
Czy jest jakaś różnica między naborami prowadzonymi własnymi siłami przez działy personalne firm, a tymi przez fachowców z agencji? Postanowiłem to sprawdzić. Szybko okazało się, że gdybym naprawdę chciał zmienić pracę, to odpowiadając na ogłoszenia firm mógłbym stracić cały urlop i to bez gwarancji, że coś znajdę. Największym kuriozum tego doświadczenia było spotkanie z pracownicą działu personalnego, która po prostu „zapomniała” o umówionej rozmowie.
REKLAMA
Przez tydzień przeglądałem oferty pracy w prasie (jest ich coraz mniej, bo jeszcze przed kryzysem dodatki z ogłoszeniami o pracę drastycznie skurczyły się) oraz w Internecie (ich liczba stale rośnie – niezależnie od koniunktury w gospodarce). Wybrałem te, które były prowadzone przez działy personalne firm. Przygotowałem CV i listy motywacyjne pasujące do 100 ofert. Mailem wysłałem 99 z nich, bo jednym wypadku dokumenty trzeba było dostarczyć osobiście lub „tradycyjna” pocztą.
Pierwsza obserwacja: na 99 wysłanych maili, otrzymałem zaledwie siedem informacji zwrotnych z podziękowaniem za zainteresowanie ogłoszeniem. To oznacza, że tylko siedem procent prowadzących rekrutacje doceniło fakt, że zwróciłem uwagę na ich ofertę i de facto potwierdziło, że moje dokumenty dotarły do nich. Trudno uwierzyć, że pozostali HRowcy nie mieli czasu żeby przygotować sobie dosłownie jednego zdania i wkleić go do maila zwrotnego albo ustawić w skrzynce mailowej automatyczną odpowiedź typu: „Dziękujemy za przesłanie aplikacji do naszej firmy, wkrótce skontaktujemy się z Panem/Panią”. Po prostu nie chciało im się.
Przygoda z rekrutacja bezpośrednią zaczęła się nie najlepiej, ale to był dopiero przedsmak tego co mnie czekało.
Standardy korporacji
Najwięcej ofert pracy mają korporacje. Zyskałem więc świetną okazję, żeby zobaczyć jak wygląda prowadzony tam procesy rekrutacyjne siłami działów personalnych.
Pierwsza rozmowa miała odbyć się w firmie, z branży finansowej, która szukała specjalisty do spraw marketingu. W biurowcu zjawiłem się mniej 10 minut przed wyznaczoną godziną, bo HRowcy nie lubią, kiedy przychodzi się za wcześnie. Po prostu, w większości firm brakuje pomieszczeń, w których kandydaci mogliby poczekać na swoją kolej. Zwłaszcza, że przepisy dotyczące bezpieczeństwa, nie pozwalają zostawić gościa samego na korytarzu.
Najwięcej ofert pracy mają korporacje. Zyskałem więc świetną okazję, żeby zobaczyć jak wygląda prowadzony tam procesy rekrutacyjne siłami działów personalnych.
Pierwsza rozmowa miała odbyć się w firmie, z branży finansowej, która szukała specjalisty do spraw marketingu. W biurowcu zjawiłem się mniej 10 minut przed wyznaczoną godziną, bo HRowcy nie lubią, kiedy przychodzi się za wcześnie. Po prostu, w większości firm brakuje pomieszczeń, w których kandydaci mogliby poczekać na swoją kolej. Zwłaszcza, że przepisy dotyczące bezpieczeństwa, nie pozwalają zostawić gościa samego na korytarzu.
W portierni nie zostawiono żadnej informacji, o tym że mam umówione spotkanie, a w dziale HR nikt nie odbierał telefonu. Recepcjonistka dobre 10 minut usiłowała znaleźć osobę, z którą byłem umówiony. W końcu udało się. Gdy prowadząca rekrutację zeszła „odebrać” mnie sprzed wejścia, było już 5 minut po umówionej godzinie - a jednak nie usłyszałem nawet „przepraszam” za to spóźnienie. Chwile potem okazało się, że dziewczynie po prostu
„wyleciało z głowy”, że jesteśmy umówieni. W związku z tym również nie miała zarezerwowanej sali na naszą rozmowę. Skończyło się na tym, że rozmawialiśmy stojąc na korytarzu, tuż przy automacie z napojami.
„wyleciało z głowy”, że jesteśmy umówieni. W związku z tym również nie miała zarezerwowanej sali na naszą rozmowę. Skończyło się na tym, że rozmawialiśmy stojąc na korytarzu, tuż przy automacie z napojami.
Dziewczyna szybko przejrzała moje CV, które przezornie zabrałem ze sobą, zadała kilka uzupełniających pytań i na tym się skończyło. Minęło może pięć minut. Kolejnym etapem miała być rozmowa z dyrektorem pionu. Specjalista do spraw HR (jak wynikało z wizytówki) jednak nie umówiła z nim terminu, a wejść ot tak się nie dało, bo jak wyjaśniła to: „bardzo zajęty człowiek”. Zaproponowała, że później zajrzy w komputerze do jego kalendarza, wpisze spotkanie i zadzwoni z informacją o terminie. Uprzejmie podziękowałem i wyszedłem.
Kolejna próba, w firmie poszukującej osoby zajmującej się promocją w Internecie, mediami społecznościowymi, blogami, itp. - wypadła nieco lepiej. W portierni nie byli zaskoczeni moim przyjściem. W dziale HR również o tym pamiętano.
Salka w której spotkaliśmy się była mało przytulna (gołe ściany, dwa krzesła i stół), ale rozmawiało nam się bardzo miło.
Salka w której spotkaliśmy się była mało przytulna (gołe ściany, dwa krzesła i stół), ale rozmawiało nam się bardzo miło.
Nasza pogawędka trwała blisko godzinę, pytania dotyczyły głównie moich dotychczasowych osiągnięć. Jak później się okazało, ten etap był tylko sitem, które miało odsiać kandydatów z mocno „podkoloryzowanym” CV. Kolejnym krokiem miała być rozmowa z dyrektorem pionu, a potem ewentualnie z CEO. To oznaczało, że musiałbym zwalniać się z dotychczasowej pracy jeszcze co najmniej dwa razy. A zatem tylko na tę firmę straciłbym trzy z 26 dni urlopu. W ten sposób, aplikując do większej liczby firm, szybko straciłbym roczny urlop.
Mniejsi są szybsi, ale mają wady
Kolejnym potencjalnym pracodawcą stało jedno miast w pobliżu Warszawy. W tamtejszym ratuszu pojawił się wakat w referacie promocji. To była jedyna rekrutacja, w której wymaganych dokumentów (poza CV, listem motywacyjnym, trzeba było także złożyć oświadczenie o „posiadaniu pełnej zdolności do czynności prawnych i korzystaniu z praw publicznych” oraz oświadczenie o niekaralności) nie można było wysłać mailem. Należało je, albo zanieść do sekretariatu urzędu, albo przesłać listem. I tak miałem do wyboru stracić pół dnia na dojazd do potencjalnego pracodawcy lub odstać swoje na poczcie. Wybrałem firmę kurierską, kosztowało mnie to drożej, ale nie straciłem czasu.
Kolejnym potencjalnym pracodawcą stało jedno miast w pobliżu Warszawy. W tamtejszym ratuszu pojawił się wakat w referacie promocji. To była jedyna rekrutacja, w której wymaganych dokumentów (poza CV, listem motywacyjnym, trzeba było także złożyć oświadczenie o „posiadaniu pełnej zdolności do czynności prawnych i korzystaniu z praw publicznych” oraz oświadczenie o niekaralności) nie można było wysłać mailem. Należało je, albo zanieść do sekretariatu urzędu, albo przesłać listem. I tak miałem do wyboru stracić pół dnia na dojazd do potencjalnego pracodawcy lub odstać swoje na poczcie. Wybrałem firmę kurierską, kosztowało mnie to drożej, ale nie straciłem czasu.
Kilka dni po złożeniu papierów zadzwoniła główna kadrowa urzędu z pytaniem, czy nadal jestem zainteresowany ofertą. Kiedy potwierdziłem, usłyszałem, że za dwa dni (strasznie mało czasu na przygotowanie) jest test z wiedzy o mieście, a osoby które otrzymają co najmniej 60 proc. przejdą do drugiego etapu, czyli rozmowy z komisją konkursową. Wziąłem kolejny dzień wolnego i pojechałem.
Test nie był szczególnie skomplikowany, więc wszystkich sześciu kandydatów przeszło przez ten etap. Trzy godziny później zaczęły się rozmowy z burmistrzem i pozostałymi członkami komisji. Pytania były od Sasa do Lasa. Od spraw związanych z obiegiem dokumentów w urzędzie, przez prawo prasowe, aż po przedstawienie pomysłów na prowadzenie działalności promocyjnej miasta w lokalnych mediach.
Rozmowa odbyła się w całkiem miłej atmosferze. Na stole stały ciasteczka, zaproponowano nawet kawę. Gorzej było, gdy doszło do ustalenia wysokości wynagrodzenia, oferowano pensje znacznie poniżej średniej krajowej.
Rozmowa odbyła się w całkiem miłej atmosferze. Na stole stały ciasteczka, zaproponowano nawet kawę. Gorzej było, gdy doszło do ustalenia wysokości wynagrodzenia, oferowano pensje znacznie poniżej średniej krajowej.
Podobnie w niewielkich firmach. Tam zazwyczaj dzwoniła sekretarka dyrektora i zapraszała na rozmowę. Proces rekrutacji był zdecydowanie mniej rozwleczony. Wadą były natomiast oferowane zarobki, zdecydowanie mniejsze niż w korporacjach.
Szkoda urlopu na samodzielne szukanie
Przejrzenie i wyselekcjonowanie ogłoszeń oraz przygotowanie odpowiednich dokumentów do przeprowadzenia tego eksperymentu - zajęło mi tydzień. Co tylko potwierdza obiegową opinię, że szukanie pracy, to bardzo ciężka praca. Na sto wysłanych CV dostałem odpowiedź (poza siedmioma podziękowaniami za zainteresowanie) w postaci ośmiu zaproszeń na rozmowę. To oznaczało osiem dni urlopu, a przecież część procesów rekrutacyjnych miało mieć więcej, niż jeden etap.
Efekt jest taki, że w sumie po 12 dniach różnych prób, rozmów - dostałem dwie propozycje pracy.
Gdybym od razu zwrócił się do doświadczonej agencji HR na szukanie poświeciłbym znacznie mniej sił i czasu. Nie przeżyłbym upokorzenia w postaci przychodzenia na darmo, bo rekruter zapomniał o spotkaniu, albo godzinnej rozmowy, która miałaby na celu sprawdzenie czy rzeczywiście mam odpowiednie doświadczenie. Zawodowy HRowiec byłby w stanie to sprawdzić, choćby w czasie pogłębionego wywiadu telefonicznego.
Przejrzenie i wyselekcjonowanie ogłoszeń oraz przygotowanie odpowiednich dokumentów do przeprowadzenia tego eksperymentu - zajęło mi tydzień. Co tylko potwierdza obiegową opinię, że szukanie pracy, to bardzo ciężka praca. Na sto wysłanych CV dostałem odpowiedź (poza siedmioma podziękowaniami za zainteresowanie) w postaci ośmiu zaproszeń na rozmowę. To oznaczało osiem dni urlopu, a przecież część procesów rekrutacyjnych miało mieć więcej, niż jeden etap.
Efekt jest taki, że w sumie po 12 dniach różnych prób, rozmów - dostałem dwie propozycje pracy.
Gdybym od razu zwrócił się do doświadczonej agencji HR na szukanie poświeciłbym znacznie mniej sił i czasu. Nie przeżyłbym upokorzenia w postaci przychodzenia na darmo, bo rekruter zapomniał o spotkaniu, albo godzinnej rozmowy, która miałaby na celu sprawdzenie czy rzeczywiście mam odpowiednie doświadczenie. Zawodowy HRowiec byłby w stanie to sprawdzić, choćby w czasie pogłębionego wywiadu telefonicznego.
Artykuł powstał we współpracy z Work Service