Lana Nguyen
Lana Nguyen fot: Teodor Klepczyński
Reklama.
Olga W: Od jak dawna mieszkasz w Polsce?
Lana Nguyen: Mój tata był na stypendium na studiach w ZSSR. Zaraz po obronieniu doktoratu z chemii zaproszono go do pracy w Instytucie Chemii w Warszawie. Postanowił przenieść się z całą rodziną do Polski. Miałam wtedy dziewięć miesięcy. Od tego momentu mieszkam w stolicy.
Rodzice zdecydowali się wrócić do Wietnamu zaraz po mojej maturze. Tęsknili za swoją ojczyzną, rodziną i przyjaciółmi. Ja postanowiłam zostać w Polsce: tu się wychowałam, tu chodziłam do żłobka, przedszkola i do szkół. Pierwszy raz zakochałam się w modzie, tu mam swoich przyjaciół i jak na razie nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej.
Kiedy zaczęłaś interesować się modą?
Ten temat zawsze mnie interesował. Urodziłam się już w wolnej Polsce - a właściwie dzień po upadku komunizmu, czyli 5. czerwca. Przez jakiś czas istniał jeszcze Pewex. Mało kto jeszcze pamięta dreszcz emocji związany z przekraczaniem progu tego miejsca. Dla mnie to była kraina luksusu, gdzie za darmo można było nasycić oko pięknymi kreacjami z Zachodu. Pamiętam, że jako 3-letni smarkacz stałam na środku sklepu i próbowałam wymusić na mamie - płaczem, krzykiem i tupotem - kupno niewyobrażalnie drogich sukienek. Już wtedy zaczęło kształtować się moje poczucie estetyki. Oczywiście lubiłam przebierać się przed lustrem, podkradałam mamie ubrania i obcasy, a potem prezentowałam rodzinie małe show. Dywan w naszym małym mieszkaniu służył jako catwalk, a banan jako mój mikrofon. Mama widziała we mnie przyszłą modelkę, ale ja - przy wzroście 160 cm w kapeluszu - szybko ten pomysł porzuciłam. Najpierw zaczęłam pracować jako asystentka stylistek i w działach mody w polskich magazynach. To mi nie wystarczyło, chciałam być na swoim, chciałam tworzyć. Gdy przyszedł czas na wybór kierunku studiów, na początku myślałam nad kierunkiem ścisłym. Tata byłby dumny, gdybym poszła na matematykę albo fizykę. Wygrała jednak miłość do mody. Posłuchałam się głosu swojego serca i aplikowałam na kierunek projektowania ubioru i teraz nie żałuję. Tata poparł moją decyzję i nawet kupił mi moją pierwszą maszynę do szycia, którą mam do dziś.
Kiedy Twoja pasja zmieniła się w biznes?
Zaraz po obronie licencjatu, czyli dwa lata temu, otworzyłam firmę. Rzuciłam się na głęboką wodę, bo studiowałam i pracowałam jednocześnie. Musiałam regularnie dojeżdżać z Warszawy do szkoły w Łodzi. Z początku nie było jeszcze autostrady, musiałam dojeżdżać PKP i dzisiaj mogłabym napisać książkę o przygodach i przeszkodach na trasie Warszawa-Łódź. Nawet teraz dziwię się, jak udało mi się to pogodzić. Ale firma prosperuje coraz lepiej i cały czas się rozwija.
Jak byś opisała swoją modę? Jest europejska, azjatycka, a może po prostu Twoja?
Jest po prostu moja. Jednak to, że mam możliwość czerpania inspiracji z obu kultur, czyni mnie bogatszą artystycznie.
Do kogo skierowane są Twoje kolekcje?
Marka składa się z 4 linii odzieżowych. Lana to główna linia, wizytówka marki i - jak sama nazwa wskazuje - to cała ja. W tej linii znajdziemy kolekcje prezentowane dwa razy do roku, sukienki na czerwony dywan, sukienki ślubne i koktajlowe. Pink Sugar to linia bardziej młodzieżowa i komercyjna, street-wearowa. Linia Classic powstała z potrzeby klientek, które zasugerowały mi, że brakuje im eleganckich strojów do biura, tzw. smart casual. Natomiast linia Mini Lana jest skierowana do najmłodszych i jest miniaturką rzeczy dla dorosłych.
Dla projektanta ważna jest rozpoznawalność. Czy Polacy kojarzą Twoją markę?
Jestem bardzo mile zaskoczona - ale owszem, moja marka jest rozpoznawalna. Dużo klientów - zamiast kupować przez stronę internetową - odwiedza moją pracownię. Jest ona schowana w podwórku, bez witryny. Każdy, kto tam przychodzi, nie jest przypadkowym klientem, musi znać moją markę. Ja z kolei mam uśmiech od ucha do ucha, kiedy idę ulicą i widzę kogoś w swoich rzeczach. Ostatnio zdarza się to bardzo często. Albo kiedy ktoś pisze do mnie maile z podziękowaniami za supersukienkę. To jest niesamowicie miłe uczucie i najlepsza nagroda za tę ciężką pracę.
Skąd ludzie Cię znają? W jaki sposób się promujesz?
Na początku współpracowałam z agencjami PR-owymi. Obecnie sama się tym zajmuję, a moim głównym narzędziem promocji są social media. Razem z asystentkami prowadzę fanpage na Facebooku, Instagrama, Twittera i Snapchata. Pokazujemy inside story: jak powstają kolekcje, co dzieje się w showroomie i jak wygląda nasze życie po pracy. Pokazujemy - prawie krok po kroku - jak powstają kreacje, aż do finału, kiedy klientka przesyła nam zdjęcie w kreacji z balu.
Często wstawiamy zdjęcia naszych klientów w ubraniach Lana Nguyen - dla innych to wskazówka z czym można zestawić dane ubrania oraz pewne wyróżnienie dla klienta. Chciałabym, aby dzięki temu modelowi komunikacji, odbiorcy identyfikowali się z marką. Mój team dba przy tym o jak najlepszą obsługę klienta - co też nas trochę wyróżnia, bo w Polsce customer service pozostawia jeszcze wiele do życzenia.
logo
Lana Nguyen fot: Teodor Klepczyński

Masz jakąś wiedzę marketingową? Czy wszystko co robisz, robisz intuicyjnie?
Nie mam żadnej książkowej wiedzy. Musiałam się tego nauczyć, prowadząc swoją firmę i robię to bardzo intuicyjnie - tak jak chcę, tak jak czuję. Nie chcę sprzedawać banalnych i czysto komercyjnych rzeczy. Chcę sprzedawać marzenia. Wszystko co tworzę, tworzę z pasją. Wkładam w to dużo serca i myślę, że to jest klucz do sukcesu.
Tobie ten sukces udało się odnieść bardzo szybko. Masz 25 lat. Dopiero co zrobiłaś magistra, a już masz własną pracownię i sklep internetowy, dwa pokazy za sobą i kolejny przed sobą. Jesteś rozpoznawalna. Uważasz się za kobietę sukcesu?
Absolutnie nie. Wręcz przeciwnie - ciągle myślę, że robię za mało. Że już powinnam być znacznie dalej. Mam chyba bardzo wysokie ambicje - i z jednej strony trochę mnie to pożera od środka, ale z drugiej - bez tego chyba niewiele bym osiągnęła.
A co uważasz za swój największy sukces?
Zadowolenie klientów, uśmiech na ich twarzach. Świadomość, że zmieniłam coś w ich garderobie - a może i w życiu - to dla mnie najważniejszy sukces. Sukcesem jest też sama moja firma, która jest takim moim dzieckiem. Szczególnie, że dopiero teraz naprawdę mam czas, żeby się jej w pełni poświęcić. Myślę, że jestem dopiero na początku bardzo długiej drogi pod górkę.
Napotkałaś już jakieś przeszkody?
Moim głównym problemem jest to, że chcę mieć nad wszystkim kontrolę. Niektórych prac nie umiem delegować bo strasznie mi zależy, żeby moja marka była spójna, utrzymana w jednym stylu i kojarzona ze mną. Nie umiem sobie odpuścić. Ostatnio przyszłam do pracowni o 9 rano, a wróciłam do domu o 22. Przeszkód jest mnóstwo i nie zawsze podejmuję słuszne decyzje, ale szybko się podnoszę i walczę dalej.
Jak w tym wszystkim łapiesz równowagę? Masz czas dla siebie?
Czasami sama się zastanawiam: jak można tyle pracować? Ale koniec końców - robię to, co kocham. Pewnie dlatego mnie to nie męczy, wręcz przeciwnie - sprawia mi to ogromną przyjemność. Dlatego, gdy mam ciężki dzień i już chce mi się płakać, wracam do domu i powtarzam sobie: "I love my job".
Czy z samego projektowania można się w Polsce utrzymać?
Ja nie robię nic poza tym. Sama się z tego utrzymuję, ale to nie jest proste. Mamy w Polsce mnóstwo sieciówek, które zalały ulice. Na szczęście jest też grupa Polaków, którzy coraz bardziej zwracają uwagę na polską modę i młodych projektantów. Ludzie są już zmęczeni z góry narzuconym lookiem, szukają czegoś indywidualnego. Czegoś, co ich wyróżni. Ja oferuję m.in. usługę Made To Measure, czyli szycie na miarę. Klient może skonsultować ze mną swoją wymarzoną kreację, a ja ją zaprojektuję.
Jakie teraz masz plany?
Na przełomie września i października planuję pokaz, który będzie rozwinięciem mojej kolekcji dyplomowej. W pracy przedstawiłam portrety kobiet w literaturze i sztuce i związane z nimi różne rodzaje zmysłowości. W swojej kolekcji przedstawiam własną wizję zmysłowości. Główną bohaterką jest w niej kobieta delikatna, niewinna i romantyczna. Trochę taka jak ja.
logo
Lana Nguyen fot: Teodor Klepczyński

A marzenia?
Podobno o największych marzeniach się nie mówi, żeby nie zapeszać. Moje największe i najważniejsze marzenia i tak już się spełniły. Teraz koncentruję się na tym, żeby tego nie zepsuć.
Twoja marka ma ogromy potencjał. Zastanawiałaś się nad wyjazdem z Polski i spróbowaniem swoich sił na innych rynkach?
Z jednej strony - cały czas o tym myślę. Ale z drugiej - trochę się buntuję, bo dlaczego nie w Polsce? W dziedzinie mody Polska mocno się rozwija. I to jest idealny moment dla mnie. Świadomość klientów jest coraz wyższa. Chciałabym, żeby oczekiwania Polaków się zmieniły. Żeby nie wybierali tego, co typowe i masowe. Żeby docenili jakość i oryginalność oferowaną przez polskich projektantów. Póki co, wyjeżdżam na zagraniczne targi i mam już kontraktacje z kilkoma butikami.
Czy powiedziałabyś o sobie, że robisz karierę jako projektantka?
Kariera bardziej kojarzy mi się z zawodem aktorki, piosenkarki albo osobami, które nagle stają się sławne i zostają celebrytami. Ja mam firmę, tworzę swoją markę, pracuję z zespołem i kariera zupełnie mnie nie interesuje. Jestem typem kanapowca, niespecjalnie lubię chodzić na imprezy z flashami. Mam jednak świadomość tego, że czasem wypada mi się gdzieś pojawić, szczególnie na modowych eventach. Traktuję to jako część pracy, budowanie wizerunku marki.
Czy Polska jest dobrym krajem do rozwijania kariery i przekuwania pasji w biznes?
Na pewno - przynajmniej jeśli chodzi o modę - nie mamy tu jeszcze tak dużej konkurencji jak na Zachodzie. Tam jest bardzo wielu utalentowanych projektantów i wyścig szczurów. W Polsce zaś niewielu projektantów otwiera swoje firmy. Jesteśmy w momencie, kiedy rynek modowy intensywnie się rozwija. Jest boom na młodych projektantów i niezależne marki i to dla nas ogromna szansa.
Szansa i zagrożenie. Projektowanie i szycie zrobiło się w ostatnich latach modne. Nie boisz się, że w pewnym momencie na rynku będzie przesyt projektantów? Że będzie ich tyle, co szafiarek i blogerek, a klientom ciężko będzie odróżnić zawodowców od osób bez umiejętności, dla których projektowanie jest formą lansu?
Na każdym rynku jest konkurencja. Ja staram się na to nie patrzeć, tylko skupiać się na swoim. Mam grono swoich odbiorców, którzy śledzą mnie od początku. Moim zadaniem jest, żeby ich nie zawieść i tworzyć dalej.
Wyróżniasz się nie tylko projektami, ale też azjatycką urodą. Powiedz, jak Cię odbierają Polacy?
Większość Polaków traktuje mnie jak siostrę. Dzięki nim czuję, jakbym była stąd. Co zabawne, Ci, którzy mnie nie znają - często chwalą mnie za to, jak ładnie mówię po polsku. Wtedy odpowiadam, że oni również (śmiech). Najczęściej są bardzo ciekawi mojej historii, pytają o pochodzenie i jak to się stało, że mieszkam w Polsce. Oczywiście, nie wszyscy są tacy. Zdarzyło mi się kilka razy usłyszeć różne nieprzyjemne komentarze i - o dziwo - nie padały one z ust dzieci, a dorosłych. W ogóle mnie to nie rusza, a wręcz współczuję takim osobom, które mają problem z tolerancją i nie akceptują inności. Skoro się tym przejmują, ich życie musi być naprawdę ciężkie i nieprzyjemne.
A jak Ty ich odbierasz - jacy według Ciebie są ludzie z Polski?
Otaczam się Polakami, którzy emanują pozytywną energią. Są dobrzy, ambitni i mają podobne wartości do moich. Oczywiście o Polakach mówi się o różnie, tak jak o Wietnamczykach czy innych nacjach. Mnie takie stereotypy są obce. Nie lubię szufladkować ludzi i przyczepiać im łatek.
Czujesz się bardziej Polką czy Wietnamką?
Moją ojczyzną jest Wietnam, bo tam się urodziłam, ale Polska jest moim drugim domem. Tu dorastałam i z Polską wiążą się moje najwcześniejsze wspomnienia: podwórko, ohydne ciepłe lody, kolorowe bransoletki z drażetek. Cały czas balansuję gdzieś pomiędzy dwoma światami. Czasem patrzę w lustro i dziwię się, że nie jestem blondynką (śmiech). Mam trochę rozdwojenie jaźni i podwójną osobowość, bo kultura polska i wietnamska skrajnie się różnią. Będąc w Wietnamie, jestem kimś zupełnie innym niż będąc w Polsce. Mówię inaczej, z inną intonacją, inaczej się zachowuję, mam inne podejście do ludzi. 
W czym Polacy najbardziej różnią się od Wietnamczyków?
W obu krajach ludzie są bardzo życzliwi, uprzejmi i mili. Główna różnica jest taka, że w Wietnamie wszyscy są bardzo pracowici, a w Polsce niestety wiele osób narzeka zamiast wziąć się porządnie do roboty. Nie mówię oczywiście, że wszyscy. Jednak gdyby ta niezadowolona część zobaczyła, jak ciężko ludzie pracują w Wietnamie - gdzie jak nie pracujesz, po prostu nie przeżyjesz - to myślę, że przestaliby marudzić. We mnie rodzice zaszczepili ogromny szacunek do pracy. Kocham to, co robię i naprawdę ciężko pracuję.
Obecnie, świętujemy w Polsce 25-lecie wolności, a z czym kojarzy Ci się okres sprzed transformacji?
Z elegancją i klasyką. W kronikach historycznych oglądam bardzo eleganckie, zadbane kobiety. Must-have'm w garderobach były futra, pantofle, kapelusz, skórzana torebka. To był okres, w którym towary i materiały były bardzo trudno dostępne i trzeba było się naprawdę namęczyć, żeby je zdobyć. Dzięki temu ujawniała się kreatywność gospodyń. Niejednokrotnie rodzice moich przyjaciół opowiadali mi, jak to zaszywali różnymi patkami spodnie dzwony. Albo jak mamy szyły im ogrodniczki i modne fartuchy. Pamiętam też, że jeszcze jakiś czas po zmianie ustroju wszystkie mamy moich koleżanek chodziły do krawcowych. Wiele osób szyło sobie ubrania na miarę i to było wyjątkowe. Teraz to zanika, bardzo ciężko jest znaleźć dobrą krawcową i ludzie jakoś niechętnie podchodzą do szycia na miarę.
Czy według Ciebie w Polsce mamy dzisiaj wolność?
Moim zdaniem mamy. Dopiero od zeszłego roku jestem oficjalnie podwójną obywatelką. W tym roku miałam możliwość uczestniczenia pierwszy raz w wolnych wyborach. To było dla mnie bardzo ważne przeżycie, bo w końcu mogłam oddać swój głos. Mogłam zadecydować o jakiejkolwiek zmianie w tym kraju. W Wietnamie nie mam takiej możliwości.
A czym dla Ciebie jest wolność i jak z niej korzystasz?
Wolność oznacza, że mogę decydować sama o sobie. Wolność to dla mnie odwaga bycia sobą, tworzenia i wyrażania swojej osobowości.
Czy Polacy wyrażają swoją wolność w modzie? Przez długi czas byliśmy uważani za bardzo smutny, szary i nijaki naród, który jest szalenie zachowawczy.
Na szczęście to się zmienia. Zmienia się świadomość modowa Polaków. Starsze roczniki oczywiście dalej ubierają się zachowawczo, ale młodzi ludzie szaleją, eksperymentują z modą. Mają wzorce z Zachodu, Wchodu, z całego świata. Polacy są dziś bardziej otwarci niż kilkanaście lat temu. 
Mają odwagę, żeby wyglądać inaczej?
Inaczej - to nie zawsze znaczy dziwnie i negatywnie. Po prostu jest coraz więcej ludzi, którzy traktują modę jako narzędzie do wyrażania własnej osobowości. Sprawiają, że ulice większych miast mają swój charakter.