
Wątków jest tu kilka – ceny książek i sposób, w jaki są kalkulowane, łańcuch pokarmowy na rynku wydawniczym, na dole którego jest autor oraz traktowanie książek jak każdego innego towaru.
Tak, jest absurdalna. Długo kłóciłem się z wydawcą o jej obniżenie, ponieważ moim zdaniem nieprzekraczalną barierą dla powieści w miękkiej oprawie jest 40 złotych. Jak widać bezskutecznie się kłóciłem. I choć ciągle ubolewam, że cena jest tak wysoka, to chciałbym przedstawić argumenty wydawcy, które częściowo do mnie trafiają.
Otóż wydawca argumentuje, że rynek oszalał i nikt już nie chce kupować książki, jeśli nie jest ona sprzedawana w takiej, czy innej promocji. Dlatego ceny wydrukowane na okładce przestały być cenami książki, stały się nierzeczywistymi bytami, które służą jedynie do przekreślania i pisania obok nowej ceny. Dlatego te nieszczęsne 44,90 służy jedynie temu, żeby móc „Gniew” sprzedawać w normalnej dla takich książek cenie, czyli między 30 a 40 złotych. (...)
Tak czy owak zależy mi, żeby Państwo nie myśleli, że wyjściowa cena 45 złotych wynika z tego, że autor stał się szalonym chciwusem. To jakaś korporacyjno-biznesowa zagrywka, nad którą ubolewam, bo niezależnie od tego, za ile Państwo książkę kupicie, w świat idzie informacja, że Miłoszewski napisał najdroższego paperbacka na rynku.
Poza takimi "drobiazgami" jak okładka, redakcja, korekta, wydawca musi zapłacić za dystrybucję i promocję. Wypromowanie książki, by Czytelnik mógł ją dostrzec w masie innych, to duży koszt. A promocja to nie tylko reklamy, ale także ekspozycja w księgarniach.
Zygmunt Miłoszewski w swoim wpisie sugeruje, że dobrym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie, podobnie jak we Włoszech, Niemczech i Francji ustaw o książce, wedle których "przez określony czas (18-24 miesiące) po premierze książkę można sprzedawać tylko w cenie wydrukowanej na okładce. To właśnie takiego rozwiązania dotyczy list otwarty "Polska książka potrzebuje ratunku", który podpisało przeszło 800 osób, w tym Marek Bieńczyk, prof. Jerzy Bralczyk, Sylwia Chutnik, Krystyna Janda, Małgorzata Kalicińska, Ignacy Karpowicz, Sławomir Koper, Olga Tokarczuk, Szczepan Twardoch i Janusz Leon Wiśniewski.
Fragment listu
Literaci, wydawcy i księgarze nie mają siły politycznej porównywalnej z górnikami. Zapewne dlatego apele ludzi tworzących książki pozostają bez echa od lat. Nie prosimy o dotacje z budżetu państwa, nie prosimy o umorzenie długów w ZUS czy w urzędach skarbowych. Prosimy jedynie o uchwalenie przyjaznych dla książki przepisów, podobnych do tych obowiązujących w wielu krajach Europy od roku 1981 Czytaj więcej