atmosferyczny, który wywróci pogodę do góry nogami. Wzrost zachmurzenia przyniesie ze sobą przelotne deszcze o umiarkowanym bądź intensywnym natężeniu. Miejscami mogą wystąpić także groźne wichury oraz grad.

Nadchodzi sezon burzowy. Na co musimy się przygotować?
Od poniedziałku do środy (4–6 maja) na terenie kraju będą formować się z kolei rozproszone komórki burzowe. Zjawiska te, typowe dla letniego sezonu, będą pojawiać się przede wszystkim w godzinach popołudniowych i wieczornych. Choć burze będą miały charakter lokalny, ich przebieg może być bardzo gwałtowny.
W krótkim czasie może spaść od 20 do 30 mm deszczu na metr kwadratowy. Tak intensywne ulewy niosą ze sobą ryzyko lokalnych podtopień. Grad, którego średnica może osiągnąć nawet 2 cm, stanowi realne zagrożenie dla wiosennych upraw oraz naszych samochodów pozostawionych pod gołym niebem. Z kolei porywisty wiatr, osiągający prędkość do 90 km/h, może łamać gałęzie drzew, a w skrajnych przypadkach zrywać linie energetyczne, co skutkuje przerwami w dostawie prądu.
Mimo tych niebezpiecznych zjawisk, początek tygodnia pozostanie bardzo ciepły. W najgorętszych momentach dni termometry wskażą od 20 do 25 stopni Celsjusza. Ciepłe będą również noce i poranki, podczas których temperatura nie powinna spadać poniżej 10 stopni Celsjusza, co jest dużą zmianą względem ostatnich przymrozków.
Czwartek przyniesie wielką zmianę. Koniec majówkowego ciepła
Sytuacja zmieni się diametralnie w czwartek, 7 maja. To właśnie wtedy z zachodu na wschód kraju przejdzie zdecydowanie aktywniejszy front atmosferyczny. Za nim natomiast zacznie spływać znacznie chłodniejsze powietrze. Oznacza to gwałtowny spadek temperatury, która w ciągu dnia zatrzyma się w przedziale od 10 do 15 stopni Celsjusza.
Po kilku dniach niemal letniej aury, będziemy musieli ponownie wrócić do cieplejszych ubrań. Warto więc wykorzystać nadchodzącą majówkę na odpoczynek na świeżym powietrzu, pamiętając jednocześnie o zabezpieczeniu mienia przed burzami, które nadciągną tuż po weekendzie.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/1aec4b7b36a651e24304fff6a91fff91,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/1aec4b7b36a651e24304fff6a91fff91,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Gdzie spadnie grad?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651628,lukasz-mejza-wycenia-sie-wysoko-z-pis-do-klatki-prime-mma-na-razie-nie-idzie</guid><link>https://natemat.pl/651628,lukasz-mejza-wycenia-sie-wysoko-z-pis-do-klatki-prime-mma-na-razie-nie-idzie</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 16:09:25 +0200</pubDate><title>Łukasz Mejza wycenia się wysoko. Z PiS do klatki Prime MMA na razie nie idzie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/51a76386529205ff73eab6485b18bcf1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Łukasz Mejza bardzo wysoko wycenił swoją markę i umiejętności w oktagonie. Zaraz po tym, jak polityk ogłosił chęć udziału we freak fightach, został niespodziewanie wyrzucony z klubu PiS. Do samej walki jednak najpewniej w ogóle nie dojdzie z powodu jego gigantycznych roszczeń finansowych.

Wczoraj media obiegła zaskakująca informacja o ambicjach sportowych znanego polityka. 34-letni Łukasz Mejza stwierdził, że chętnie sprawdzi się w oktagonie. Chwilę po tym poseł pożegnał się z klubem parlamentarnym PiS. A walką chciał właśnie zyskać rozgłos, by dostać się na listy w przyszłych wyborach parlamentarnych.
Łukasz Mejza w Prime MMA. Poseł chciał przejść do historii
Łukasz Mejza niedawno kibicował Przemysławowi Czarneckiemu podczas wygranego starcia z Piotrem Korczarowskim na Prime MMA. "Rzeczpospolita" ustaliła, że pojawił się na gali nieprzypadkowo, bo federacja chciała go zwerbować. Miał już wymyślony nawet pseudonim: "Pirat", adekwatny do jego drogowych wyczynów.

                
                    
                
                "Szczerze? Rozważam. Dopuszczam taką możliwość. Byłbym pierwszym czynnym posłem w Europie, który wziąłby udział w takim wydarzeniu, więc stawka za walkę musiałaby być adekwatna" – przyznał Mejza. Zaznaczył, że wydarzenie potraktowałby charytatywnie.
Ujawniono również nazwisko potencjalnego rywala. Na celowniku znalazł się Jacek "Muran" Murański, znany z epizodycznych ról w serialach, ale i kryminalnej przeszłości. Rozmowy z organizatorami były na bardzo zaawansowanym etapie, a jedyną przeszkodę stanowiły właśnie finanse.
Wyrzucenie z klubu PiS. Błyskawiczna decyzja partii
Ambitne plany niespodziewanie odbiły się rykoszetem na politycznej karierze. Tego samego dnia pod wieczór gruchnęła wieść o decyzji władz partyjnych. Rafał Bochenek w komunikacie na platformie X uciął wszelkie narastające wokół posła spekulacje.
"Od dzisiaj, po rozmowie z kierownictwem partii i klubu parlamentarnego PiS, poseł Łukasz Mejza przestaje być członkiem klubu PiS. Jednocześnie informujemy, iż członkiem partii nigdy nie był" – przekazał twardo rzecznik ugrupowania.

                    
                        
                    
                Sam Mejza przedstawił w sieci nieco inną wersję. Z jego wpisu wynikało, że to on samodzielnie podjął decyzję o odejściu, aby chronić kolegów z partii przed hejtem.
"Nie pozwolę na to, aby przez moje obecne i przyszłe decyzje polityczne oraz te dotyczące działalności charytatywnej (które mogą być kontrowersyjne, ale służą wyższym celom) Klub był obiektem ataku ze strony prorządowych mediów" – napisał na X.

                    
                        
                    
                Gigantyczna stawka za walkę. Pojedynek Łukasza Mejzy wykluczony
Wszystko wskazuje na to, że polityczne poświęcenie posła poszło całkowicie na marne. Jak ustalił Przegląd Sportowy, walka Łukasza Mejzy we freak fightach jest w tym momencie... nierealna. Głównym powodem fiaska rozmów okazały się niezwykle wysokie oczekiwania niedoszłego zawodnika.
"Były z nim rozmowy, ale on chce miliona złotych. To jest bez sensu, on nie jest tyle wart. Byliśmy chętni, ale nie za tyle pieniędzy. Rozmowy trwały, jesteśmy w kontakcie, ale nic nie zostało ustalone. Bardzo chętnie zobaczylibyśmy pana posła w naszych szeregach, ale podejrzewamy, że to będzie możliwe dopiero wtedy, jak wygaśnie jego mandat i nie będzie startować w kolejnych wyborach" – ujawnił na łamach Przeglądu Sportowego prezes organizacji, Tomasz Bezrąk
Na razie poseł musi skupić się na innych mandatach. Drogowych. Uzbierał w niedługim czasie aż 168 punktów karnych. Ostatnio przekroczył prędkość o 31 km/h, ale uniósł się honorem, a nie immunitetem i mandat przyjął. Po zakończeniu procedur polityk najpewniej straci uprawnienia do prowadzenia pojazdów i będzie musiał jeszcze raz na kurs, by odzyskać na prawko.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/51a76386529205ff73eab6485b18bcf1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/51a76386529205ff73eab6485b18bcf1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Łukasz Mejza w Prime MMA? Poseł wycenia się bardzo wysoko.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651580,nowe-ograniczenia-dla-turystow-santorini-sa-obawy-o-wybuch-wulkanu</guid><link>https://natemat.pl/651580,nowe-ograniczenia-dla-turystow-santorini-sa-obawy-o-wybuch-wulkanu</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 15:43:01 +0200</pubDate><title>Nowe ograniczenia dla turystów na Santorini. Są obawy o wybuch wulkanu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/523cd685d1e18d0531fdee4230dc8982,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Grecja nieustannie jest bardzo popularnym kierunkiem podróży. Jednak po ubiegłorocznych trzęsieniach ziemi na Santorini odczuwalne jest zmniejszenie zainteresowania. Sytuacja może nie ulec szybkiej poprawie, ponieważ władze właśnie wprowadziły tam nowe ograniczenia.

Przed rokiem ziemia na Santorini trzęsła się przez ponad miesiąc, powodując wyraźny spadek liczby odwiedzających. Rocznie dociera tam ok. 3 mln podróżnych, co stanowi mniej więcej 10 proc. całej greckiej turystyki. Jednak władze centralne zdają sobie sprawę, że zagrożenie wulkaniczne nie zniknęło wraz z ustaniem wstrząsów. Dlatego wprowadzają zmiany i ograniczenia, które mają poprawić bezpieczeństwo.
Santorini zamyka szlak turystyczny. Niedostępny co najmniej do marca 2027
Santorini jest znane zwłaszcza za sprawą biało-niebieskiej wioski Oia. Jej wąskie uliczki położone na stromym zboczu pozostają otwarte dla turystów, którzy uwielbiają podziwiać tamtejsze zachody słońca. Dla podróżnych niedostępny będzie jednak szlak Ammoudi–Agios Nikolaos. Miejsce to było doceniane głównie ze względu na widoki wzdłuż wybrzeża.
Niestety po rozmowach przedstawicieli dwóch ministerstw oraz ekspertów z zakresu m.in. sejsmologii zdecydowano, że bezpieczniej będzie zamknąć trasę co najmniej do marca 2027 roku. Władze uznały też, że konieczne jest lepsze zarządzanie ruchem w portach Athinios i w Firze. Te na szczęście pozostają otwarte dla turystów jednodniowych, którzy stanowią bardzo istotny segment na Santorini.
Jak podaje "Greek City Times", w przypadku pierwszego z tych portów władze wdrożą nowe środki kontroli ruchu, aby zmniejszyć korki podczas przypływania i odpływania statków. Natomiast w Starym Porcie w Firze nadal będzie działała kolejka linowa. Zostanie tam jednak wyznaczona strefa z zakazem parkowania wszelkich pojazdów.
Kolejna zmiana dotyczy zakazu ruchu pojazdów na drodze gminnej w okolicy Ammoudi, prowadzącej do portu od węzła obwodnicy Oia. Wyjątkiem będą godziny 5:00–10:00, kiedy to będą mogły pojawiać się tam auta dostawcze. Drogą będą mogły przejeżdżać także pojazdy zajmujące się transportem turystów.
25 tys. trzęsień ziemi na Santorini. Magma czaiła się pod powierzchnią ziemi
Naukowcy, wykorzystując dane z ubiegłorocznych trzęsień ziemi trwających od końca stycznia aż do początku marca, stwierdzili, co było ich przyczyną. Okazuje się, że do ok. 25 tys. wstrząsów doszło z powodu ogromnej ilości magmy przepływającej na głębokości powyżej 10 kilometrów pod ziemią.
Ilości płynnej skały były ogromne. Według autorów publikacji w magazynie "Nature", magmy wystarczyłoby na wypełnienie 200 tys. basenów olimpijskich. Dlaczego jednak, mimo ruchów magmy i trzęsień ziemi, nie doszło do erupcji wulkanu na Santorini w kalderze lub podwodnego wulkanu Kolumbo? Do wybuchu zabrakło ciśnienia, które wypchnęłoby płynną skałę na powierzchnię. Stąd tym razem skończyło się na strachu i niedogodnościach związanych z serią wstrząsów.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/523cd685d1e18d0531fdee4230dc8982,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/523cd685d1e18d0531fdee4230dc8982,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Santorini dmucha na zimne. Wprowadzają nowe zasady ze względu na aktywność wulkaniczną</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651625,polfinal-tanca-z-gwiazdami-bedzie-bezlitosny-dogrywka-zmiecie-z-parkietu-faworytow</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651625,polfinal-tanca-z-gwiazdami-bedzie-bezlitosny-dogrywka-zmiecie-z-parkietu-faworytow</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 15:24:01 +0200</pubDate><title>Półfinał &quot;Tańca z gwiazdami&quot; będzie bezlitosny. Dogrywka zmiecie z parkietu faworytów</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/e363b925b7a8b6aab79faecb475d78cb,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Półfinał "Tańca z Gwiazdami" zapowiada się emocjonująco. W najbliższym odcinku o miejsce w finale zawalczy pięć duetów, a z programem pożegnają się aż dwie pary. Produkcja przygotowała dogrywkę, która może całkowicie odmienić losy rywalizacji.

Do półfinału 18. edycji "Tańca z Gwiazdami" – która w ostatnim odcinku zaskoczyła zmianą jurorki i taneczną improwizacją – dotarło pięć par: Sebastian Fabijański i Julia Suryś, Paulina Gałązka i Michał Bartkiewicz, Piotr Kędzierski i Magdalena Tarnowska, Gamou Fall i Hanna Żudziewicz oraz Magdalena Boczarska i Jacek Jeschke. Każdy z duetów zatańczy po dwie choreografie w dwóch blokach tematycznych.
W półfinale "Tańca z gwiazdami" odpadną aż dwie pary
W pierwszym bloku tradycyjnie zobaczymy tańce i utwory wybrane przez produkcję, natomiast drugi zostanie poświęcony musicalom. Na parkiecie pojawią się choreografie inspirowane piosenkami z "Króla Lewa", "Nędzników", "Metra", "Mamma Mia!" oraz "Chicago". Wszystkie występy zostaną ocenione przez jurorów, a widzowie oddadzą głosy SMS-ami i w aplikacji.
Dwie pary z najwyższą łączną liczbą punktów od jurorów i widzów awansują bezpośrednio do finału. Pozostałe trzy duety zmierzą się w dogrywce, w której zatańczą cha-chę do utworu "Let's Get Loud" Jennifer Lopez. Tym razem o ostatnim miejscu w finale zdecydują wyłącznie jurorzy, a odpadną aż dwie pary. 
Półfinał obejrzymy na Polsacie niedzielę o godz. 19:55, a wielki finał z trzema najlepszymi duetami odbędzie się już 10 maja.
Piotr Kędzierski pod ostrzałem. Nawet Iwona Pavlović nie gryzła się w język
W ubiegłym tygodniu z programem pożegnali się Kacper "Jasper" Porębski i Daria Syta. Werdykt wzbudził kontrowersje – zdaniem widzów influencer nie zasługiwał na odpadnięcie. Dostaje się za to dziennikarzowi Piotrowi Kędzierskiemu, który tańczy zdecydowanie najsłabiej i regularnie zdobywa najgorsze noty od jurorów, ale... wciaż nie odpada.
Dalsza część artykułu poniżej.
Po ostatnim odcinku na Instagramie zaroiło się od negatywnych komentarzy. "Lubię Madzię i Piotra, ale z całym szacunkiem, to Kacper zasługiwał na jeszcze jeden odcinek", "Wiem, może (Jasper – red.) nie tańczył najlepiej, ale jednak boli, że Kędzierski dalej jest w programie", "To są jaja, żeby odpadały pary tańczące lepiej, a przechodził Kędzierski", "Kędzierski w półfinałe... No cyrk...", "To jest śmiech na sali po prostu. Chłop, co z odcinka na odcinek robi progres, odpada, a zostaje Kędzierski", "Według mnie Kędzierski powinien odpaść już dawno" – piszą internauci na Instagramie. 
Krytycznie o Piotrze Kędzierskim wypowiedziała się również jurorka "Tańca z gwiazdami" Iwona Pavlović. – Jako profesjonalistkę mnie to smuci. (...) Wszyscy widzą, jak tańczy. Myślę, że w tej improwizacji było to widać, bo nie zatańczył w ogóle cha-chy, tylko się powygłupiał. (...) Skupia na sobie uwagę, zainteresowanie – mówiła w rozmowie z portalem Jastrząb Post.
– Jak słucham tego, co mówi, to uważam, że to jest naprawdę inteligentny i bystry facet. I to, że się zdecydował tu zatańczyć, to chwała mu za to. Szczególnie że nie ma tych zdolności tanecznych. (...) On powinien już dawno odpaść, ale idzie dalej do przodu – dodała "Czarna Mamba".
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/e363b925b7a8b6aab79faecb475d78cb,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/e363b925b7a8b6aab79faecb475d78cb,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Półfinał &quot;Tańca z gwiazdami&quot; już w tę niedzielę</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651544,czy-trzeba-isc-do-kosciola-w-piatek-wytyczne-dla-katolikow-na-1-i-3-maja</guid><link>https://natemat.pl/651544,czy-trzeba-isc-do-kosciola-w-piatek-wytyczne-dla-katolikow-na-1-i-3-maja</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 14:43:24 +0200</pubDate><title>Czy trzeba iść do kościoła w piątek? Wytyczne dla katolików na 1 i 3 maja</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/00694e4a969361ee8c55c99c7eb53f76,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Majówka w 2026 roku przynosi katolikom kilka dylematów związanych z kościelnymi zasadami. Wierni zastanawiają się nad piątkowym grillem oraz obowiązkiem uczestnictwa w mszach. Rozwiewamy wszelkie wątpliwości.

Majowy długi weekend układa się specyficznie dla katolików, co wymusza spojrzenie w przepisy. Zbiegają się tu bowiem państwowe dni wolne z religijnymi zasadami dotyczącymi postu i udziału w mszy. Sprawy komplikuje dodatkowo układ kalendarza, który jest wyjątkowo niekorzystny dla pracowników. 
Święta nakazane w prawie kanonicznym
Prawo kościelne jasno i konkretnie definiuje, kiedy wierni muszą pojawić się na mszy. Podstawowym zbiorem tych wytycznych jest Kodeks Prawa Kanonicznego.
"Niedziela, w czasie której jest czczona tajemnica paschalna, na podstawie tradycji apostolskiej winna być obchodzona w całym Kościele jako najdawniejszy dzień świąteczny nakazany. Ponadto należy obchodzić dni Narodzenia Pana naszego Jezusa Chrystusa, Objawienia Pańskiego, Wniebowstąpienia oraz Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, Świętej Bożej Rodzicielki Maryi, Jej Niepokalanego Poczęcia i Wniebowzięcia, Świętego Józefa, Świętych Apostołów Piotra i Pawła, wreszcie Wszystkich Świętych" – wskazuje kanon 1246.
Oficjalny kalendarz wymienia konkretne święta obowiązkowe. Należą do nich:
Narodzenie Pańskie (Boże Narodzenie, 25 grudnia)
Objawienie Pańskie (Trzech Króli, 6 stycznia)
Wniebowstąpienie Pańskie (święto ruchome, 40 dni po Wielkanocy)
Najświętsze Ciało i Krew Chrystusa (Boże Ciało, święto ruchome)
Świętej Bożej Rodzicielki Maryi (Nowy Rok, 1 stycznia)
Niepokalane Poczęcie Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia)
Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny (Matki Boskiej Zielnej, 15 sierpnia)
Świętego Józefa (19 marca)
Świętych Apostołów Piotra i Pawła (29 czerwca)
Wszystkich Świętych (1 listopada)

Czy w majówkę trzeba iść do kościoła?
Patrząc na powyższe zestawienie, łatwo zauważyć brak pierwszych dni maja. Święto Pracy oraz Święto Konstytucji 3 Maja to wyłącznie uroczystości państwowe. Z religijnego punktu widzenia nie wymuszają one na katolikach obecności na nabożeństwach.
Kościół pierwszego dnia maja wspomina m.in. św. Józefa z Nazaretu, patrona ludzi pracy. To doskonały moment na prywatną refleksję, ale nie wiąże się to z nakazem wizyty w świątyni. Nikt też nikomu nie broni tego zrobić.
Sytuacja jest inna w przypadku 3 maja. Z powodu tegorocznego układu kalendarza wypada w niedzielę. Ten fakt automatycznie sprawia, że ten dzień jest obowiązkowym czasem uczestnictwa w mszy dla każdego praktykującego katolika.
1 maja wypada w piątek. Czy jest wtedy post?
Początek maja rodzi też pytania o kulinarną stronę długiego weekendu. Wierni planujący rozpoczęcie odpoczynku od tradycyjnej kiełbasy z grilla, zastanawiają się, czy pw piątek będzie post, jak przez resztę roku.
Wielu biskupów decyduje się jednak iść wiernym na rękę. Wydają specjalną dyspensę na 1 maja, pozwalająca na jedzenie mięsa. Duchowni stawiają jednak warunek, domagając się duchowego zadośćuczynienia. Może to być odmówienie konkretnej modlitwy w wyznaczonej intencji lub wsparcie inicjatyw charytatywnych.



]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/00694e4a969361ee8c55c99c7eb53f76,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/00694e4a969361ee8c55c99c7eb53f76,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Majówka to czas odpoczynku i grillowania. Katolicy muszą jednak pamiętać o kościelnych wytycznych</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651619,antoni-macierewicz-bez-immunitetu-wiceprezes-pis-doigral-sie-przez-sprawe-z-skw</guid><link>https://natemat.pl/651619,antoni-macierewicz-bez-immunitetu-wiceprezes-pis-doigral-sie-przez-sprawe-z-skw</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 14:27:34 +0200</pubDate><title>Antoni Macierewicz bez immunitetu. Wiceprezes PiS doigrał się przez sprawę z SKW</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/3bc4397812f6fc1ea122d3c64f8a812d,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Sejm uchylił dziś immunitet posłowi PiS Antoniemu Macierewiczowi. Decyzja ma związek z jego wypowiedzią dotyczącą kierownictwa Służby Kontrwywiadu Wojskowego, którą prokuratura uznała za znieważającą.

W czwartek posłowie podjęli decyzję o uchyleniu immunitetu byłego szefa MON, posła Prawa i Sprawiedliwości Antoniego Macierewicza. Ruch ten poprzedziła rekomendacja sejmowej komisji regulaminowej, która opowiedziała się za pociągnięciem polityka do odpowiedzialności.
Wyniki głosowania ws. immunitetu Antoniego Macierewicza
Za wnioskiem Prokuratora Regionalnego w Warszawie o wyrażenie zgody na pociągnięcie Antoniego Macierewicza do odpowiedzialności karnej głosowało 242 posłów, przy wymaganej większości 231 głosów. Przeciwko opowiedziało się 208 parlamentarzystów, nikt nie wstrzymał się od głosu.
Za uchyleniem immunitetu zagłosowali obecni na sali posłowie KO, Lewicy, Centrum, Polski 2050, Partii Razem oraz czwórka posłów niezrzeszonych: Marcin Józefaciuk, Joanna Mucha, Paweł Zalewski i Tomasz Zimoch. Dołączyło do nich także 31 parlamentarzystów PSL.
Przeciwne zdanie wyrazili posłowie PiS, Konfederacji, koła Demokracji Bezpośredniej, Konfederacji Korony Polskiej oraz dwoje posłów niezrzeszonych: Marek Jakubiak i Paulina Matysiak, a także Piotr Zgorzelski z PSL. Dzisiejszy wynik oznacza, że były szef MON oficjalnie traci ochronę parlamentarną w tej sprawie.

Działania Prokuratury Krajowej ws. Macierewicza
Jak już informowaliśmy w naTemat, Prokuratura Krajowa powiadomiła w styczniu, że minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny Waldemar Żurek skierował do Marszałka Sejmu RP Włodzimierza Czarzastego wniosek o wyrażenie zgody na pociągnięcie Antoniego Macierewicza do odpowiedzialności karnej.
Przed postawieniem ewentualnych zarzutów posła chronił jednak immunitet parlamentarny, a jego uchylenie wymagało dzisiejszej zgody Sejmu. Dopiero teraz możliwe jest pociągnięcie do odpowiedzialności karnej. W przypadku Antoniego Macierewicza zarzuty były związane ze śledztwem prowadzonym przez Prokuraturę Regionalną w Warszawie.
Antoni Macierewicz o kierownictwie Służby Kontrwywiadu Wojskowego
Podstawą wniosku prokuratury była wypowiedź Antoniego Macierewicza z 11 września 2025 roku. Podczas debaty sejmowej dotyczącej naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie drony, poseł PiS w ostrych słowach ocenił kierownictwo SKW, czyli Szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego gen. bryg. dr Jarosława Stróżyka i jego zastępców, płk Krzysztofa Duszę i płk Artura Pluto.
– To nie był przypadek, nie było to doraźne działanie, to był początek wojny. Otóż tę wojnę możemy wygrać, ale jeżeli szefostwo Służby Kontrwywiadu Wojskowego nadal będzie się składało z agentów rosyjskich, których pan Donald Tusk mianował w 2011 r. – mówił Macierewicz, dodając, że są to osoby, które "współpracowały z rosyjskimi służbami specjalnymi".
Śledczy, którzy skierowali wniosek do Sejmu pod koniec stycznia, chcą zarzucić politykowi znieważenie funkcjonariuszy publicznych w związku z pełnionymi przez nich funkcjami oraz ich pomówienie. Według prokuratury słowa te mogły narazić szefostwo SKW na utratę zaufania niezbędnego do pełnienia służby w strukturach obronnych państwa.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/3bc4397812f6fc1ea122d3c64f8a812d,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/3bc4397812f6fc1ea122d3c64f8a812d,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Antoni Macierewicz pozbawiony immunitetu</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651589,kwasniewski-o-rozmowie-z-putinem-powiedzialem-chlopie-mysmy-sie-z-tej-choroby-wyleczyli</guid><link>https://natemat.pl/651589,kwasniewski-o-rozmowie-z-putinem-powiedzialem-chlopie-mysmy-sie-z-tej-choroby-wyleczyli</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 14:09:54 +0200</pubDate><title>Kwaśniewski o rozmowie z Putinem. &quot;Powiedziałem: Chłopie, myśmy się z tej choroby wyleczyli&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/bd34c6dadabcceb24dfee673892d202e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Aleksander Kwaśniewski w wywiadzie dla naTemat podzielił się historiami z czasów swojej prezydentury. Wspomniał m.in. swoje rozmowy z Władimirem Putinem. Ujawnił też, jak na przestrzeni lat zmienił się rosyjski przywódca i dlaczego jego zachowanie różni się od stylu Donalda Trumpa.

Aleksander Kwaśniewski ujawnił kulisy dyplomacji z czasów, gdy Władimir Putin dopiero zaczynał prezydenturę. Dzisiejszy obraz przywódcy Rosji budzi odrazę i strach, ale początki jego rządów wyglądały inaczej. Rozmówca naTemat obserwował tę transformację z pierwszego rzędu. W wywiadzie opowiedział o dawnych relacjach z człowiekiem, który dziś stanowi gigantyczne zagrożenie dla całego świata.
Władimir Putin kontra Donald Trump. Dwa światy polityki
W publicznych debatach często zestawia się największych graczy na arenie międzynarodowej. Aleksander Kwaśniewski stanowczo oddziela jednak sposób uprawiania polityki przez przywódcę USA i prezydenta Rosji.
"Z tak narcystycznym ego nie przypominam sobie nikogo. Każdy polityk musi mieć ego, bo inaczej wewnętrzne dylematy by go zniszczyły, ale w przypadku Trumpa mamy do czynienia z rodzajem patologii. To jest patologiczny narcyz" – wyjaśnia bez ogródek Aleksander Kwaśniewski. "Mogę się tylko cieszyć, że nie muszę pracować z Donaldem Trumpem" – dodał.
Zupełnie inną postawę reprezentuje Putin. "To zupełnie inna postać, człowiek niezwykłej wewnętrznej dyscypliny. Antypody Trumpa" – ocenia były polski prezydent. Zwraca uwagę, że dawny oficer wywiadu do dziś tylko chłodno kalkuluje. "Putin ma zupełnie inny sposób uprawiania polityki, dużo bardziej profesjonalny, bo w dużej mierze opiera się na analizach. Mądrych czy głupich – nieważne. Ale on je czyta" – uściśla Kwaśniewski.
Aleksander Kwaśniewski wspomina Putina i trudne negocjacje
Początki relacji polsko-rosyjskich w latach 2000-2005 wyglądały... obiecująco. Kwaśniewski przypomina, że rosyjski prezydent potrafił być "czarującym dżentelmenem", który chętnie słuchał innych. Znajomość języka rosyjskiego ułatwiała obu przywódcom komunikację, pozwalając na rozmowy w cztery oczy bez obecności tłumaczy.
Sytuacja w relacjach uległa pogorszeniu podczas Pomarańczowej Rewolucji na Ukrainie. Rosyjski przywódca nie ukrywał niezadowolenia z polskiego zaangażowania w regionie, traktując to jako starcie wpływów wschodnich i zachodnich. "Osobiście pomogłem wtedy w rozwiązaniu kryzysu i wystąpiłem przeciwko Wiktorowi Janukowyczowi, który fałszował wybory" – wspomina.
Były prezydent mówi, że "Putin żył w przekonaniu, że Ukraina zawsze była celem walki dwóch czy nawet trzech imperiów, bo trzecim były Austro-Węgry, które też już nie istniały". "Proszę natomiast zauważyć, że on od 26 lat jest przy władzy. Nie ma wśród światowych przywódców nikogo, kto mógłby się z nim równać" – zauważył.
Obecny stosunek Kremla do zachodnich liderów jest jednak pełen lekceważenia. Rosyjskie służby często kpią z przywódców demokratycznego świata, traktując ich jak amatorów znikających ze sceny po kilku latach. Ostatnim zagranicznym politykiem, którego Putin szanował, była niemiecka kanclerz Angela Merkel.
Aleksander Kwaśniewski dla naTemat. Nowe wyzwania dla Polski
Wywiad przeprowadzony przez Katarzynę Zuchowicz, wykracza poza wschodnią dyplomację. Rozmówca  analizuje bieżącą sytuację w Stanach Zjednoczonych i prognozuje wyzwania, z jakimi zmierzy się polska polityka. Porusza kwestie nieprzewidywalności USA oraz wewnętrznych napięć na prawicy.

W gorzkich słowach diagnozuje też stan spolaryzowanego do granic możliwości społeczeństwa. "Dzisiaj jest zupełnie nowy koncept. Trzeba dzielić społeczeństwo. Szukać wroga. Budować mury czy okopy" – ocenia niepokojące trendy w cyfrowym świecie. Całą rozmowę z Aleksandrem Kwaśniewskim przeczytacie na łamach naTemat.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/bd34c6dadabcceb24dfee673892d202e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/bd34c6dadabcceb24dfee673892d202e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Aleksander Kwaśniewski opowiada o trudnych negocjacjach z Kremlem. Były prezydent surowo ocenia również obecnych liderów i zachodnią dyplomację.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651592,od-4-maja-armagedon-na-moscie-gdanskim-w-warszawie-i-nie-nie-chodzi-o-powroty-z-majowki</guid><link>https://natemat.pl/651592,od-4-maja-armagedon-na-moscie-gdanskim-w-warszawie-i-nie-nie-chodzi-o-powroty-z-majowki</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 13:44:02 +0200</pubDate><title>Od 4 maja Armagedon na Moście Gdańskim w Warszawie. I nie, nie chodzi o powroty z majówki</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/36cc2eb757a53a3f25c23d4d5d1815b4,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Most Gdański w Warszawie czekają spore prace konserwacyjne, co dla nas, kierowców, oznacza tylko jedno: utrudnienia w ruchu podczas przeprawy przez Wisłę. Zarąd Dróg poinformował, że te rozpoczną się już w poniedziałek 4 maja.

Jeśli staliście ostatnio w korku na Moście Gdańskim lub na Wisłostradzie pod nim zapewne mieliście okazję przyjrzeć się z bliska balustradom i gzymsom. Czas i wilgoć znad Wisły nie są dla nich łaskawe. 
Miasto podjęło decyzję, że potrzebne jest zabezpieczenie przed korozją mostu, by konstrukcja służyła nam przez kolejne dekady bez stresu o jej stan techniczny.
To nie będzie jednak szybka łata. Roboty będą prowadzone równolegle na obu poziomach: drogowym oraz tym niższym, tramwajowym. Start zaplanowano na poniedziałek, 4 maja, więc powrót z długiego weekendu może być dla wielu osób bolesnym zderzeniem z rzeczywistością.
Co dokładnie się zmieni? Harmonogram prac na Moście Gdańskim
Drogowcy nie zamierzają zamykać całej przeprawy na raz, co przynajmniej daje cień nadziei na uniknięcie totalnego paraliżu. Pierwszy etap uderzy w osoby podróżujące z Pragi do centrum.
W poniedziałek rano, punktualnie o godzinie 7:00, wyłączony z użytku zostanie kilkudziesięciometrowy fragment prawego pasa jezdni prowadzącej w stronę Dworca Gdańskiego. To kluczowy odcinek dla każdego, kto rano próbuje przebić się z Pragi-Północ do Śródmieścia. 
Ograniczenia w ruchu w tym miejscu potrwają kilka tygodni, po czym ekipy przeniosą się bliżej centrum. Plan zakłada, że ta strona mostu odetchnie dopiero na początku wakacji.
Ale to nie koniec. Gdy tylko skończą się prace po stronie zachodniej, drogowcy przeskoczą na jezdnię w kierunku Pragi. Cała operacja pod hasłem remont Mostu Gdańskiego ma się zakończyć wraz z końcem sierpnia. Idealnie, by wejść w nowy rok szkolny z gładką i zabezpieczoną konstrukcją.
Prace na górze oznaczają też zmiany na dole. Ze względów bezpieczeństwa, pod remontowanymi fragmentami jezdni, zamykane będą chodniki na poziomie tramwajowym.
Jeśli lubicie spacery z widokiem na rzekę, będziecie musieli korzystać z drugiej strony torowiska. To niby drobiazg, ale warto o tym pamiętać, żeby nie odbić się od barierek w połowie drogi.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/36cc2eb757a53a3f25c23d4d5d1815b4,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/36cc2eb757a53a3f25c23d4d5d1815b4,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">4 maja szykujcie się na Armagedon na Moście Gdańskim</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651598,wnioski-o-wotum-nieufnosci-wobec-ministrow-tuska-juz-wszystko-jasne</guid><link>https://natemat.pl/651598,wnioski-o-wotum-nieufnosci-wobec-ministrow-tuska-juz-wszystko-jasne</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 13:27:02 +0200</pubDate><title>Wnioski o wotum nieufności wobec ministrów Tuska. Już wszystko jasne</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/5ae89bf7f81590e59f0c49580c25dab7,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Sejm rozpatrywał dziś dwa oddzielne wnioski o wotum nieufności wobec  ministry klimatu Pauliny Hennig-Kloski oraz ministry zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy. Co zdecydowali posłanki i posłowie?

Za odwołaniem ministry klimatu i środowiska Pauliny Hennig-Kloski głosowało 213 posłów, przeciw było 238. Z kolei za odwołaniem ministry zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy  głosowało 212 posłów, przeciwko było 238. Nikt się nie wstrzymał.
Ministry zostają w rządzie. Wnioski o odwołanie nie przeszyły
Ustawowa większość to 231, zatem Sejm odrzucił oba wnioski. Szefowe resortów zostają na swoich stanowiskach. Za przyjęciem wniosków głosowali obecni na sali posłowie PiS, Konfederacji, koła Demokracji Bezpośredniej, Partii Razem, Konfederacji Korony Polskiej. Z koalicji wyłamał się Bartosz Romowicz z Polski 2050 i głosował za przyjęciem wotum wobec Hennig-Kloski.

"Dziś wygrały klimat i środowisko. Wygrało bezpieczeństwo energetyczne i ochrona przyrody. Wygrała Polska, wygrali Polacy. Dziękuję Posłankom i Posłom za zaufanie. Dziękuję Koalicji 15 października za wsparcie. Dziękuję zespołowi Ministerstwa Klimatu za dwa i pół roku ciężkiej i owocnej pracy. Naprawiamy Polskę po PiS, nie zatrzymamy się, nie damy się zastraszyć, pracujemy dalej" – napisała na X ministra klimatu.

                    
                        
                    
                "Pani Minister Jolanta Sobierańska-Grenda dobrze sprawuje swoje obowiązki i będzie dalej kierowała resortem zdrowia" – komentował z kolei premier Donald Tusk, który już wcześniej stanął w obronie koleżanek z koalicji w czasie swojego wystąpienia.

                    
                        
                    
                Premier wytknął w swoim przemówieniu hipokryzję wnioskodawców. Wyjaśnił, że obecnie Ministerstwo Zdrowia sprząta "śmieci po 8 latach rządów" PiS. Według Tuska opozycja dąży jedynie do konfliktów.
– Pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło, kiedy słuchałem niektórych mówców ze strony PiS czy Konfederacji, to było skojarzenie z popularnymi w waszym obozie politycznym freak fightami – stwierdził z mównicy Donald Tusk. – Mam wrażenie, że chcielibyście zamienić Sejm w taką wielką klatkę – kontynuował.
Kiedy z ławy zaczął do niego wykrzykiwać Janusz Kowalski, Tusk odparł: "Ale zdejmij marynarkę, chłopie, bo to dziwnie będzie wyglądać w klatce". Premier zaznaczył, że intencją prawicy jest rozbicie jedności koalicji, ale to im nie wyszło. 
Dlaczego opozycja wnioskowała o wotum nieufności?
Opozycja próbowała niedawne zawirowania polityczne wokół Hennig-Kloski: odejście z Polski 2050, utworzenie klubu Centrum oraz konflikt z dawnymi sprzymierzeńcami, na czele z Szymonem Hołownią. Główne zarzuty  dotyczyły jednak problemów m.in. z programem "Czyste Powietrze" oraz kontrowersji wokół systemu kaucyjnego.
Mimo bardzo ostrych słów i poczucia zdrady zgłaszanego przez byłych partyjnych kolegów, koalicja zachowała dyscyplinę podczas głosowania. Szefowa resortu klimatu zdołała obronić swoje stanowisko, a wniosek opozycji przepadł, gwarantując jej dalsze kierowanie ministerstwem.
Porażką zakończyła się również próba odwołania ministry zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy. Opozycja wytykała jej odpowiedzialność za zapaść w publicznej ochronie zdrowia, punktując zadłużenie szpitali, wydłużające się kolejki oraz cięcia w finansowaniu badań obrazowych.
Ministra odpierała ataki opozycji, tłumacząc, że naprawia zaniedbania poprzedników i przypominając, że obecny budżet NFZ to rekordowe 217 miliardów złotych. Odrzucenie wniosku o wotum było więc formalnym potwierdzeniem wcześniejszej, negatywnej opinii sejmowej Komisji Zdrowia.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/5ae89bf7f81590e59f0c49580c25dab7,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/5ae89bf7f81590e59f0c49580c25dab7,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Koalicja wygrała w Sejmie. Obie ministry rządu Donalda Tuska zachowały swoje stanowiska.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651559,tomasz-jakubiak-zmarl-rok-temu-jego-zona-ma-specjalna-prosbe-do-fanow</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651559,tomasz-jakubiak-zmarl-rok-temu-jego-zona-ma-specjalna-prosbe-do-fanow</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 13:23:01 +0200</pubDate><title>Tomasz Jakubiak zmarł rok temu. Jego żona ma specjalną prośbę do fanów</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b2bf0798e26421df619f82377ab98aa4,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Tomasz Jakubiak zmarł 30 kwietnia 2025 roku. 41-letni kucharz odszedł po heroicznej walce z rzadkim nowotworem dwunastnicy. W rocznicę śmierci gwiazdy "MasterChefa" jego żona, Anastazja Jakubiak, zwróciła się na Instagramie z poruszającą prośbą do fanów.

Na profilu Fundacji w Kosmosie im. Tomka Jakubiaka pojawił się post Anastazji Jakubiak. "30 kwietnia. Dzisiaj mija rok. Tomek to była energia nie do zatrzymania, śmiech, luz, pasja do jedzenia i do ludzi. To nie jest dzień ciszy i smutku. To dzień wdzięczności. Za to, jaki był Tomek za to, ile nam zostawił" – napisała żona Tomasza Jakubiaka.
I zwróciła się z prośbą do fanów: "Pomóżcie nam pamiętać o radości, jaką rozsiewał wkoło. Napisz swoje wspomnienie, myśl czy historię związaną z Jakubiakiem. Niech to miejsce tu, dzisiaj – żyje". Po czym dodała: "Dziękuję, że jesteście z nami, dziękuję za każde wsparcie, każde słowo i wysyłaną energię".
Rocznica śmierci Tomasza Jakubiaka. Internauci wspominają kucharza
Pod spodem pojawiło się całe morze wspominkowych komentarzy. "Poznaliśmy go przypadkiem, wylądowaliśmy na kolacji, którą dla nas przygotował w mieszkaniu, w którym mieszkał. Ja i mąż u obcego gościa poznanego przypadkiem. Wtedy jeszcze nie gotował w tv. Jaka to była uczta dla zmysłów. Kolacja, której smaku nie zapomnimy nigdy! Cudowny, przeradosny człowiek z pasją" – napisała jedna z internautek.

                
                    
                
                Ktoś inny wspominał: "Pamiętam swoje warsztaty kulinarne z Tomkiem, jak wszystkich witał przy wejściu jak stary, dobry kumpel. Niesamowita energia, przeplatana pasją, radością i genialnym smakiem. Cudowne to były warsztaty!". Jeszcze inna użytkowniczka Instagrama napisała: "Osobiście nie znałam Pana Tomka, ale każdy post i odcinek kulinarny z nim był piękny. Wkładał tyle serca w kuchnię, że 'Kochane Glodomory' to uwielbiały".
Tomasz Jakubiak walczył z rakiem dwunastnicy
Przypomnijmy: w 2024 roku Tomasz Jakubiak bardzo schudł, co zauważyli jego fani. Autor książek kulinarnych i juror programów z serii "MasterChef" wyjawił potem, że choruje na raka jelit i dwunastnicy. Z czasem guzy zaczęły rozprzestrzeniać się po jego ciele, przejęły część kręgosłupa i nogi.
Dalsza część artykułu poniżej.
Kucharzowi założono specjalną sondę, przez którą był dokarmiany. Po serii chemioterapii w polskim szpitalu wyjechał do Izraela. Tam przebadano go na nowo i "podano nowy protokół chemii". Kucharz spędził długie tygodnie na szpitalnych łóżkach, dlatego później musiał stopniowo wracać do sprawności. Po powrocie z Izraela jego stan zaczął się poprawiać.
W marcu 2025 roku kucharz poczuł się bardzo źle, miał wodę w płucach. Medycy przewieźli go do Aten, by tam kontynuować leczenie. Niestety, 30 kwietnia nadeszła smutna wiadomość o śmierci uwielbianego kucharza, który został zapamiętany jako jedna z najbardziej pogodnych i energicznych osób w branży.
W późniejszym wywiadzie Anastazja Jakubiak wyznała, że ostatnie słowa jej męża dotyczyły ich wówczas 4-letniego syna. Kucharz poprosił, aby powiedziała "bąblowi, gdzie spotkają się następnym razem". – Powiedział, że spotkają się w Kosmosie. On (syn – przyp. red.) od małego zawsze mówił, jak wchodził na barana do Tomka: 'Tata, lecimy w kosmos' – wspomniała. Stąd też nazwa Fundacja w Kosmosie oraz tytuł wydanej w tym roku książki Anastazji Jakubiak "Spotkajmy się tam, w Kosmosie".
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b2bf0798e26421df619f82377ab98aa4,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b2bf0798e26421df619f82377ab98aa4,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Jakubiak zmarł rok temu</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/650878,dwa-koncepty-i-sportowy-potwor-od-hyundaia-efektowny-pokaz-na-poznan-motor-show</guid><link>https://natemat.pl/650878,dwa-koncepty-i-sportowy-potwor-od-hyundaia-efektowny-pokaz-na-poznan-motor-show</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 13:16:11 +0200</pubDate><title>Dwa koncepty i sportowy potwór od Hyundaia. Efektowny pokaz na Poznań Motor Show</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/5097dd13473ab6e6214f509b1b06e2c5,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Hyundai na Poznań Motor Show przygotował coś efektownego dla wszystkich odwiedzających. Można było zobaczyć m.in. Concept THREE, piekielnie mocnego IONIQA 6 N oraz... Insteroid. To futurystyczny projekt, który bardziej nawiązuje do pojazdu kosmicznego niż samochodów, które znamy z ulic.

Gwiazdą, która skupiała na sobie wszystkie spojrzenia, był bez wątpienia Concept THREE. To odważna, futurystyczna zapowiedź nadchodzącego modelu produkcyjnego IONIQ 3. Samochód został zaprojektowany w unikalnym nurcie designu nazwanym przez markę "The Art of Steel".
Jego nadwozie lśni barwą polerowanej stali, nadając mu surowy, a jednocześnie niezwykle szlachetny charakter. Kontrastują z nim żółte szyby, które u wielu zwiedzających budzą sentymentalne skojarzenia z kultowymi „resorakami” z dzieciństwa. To jednak nie tylko popis wizualny, ale i inżynieryjny – drzwi Concept THREE otwierają się w przeciwnych kierunkach (tylne tzw. „pod wiatr”), zapraszając do wnętrza, które przedefiniuje pojęcie kompaktowego auta elektrycznego.
IONIQ 6 N: 650 koni mechanicznych czystej adrenaliny
Dla tych, którzy od cyferek na wyświetlaczu wolą przeciążenia w fotelu, Hyundai pokazał  IONIQ-a 6 N. To prawdziwy "potwór", który udowadnia, że elektromobilność może być "łobuzerska". 
– Ten samochód pokazuje, że samochody elektryczne mogą być ciekawe. Mogą mieć duszę buntownika. To elektryk, który jest niegrzeczny. Zachęca do driftu, dlatego że ma specjalne tryby, w których można ten samochód wprowadzić w drift – mówi Stanisław Dojs z Hyundai Motor Poland.
Hyundai IONIQ 6 N ma 650 KM i 770 Nm maksymalnego momentu obrotowego. Do To pozwala przyspieszyć do 100 km/h w Niewiele ponad 3 sekundy. Prędkość maksymalna to 260 km/h. – Genialne hamulce i zawieszenie. Zresztą widać, że auto cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Co chwilę ktoś podchodzi i wsiada. Bardzo nas to cieszy, bo właśnie po takie samochody przychodzimy na Poznań Motor Show – przekonuje Stanisław Dojs. 
Z kolei Insteroid to projekt, który powstał w myśl hasła: "Macie wolną rękę, zróbcie coś fajnego!". Efekt? Samochód, który nie ma nic wspólnego z przewidywalnością w designie. Insteroid to hołd dla szaleństwa. 
– To jest koncept, przy którym styliści mogli poszaleć, nie mieli żadnych ograniczeń. Wygląda jakby przyjechał z gry komputerowej prosto do rzeczywistości i takie samochody pokazują, w jakiej formie są nasi styliści. Co jakiś czas przykuwają uwagę publiczności, bo Hyundai wypuszcza nawet po 2-3 koncepty rocznie. To jest niesamowite tempo – zaznacza przedstawiciel marki. 
Hyundai podczas wydarzenia w Poznaniu kusił zwiedzających nie tylko samochodami koncepcyjnymi. Wszyscy mogli zapoznać się bliżej  z ofertą na każdy z modeli z szerokiej gamy producenta. Warto dodać, że Hyundai ma w gamie samochody elektryczne, ale też zwykłe napędy spalinowe oraz hybrydy. 
– Mamy też Santa Fe czy Tucsona. To są samochody bardziej tradycyjne, choć oczywiście nowoczesne, gdzie źródłem napędu jest samochód z silnikiem spalinowym, wsparty silnikiem elektrycznym – wyjaśnia Stanisław Dojs.
Zapraszamy do obejrzenia całej rozmowy. 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/5097dd13473ab6e6214f509b1b06e2c5,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/5097dd13473ab6e6214f509b1b06e2c5,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651556,najpiekniejsza-gorska-trasa-europy-wraca-po-2-latach-wielkie-otwarcie-lada-moment</guid><link>https://natemat.pl/651556,najpiekniejsza-gorska-trasa-europy-wraca-po-2-latach-wielkie-otwarcie-lada-moment</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 12:41:01 +0200</pubDate><title>Najpiękniejsza górska trasa Europy wraca po 2 latach. Wielkie otwarcie lada moment</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/85af50653de72e23e7bb9248d0152dee,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Aktywna turystyka z każdym rokiem cieszy się coraz większą popularnością. Znaczne grono turystów zamiast plaży i hotelu z all inclusive chce kontaktu z naturą, górskich wypraw albo wycieczek rowerowych. Idealnym miejscem na taki aktywny urlop jest Madera, która właśnie otwiera jeden ze swoich najpiękniejszych szlaków.

Madera to synonim natury i dzikiej przyrody, która otacza tam turystów na każdym kroku. Po mojej pierwszej, choć krótkiej wizycie, doskonale rozumiem, dlaczego nazywa się ją Wyspą Wiecznej Wiosny, ale i skąd bierze się tak duże zainteresowanie polskich turystów podróżami do tego miejsca. Jeśli chcecie tam wrócić albo polecieć po raz pierwszy, właśnie zyskujecie dodatkowy powód. Po dwóch latach zamknięcia turyści wrócą na najpiękniejszą trasę, jaka tam istnieje.
Madera przywraca uwielbianą trasę. Wielki powrót po niszczycielskim pożarze
Madera znana jest z jednych z najładniejszych szlaków trekkingowych w Europie. Już same spacery wzdłuż lewad zapewniają ogromną porcję emocji i wrażeń. Jednak to szlak PR1, wiodący od Pico do Areeiro do Pico Ruivo i łączący trzy najwyższe szczyty wyspy, przez lata był uznawany za ten najpiękniejszy.
Niestety wiele zmieniło się w 2024 roku. Podczas fatalnego pożaru, który zniszczył ok. 5 tys. hektarów lasów i zieleni na wyspie, doszło do osunięcia ziemi, w wyniku którego trasa PR1 została uszkodzona i częściowo zamknięta. Niedługo po ugaszeniu ognia i oszacowaniu strat lokalne władze ruszyły z jej odbudową, a prace remontowe właśnie dobiegły końca.
Pierwsze osoby miały już możliwość przetestowania nowego szlaku. Pod koniec kwietnia przebiegli tamtędy uczestnicy Madeira Island Ultra Trail, a chwilę później trasę ponownie zamknięto. Jednak jak informuje serwis jm-madeira.pt, jej pełne otwarcie ma mieć miejsce już 1 maja.
Najpiękniejszy szlak na Maderze sporym wydatkiem. Na trasie czekają was m.in. wulkaniczne tunele
PR1 nie jest długą trasą. Mierzy ok. 7 kilometrów, a jej pokonanie zajmuje ok. 3,5 godziny. Jestem jednak pewna, że znaczna część osób spędza tam znacznie więcej czasu z dwóch powodów. Po pierwsze, w trakcie wędrówki zmierzacie przez trzy najwyższe szczyty Madery: Pico do Areeiro (1818 m n.p.m.), Pico das Torres (1851 m n.p.m.), którego się nie zdobywa, ale mija stromą trasą, i Pico Ruivo (1862 m n.p.m.), co wymaga niemałej kondycji.
Drugim powodem są niesamowite widoki, które czekają na was na szlaku. Trasa biegnie przez obszar Natura 2000. Pokonacie strome zbocza, a także tunele wydrążone w skałach wulkanicznych. Kiedyś były one schronieniem dla bydła i pasterzy, a dziś są atrakcją turystyczną. Dodatkowo, jeżeli pogoda będzie wam sprzyjała, wędrówka szlakiem może przypominać spacer w chmurach. Te bowiem często spowijają lasy rosnące poniżej wierzchołków.
Za tę przyjemność trzeba będzie w tym roku zapłacić. Według "Euronews" wstęp na szlak ma kosztować 10,5 euro. Dodatkowo każdy musi zarezerwować sobie konkretną godzinę wejścia. W ten sposób władze Madery chcą zapewnić sobie środki na dalsze remonty szlaków i ochronę natury, a równocześnie uchronić najpiękniejsze miejsca przed problemem masowej turystyki. I trudno się nie zgodzić ze słusznością tego działania. W naszych Tatrach przydałoby się podobne podejście.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/85af50653de72e23e7bb9248d0152dee,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/85af50653de72e23e7bb9248d0152dee,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Najpiękniejsza trasa w Europie ponownie otwarta. Nikt nie wędrował nią przez 2 lata</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651574,open-er-festival-2026-ma-kolejnego-headlinera-to-globalna-gwiazda-k-popu</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651574,open-er-festival-2026-ma-kolejnego-headlinera-to-globalna-gwiazda-k-popu</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 12:16:00 +0200</pubDate><title>Open&#039;er Festival 2026 ma kolejnego headlinera. To globalna gwiazda K-popu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/e671053507dcb46176d7fe528b65f432,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Open'er Festival ogłosił kolejnego headlinera: to Jennie z Blackpink, jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy światowego K-popu. Jedno jest pewne: do Gdyni zawitają tłumy, a koncert Jennie będzie jednym z największych wydarzeń festiwalu.

Koncert Jennie na Open'er Festival będzie jednym z bardzo niewielu europejskich koncertów gwiazdy K-pop w 2026 roku. Gwiazda wystąpi w Gdyni w sobotę 4 lipca. Dodajmy, że w tym roku polskich fanów popu z Korei Południowej czeka również wielki K-popowy festiwal. 
Jennie to jedna z największych gwiazd k-popu
Jennie Kim urodziła się w 1996 roku w Korei Południowej, ale część dzieciństwa spędziła w Nowej Zelandii. Do wytwórni YG Entertainment, jednej z czołowych południowokoreańskich agencji rozrywkowych, trafiła jako nastolatka i przez kilka lat szkoliła się w systemie trainee.
Debiut w 2016 roku w Blackpink był momentem przełomowym. Grupa z Jennie, Rosé, Lisą i Jisoo błyskawicznie stała się globalnym fenomenem, a Jennie – dzięki charakterystycznemu stylowi rapowania i scenicznej charyzmie – jedną z jej najbardziej wyrazistych członkiń.

            
                
            
            W 2018 roku Jennie jako pierwsza z Blackpink zadebiutowała solowym singlem "Solo" który natychmiast podbił listy przebojów w Korei i na Zachodzie. Kolejne utwory – "You & Me" i "Mantra" – pokazały, że artystka swobodnie balansuje między popem, hip-hopem a bardziej minimalistycznym brzmieniem, umiejętnie łącząc estetykę K-popu z zachodnimi wpływami. 
W 2025 roku wydała debiutancki album "Ruby", a na początku bieżącego roku nagrała hitowy remix piosenki "Dracula" z Tame Impala. Jednocześnie nie zwalnia tempa jako członkini Blackpink, chociaż podczas ostatniej trasy koncertowej fani zarzucali jej... lenistwo. Gwiazda prawie w ogóle nie tańczyła, podobno z powodu kontuzji.
Równolegle Jennie rozwija swoją pozycję w świecie mody. Współpraca z Chanel przyniosła jej przydomek "Human Chanel", a 30-latka stała się jedną z najważniejszych ambasadorek luksusowych marek na świecie. Regularnie pojawia się na pokazach w Paryżu i fashion weekach na świecie. Jennie spróbowała też sił jako aktorka – w kontrowersyjnym serialu "Idol" Sama Levinsona, twórcy "Euforii", wystąpiła pod pseudonimem Jennie Ruby Jane. 
Dalsza część artykułu poniżej.
Open'er Festival 2026: line-up robi wrażenie
Festiwal Open'er Festival 2026 odbędzie się w dniach 1–4 lipca 2026 – tradycyjnie na terenie lotniska Gdynia-Kosakowo. Organizatorzy nie zwalniają tempa. Na scenach w Gdyni pojawią się: The Cure, Florence + The Machine, Nick Cave & The Bad Seeds, Halsey czy Calvin Harris. Wśród ogłoszonych artystów są też m.in. The xx, Zara Larsson, IDLES czy Addison Rae.
Ile kosztują bilety na Open'er Festival? Za 4-dniowy karnet zapłacimy 1149 zł, za karnet weekendowy (pt + sob) 829 zł, a za bilet jednodniowy: 549 zł. Z kolei 4-dniowy karnet z polem namiotowym to koszt 1410 zł, a karnet weekendowy z polem namiotowym – 1019 zł. Do cen doliczana jest opłata serwisowa (5 proc.), a sprzedaż biletów Regular Tickets potrwa do 9 czerwca 2026 lub do wyczerpania puli. Jeśli bilety nie zostaną wyprzedane, od 10 czerwca do sprzedaży trafi droższa pula w ramach Final Call Tickets.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/e671053507dcb46176d7fe528b65f432,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/e671053507dcb46176d7fe528b65f432,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Open&#039;er Festival ogłosił kolejną headlinerkę</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651568,tusk-zakpil-z-posla-pis-zdejmij-marynarke-chlopie-bo-dziwnie-bedzie-w-klatce</guid><link>https://natemat.pl/651568,tusk-zakpil-z-posla-pis-zdejmij-marynarke-chlopie-bo-dziwnie-bedzie-w-klatce</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 12:02:26 +0200</pubDate><title>Tusk zakpił z posła PiS. &quot;Zdejmij marynarkę chłopie, bo dziwnie będzie w klatce&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/8d9c1818d04bc9235331de09beb90aee,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W Sejmie trwa właśnie debata nad wnioskami o odwołanie dwóch ministerek rządu: Pauliny Hennig-Kloski oraz Jolanty Sobierańskiej-Grendy. W trakcie swojego wystąpienia na mównicy Donald Tusk nawiązał do gal freak fightów, w których ma wziąć udział Łukasz Mejza.

Podczas czwartkowego (30 kwietnia) posiedzenia parlamentarzyści zdecydują o losach szefowych resortu klimatu i zdrowia. Premier stanął w obronie swoich koleżanek z rządu, odpierając wcześniejsze ataki opozycji, m.in. Janusza Kowalskiego z PiS, który mówił, że "Polacy nie chcą Tuska i nie chcą ministry Hennig-Kloski" i wspomniał o "866 dnich niekompetencji, pychy i niemieckiej buty".
Donald Tusk w obronie ministerek przed prawicą
Szef rządu odrzucił zarzuty wysuwane pod adresem Pauliny Hennig-Kloski. Wytknął też hipokryzję wnioskodawców, bo obecnie Ministerstwo Zdrowia w pocie czoła sprząta "śmieci po 8 latach rządów" PiS. Według Tuska opozycja dąży jedynie do konfliktów.
– Pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło, kiedy słuchałem niektórych mówców ze strony PiS czy Konfederacji, to było skojarzenie z popularnymi w waszym obozie politycznym freak fightami – stwierdził z mównicy Donald Tusk. – Mam wrażenie, że chcielibyście zamienić Sejm w taką wielką klatkę – kontynuował.
Kiedy z ławy zaczął do niego wykrzykiwać Janusz Kowalski, Tusk odparł: "Ale zdejmij marynarkę, chłopie, bo to dziwnie będzie wyglądać w klatce". Premier zaznaczył, że intencją prawicy jest rozbicie jedności koalicji, ale to im nie wyszło. Zadeklarował mocno, że "my nie bawimy się w wasze walki szaleńców w klatce" i koalicja będzie głosować przeciwko odwołaniu ministry.
Łukasz Mejza wchodzi do klatki? Zaskakujące plany posła
Nawiązanie szefa rządu do celebryckich gal MMA stanowi prztyczek wobec szalonych planów jednego z parlamentarzystów. Łukasz Mejza poważnie rozważa sportowy debiut w oktagonie pod ksywą "Pirat", co nawiązuje do jego drogowych popisów.
– Byłbym pierwszym czynnym posłem w Europie, który wziąłby udział w takim wydarzeniu, więc stawka za walkę musiałaby być adekwatna. Oczywiście całe wydarzenie potraktowałbym charytatywnie – mówi poseł w "Rzeczpospolitej". 
Znany z afer poseł dostrzega w całym pomyśle ogromną szansę na medialny rozgłos przed kolejnymi wyborami. W grę wchodzą też ogromne pieniądze za walkę. Z nieoficjalnych doniesień wynika, że trwają już zaawansowane negocjacje kontraktowe, a jego rywalem w klatce miałby zostać Jacek Murański. 
Definitywne wyrzucenie z klubu PiS. Ostatnie wybryki drogowe
Mandaty, skandale i sportowe ambicje najwyraźniej w końcu przelały czarę goryczy w partii Jarosława Kaczyńskiego. Rzecznik ugrupowania Rafał Bochenek oficjalnie potwierdził ostateczne usunięcie Łukasza Mejzy z klubu parlamentarnego PiS.
Powodem okazały się być kolejne doniesienia medialne o rażącym łamaniu podstawowych przepisów ruchu drogowego. Polityk prawicy zgromadził w krótkim czasie aż 168 punktów karnych. Gwoździem do trumny okazał się niedawny rajd drogą ekspresową pod Zieloną Górą, gdzie parlamentarzysta pędził ponad 150 km/h, inkasując w efekcie kolejny mandat na 800 złotych.
Aktualizacja
Za odwołaniem ministry klimatu i środowiska Pauliny Hennig-Kloski głosowało 213 posłów, przeciw było 238. Z kolei za odwołaniem ministry zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy  głosowało 212 posłów, przeciwko było 238. Nikt się nie wstrzymał. Ustawowa większość to 231, zatem Sejm odrzucił oba wnioski. Szefowe resortów zostają na swoich stanowiskach.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/8d9c1818d04bc9235331de09beb90aee,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/8d9c1818d04bc9235331de09beb90aee,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Donald Tusk ostro reaguje w Sejmie i staje w obronie rządu</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/650281,takiego-testu-jeszcze-nie-mialem-elektryk-z-wolantem-i-skrzynia-manualna-o-co-tu-chodzi</guid><link>https://natemat.pl/650281,takiego-testu-jeszcze-nie-mialem-elektryk-z-wolantem-i-skrzynia-manualna-o-co-tu-chodzi</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 12:00:02 +0200</pubDate><title>Takiego testu jeszcze nie miałem. Elektryk z wolantem i &quot;skrzynią manualną&quot;, o co tu chodzi?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/5593c7a26cc56a7a9306a8960429bc50,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Pierwszy raz zaczynałem swój test z zasłoniętymi oczami. Musiałem zgadnąć, jakim autem przyjechał do naszej redakcji Robert Muarczyk z Toyoty/Lexusa. Okazało się, że nowym Lexusem RZ 500e w wersji F Sport, czyli z wolantem i wirtualną skrzynią biegów. Po małej zgadywance miałem okazję przejechać sie tym modelem po Warszawie. Jak wrażenia? Obejrzyjcie film!

Lexus RZ 550e F Sport to elektryk, który udaje, że ma manualną skrzynię biegów. Brzmi to jak absurdalny gadżet, ale w sumie dlaczego nie? Do tego fajny look, czyli obniżone listwy, agresywne przednie wloty powietrza, tył z charakterystycznymi płetwami i zmodyfikowanym zderzakiem. 
A pod maską? Potężne 408 KM, co pozwala katapultować tego luksusowego kolosa do setki w zaledwie 4,4 sekundy. To tempo, które jeszcze niedawno było zarezerwowane dla rasowych aut sportowych. 
Dzięki systemowi Direct4, napęd jest rozdzielany między koła tak błyskawicznie, że auto wgryza się w asfalt z precyzją chirurga. Największym zaskoczeniem jest jednak układ steer-by-wire z charakterystycznym wolantem zamiast kierownicy. Nie ma tu fizycznego połączenia z kołami, a mimo to czucie drogi jest lepsze niż w niejednym klasycznym układzie. 
Interactive Manual Drive, czyli zaskoczenie 100 proc.
Przejdźmy do gwoździa programu: Interactive Manual Drive. Lexus włożył do elektrycznego SUV-a łopatki, które symulują 8-biegową skrzynię manualną. Tak, dobrze czytacie. Auto zmienia dźwięk silnika (generowany z głośników, ale bardzo realistyczny), a po zmianie biegu czujecie charakterystyczne szarpnięcie i zmianę momentu obrotowego. 
Możecie go nawet zadusić przy zbyt niskich obrotach! Po co to komu? Żeby nie umrzeć z nudów. W świecie, gdzie elektryki jeżdżą jak tramwaje, ten elektryczny SUV przywraca zaangażowanie kierowcy. 
Ale nie ma co się rozwlekać, zapraszam do obejrzenia testu!

                    
                
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/5593c7a26cc56a7a9306a8960429bc50,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/5593c7a26cc56a7a9306a8960429bc50,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Takie testy zdarzają się rzadko...</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/651550,sam-neill-wygral-walke-z-rakiem-zycie-uratowala-mu-terapia-dla-pacjenta-zero</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/651550,sam-neill-wygral-walke-z-rakiem-zycie-uratowala-mu-terapia-dla-pacjenta-zero</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 11:01:01 +0200</pubDate><title>Sam Neill wygrał walkę z rakiem. Życie uratowała mu terapia dla &quot;pacjenta zero&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/0e437fef8389f963bf37e7d3e514a6bb,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Sam Neill, odtwórca roli Alana Granta w filmie "Park Jurajski", ogłosił, że wygrał walkę z rzadkim nowotworem. Wszystko dzięki przełomowej terapii, która okazała się zbawienna, gdy chemioterapia przestała na niego działać. Nowozelandzki aktor był pewien, że jego los jest przesądzony. Teraz pragnie znów wystąpić przed kamerą.

Sam Neill wyjawił w 2022 roku, że zmaga się z chłoniakiem angioimmunoblastycznym z komórek T – rzadkim i agresywnym nowotworem krwi, który atakuje limfocyty T. Po roku od ogłoszenia diagnozy nowozelandzki aktor powiedział, że chemioterapia działała na niego tylko przez około trzy miesiące. Okresu leczenia nie wspominał zbyt dobrze.
Gdy gwiazdor "Parku Jurajskiego" Stevena Spielberga stracił nadzieję na pokonanie choroby, na horyzoncie pojawiła się nowatorska alternatywa. Neill uznał, że nic nie stoi mu na drodze, by jej spróbować. W rozmowie z australijską stacją telewizyjną 7News wyjaśnił, że poddał się immunoterapii komórkami CAR-T (w ramach badania klinicznego), która polegała na genetycznym modyfikowaniu limfocytów T w taki sposób, by niszczyły one komórki nowotworowe.
Sam Neill wygrał walkę z rzadkim nowotworem. "Czas, żebym znów zagrał w jakimś filmie"
Na antenie 7News Sam Neill ujawnił, że dzięki przeprowadzonej w Australii terapii komórkami CAR-T "nie ma już śladu raka w swoim organizmie". – Właśnie przeszedłem badanie i nie mam żadnego raka. To niezwykłe – oznajmił, podkreślając swoją ekscytację wizją tego, że niebawem innowacyjne leczenie może zostać umożliwione wszystkim potrzebującym pacjentom z kraju na Antypodach. – To nauka w najlepszym wydaniu – zaznaczył.
Terapia komórkami CAR T jest dostępna w Australii w ramach publicznej służby zdrowia.  Obecnie obejmuje ona tylko niektóre rodzaje raka. Prywatnie średni koszt leczenia wynosi około 1,5 mln złotych. Neill przyznał, że był nawet określany mianem "pacjenta zero". – Nikt nie wiedział, czego możemy się spodziewać – dodał. Jak sam sugerował, myślał, że to już jego koniec.
Odtwórca roli kultowego paleontologa Alana Granta w serii "Park Jurajski" nie ukrywa, że chciałby jak najszybciej wrócić do aktorstwa. – Czas, żebym znów zagrał w jakimś filmie – skwitował.
Dalsza część artykułu poniżej.
Przypomnijmy, że w ubiegłym roku do biblioteki serwisu streamingowego Netflix zawitał serial "Dzikość" (oryg. "Untamed"), w którym Sam Neill wcielił się w jednego z głównych bohaterów. Zagrał Paula Soutera, szefa Parku Narodowego Yosemite, który był mentorem protagonisty, agenta specjalnego Wydziału Śledczego Służby Parków Narodowych, Kyle'a Turnera (w tej roli Eric Bana z "Alfy").
W filmografii 78-letniego gwiazdora – oprócz dzieła Stevena Spielberga poświęconego wskrzeszonym dinozaurom – znajdziemy takie filmy i seriale jak "Opętanie" Andrzeja Żuławskiego, "Omen III: Ostatnie starcie" Grahama Bakera, "Polowanie na Czerwony Październik" Johna McTiernana, "Fortepian" Jane Campion, "W paszczy szaleństwa" Johna Carpentera, "Dynastia Tudorów" Michaela Hirsta oraz "Peaky Blinders" Stevena Knighta.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/0e437fef8389f963bf37e7d3e514a6bb,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/0e437fef8389f963bf37e7d3e514a6bb,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Sam Neill był pewien, że to koniec. Gwiazdor &quot;Parku Jurajskiego&quot; wygrał walkę z rakiem</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651553,dwa-wota-nieufnosci-w-sejmie-hennig-kloska-i-sobieranska-grenda-pod-ostrzalem</guid><link>https://natemat.pl/651553,dwa-wota-nieufnosci-w-sejmie-hennig-kloska-i-sobieranska-grenda-pod-ostrzalem</link><pubDate>Thu, 30 Apr 2026 10:53:47 +0200</pubDate><title>Dwa wota nieufności w Sejmie. Hennig-Kloska i Sobierańska-Grenda pod ostrzałem</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/13138a3af3ebf3ca15207deace38a989,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Sądny dzień w Sejmie dla dwóch członkiń rządu. Posłowie i posłanki rozpatrzą dwa oddzielne wnioski o wotum nieufności wobec  ministry klimatu Pauliny Hennig-Kloski oraz ministry zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy. Czym podpadły?

Trwa trzeci dzień 56. posiedzenia Sejmu. Parlamentarzyści najpierw pochylą się nad losem Pauliny Hennig-Kloski. Zaraz po tym pod ostrzałem krytyki ze strony opozycji znajdzie się Jolanta Sobierańska-Grenda. Głosowania są poprzedzane wystąpieniami polityków.
Wniosek o odwołanie Pauliny Hennig-Kloski dzieli nawet koalicję
Przyszłość szefowej resortu klimatu mocno się chwieje od czasu jej głośnego odejścia z szeregów Polski 2050 do utworzonego przez siebie klubu Centrum i zaostrzenia konfliktu z nową liderką, Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz. Sytuację postanowili wykorzystać przedstawiciele opozycji, domagając się usunięcia jej ze stanowiska. 
W naTemat pisaliśmy, że po niedawnym rozłamie w partii dawni koledzy z ugrupowania nie mają oporów, by krytykować jej poczynania. Szymon Hołownia, założyciel Polski 2050, po rozłamie mówił, że żaden z parlamentarzystów, którzy złożyli rezygnację, nie rozmawiał z nim wcześniej na ten temat. Mówił wówczas też, że w pierwszej turze wyborów na szefową partii głosował na Paulinę Hennig-Kloskę (a w drugiej na Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz). 
Już wtedy były marszałek Sejmu gorzko wyrażał się o byłej koleżance z partii. Stwierdził, że "wielokrotnie bronił" jej przy koalicjantach, a następnie dodał: – Czuję się oszukany przez Paulinę Hennig-Kloskę. Uważam, że na oszustwie i na tego rodzaju zachowaniach, na zdradach nie buduje się obecności politycznej.
Jednak tarcia wewnątrz partii to nie główny powód, dla którego posłowie głosują nad jej odwołaniem. W czasie przemówień zarzucali jej m.in. aferę z programem Czyste Powietrze czy to, że system kaucyjny zrobił z Polaków "śmieciarzy".
Wotum nieufności wobec ministry zdrowia podsyca spór
Z kolei wniosek uderzający w Jolantę Sobierańską-Grendę to także efekt działań opozycji, którzy wskazują na ogromne problemy pacjentów w Polsce. TVN24 informuje, że krytycy podkreślają, że na świadczenia z NFZ czeka blisko 15 proc. obywateli. Opozycja obnaża następujące kryzysy m.in. wydłużające się kolejki do lekarzy specjalistów, wielomiliardowe zadłużenie za zeszłoroczne nadwykonania szpitali i cięcia w publicznym finansowaniu podstawowych badań obrazowych.
Szefowa resortu zdrowia stanowczo odpiera opozycyjne zarzuty, przekonując, że tegoroczny budżet NFZ jest "rekordowy", bo wynosi aż 217 miliardów złotych, a w 2021 r. było to 100 miliardów złotych. Przyznała jednak, że bieżące wpływy ze składki po prostu nie bilansują rosnących wydatków, a luka finansowa zapoczątkowana została wadliwymi ustawami poprzedniej ekipy rządzącej.
"Od wielu lat pracuję w systemie publicznym i mam świadomość, że im silniejszy system publiczny, tym mniej miejsca dla prywatnego" – broniła się wczoraj przed oskarżeniami. Serwis TVN24 informuje, że sejmowa Komisja Zdrowia jednak negatywnie zaopiniowała próbę jej odwołania.
Aktualizacja
Za odwołaniem ministry klimatu i środowiska Pauliny Hennig-Kloski głosowało 213 posłów, przeciw było 238. Z kolei za odwołaniem ministry zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy  głosowało 212 posłów, przeciwko było 238. Nikt się nie wstrzymał. Ustawowa większość to 231, zatem Sejm odrzucił oba wnioski. Szefowe resortów zostają na swoich stanowiskach.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/13138a3af3ebf3ca15207deace38a989,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/13138a3af3ebf3ca15207deace38a989,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Paulina Hennig-Kloska przemawia w Sejmie. Dziś głosowanie nad wotum nieufności wobec ministry klimatu</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
