naTemat extra

"Ameryka" czeka na cud

Ulicą 3 Maja raz po raz przemyka ktoś z dziecięcym wózkiem. Ale nie, to nie jest efekt 500+. Gdy się zajrzy do środka, raczej nie znajdzie się niemowlaka. Czasem jest jakiś złom, czasem butelki do skupu, a czasem jakieś pojemniki. - To do Caritasu, bo zaraz obiad będą tam rozdawać - brzmi wyjaśnienie.
Oto reprezentacyjna ulica ponadstutysięcznego, do niedawna wojewódzkiego miasta. Dla Włocławka ulica 3 Maja jest tym, czym dla Warszawy Chmielna lub dla Łodzi Piotrkowska. Przez całe lata była deptakiem, ale od dawna nie jest już celem dla spacerowiczów, więc aby choć trochę wesprzeć handel, pozwolono na przejazd i parkowanie samochodów. Na niewiele się to zdało.
Co witryna to albo kartka “wynajmę” lub “sprzedam”, albo brak jakiegokolwiek napisu - tylko deski zamiast okien. 
- To była przepiękna ulica, gdzie kwitło życie i gdzie mieszkała elita Włocławka - opowiada Krzysztof Cieczkiewicz, przewodnik PTTK, który od 11 lat oprowadza zainteresowanych w ramach cyklicznych spacerów po mieście. - Ale tak, jak teraz idziemy, to ja wycieczek nie oprowadzam - zastrzega, gdy zaglądamy tam, gdzie wzrok turysty raczej trafiać nie powinien.
Krzysztof Cieczkiewicz to włocławianin od urodzenia. - I tak już zostanie - deklaruje, pokazując kamienicę, w której przyszedł na świat. - O, tutaj się urodziłem - wskazuje balkon swego dawnego mieszkania, z którego rozpościerał się widok na całą ulicę 3 Maja. Na dole był sklep, dostawy wjeżdżały od podwórka. A po dachach można było przejść do stojącego obok kamienicy kina “Bałtyk”. Jeszcze w latach 90. działało, ale się nie opłacało, więc zamknięto.

Dziś trudno w to uwierzyć, ale to budynek dawnego włocławskiego kina "Bałtyk" stojącego na tyłach ul. 3 Maja. 

- Tam mieszkała pani Księżopolska, która kapelusze wyrabiała, tutaj fryzjer Zieliński mieszkał, a razurę miał od drugiej strony, tam są okna domu sędziego, tam mieszkał komornik, tam dyrektor uzdrowiska, tam ginekolog, która się wyprowadziła, a na jej miejsce przyszedł architekt - opowiada Krzysztof Cieczkiewicz.
Gdy pytam, gdzie się podziała cała ta elita, przewodnik wznosi palec ku niebu. Ale przecież pozostali ich potomkowie. - Kto mógł, to uciekał. A kto ma pieniądze i pozostał we Włocławku, to pobudował się gdzieś na obrzeżach. W centrum pozostali ci, którzy zostali tu zasiedleni w mieszkaniach komunalnych - wyjaśnia. Na głównej ulicy Włocławka brutalnie sprawdza się określenie, że klimat miejsca budują ludzie.

Tu mieszkała elita Włocławka - opowiada nam Krzysztof Cieczkiewicz, prowadząc przez bramę do budynku, w którym spędził dzieciństwo.

Dawny deptak 3 Maja opuszcza się dość stromo, biegnąc ku rzece niczym ulice w Lizbonie opadające w kierunku Tagu. Zaczyna się w głównym punkcie w mieście, na placu Wolności, prowadzi w dół do Starego Rynku z kościołem św. Jana Chrzciciela (XVI-wiecznym, ale zbudowanym w miejscu świątyni z XI wieku, bo sam Włocławek liczy sobie już ponad tysiąc lat) i dalej do urokliwych nadwiślańskich bulwarów.
Kogo by w mieście zapytać o niszczejące zabytki w samym centrum, najpierw potakująco kiwnie głową, że owszem, wstyd, ale po chwili z dumą doda: “pan idzie na bulwary, tam jest tak pięknie, że nawet w Toruniu nam ich zazdroszczą”. Ale nad Wisłę idzie się przez centrum i tego, co wstyd, nie sposób nie dostrzec. A śladów dawnej świetności Włocławka pozostało niewiele.

Kiedyś tu był sklep przy sklepie, kawiarnia przy kawiarni.

Na przełomie XIX i XX wieku do Włocławka ściągały tysiące ludzi. Granica z Prusami była nieopodal, w Aleksandrowie Kujawskim. Handel kwitł, przemyt też, buchały fabryczne kominy. O mieście mówiło się, że było czerwone, ale nie tylko ze względu na rewolucyjne nastroje proletariatu, także z powodu górujących nad Włocławkiem czerwonych kominów, murów zakładów i robotniczych domów.
O fabryce celulozy mówiło się, że to Ameryka - zapewniała tak dobre zarobki i warunki pracy, że nie było co się wybierać za ocean, aby szukać czegoś lepszego. Określenie “Ameryka” przylgnęło wówczas i do samego miasta. PRL tego nie zmienił - obok istniejących od czasów zaborów fabryk powstały nowe, miasto rozrastało się, rosło w siłę a ludziom się żyło dostatnio.

Kiedyś przy 3 Maja było wiele ekskluzywnych sklepów. Dziś pozostały nieliczne.

Pierwszy cios Włocławek otrzymał wraz z upadkiem komunizmu. Na początku lat 90. zaczęły bankrutować zakłady, które wydawały się wieczne i niezniszczalne: Celuloza im. Juliana Marchlewskiego (jednego z najbardziej znanych włocławian), fabryka słynnego włocławskiego fajansu, Ursus, którego żywot we Włocławku był bardzo krótki, bo fabrykę postawiono zaledwie w 1988 r., Kombinat Budowlany, który produkował wielkie płyty do budowy bloków czy fabryka mebli.
Całkiem długo trzymała się jeszcze fabryka farb Nobiles, z historią sięgającą XIX w., ale i ona umarła - nowy inwestor całą działalność przeniósł do Warszawy a pofabryczne tereny we Włocławku wystawił na sprzedaż. Podobny los spotkał Kujawskie Zakłady Przemysłu Owocowo - Warzywnego, które broniły się najdłużej, ale też zostały sprzedane i dziś kultowy ketchup włocławski wcale nie jest z Włocławka tylko z Łowicza.

Pofabryczne tereny przy ulicy Łęgskiej. Kiedyś Włocławek stał przemysłem, teraz bezrobocie sięga tu 14 proc. a w całym powiecie dopiero niedawno spadło trochę poniżej 20 proc.

Drugi cios nastąpił chwilę po pierwszym, w 1998 r., gdy rząd Jerzego Buzka dokonał nowego podziału województw. Włocławek na powrót stał się zaledwie miastem powiatowym. Jeszcze w latach 90. mieszkało tu niemal 130 tys. osób. Dziś dane GUS-u mówią o 112 tys., ale włocławski przewodnik jest przekonany, że to przesada - jego zdaniem 100 tys. to maksimum. Wiele osób pozostaje zameldowanych we Włocławku, ale od dawna mieszkają gdzie indziej i mało prawdopodobne, aby kiedykolwiek wrócili.
- Dla nas degradacja z województwa do powiatu to tak, jakbyśmy wcześniej byli w ekskluzywnej kawiarni a nagle nam tu podają suchy chleb bez okrasy - tak obrazowo tę zmianę statusu miasta opisuje Krzysztof Cieczkiewicz. Nie ma wątpliwości, że po tym drugim ciosie miasto się już nie podniosło. I pewnie, jeśli nie zdarzy się cud, już się nie podniesie.

Ulicą 3 Maja raz po raz idzie ktoś z dziecięcym wózkiem. Ale w środku dzieci raczej nie ma.

Idąc w dół ulicą 3 Maja raczej nabiera się przekonania, że prędzej to wszystko runie, niż ten cud nastąpi. Choć po drodze można spotkać ludzi, którzy chyba w cuda wierzą i zależy na tym, aby ratować, co się da.
Początkowo, przy samym placu Wolności, ulica nie zdradza, co czeka nas parę metrów dalej. Jeszcze w każdej witrynie sklep działa a kamienice - niewysokie, jak to w dawnym rosyjskim zaborze - są odnowione. Większość z nich to dawne budynki pożydowskie.

3 Maja róg Przedmiejskiej - to jeszcze ta “lepsza” część głównej ulicy Włocławka.

Gdy remontowano jeden ze sklepów, na posadzce odnaleziono gwiazdy Dawida. Ale kto by się tym przejął - wylano na to beton i śladu nie ma. Tak jak i po wyznawcach religii mojżeszowej, którzy w 1936 r. stanowili 28 proc. mieszkańców miasta. W 1939 Żydów było już tylko 22 proc., bo ci bogatsi zdążyli wyjechać. Wiedzieli, co może ich czekać - wielu z nich to byli Żydzi pochodzenia niemieckiego.
Ich kamienice budowane były najczęściej według zasady - na dole sklep, na górze mieszkanie. Tylko jedno piętro. W pierwszym wyższym, dwupiętrowym budynku, jaki mijamy na 3 Maja przy skrzyżowaniu z ul. Piekarską, zasada była nieco inna - na dole była kawiarnia, mieszkania na drugim piętrze, a na pierwszym dom schadzek.
Wstęp dozwolony od 18 roku życia. Młodsi mogli posiedzieć na dole i posączyć lemoniadę, marząc o chwili, kiedy i oni będą mogli przez zaplecze kawiarni udać się na górkę.
Tuż za dawną kawiarnią stoi zaś najbardziej okazały budynek byłego deptaka - pięciokondygnacyjna kamienica z 1908 r.

Najwyższy budynek przy ul. 3 Maja liczy sobie 107 lat. Z zewnątrz wciąż wygląda okazale, ale gdy się wejdzie w bramę...

Budzi zachwyt, bo ślady świetności wciąż widać, ale i budzi też obrzydzenie. Szczególnie, gdy się wejdzie w bramę, która służy za miejski szalet.
Na ścianach wiszą tabliczki, że balkony oraz klatka schodowa są wyłączone z użytkowania, ale w oknach firanki wiszą. Nawet w niektórych są anteny satelitarne.

Na dziedzińcu najbardziej okazałej kamienicy przy głównej ulicy Włocławka. 

Aż nie chce się wierzyć, że ktokolwiek tu może mieszkać, ale po chwili okazuje się, że owszem.
- Co wy tu fotografujecie, tu nie ma co zdjęć robić, przecież tu ohyda jest - pokrzykuje z daleka kobieta. Gdy podchodzi bliżej, jasne jest, że na śniadanie nie piła dziś kawy. A może to woń z kolacji, bo jeszcze nie minęło południe.

"Tu nie ma co zdjęć robić, przecież tu ohyda jest".

- Ten budynek to jakiejś Żydówy jest. Podobno ma już 102 lata i cholera wie, czy jeszcze żyje - opowiada niezbyt wyraźni. Jak twierdzi, co miesiąc w kamienicy pojawia się administratorka, która w imieniu nigdy niewidzianej właścicielki pobiera czynsz.
Trochę trudno uwierzyć, że w tym domu ktokolwiek za cokolwiek płaci. W mieszkaniach wprawdzie prąd jest, ale na klatce nie. Od 20 lat musi wystarczyć latarka, choć strach ją włączać.

Prądu na klatce w tym budynku nie ma od 20 lat. I teoretycznie jest wyłączona z użytkowania.

Gdy pytam, kto tak pomazał ściany, lokatorka tłumaczy, że to “młodzież”. - Nie mają co robić, to tłuką i dewastują - wyjaśnia oczywistą oczywistość.
Przejście główną ulicą Włocławka z fotografem nie może pozostać niezauważone. Jak spod ziemi wyrasta młody człowiek na rowerze, który zainteresował się tym, kto i po co robi zdjęcia włocławskim kamienicom.
- Jestem administratorem mniej więcej połowy tego sajgonu i nie jest mi obojętny los tego wszystkiego - objaśnia, wskazując rzędy kamienic rozrzucone po obu stronach pięknie wybrukowanej ulicy. I w prostych słowach tłumaczy, dlaczego jest jak jest.

W jednej z bram przy 3 Maja.

 Fakt, w większość bram można zajrzeć, unikając jakichś zaczepek. Ale gdy już się zajrzy, to aż “pękają oczy”.

“Jak się nie remontuje, to tak to wygląda” - kwituje sąsiad rudery.

- Jak się nie remontuje, to tak to wygląda - wyjaśnia mieszkaniec kamienicy sąsiadującej z walącym się budynkiem ukrytym w jednej z bram. Nie boi się, że to wszystko się zawali i jeszcze komuś stanie się krzywda.
- Eeee, jak ostatnio były te wichury, co zrywało dachy, to tu nawet ani jedna dachówka nie spadła. Prędzej w Warszawie zburzą Pałac Kultury niż z tym coś się stanie - prorokuje. Ale Krzysztof Cieczkiewicz już taki przekonany nie jest. Pamięta, że był w tej bramie jakieś 5-6 lat temu i to wszystko aż tak źle nie wyglądało. Widać w ostatnich latach najwyraźniej degradacja przyspieszyła.
W rzędach kamienic z oknami zabitymi deskami i odpadającym tynkiem raz po raz można ujrzeć budynek wyremontowany, jednak przytłoczony brzydotą sąsiedztwa w szarzyźnie listopada pozostaje niemal niezauważalny.

3 Maja skrzyżowanie z Zapieckiem - wyremontowane kamienice giną w brzydocie sąsiedztwa. A niektórych właścicieli inwestycja przerosła. 

- To była ekskluzywna ulica. Same dobre sklepy. Mieszkać tutaj to był zaszczyt. A teraz wstyd się przyznać, że jest się stąd - właścicielka jednego z coraz mniej licznych sklepów przy 3 Maja zawiesza głos. Przyznaje, że handel idzie jej kiepsko.
- Bardzo mało ludzi tu przychodzi. Omijają tę ulicę, bo się zwyczajnie boją. Pełno tu pijaków - pokazuje palcem na ławki, na których od rana ktoś przesiaduje. Nie, to nie jest klientela ekskluzywnych lokali.
- Tu był firmowy sklep Wedla. Do dziś pamiętam ten zapach cukierków - przewodnik wskazuje na witryny z nalepkami kebaba. Szarość szyb i pustki w środku wskazują, że i ten lokal dawno został zamknięty na cztery spusty. Po przeciwnej stronie jeszcze do niedawna była znana w całym kraju Cukiernia Sowa z Bydgoszczy.
- Wynieśli się, bo im co chwilę ktoś coś demolował - tłumaczy. Wielu mieszkańców tego rejonu, odkąd upadły ich zakłady, nie zhańbiło się pracą. Ci, którzy mają dziś 40 lat, nie pracowali nigdy, bo gdy wkraczali na rynek pracy, właśnie wszystko się waliło.

Tu mało kto ma pracę. 

Władze Włocławka tymczasem chwalą się programem rewitalizacji ulicy 3 Maja i okolic. Ze strony internetowej prowadzonej przez urząd możemy się dowiedzieć, że miejski program “Śródmieście na drodze do zmian” zdobył pierwsze miejsce w organizowanym przez ministerstwo rozwoju konkursie dotacji “Modelowa Rewitalizacja Miast” i dostał na ten cel ponad milion złotych. To oznacza, że według resortu inne miasta powinny wręcz brać przykład z Włocławka.
Mieszkańcy widzą to nieco inaczej - oni dostrzegają tylko tyle, że ulicę wyłożono brukiem, że postawiono nowe latarnie, no i że nasadzono nowe drzewa. Tylko czasem któraś z młodych lip znika. Gdy nagabuję przewodnika, jak to “znika”, mówi mi, żebym nie zadawał głupich pytań. Po chwili domyślam się, że po prostu drzewa z reprezentacyjnej ulicy miasta idą do pieca na opał dla mieszkańców tejże ulicy.   

W niejednym mieszkaniu runął strop, bo mieszkańcy palili w piecu deskami z podłogi.

Bywa, że w którymś z mieszkań zawali się strop, bo do ogrzewania domów służą nawet deski z podłogi. I to jest najlepszy dowód na to, że sama rewitalizacja kamienic to o wiele za mało. Sypiące się budynki to jest tylko skutek, geneza tkwi gdzie indziej.
- Zajmujemy się tutaj tematyką rewitalizacji, z tym że nacisk jest położony na rewitalizację społeczną - oficjalnym językiem tłumaczy pracownica “Śródmieście Cafe”. Nazwa sugeruje, że jest to zwykła kawiarnia, ale nie - można się wprawdzie napić kawy z plastikowego kubka i poczytać gazety, ale nie o to tu chodzi.
To “Kawiarnia Obywatelska”, którą utworzyły władze miasta. Lokal działa w dawnym sklepie z kryształami. Dyżurują tutaj urzędnicy z Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie, z Urzędu Pracy a nawet czasem prezydent lub któryś z jego zastępców spotyka się tu z mieszkańcami.

"Śródmieście Cafe" - to kawiarnia utworzona przez władze miasta, jak mówił prezydent Marek Wojtkowski, to miejsce "wymiany poglądów, opinii i oczekiwań co do rewitalizacji Włocławka".

Kawiarnia mieści się mniej więcej w połowie drogi pomiędzy placem Wolności a Starym Rynkiem - jeszcze nie aż tak strasznie, ale już na tyle nieciekawie, że - jak twierdzi włocławski przewodnik - po zmroku Straż Miejska się tu nie zapuszcza. Młoda urzędniczka mówi jednak, że nie czuje się niebezpiecznie.
- Gdy przychodziłam tu rok temu pierwszy raz, to owszem z duszą na ramieniu. Ale teraz już zdecydowanie się oswoiłam - tłumaczy i w tym momencie do rozmowy włącza się pani Zosia, stała bywalczyni “Śródmieście Cafe” i mieszkanka 3 Maja, oponując: “Przepraszam bardzo, ja tu mieszkam 47 lat i nigdy mi się tu nic nie stało. Wiem, co ludzie gadają, ale to nieprawda”.
I jak na zamówienie, chwilę potem stajemy oko w oko z trzyosobową obstawą bramy trochę w bok od 3 Maja, na Tumskiej. Przewodnik opowiada, co się mieściło w domu, którego drzwi i okna zostały zabite dechami, a ja przestaję słuchać, bo widzę jak się ze sobą naradzają i czuję, że zaraz jak nic będzie gorąco. - Przewodnika nie ruszą z szacunku dla jego siwizny, poza tym on swój, a ja... - kombinuję i widzę, że na wycofanie się jest już za późno, bo chwiejnym krokiem cała trójka do nas podchodzi.
- Panie... - zaczyna chrapliwym głosem jeden z nich i widzę, że to jednak nie o mnie chodzi - ...bo my tu z kolegami widzimy, że pan to musi być jakiś historyk. My tu całe życie stoimy w tej bramie i się zastanawiamy: co to jest? - i pokazuje tajemnicze koło umieszczone na elewacji kamienicy naprzeciwko.

"My tu całe życie stoimy w tej bramie i się zastanawiamy: co to jest?".

Farba wyblakła, jakieś ślady malowideł pozostały, ale trudno cokolwiek rozszyfrować. Przewodnik przyznaje, że nie ma pojęcia, co to za koło, ale obiecuje, że sprawę zbada i do bywalców bramy powróci z rzetelnymi danymi.
- Jak nas nie będzie, to pan zostawi informację u fotografa. On będzie wiedział, komu przekazać, bo my tu wszyscy stąd, a on też się tym kołem interesował - tłumaczą włocławianie, których po wyglądzie nikt nie podejrzewałby o zacięcie historyczne. Ale w rozmowie wychodzi, jak silny jest w nich patriotyzm lokalny. - Jeszcze trochę i nie będzie tu Starego Miasta - mówią z żalem.
Wiedzą, co mówią, bo stoimy tam, gdzie u zbiegu z Tumską kończy się 3 Maja, w miejscu, które najlepiej obrazuje, czym to wszystko może skończyć.  
Na zdjęciach Google Street View wykonanych zaledwie 5 lat temu widać jeszcze rząd kilku kamienic. Wprawdzie prawie wszystkie wyglądają na niezamieszkałe, ale jeszcze są. Dziś w tym miejscu zieje pustką. 

Kilku kamienic na rogu 3 Maja i Tumskiej nie dało się uratować - pozostał po nich goły plac. 

Ciąg budynków urywa się na jednopiętrówce, w której jakimś cudem uchował się jubiler. Aby pozbawiona oparcia kamienica nie runęła, dostawiono do niej pseudogotyckie przypory. I tak czeka. Może jakieś sąsiedztwo znów się pojawi. 

Za tym budynkiem stał jeszcze cały rząd kamienic. Dziś w tym miejscu wszystko się urywa i aż do skrzyżowania z Tumską zieje pustką.

Na razie sąsiedztwa nie ma, bo jedna z kamienic runęła, a pozostałych w tym rzędzie nie było co ratować. Rozebrano wszystkie, odsłaniając w ten sposób widok na lepszy świat.
Tam, gdzie są kościelne wieże, to już turystów oprowadzać nie wstyd. Bo i katedrę zwiedzić warto, i kratownicowy most nad Wisłą zrobi wrażenie, i do nowoczesnej przystani się dojdzie.

Tam, gdzie widać kościół, tam zaczyna się lepszy świat. Taki, którego nie wstyd pokazać turystom.

Ale ta dziura w środku miasta nie jest na zawsze. Agnieszka Biesiada, zastępca dyrektora Wydziału Rozwoju Miasta zapewnia, że w miejscu dawnych kamienic u zbiegu 3 Maja i Tumskiej powstaną nowe, przeznaczone pod budownictwo mieszkaniowe. Miejska spółka już szykuje się do inwestycji.
A wyżej, bliżej placu Wolności? Przecież tam też w każdej chwili wiele budynków może się rozlecieć. - Gdyby te budynki należały do miasta, sprawa byłaby prosta. Główny problem polega na tym, że każda z tych kamienic ma swoich właścicieli - tłumaczy dyrektor Biesiada. Na przykład najwyższy budynek tej ulicy, kamienica zaraz za rogiem z Piekarską, ma czterech właścicieli, z których dwaj to kancelarie prawne.

Budynek przy 3 Maja 34 ma czterech właścicieli, wśród nich dwie kancelarie prawne. Nie widać, by któremukolwiek los tej kamienicy leżał na sercu

- Staramy się odkupywać udziały w niektórych budynkach. Przy Tumskiej to już się udało. Kolejnym naszym celem jest budynek przy 3 Maja 9 z charakterystycznym dawnym sklepem myśliwskim na dole - wyjaśnia. I zapewnia, że na tym się nie skończy. 

Specjalna Strefa Rewitalizacji - to ma pomóc w rozwiązaniu problemu śródmieścia w ruinie.

Oczywiście, wicedyrektor Wydziału Rozwoju Miasta uprzedza, że to wszystko nie stanie się od razu. Nie ma się co spodziewać spektakularnych efektów np. w roku 2018, bo samo przygotowanie projektów, zdobycie wszystkich uzgodnień z konserwatorem zabytków, pozwoleń na budowę zajmie sporo czasu. Ale to będzie też czas na to, by obecnym mieszkańcom znaleźć inne lokum.
Przedstawicielka Urzędu Miasta przyznaje, że łatwo nie będzie, ale z przekonaniem oświadcza, że wszystko musi się udać. - Mieszkańcy mówią, że tę ulicę może odmienić już tylko cud. Pani wierzy w cuda? - dopytuję. - Tak, wierzę. W przeciwnym razie nie zajmowałabym się rewitalizacją. Jak uda nam się odnowić choć jedną kamienicę w roku to za 10 lat to będzie już 10 kamienic. Gdyby nie robić nic, byłoby zero.

Tomasz Ławnicki
Maciej Stanik





Autorzy artykułu:

Tomasz Ławnicki

dziennikarz i wydawca