
Niektórm słońce uderzyło do głowy zbyt mocno. Opalanie się - rozumiem, ale celowe uleganie poparzeniom wydaje się już mocno przesadzone. Od plumerii, przez słoneczko po batmana. Inwencja osób, które wrzucają zdjęcia na facebooka, instagrama czy twittera z #SunburnArt jest wręcz spektakularna. Obłędne wzory wydają się przez chwilę śmieszne, ale wiążą się z konsekwencjami, które niosą dość wysokie ryzyko. Pytanie: śmiać się czy płakać?
Kłopot z hasztagiem #SunburnArt polega na tym, że ludzie specjalnie wystawiają się na słońce, nie stosując żadnych zabezpieczeń przed promieniowaniem UVA i UVB, a tylko wymarzony wzór jest wysmarowany kremem lub specjalną wycinanką przyklejaną do skóry. Wycinanie szablonów i obklejanie nimi ciała a następnie poddawanie się takiej ilości słońca, żeby się poparzyć, wydaje się absurdalne. Bo jest absurdalne i nieodpowiedzialne!
Jest to najzwyklejsze oparzenie skóry. Zwiększa ono ryzyko rozwoju czerniaka na oparzonych obszarach. Rozwój tego groźnego nowotworu może nastąpić nawet po wielu latach od oparzenia. Ryzyko jest tym większe, im jaśniejsza skóra. O rozwoju czerniaka decyduje nawet jednokrotne oparzenie słoneczne skóry w danym obszarze.
Poza tym przyspieszone zostaje również starzenie skóry, szybciej pojawiają się plamy soczewicowate, plamy posłoneczne, oznaki rogowacenia słonecznego. Rośnie też ryzyko rozwoju raka skóry. Dziwna moda w czasach, gdy wiemy bardzo dużo na temat szkodliwości opalania skóry na słońcu.
Dlatego im dłużej się przyglądam zdjęciom z tą cielesną pseudo-sztuką, która przypomina jak dla mnie tatuaże czy skaryfikacje – choć może mieć dużo gorszy finał – tym gorzej mi się robi. Dziś kiedy dostępne są niemal wszędzie kremy z filtrem i to w różnej cenie, na każdą kieszeń, to naprawdę chory pomysł, żeby specjalnie poddawać się poparzeniu. Mając świadomość jego konsekwencji (czerniak, szybsze starzenie się skóry, przebarwienia, plamy soczewicowate). Swoją drogą, jak w dwudziestym pierwszym wieku można tych konsekwencji nie znać?!? Chyba trzeba by siedzieć w jaskini poza cywilizacją, żeby nie słyszeć o poparzeniach słonecznych i możliwościach ich zapobiegania. A już celowe „wymalowanie” ciała promieniami UVA we wzorki jest skrajnie głupie.
Zasady ochrony przeciwsłonecznej
1. Wysokość filtra. Jeżeli opalamy się i leżymy na słońcu na leżaku czy materacu, zawsze sięgajmy przez pierwszy tydzień po filtry z faktorem SPF 30 – SPF 50 w zależności od karnacji. Bardzo jasną skórę ochroni jedynie pięćdziesiątka.
Natomiast dopiero po tygodniu takiego opalania, przebywania na plaży i wystawiania ciała na codzienne działanie słońca, można zamienić filtry na niższe. Czyli SPF 20 lub SPF 15. Kremy z faktorami 10 lub 6 to za mało przy dzisiejszej szkodliwości promieni, w dodatku w środku lata. Nawet w podkładach i pudrach są wyższe! Nie warto więc ryzykować. Szczególnie, że koszt kremów jest podobny.
2. Częstotliwość nakładania kremu. Co dwie godziny dokładamy kolejne porcje kremu. Bez wyjątku. Chyba, że kąpiemy się w basenie, jeziorze czy morzu i wycieramy skórę ręcznikiem lub otrzepujemy z niej piasek. Wówczas krem wyciera się jeszcze szybciej i należy go nakładać częściej niż co dwie godziny. Sami musimy tego pilnować.
3. Ilość kosmetyku. Żeby krem zadziałał, powinno się go nakładać obficie, czego nie praktykuje niemal nikt. To znaczy tyle, ile nakładamy na ciało balsamu nawilżającego po kąpieli, czy kremu na twarz.
4. Ubranie. Rzeczy nie stanowią ochrony przed promieniowaniem UV wyższej niż krem SPF 15. Dlatego niemowlęta, dzieci i osoby o bardzo jasnej karnacji, należy smarować filtrem zanim nałożą ubrania.
5. Oczy, usta, uszy. Oczy chronimy okularami słonecznymi, ale nie plastikowymi z bazaru, tylko takimi ze znaczkiem CE, który oznacza, że ich szkła spełniają normy optyczne i naprawdę chronią oczy przed promieniowaniem UV. Na uszy i usta, nakładamy filtry, albo w wygodnym sztyfcie, albo zwykły krem do twarzy z SPF. To wrażliwe miejsca o bardzo cienkiej skórze, które w pierwszej kolejności mogą ulec poparzeniu.
6. Filtry a witamina D. Filtry nie dają 100 procentowej ochrony przed promieniami UV (m.in. dlatego wycofano z rynku te z rzekomym faktorem 100, bo mijała się ta informacja z rzeczywistością), więc witamina D syntetyzowana jest w ciele nawet jeśli jesteśmy wysmarowani kremem z SPF 50. Podobnie jak melanina (barwnik odpowiedzialny za koloryt skóry). Dlatego nawet używając wysokiej ochrony przeciwsłonecznej opalamy się. Z tym że nieco wolniej, ale za to bezpieczniej.
7. Wysokość filtra a długość przebywania na słońcu. Powtarzają to od lat dermatolodzy, ale nadal do niektórych osób ta informacja nie trafia. SPF 50 nie oznacza, że możemy przez 50 godzin leżeć i się smażyć na słońcu. I tak po upływie dwóch godzin, należy nałożyć kolejną porcję kremu. Bez wyjątku.
Warto też zwrócić uwagę na to, jakie nawyki mamy i jakie przekazujemy swoim dzieciom, odnośnie ekspozycji słonecznej. Niezależnie od tego jak bardzo byśmy nie kochali opalenizny, należy zachować zdrowy rozsądek i przekazywać kilka zasad najbliższym od najmłodszych lat. W takie upalne dni, jakie panują w Polsce od mniej więcej tygodnia, nie powinno się w ogóle opalać w godzinach, kiedy promieniowanie jest najsilniejsze. Czyli od 11 do 15. Wówczas jest też najcieplej, więc organizm oprócz poparzenia narażony jest na odwodnienie.
Napisz do autorki: maria.kowalczyk@natemat.pl
