Kopalnia absurdów i pieniędzy – o ile tylko ma się szczęście. Moda na pisanie fan-fiction

Moda na pisanie fan-fiction trwa w najlepsze.
Moda na pisanie fan-fiction trwa w najlepsze. Fot. Shutterstock
Jeżeli napiszesz złą powieść fan fiction, internet nigdy tego nie zapomni. Jeżeli stworzysz dobrą, zdobędziesz popularność, pieniądze i sprzedasz prawa filmowcom. Sęk w tym, że trzeba napisać o czymś, co wszyscy doskonale znają tak, by chcieli to poznać na nowo.


Fani coraz częściej puszczają wodzę fantazji i sami piszą powieści, które są kontynuacjami ich ulubionych dzieł. Fan-fiction można podzielić na dwie kategorie. Pierwszą: opowiadania z bohaterami, którzy wcześniej zaistnieli w literaturze np. "Harry Potter" czy "Zmierzch". I drugą: historie, których bohaterami autorki czynią faktycznie istniejące osoby: wokalistów popularnych, młodzieżowych zespołów, aktorów czy piłkarzy.
Wojciech Engelking

Tak naprawdę jednak - czy bohaterem fan ficka będzie Harry Styles, Edward Cullen, Justin Bieber czy Dawid Kwiatkowski (albo, gdy polskie fan ficki dopiero raczkowały - członkowie zespołu Tokio Hotel) - nie ma większego znaczenia. Bo fabuła większości fan ficków - tyleż nieskomplikowana, co rozwlekła - służy temu, by w ich odpowiednie miejsca włożyć scenki pornograficzne.

Engelking, który pisaniem książek zajmuję się zawodowo, ma po części rację. Sporo fan-fiction pozostawia wiele do życzenia . W sieci pojawiają się na przykład naprawdę szalony pomysły wzorowane np. sagą George'a R.R. Martina:
OCHRONIARZ/FANFIK Z BOHATERAMI "GRY O TRON"

Sansa Stark i Sandor Clegane często pojawiają się w fanfikach, bo nie ma przecież nic piękniejszego, niż miłość między młodą nastolatką, a brutalnym, emocjonalnie i fizycznie poranionym socjopatą i alkoholikiem. "Ochroniarz" traktuje ich uczucie w sposób jeszcze bardziej absurdalny, przenosi historię ich miłości w czasy współczesne. Sansa to nominowana do Oscara gwiazda pop, która jest zaręczona z kandydatem na prezydenta Joffrey'em. To musi być najgorsza demokracja na świecie... Sansa powoli zakochuje się jednak w ochroniarzu Joffrey'a, Sandorze. Miłość zostaje skonsumowana po tym, jak oboje przeżywają atak terrorystyczny przygotowany przez Aryę Czytaj więcej

Ale oprócz takich nieco kuriozalnych pomysłów, zdarzają się też prawdziwe perełki. – W sieci jest na przykład ciekawa kontynuacja "Gry o tron" pisana przez autorkę o pseudonimie "Silverblood". Jej książki nie są skrępowane grzebaniem w źródłach historycznych, które uprawia Martin, czego efekty i tak są płytkie. "Silverblood" wprowadza wątki feministyczne, słucha uwag czytelników – mówi Jakub Dymek, redaktor "Dziennika Opinii" Krytyki Politycznej.

Autorka nie wyda jednak prawdopodobnie nigdy swoich książek, choć bazowanie na bestsellerowym pomyśle przyniosło jej internetową sławę. Na drodze stoi HBO, wydawnictwa i sam autor. George R.R. Martin pisze cykl "Pieśń Lodu i Ognia" bardzo, bardzo wolno, ale nienawidzi fanfików i nie dopuści do ich wydania w formie książkowej. George R.R. Martin pracę nad pierwszą książką rozpoczął w 1991 roku, a wydał ją pięć lat później. Natomiast piątą wydano w 2011 roku.
GEORGE R.R. MARTIN

Nigdy, za życia się na to nie zgodzę. Ale kiedyś umrę, bo Valar Morghulis - wszyscy muszą umrzeć. Moja żona, jeżeli mnie przeżyje, też raczej się na to nie zgodzi. Niestety historia pokazuje, że prawa własności w końcu trafiają do wnuków, albo dalekich krewnych, którzy ani pisarza nie znali, ani nie dbają o co prosił. Dla nich to będzie po prostu tylko żyła złota. W ten sposób powstają takie abominacje jak "Scarlett", sequel "Przeminęło z wiatrem" Czytaj więcej

Fundamentalną przeszkodą na drodze do wydania takiej książki stanowią właśnie prawa do pomysłu. Choć wydawnictwa w Polsce kierują się logiką rynkową i widzą w części powieści pisanych przez fanów popkulturalny i komercyjny sukces, to nie decydują się na druk takiej powieści.

– Prawo autorskie nie umożliwia autorom fanfików czy mashupów obrony w sądzie. Najlepiej pokazuje to sprawa 13-letniej dziewczynki, która być może będzie miała sprawę sądową. Drugi problem to zdobycie pieniędzy. Crowdfunding jest atrakcyjnym sposobem na wydanie książki, ale najpierw autorzy muszą skupić energię na sprzedawaniu pomysłu, a nie na tworzeniu – tłumaczy Dymek.


To wszystko powoduje, że scena fanfikowa w Polsce nie jest mocno rozwinięta. – Kiedyś czytałam głównie polskie fanfiki, bo interesowały mnie popularne w Polsce fandomy. Pierwszym był chyba Dragon Ball – opowiada Vampircia, która od lat prowadzi "Polską Bazę Fanfiction". – Teraz czytanie po angielsku mi nie przeszkadza, a strony zagraniczne dają zdecydowanie więcej możliwości. Na fanfiction.net, czy Live Journal powstaje dużo więcej fików, łatwiej znaleźć te dobre.
Udane opowiadania w zagranicznych bazach znaleźć łatwo, ale równie łatwo natknąć się na naprawdę szalone pomysły autorów fanfików miłosnych. Dużo bardziej szalonych niż w Polsce. Autorzy liczą, że uda się je wydać nawet w formie e-booka. O bardzo ciekawym zjawisku pisze Meredith Haggerty w The Daily Dot.

Dziennikarka przypomina powiedzenie, że jeżeli coś istnieje w internecie, to na pewno ma już swoją wersję porno. I idzie jeszcze dalej. Jej zdaniem, nawet jeżeli coś nie zaistniało w powszechnej świadomości internautów, i tak już jest erotyczny e-book na ten temat.

W takich książkach w wątek miłosny zostają wplecione Yeti, dinozaury czy zwykli ludzie, którzy z jakiegoś powodu mogą zmieniać się w... jeże. Co tylko kogo kręci i co, zdaniem autora, ma szansę osiągnąć popularność.
Wszyscy ci pisarze próbują prawdopodobnie powtórzyć sukces królowej erotycznych fanfików – E. L. James. Pod pseudonimem "Snowqueens Icedragon" zaczęła pisać fantazje erotyczne dotyczące bohaterów "Zmierzchu". W końcu jej cykl opowieści sadomaso "Pięćdziesiąt twarzy Greya" sprzedał się w 70 milionów kopii na świecie, żadna książka na świecie tak szybko nie wyprzedała swojego nakładu.

W Polsce powieść James też była bestsellerem. Jak komentowała "Gazeta Wyborcza": bestsellery to nie są dobre książki, ale książki, które się dobrze sprzedają. Polacy kupili 750 tysięcy egzemplarzy pierwszego tomu, ale drugi "Ciemniejsza strona Greya" sprzedał się już tylko w 144 tysiącach.

W rok E. L. James zarobiła na całym świecie 95 milionów dolarów, do tego 5 milionów za prawa do ekranizacji książki. Serial czy film, to ukoronowanie marzeń autorów fanfików. W sieci pojawiają się już zwiastuny "Pięćdziesięciu twarzy Greya".
Autor fików może też pójść inną drogą. "Vampircia" traktuje pisanie fan-fiction jako dobrą rozgrzewkę dla sprawnego opisywania własnych pomysłów. – Chciałabym na poważniej zająć się karierą pisarską i obecnie pracuję nad własnymi autorskimi projektami, z nadzieją, że kiedyś coś wydam – mówi – Literatura s-f zawsze mnie fascynowała. Wychowałam się na Lemie i odkąd pamiętam interesowałam się astronomią. Właśnie kończę dwutomową (jak na razie) historię pod enigmatycznym tytułem "ISET". Jednak wiem, że tekst ten ma sporo niedociągnięć i pewnie będę musiała jeszcze nad nim sporo popracować, jeśli chciałabym go kiedykolwiek "puścić w świat". Tak więc czeka mnie sporo pracy – mówi.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
Reserved 0 0Reserved pokazuje inną twarz lat 80. Wieczorowa kolekcja bierze z nich to, co najlepsze
Cinergia 0 0Reżyser “Pokoju” i aktor z “Matriksa” przyjadą do Łodzi. Rusza festiwal Cinergia
T-mobile 0 0Zachwyciła go postać epizodyczna. Raczek o kultowym już filmie
0 0Dom Harry'ego Pottera trafił na AirBnB. Na co jeszcze czekasz?
0 0Internet stracił głowę. Baby Yoda urzeka nawet tych, którzy nie cierpią "Gwiezdnych wojen"
0 0Edycja genów to rynek wart miliardy. Opiera się na metodzie podejrzanej u bakterii
0 0Robią coś, czego bał się rząd PiS. Czesi wprowadzają podatek, który tak drażni Amerykanów
0 0Pawłowicz "uwaliła" Śmiszka na studiach? Nie, tylko... pomyliła osoby
0 0"Mam dość bycia naczelnym biurokratą". Tusk o szefowaniu EPL
0 0SN uznał protest dotyczący wyborów do Senatu! Powtórki jednak nie będzie

MOTO

0 0Gdzieś już to widziałeś. Seat Tarraco to dobre… niemieckie auto – nie licz na hiszpański temperament
0 0Ten dziwoląg da się lubić. Nowy C-HR ma przekonać tych, którzy do tej pory mówili mu "nie"