Karp po PRL-owsku. Jak "tradycyjna" ryba zdominowała polskie wigilijne stoły

Karp - symbol pożądania w PRL. Sklep rybny Warszawskiej Spółdzielni Spożywców "Społem" przy ul. Próżnej 14 w Warszawie.
Karp - symbol pożądania w PRL. Sklep rybny Warszawskiej Spółdzielni Spożywców "Społem" przy ul. Próżnej 14 w Warszawie. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Można je uwielbiać lub wręcz nienawidzić. Niezależnie od tego karpie, bo o nich mowa, to jeden z naszych symboli świątecznych. Zapewne wielu z nas kojarzy je także z traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa, gdy płaczem protestowało się przeciw zabiciu bezbronnego stworzenia, pływającego w wannie. A umieszczanie tam żywych ryb to kolejny relikt czasów PRL - wtedy to właśnie wylansowano "tradycyjnego" wigilijnego karpia.


Co zadecydowało o tym, że w Polsce Ludowej karp stał się królem świątecznych stołów? I skąd u nas zwyczaj kupowania żywych karpi?

Król był tylko jeden
Ze względu na swoje cenne właściwości odżywcze ryby powinny być podstawą naszego jadłospisu – powie to każdy dietetyk. Tak też było w kuchni staropolskiej, tyle że na stołach naszych przodków prym wiodły takie rarytasy jak sandacze, szczupaki czy też sumy. Nie brakowało też leszczy, linów, karasi czy płoci.


Wiele z tych ryb spożywano w Wigilię, a za króla świątecznego stołu uchodził właśnie szczupak - w różnych odsłonach. Wtedy karpia nie kojarzono z uroczystą wieczerzą w przeddzień Bożego Narodzenia.

Oczywiście, był też karp, ale pod innymi postaciami, niż jest nam znany. Bo przed wiekami przyrządzano go nie w tłustej panierce – ale w towarzystwie wykwintnych sosów, gotowanego lub wędzonego, rozdrobnionego lub w całości. Na pikantnie lub na słodko.

Wskazówki do przyrządzenia „karpia bez kości” znajduje się w uchodzącej za pierwszą książkę kucharską „Compendium Ferculorum” Stanisława Czernieckiego z 1682 roku. Jest on również autorem przepisu na bigos karpiowy, a więc potrawkę rybną - tyle, że bez kapusty.


Karp znany, ale nie wigilijny
Nasi przodkowie spożywali karpie co najmniej od XII stulecia – i to za sprawą cystersów, którzy hodowali je w przyklasztornych stawach. Podobnie rozwijał się handel rybny w wielonarodowej Rzeczypospolitej złotego wieku.

W „Opisie obyczajów za panowania Augusta III” ksiądz Jędrzej Kitowicz pisał o „zaprawianiu” karpia sosem mięsnym i słoniną. Z kolei za sprawą polskich Żydów przyszła moda na karpia po żydowsku – w galarecie. Ten cieszy podniebienia także dziś.
W czasach, kiedy Polska znajdowała się pod zaborami, ponownie dotarła do nas moda na karpie - szczególnie rzeczne, czyli dzikie. Ryby te pojawiały się m.in. na ziemiańskich stołach.

Julian Ursyn Niemcewicz zapamiętał takie menu na 24 grudnia: – Trzy zupy, migdałowa z rodzynkami, barszcz z uszkami, grzybami i śledziem, kucja dla służących, krążki z chrzanem, karp do podlewy, szczupak z szafranem, placuszki z makiem i miodem, okonie z posiekanymi jajami i oliwą. Były więc karp, szczupak i okoń. W PRL nie do pomyślenia.

Co więcej, w końcu XIX wieku, na polskich stołach zaczął pojawiać się tzw. karp królewski – nowa odmiana tej ryby, wyhodowana przez Adama Gascha, właściciela gospodarstwa w Kaniowie w ówczesnej Galicji.

Obywatel Minc daje Polakom karpia
Ale to dopiero Polska Ludowa wylansowała karpia jako główne danie kolacji wigilijnej. Po II wojnie światowej świeża ryba była luksusem, często nieosiągalnym. Rodzima flota rybacka była w ruinie, a istniejące przed wojną stawy hodowlane albo ucierpiały w trakcie działań zbrojnych, albo – wskutek „przesunięcia” granic – zmieniły przynależność państwową.
W związku z tym komunistyczny minister przemysłu i handlu Hilary Minc, chcąc dać Polakom możliwość uzupełnienia diet o mięso ryb, wpadł na błyskotliwy pomysł – uruchomienia masowej hodowli karpi. Rzucił hasło: „karp na każdym wigilijnym polskim stole”, po czym zaczął tworzyć Państwowe Gospodarstwa Rybackie.

Miało być tanio i szybko. Tak zrodziła się legenda karpia, wraz z którą na polecenie władz rozpoczęto zarybianie stawów na wielką skalę. Stamtąd świeżutki trafiał do domów Polaków. W związku z Wigilią oczywiście.
Karp na Wigilię musi być!
Bo głównie w okresie przedświątecznym zaopatrywano się w słodkowodną rybę, charakteryzującą się specyficznym smakiem. Obywatele otrzymywali przydziały karpia w miejscach pracy. Gdy towaru zabrakło, urządzano loterie lub po prostu... dzielono rybę na części.

Równocześnie do sklepów Centrali Rybnej ustawiały się kolejki wszystkich tych, którzy nie mieli tyle szczęścia, a mimo wszystko chcieli zasmakować rybnego mięsa. A po odstaniu swego czym prędzej wracano do domów – bo zakupiona ryba jeszcze żyła.
Dlatego robiono jej „staw” w wannie. Zabieg ten miał nie tylko przedłużyć żywot karpia, ale także go "oczyścić"; bo przecież takie właściwości ma chlorowana woda. A potem, już 24 grudnia, w domów wielu Polaków rozlegały się krzyki. Dzieci, które głośno protestowały wobec wyroku śmierci wydanego na karpia.

W końcu jednak przychodził czas wieczerzy i zajadano się „tradycyjną" rybą. Podobnie jak cytrusami i czekoladą, które były prawdziwymi rarytasami. Polacy wreszcie mogli poczuć się jak na Zachodzie.
Smażony karp to ciągle podstawa w naszym wigilijnym jadłospisie i trudno będzie to zmienić. A przy okazji dobrze też – jak mówi tradycja – zachować łuskę tego stworzenia w portfelu. To ponoć zapewni nam bogactwo. Grzech nie spróbować.