
– Jeśli ktoś będzie chciał wzniecić w Polsce niepokoje, to wprowadzenie tego gangu może być pretekstem – mówi w "Bez autoryzacji" Paweł Kowal, ekspert ds. polityki wschodniej, odnosząc się do zamieszania wokół planowanego przejazdu przez Polskę rajdu "nocnych wilków".
REKLAMA
Powinniśmy przepuścić motocyklistów, którzy otwarcie popierają politykę Władimira Putina?
"Nocne wilki" prezentują swoją postawą skrajnie antydemokratyczną ideologię, niechęć do tego, co reprezentuje Zachód, popierają akcje imperialne Putina. Ten gang oficjalnie mówi o swoich celach ideologicznych.
Gdyby do Polski mieli przyjechać turyści, to nawet byśmy o tym nie wiedzieli. Dlatego o tym rozmawiamy, bo ta inicjatywa jest polityczną akcją. Oni już teraz łamią polskie prawo, gloryfikując czasy stalinowskie. Nie widzę powodu, żebyśmy siedzieli cicho i udawali, że tego nie słyszymy. Czasem trzeba działać prewencyjnie.
Co w tej sytuacji powinno zrobić polskie państwo?
Trzeba użyć mechanizmów, które są dostępne rządowi. Dotyczą one m.in. kompetencji służby granicznej czy służb drogowych. Jest mnóstwo możliwości. Państwo demokratyczne powinno być silne. Trzeba po prostu użyć mechanizmów prawnych, aby pokazać, że nie zgadzamy się, aby na terytorium Polski organizować pod płaszczykiem przejazdu proputinowskie demonstracje polityczne.
Najbardziej przeraża mnie to, co się dzieje w polskiej opinii publicznej. Jeszcze niedawno zastanawialiśmy się, czy w Polsce można przeprowadzić wojnę hybrydową. Teraz już mamy odpowiedź, że można. Przecież wiadomo, że jeśli ktoś będzie chciał doprowadzić w Polsce do niepokojów, to pretekstem może być wprowadzenie np. tego gangu. Nie wiemy co się zdarzy, ale uważam, że lepiej bronić demokracji i zasad, niż podejmować ryzyko.
Mamy np. rajd katyński. Rosjanie jeszcze go nie zakazali, ale nie obawia się Pan, że to może nastąpić?
Najbardziej boli mnie zrównywanie jakiegokolwiek rajdu z działaniami "nocnych wilków". Albo tłumaczenie, że ekwiwalentne jest głoszenie chwały Stalina, jak i chwały osób, przez niego zamordowanych.
Jeśli Rosjanie w przyszłości nie wpuszczą tych, którzy chcą uczcić pamięć ofiar zbrodni sowieckich, to istnieją inne cmentarze katyńskie, np. na Ukrainie. Do Rosji można pojechać też pociągiem.
Rosyjscy motocykliści spodziewani są w Berlinie 9 maja, czyli w dniu wielkiej defilady wojskowej w Moskwie z okazji zwycięstwa w II wojnie światowej. Nikt z polskich władz nie weźmie w niej udziału, a prezydent Komorowski zaproponował przywódcom Zachodu zebranie się w Gdańsku.
Nie przypominam sobie, żeby tak narzekający dziś na pomysły prezydenta Rosjanie, jeszcze 5 czy 10 lat temu podkreślali rolę Polski w wojnie. Ta bowiem, z punktu widzenia prawdy historycznej, jest oczywista i nie powinna być kwestionowana. Putin nie powinien więc mówić tylko o sobie, ale powiedzieć jak było naprawdę.
W tym roku defilada w Rosji zostanie z całą pewnością wykorzystywana do budowania pozycji Putina, pokazania siły. To nie jest w polskim interesie. Myślę, że jesteśmy w stanie obchodzić tę datę po prostu jako rocznicę zakończenia wojny, a nie święto rosyjskiego imperializmu.
Ostatnio, w zamian za wybudowanie pod Smoleńskiem pomnika ku czci ofiar prezydenckiego samolotu, Rosjanie domagali się wzniesienia monumentu ku czci "zamęczonych" bolszewików w Krakowie. Co Pan na to?
Wystarczy przypomnieć sobie obietnice, jakie składali Rosjanie zaraz po katastrofie. Nigdy co do nich nie miałem złudzeń.
Nie sądzi Pan, że te dwa pomniki to dwie odrębne sprawy?
To oczywiste. Nie ma powodu łączyć czci dla ofiar tragedii smoleńskiej ze stawianiem zniczy żołnierzom Armii Czerwonej. Nawiasem mówiąc, łączenie tych różnych sytuacji, miało źródło poniekąd w Polsce. To właśnie w naszym kraju była wówczas akcja, aby w podziękowaniu za postawę społeczeństwa rosyjskiego po katastrofie, upamiętniać czerwonoarmistów. Dziś mamy na to odpowiedź - Rosjanie świetnie takie rzeczy wykorzystują i nie powinniśmy się wikłać w żadne tego typu powiązania historyczne.
Napisz do autora: waldemar.kowalski@natemat.pl
