
Życie to dynamiczny projekt, a nie równa krecha - mówi pisarka Izabela Sowa w rozmowie o małej stabilizacji trzydziestolatków, poszukiwaniu azylu i powrotach. Do ludzi, do miejsc, do siebie. Autorka "Powrotu" wyjaśnia też, dlaczego nie ma nic przeciwko etykietce "literatury kobiecej". - "Anna Karenina" to też literatura kobieca - mówi.
REKLAMA
Po „Azylu” powiedziała Pani, że książka ma taki właśnie tytuł, ponieważ w trakcie jej pisania Pani sama szukała pewnego rodzaju azylu. Nowa książka nosi tytuł „Powrót” – do czego? Lub do kogo?
Są takie chwile, kiedy każdy potrzebuje azylu. Możliwe, że pisząc „Azyl” tak właśnie się czułam. Na pewno szukałam wtedy dobra, serdeczności – i w schronisku niedaleko Dubrownika, wśród setek uratowanych psów, to wszystko znalazłam. To był azyl od życia w miejskim smogu, od nieustannej pogoni i od ludzkiej obojętności. A jeśli chodzi o „Powrót” – ciągle do czegoś wracamy. Im więcej mamy lat, tym częściej. Wracamy do starych znajomości, wspominamy je z o wiele większym wzruszeniem... Nie ma jednego powrotu. Nie byłam nigdy na emigracji tak długo jak bohaterka mojej książki, Dorotka, więc w tym sensie nie wróciłam, natomiast wydaje mi się, że małe powroty wydarzają mi się ciągle.
Wszyscy tak wracamy? W książce jest odwrotnie – Dorotka wraca, ale przekonuje się, że
wiele rzeczy uległo zmianie. Wiele z sytuacji, które Pani opisuje, to dla 30-latków chleb powszedni.
wiele rzeczy uległo zmianie. Wiele z sytuacji, które Pani opisuje, to dla 30-latków chleb powszedni.
Często zdarza się, że opisuję własne doświadczenia – w książce pojawia się pies, którego Dorotka uwalnia. Miałam niemal identyczną przygodę. Ale wracając do przyjaźni – bywa, że te niby najtrwalsze, wydawałoby się wieczne, rozpadają się. Doświadczyłam tego i bardzo to wydarzenie przeżyłam.
To chyba trochę naturalna kolej rzeczy – pewne znajomości się kończą. Bywa, że po takim
rozpadzie można się na nowo odnaleźć, scalić?
rozpadzie można się na nowo odnaleźć, scalić?
Chciałabym, żeby tak było. Czasem zdarza się, że ludzie, którzy się kochali, rozstają się na jakiś czas, a po kilku latach do siebie wracają. Z przyjaźniami jednak jest chyba inaczej –odnajdujemy się na Facebooku czy Naszej Klasie, organizujemy spotkanie po latach, cieszymy się, że nikt się nie zmienił (no prawie ), że znowu jesteśmy razem i, oczywiście, obiecujemy sobie częściej się odzywać i spotykać. A potem – cisza. Chyba trzeba się pogodzić, że pewne znajomości umierają śmiercią naturalną.
W pewnym momencie człowiek zaczyna wracać do starych miłości i starych przyjaźni, bo coraz chętniej spotyka się z tymi ludźmi, którzy pamiętają go jako młodego. Mnie z czasów szkolnych ostała się przyjaciółka, z którą mam kontakt. Tego typu zażyłości mogą trwać dłużej. Myślę jednak, że generalnie nie doceniamy przyjaźni i kiedy ją tracimy, nie opłakujemy jej tak, jak utraconej miłości. A szkoda, bo ta prawdziwa jest czymś wyjątkowym...
Pani twórczość zalicza się do nurtu tzw. literatury kobiecej, w którym znajduje się też
Katarzyna Grochola czy Małgorzata Kalicińska. Zastanawiam się, jak traktuje Pani tę
etykietkę?
Katarzyna Grochola czy Małgorzata Kalicińska. Zastanawiam się, jak traktuje Pani tę
etykietkę?
Do tego nurtu zalicza się większość nienagradzanych pisarek. Jest Masłowska, Tokarczuk, Chutnik i jest Kalicińska, Szwaja czy Grochola... To wszystko jest literatura kobieca.
Ale to określenie Panią uwiera czy nie, wręcz przeciwnie, bo przecież pisze Pani dla kobiet?
To bardzo złożony problem. Na początku, kiedy pisałam serię owocową, podobne pytania padały znacznie częściej. Uświadomiłam sobie wtedy, że ja też literaturę kobiecą postrzegam stereotypowo, bo dla mnie to określenie oznaczało romansidła takiej, na przykład, Jadwigi Courths-Mahlerowej. Myślałam wtedy: „co, ja w tej samej szufladce? A w życiu!” Wprawdzie
piszę rozrywkowo, ale w moich książkach poruszam różne wątki, także problem wyzyskiwania słabszych... Dziś literaturę kobiecą definiuję jako feministyczną, którą bardzo lubię, bo sama uważam się za feministkę. Gdyby jednak szukać jednej definicji, to trzeba zastanowić się, czy to jest literatura pisana przez kobiety, dla kobiet, o kobietach... Moim zdaniem to także literatura bardziej skupiona na relacjach między ludźmi niż na akcji. W takim ujęciu „Anna Karenina” zalicza się do literatury kobiecej.
To bardzo złożony problem. Na początku, kiedy pisałam serię owocową, podobne pytania padały znacznie częściej. Uświadomiłam sobie wtedy, że ja też literaturę kobiecą postrzegam stereotypowo, bo dla mnie to określenie oznaczało romansidła takiej, na przykład, Jadwigi Courths-Mahlerowej. Myślałam wtedy: „co, ja w tej samej szufladce? A w życiu!” Wprawdzie
piszę rozrywkowo, ale w moich książkach poruszam różne wątki, także problem wyzyskiwania słabszych... Dziś literaturę kobiecą definiuję jako feministyczną, którą bardzo lubię, bo sama uważam się za feministkę. Gdyby jednak szukać jednej definicji, to trzeba zastanowić się, czy to jest literatura pisana przez kobiety, dla kobiet, o kobietach... Moim zdaniem to także literatura bardziej skupiona na relacjach między ludźmi niż na akcji. W takim ujęciu „Anna Karenina” zalicza się do literatury kobiecej.
Na początku jednak jeżyła się Pani na to określenie.
Rzeczywiście, ale myślę, że z czasem człowiek nabiera pokory i mądrzeje na tyle, żeby wiedzieć, że jakąś etykietkę i tak mu przykleją. W tej chwili mnie to nie razi, nie uraża i nie obraża, natomiast trochę mnie śmieszy, kiedy ktoś próbuje dodać książce wagi czy splendoru mówiąc, że jest napisana takim językiem, jakby to pisał mężczyzna.
Rzeczywiście, ale myślę, że z czasem człowiek nabiera pokory i mądrzeje na tyle, żeby wiedzieć, że jakąś etykietkę i tak mu przykleją. W tej chwili mnie to nie razi, nie uraża i nie obraża, natomiast trochę mnie śmieszy, kiedy ktoś próbuje dodać książce wagi czy splendoru mówiąc, że jest napisana takim językiem, jakby to pisał mężczyzna.
Negatyw komplementu.
Ale takie określenia wciąż pojawiają się w recenzjach. Kiedy pisałam „Serię z Brzytwą”, najważniejszą bohaterką była detektywka Brzytwa, ale jej partnerem (i zarazem klientem) był mężczyzna. Media o wiele częściej interesowały się zrobieniem wywiadu niż przy promocji
wcześniejszej książki, w której pisałam o 63-letniej emerytce, wdowie mieszkającej w małym miasteczku. Wtedy dziennikarki z pism kobiecych mówiły: to nie nasz target. Nasz target kończy się na sześćdziesiątce. Wygląda na to, że jeśli bohaterem jest mężczyzna, i jeśli w powieści mamy więcej przemocy i seksu – łatwiej jest taką książkę promować.
Ale takie określenia wciąż pojawiają się w recenzjach. Kiedy pisałam „Serię z Brzytwą”, najważniejszą bohaterką była detektywka Brzytwa, ale jej partnerem (i zarazem klientem) był mężczyzna. Media o wiele częściej interesowały się zrobieniem wywiadu niż przy promocji
wcześniejszej książki, w której pisałam o 63-letniej emerytce, wdowie mieszkającej w małym miasteczku. Wtedy dziennikarki z pism kobiecych mówiły: to nie nasz target. Nasz target kończy się na sześćdziesiątce. Wygląda na to, że jeśli bohaterem jest mężczyzna, i jeśli w powieści mamy więcej przemocy i seksu – łatwiej jest taką książkę promować.
Stereotypy wiecznie żywe.
Tak, ale z drugiej strony znajomy recenzent powiedział mi ostatnio, że w segmencie literatury kobiecej dzieje się o wiele więcej ciekawych rzeczy niż na półkach z tzw. ambitną literaturą. Jego zdaniem kobiety tworzą o wiele uczciwiej niż mężczyźni, bo mężczyźni często piszą „pod nagrody”. Oczywiście kobiety też bywają łowczyniami nagród, ale przynajmniej nie oszukują samych siebie, i na ogół są uczciwe wobec czytelników i czytelniczek.
Tak, ale z drugiej strony znajomy recenzent powiedział mi ostatnio, że w segmencie literatury kobiecej dzieje się o wiele więcej ciekawych rzeczy niż na półkach z tzw. ambitną literaturą. Jego zdaniem kobiety tworzą o wiele uczciwiej niż mężczyźni, bo mężczyźni często piszą „pod nagrody”. Oczywiście kobiety też bywają łowczyniami nagród, ale przynajmniej nie oszukują samych siebie, i na ogół są uczciwe wobec czytelników i czytelniczek.
Pisze Pani o samotności, o lękach, które wszyscy podzielamy – my, trzydziestoletni. Dzisiejsze pokolenie 30-latków ma trudniej niż 10 czy 20 lat temu?
Pod pewnymi względami tak, choć ja uważam, że każde pokolenie jest na swój sposób przegrane.
Każde?
Tak, ale i na swój sposób wygrane. Ci, którzy urodzili się u schyłku lat 60., dzisiejsi 40-latkowie, mogli się załapać na stanowiska menadżerskie, bo po upadku PRL-u pojawiło się dużo dobrych posad – wystarczyło mieć skończone studia i znać dwa języki. Kilka lat później ludzie byli o wiele lepiej przygotowani, ale zabrakło wolnych miejsc. Jakby urodzili się za późno. Jednocześnie na początku lat 90. trochę wyprano nam mózgi neoliberalną wizją, że jesteśmy odpowiedzialni za wszystko – za nasze zdrowie, związki, pracę i przede wszystkim za porażki. A to nieprawda. Nie wszystko zależy od nas, wystarczy podać przykład szklanego sufitu. Niestety w ten mit najbardziej uwierzyli obecni trzydziestolatkowie, bo pokolenie po nich już wie, że to ściema. Trzydziestolatkowie, zaczynając pracę, zgadzali harować za darmo. Dzisiejsi 20-latkowie bardziej się cenią.
Tak, ale i na swój sposób wygrane. Ci, którzy urodzili się u schyłku lat 60., dzisiejsi 40-latkowie, mogli się załapać na stanowiska menadżerskie, bo po upadku PRL-u pojawiło się dużo dobrych posad – wystarczyło mieć skończone studia i znać dwa języki. Kilka lat później ludzie byli o wiele lepiej przygotowani, ale zabrakło wolnych miejsc. Jakby urodzili się za późno. Jednocześnie na początku lat 90. trochę wyprano nam mózgi neoliberalną wizją, że jesteśmy odpowiedzialni za wszystko – za nasze zdrowie, związki, pracę i przede wszystkim za porażki. A to nieprawda. Nie wszystko zależy od nas, wystarczy podać przykład szklanego sufitu. Niestety w ten mit najbardziej uwierzyli obecni trzydziestolatkowie, bo pokolenie po nich już wie, że to ściema. Trzydziestolatkowie, zaczynając pracę, zgadzali harować za darmo. Dzisiejsi 20-latkowie bardziej się cenią.
Z dzisiejszymi 20-latkami łączy nas to, że coraz wolniej dorastamy, bo do tej dorosłości wcale nam się nie spieszy. Dorotka, Pani bohaterka, też taka jest.
W pewnym sensie tak, ale w jej przypadku to pozory. Ona się zbuntowała dosyć szybko, szybko wyjechała z domu, a teraz, podobnie jak trzydziestolatkowie, przeżywa czas, który ja nazywam „małą stabilizacją”.
Co to takiego?
Nagle zaczyna nam się wydawać, że nic nas już, poza prozą życia, nie czeka. Coś już przeżyliśmy, coś już wiemy – jak smakuje rozstanie, niektórzy są po rozwodach, w pewnym sensie już dorośliśmy. Nie jest jednak tak, że życie to równa krecha – raczej otwarty projekt. Więc później wychodzimy z tego zastoju, coś się dzieje: albo w głowie, albo w sercu. Dorotka znalazła się w takim momencie życia, kiedy wydaje się jej, że zbudowała sobie tę małą stabilizację. Ona mówi, że żyjemy złudzeniami, ale jej się wydaje, że już jest po. Po przyjaźni, po miłości, po nadziei. Wielki Post. Na szczęście każdy się kiedyś kończy...
Nagle zaczyna nam się wydawać, że nic nas już, poza prozą życia, nie czeka. Coś już przeżyliśmy, coś już wiemy – jak smakuje rozstanie, niektórzy są po rozwodach, w pewnym sensie już dorośliśmy. Nie jest jednak tak, że życie to równa krecha – raczej otwarty projekt. Więc później wychodzimy z tego zastoju, coś się dzieje: albo w głowie, albo w sercu. Dorotka znalazła się w takim momencie życia, kiedy wydaje się jej, że zbudowała sobie tę małą stabilizację. Ona mówi, że żyjemy złudzeniami, ale jej się wydaje, że już jest po. Po przyjaźni, po miłości, po nadziei. Wielki Post. Na szczęście każdy się kiedyś kończy...
Dorotka, nawet ze swoją wyjątkowością, jest typową młodą kobietą wchodzącą w czwartą dekadę życia?
Może nie typową, ale na swój sposób zwyczajną. Ja często piszę o freakach, żeby pokazać, że w gruncie rzeczy nie różnią się od zjadaczy chleba z masłem. Nawet jeśli, jak Dorotka, nie jedzą masła (śmiech).
