![Fot. [url=https://commons.wikimedia.org/wiki/User:Wikimol]Wikimol[/url] / [url=http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/]CC–BY–SA[/url]](https://m.natemat.pl/a009cba91eea749e16196b86438d623d,1920,0,0,0.webp)
– Jak to górale nie chodzą po górach? – nie potrafię ukryć zaskoczenia, kiedy w odpowiedzi na pytanie o to, jak zostać ratownikiem TOPR z 35-letnim stażem, Andrzej Maciata odpowiada, że gdyby nie zachęta ze strony turystów, jego życie mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej.
– Często jest tak, że jak coś jest człowiekowi dane, to on sobie z tego bogactwa nie zdaje sprawy – potwierdza starą prawdę TOPR-owiec i dodaje, że na pierwszą wyprawę wyruszył jako nastolatek. – Dał się pan tak łatwo wyciągnąć „ceprom” w góry? Nie bał się pan? – podpytuję. – Turystka była ładna – śmieje się Maciata i dodaje, że na większość późniejszych górskich wypraw chodził z bratem, więc czuł się bezpiecznie. Burza hormonów czy przysłowiowy bakcyl – cokolwiek było czynnikiem sprawczym, zadziałało z dużą siłą – dzisiaj w TOPR służą obaj Maciatowie.
Powiedzieć, że zawód ratownika górskiego to ciężka praca może laik, który o karkołomnych akcjach TOPR-owców słyszy przy okazji wyciągania ze skalnych zapadlin kolejnego nieboraka nieświadomego, jak niebezpieczne może być zdobywanie Rysów w sandałach. Ile wysiłku i samozaparcia kosztuje wybór takiej ścieżki życiowej wiedzą tylko sami ratownicy, którzy czy to helikopterami, czy to terenówkami Škoda, zapuszczają się w najbardziej niedostępne zakątki Tatr.
![Chętnych do akcji na pokładzie charakterystycznego toprowskiego helikoptera jest wielu - ratownikami zostanie niewielki procent. Fot. [url=https://commons.wikimedia.org/w/index.php?title=User:Zenon86&action=edit&redlink=1]Wikipedia[/url] / CC-BY-SA](https://m.natemat.pl/86cadb62cac7504aa66a4da884a203f9,1920,0,0,0.webp)
– Na początku przychodzą do nas zachwyceni tym całym etosem, jaki wiąże się z zawodem – mówi o kandydatach Maciata. Rocznie zamiar związania swojej przyszłości z Tatrzańskim Ochotniczym Pogotowiem Ratunkowym zgłasza 10-15 osób. – Za 10 lat zostanie z nich może 10% – kwituje. Słabe statystyki? Niekoniecznie, biorąc pod uwagę, że te 10 lat to właściwie początek służby z błękitnym krzyżem na piersi.
TOPR-elita Proces rekrutacyjny rozpoczyna się tradycyjnie: od złożenia stosownego podania do zarządu TOPR. Uprzejma prośba to jednak nie wszystko – załączyć należy wykaz naszej działalności górskiej („przebyte szlaki, dokonania wspinaczkowe i narciarskie”) oraz pisemne potwierdzenia naszej kandydatury uzyskane od dwóch innych ratowników.
TOPR-owcy to elitarna klika? – Mnie członkostwo zaproponowano w wieku 19 lat. Duże wyróżnienie – wtedy to było bardzo zamknięte środowisko – potwierdza Maciata, ale dodaje, że obecnie sytuacja się zmienia, a samo ratownictwo górskie otwiera się na inne środowiska. Członkiem TOPR jest na przykład Krzysztof Starnawski, światowej sławy nurek, rekordzista w nurkowaniu głębinowym. Do służby przyjmowane są też osoby spoza Podhala – z Łodzi czy Warszawy.
Po akceptacji podania, zaliczeniu testu kondycyjnego (zwykle w postaci „przebieżki” na Kasprowy) oraz egzaminów z taternictwa, topografii i historii TOPR można rozpocząć okres stażu, który trwa nie krócej niż dwa lata. Jeśli wszystko potoczy się pomyślnie, okres kandydacki zwieńczy złożenie przysięgi i uzyskanie statusu pełnoprawnego ratownika. Następne przebyte na tym stanowisku pięć lat służby otwiera możliwość podejścia do egzaminu na starszego ratownika, a kolejne pięć – uzyskanie stopnia aspiranta. Finalny etap to stopień instruktora – dopiero po jego uzyskaniu można kierować działaniami w górach.
Tak wygląda hierarchia w TOPR. Andrzej Maciata przypomina mi jednak, że wspinaczka po jej stopniach zależy zwykle od samozaparcia ratowników, którzy z definicji pełnią służbę ochotniczą. Płatną pracę w pogotowiu złapać niełatwo – na etacie w pogotowiu zatrudnione są obecnie tylko 34 osoby. – I to wystarczy? – zastanawiam się. – Zawsze można powiedzieć, że przydałoby się więcej – stwierdza Maciata. I choć gros zadań wypełniają właśnie ratownicy pełniący służbę w ramach wolontariatu, jego zdaniem system ten od lat bardzo dobrze się sprawdza.
Nie muskuły, a miłość szczera... Ochotnik czy pracownik – o tym, że jest się TOPR-owcem nie można zapominać, zwłaszcza jeśli chodzi o dbanie o tężyznę fizyczną. To, że ratownicy spędzają dzień patrolując górskie szlaki i nagrywając filmiki instruktarzowe dla co mniej przezornych turystów, jest tylko wyobrażeniem nieznających realiów mieszczuchów. – Nasza praca polega na czekaniu. Gdybyśmy nie ćwiczyli poza pracą, bylibyśmy pasibrzuchami – stwierdza samokrytycznie Maciata. – Jesteśmy jak strażacy, czekamy na wezwanie. Musimy być w gotowości, żeby stawić się w określonym miejscu i w konkretnym czasie. Poza tym „leniuchujemy” – podsumowuje żartobliwie ratownik, dodając, że do dyspozycji TOPR-owców znajduje się ścianka wspinaczkowa i siłownia. Poza tym każdy z nich musi być aktywny na własną rękę.
To jednak nie tężyzna fizyczna czyni TOPR-owca. Maciata nie ma wątpliwości, że nad siłą górę bierze empatia i tolerancja w stosunku do wybryków górskich entuzjastów-amatorów – Trzeba lubić ludzi. Po prostu – odpowiada bez wahania. Ludzi? A gdzie ta mityczna miłość do gór? – Żeby kochać góry, nie trzeba być TOPR-owcem. Można to manifestować w inny sposób, na przykład tym, że po pracy idzie się po górach pochodzić. Natomiast żeby być ratownikiem, trzeba być nastawionym na drugiego człowieka – tłumaczy.
![Ratownicy muszą przede wszystkim "lubić ludzi" - nawet tych niefrasobliwych. Fot. [url=https://www.flickr.com/photos/asturdesign/]Laura Suarez[/url] / [url=http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/]CC-BY-SA[/url]](https://m.natemat.pl/413a01c421cd49583515f14f504ea252,1920,0,0,0.webp)
Miłość do ludzi, a zwłaszcza do tatrzańskich turystów, bywa trudna. Maciata sam przyznaje, że najbardziej frustrujące momenty w jego pracy to te, kiedy zauważa brak respektu wobec gór. – Społeczeństwo jest w tej kwestii słabo wyedukowane. W szkołach w ogóle nie podejmuje się tego tematu – mówi. TOPR-owcy prowadzą więc akcję edukacyjną na własną rękę. Sam Maciata w zeszłym roku w kilku żołnierskich słowach przywoływał turystów do porządku:
Andrzej Maciata
Ratownik TOPR
Jak „tąpnie”, rodzina nie pomoże Samodyscyplina samodyscypliną, ale musi przecież być też ktoś, kto nieustraszonego TOPR-owca przypilnuje, żeby mu brzuch za bardzo nie urósł i przywoła do porządku, kiedy pokłady miłości do niefrasobliwych turystów będą na wyczerpaniu. Rodzina? Ciężki temat, bo trudno znaleźć kogoś, kto tryb pracy ratownika górskiego zaakceptuje i będzie żył w ciągłym napięciu i lęku o jego bezpieczeństwo. – Najlepsze partnerki to córki innych ratowników – twierdzi Maciata. Bo po ciszy zawsze następuje burza. – Trzeba się liczyć, że w końcu zdarzy się „tąpnięcie”: wypadek, śmierć ratowników. Wtedy przychodzi myśl, że skoro tamci zginęli, to mój partner przecież też może – tłumaczy.
Wsparcia po traumatycznych przejściach ratownicy nie szukają więc w domach. – Spotykamy się we własnym gronie. Po każdej takiej traumie trzeba odreagować. Potem wracamy do normalnej pracy. Nie można przecież zawiesić ratownictwa na kołku – przekonuje i dodaje, że służba w TOPR to przede wszystkim odpowiedzialność.
W słowa najtrafniej ubrał tę odpowiedzialność legendarny ratownik TOPR Klimek Bachleda, który przed wyruszeniem na swoją, jak się później okazało, ostatnią akcję stwierdził: „Bo mus cłowieka ratować”. – Właśnie ten „mus” nami kieruje, rządzi – podsumowuje istotę pracy TOPR-owca Andrzej Maciata.
Artykuł powstał we współpracy z marką ŠKODA.
