Przeklęty raj na ziemi. Wyspa Pitcairn to cud natury, od którego odstrasza odpychająca przeszłość

Pitcairn, rajska wyspa z brzydką przeszłością.
Pitcairn, rajska wyspa z brzydką przeszłością. Fot. Shutterstock
Podobno słynie z najpiękniejszej lazurowej wody na świecie. Mówi się, że gwiazdy oglądane z wyspy są najjaśniejsze, a roślinność wyjątkowa. Jednak populacja Pitcairn się kurczy i mieszkańcy tej małej wyspy zapraszają do zamieszkania na tym raju na ziemi. Kuszą nawet gotowym domem, który będzie czekał na zamorskiego przybysza. Do tej pory zgłosiła się tylko jedna osoba. Dlaczego?

Pitcairn zostało zasiedlone przez słynnych buntowników z HMS "Bounty", którzy... W 1790 roku na bezludną wyspę dotarła część załogi ze statku. Marynarze wiedzieli, że nie mają po co wracać do Wielkiej Brytanii, gdzie byliby sądzeni. Aby uniknąć wymiaru sprawiedliwości, porwali z Tahiti kobiety oraz mężczyzn i osiedlili się na samotnej wyspie w Polinezji.


Pitcairn ma nieco ponad 60 km kwadratowych powierzchni (Warszawa ma 517) i zamieszkuje ją 50 osób. W szczytowym momencie miała 200 mieszkańców, ale z czasem zaczęła się wyludniać. Większość autochtonów uciekała do Nowej Zelandii i podejrzewano, że dzieje się tak dlatego, bo wyspa nie jest w stanie wyżywić wszystkich ludzi. Z pracą było ciężko, turyści prawie nie odwiedzali Pitcairneńczyków, mieszkańcy produkowali m.in. kolekcjonerskie znaczki, jednak dziś mało kto zajmuje się filatelistyką.
Pitcairn słynie na świecie ze swojego wyjątkowego miodu pszczelego. Uprawiają tam też ziemniaki, banany, pomarańcze, kokosy i ananasy (które miejscowi nazywają jabłkami), a jedynym partnerem handlowym Pitcairn jest Nowa Zelandia. Ale z drugiej strony, po co komukolwiek luksusy, kiedy mieszkając na Pitcairn ma się wszystkie cuda świata pod ręką.
Mała społeczność, bliskie relacje, wspólne święta, zabawy i smutki. Brzmi jak prawdziwa idylla. Pitcairn jest najmniejszą na świecie kolonią brytyjską i znajduje się pod jurysdykcją Wielkiej Brytanii. Jednak trudno efektywnie egzekwować prawo, gdy najbliższy sąd najwyższy jest 15 tys. kilometrów od Adamstown, stolicy i jedynego miasta Pitcairn.

I to w zachowaniach mieszkańców było z brutalną wyrazistością widoczne.

Ciemna strona raju
Buntownicy z Bounty wzięli na Pitcairn kobiety siłą. I ta zależność utrzymała się na wyspie do teraz. Mężczyźni i chłopcy na wyspie doskonale zdawali sobie sprawę z tego, kiedy zaczyna się dojrzewanie płciowe u dziewczynki. Wiedzieli też, że z dziewczynkami jest jak z owocami, kiedy dojrzeją, można je sobie brać bez pytania o pozwolenie. Bo czy ktoś pyta banana o to, czy można go zerwać?


Gwałty na kobietach były na Pitcairn codziennością, dziewczynki bały się swoich kolegów, kuzynów, wujków czasem też ojców i dziadków. Drżały na dźwięk poruszanych liści, czy odgłosu skutera. Rajska wyspa stała się dla żyjących tam kobiet pułapką, bez szansy na ucieczkę, bez nadziei na jakąkolwiek sprawiedliwość. Części udało się jednak uciec. Jedną z takich uciekinierek odnalazł m.in. Maciej Wasielewski autor książki reportażowej o Pitcairn "Jutro przypłynie królowa".
Kobieta uciekła do Nowej Zelandii, a wspomnienia z Pitcairn są dla niej traumatyczne. Miała poważny problem, by w ogóle przełamać się i zacząć o nich mówić. W 2004 roku odbył się proces na czwórce mężczyzn z wyspy, w tym jej burmistrza, którzy byli oskarżeni o wielokrotne, czasem brutalne gwałty. Przyjechał sędzia z Wielkiej Brytanii, publicznie przepytywano świadków, jednak nie każdy chciał złożyć doniesienie na swojego kuzyna czy sąsiada, nawet jeśli ten wielokrotnie zgwałcił mu dziecko.

Sprawców ostatecznie skazano, czterem zasądzono kary więzienia od dwóch do sześciu lat, dwóch pozostałych dostało do wykonania 500 godzin prac społecznych. Żeby było śmieszniej, Dave Christian, który został skazany, a równocześnie wcześniej pełnił funkcję burmistrza, w ramach zemsty odwołał na wyspie święta Bożego Narodzenia. Wszyscy, którzy zdecydowali się zeznawać przeciwko oskarżonym mężczyznom zostali poddani ostracyzmowi społecznemu. Uznaje się ich na wyspie jako tych, którym nie można ufać.

Dziennikarz, który został doktorantem
Maciej Wasielewski postanowił odwiedzić Pitcairn i zobaczyć, jak wyglądają stosunki w tej niewielkiej i tak pokiereszowanej wspólnocie. Ponieważ jako dziennikarz nie dostałby pozwolenia na pobyt na wyspie, postanowił przedstawić się jako doktorant antropolog, który zbiera materiał badawczy do swojej pracy naukowej. Na miejscu był jednak raptem 9 dni, społeczność szybko zorientowała się, że jest on dziennikarzem i nie życzyła sobie jego obecności. Czy w jego odczuciu Pitcairn jest rajem na Ziemi zepsutym przez człowieka?

– Raj na Ziemi albo piekło, to pojęcia, które nie tylko zubażają obraz Pitcairn, ale za pomocą których nie da się opisać jakiejkolwiek społeczności. Tu potrzeba wyważonego, precyzyjnego języka. Na Pitcairn obcowałem z ludźmi, którzy przed dziesięciolecia wyrządzali sobie krzywdę i którzy próbują odbudować się po traumie. Moja książka była zapisem czasu, który być może powoli mija. Nieufność, a nawet wrogość były na porządku dziennym. Mówię o wrogości pomiędzy pitcairneńskimi rodzinami – tłumaczy pisarz.

Dodaje też, że ta nieufność jest nie tylko wyczuwalna. Są na nią też twarde dowody.

– Choćby w postaci akt prokuratorskich czy skazujących wyroków sądowych. Nieufność do ludzi z zewnątrz towarzyszyła z kolei Pitcairneńczykom od czasów buntowników z "Bounty", była przenoszona w czasie, z pokolenia na pokolenie. Z nieufnością spotykają się w szczególności dziennikarze, którzy chcieliby opisać realne problemy mieszkańców wyspy. Podczas mojego pobytu na Pitcairn mieszkałem u oficer celnej. Widziałem na jej biurku stos podań z prośbą o przyznanie wizy. Aplikowali dziennikarze z Francji, Niemiec, Stanów Zjednoczonych. Wszystkie te podania opatrzono pieczątką "odrzucone".

Jednak Maciej Wasielewski zaznacza, że to nie jest tak, że Pictairneńczycy barykadują się przed przyjezdnymi. Turyści są bowiem szansą na dodatkowy zarobek.

– Na wyspie mieszka też Anglik, dwoje Amerykanów, Kanadyjczyk i kilkoro Nowozelandczyków. Na Pitcairn pojawili się także pracownicy opieki społecznej, resocjalizatorzy z Nowej Zelandii – być może ich praca przynosi pozytywne skutki. Jest jednak też ciemna strona. Należy pamiętać o kobietach, ofiarach napaści seksualnych, które z wyspy uciekły i nie mają albo nie wyobrażają sobie możliwości powrotu na wyspę. To dopełnia obraz Pitcairn – dodaje Maciej Wasielewski.

Otwarcie na świat
Jednak Pitcairn nie ma wyboru - musi się otworzyć, bo inaczej wspólnota się nie utrzyma.

– O takiej sytuacji zdecydowały czynniki ekonomiczne i społeczne. Wyspiarze nie są w stanie utrzymać się bez subwencji rządu Wielkiej Brytanii. O tym, że wyspa nie przetrwa bez ludzi z zewnątrz mówiło się już w latach dziewięćdziesiątych. Kiedy byłem na wyspie w 2011 roku, ówczesny burmistrz przekonywał mnie, że bez dopływu świeżej krwi, wyspa wyludni się w kolejnych dekadach – dodaje Wasielewski.

Pitcairn jest więc małym, acz znaczącym przykładem, że nawet w małych i zamkniętych społeczeństwach nie da się ustrzec przed złem i wynaturzeniami. Odcięcie się od innych i obcych wcale nie musi gwarantować bezpieczeństwa. Co więcej, z czasem może się okazać, że ci inni mogą się stać jedyną szansą na przetrwanie.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...