Hyundai Genesis 3.8 V6 315KM.
Hyundai Genesis 3.8 V6 315KM. Fot. naTemat

Kosmicznie wygląda, pali i kosztuje. Hyundai Genesis to auto, które zwraca uwagę z wielu względów. Przede wszystkim swojej potężnej sylwetki, którą z przodu (także dzięki logo) można pomylić z… Aston Martinem lub Bentleyem. To limuzyna, która cieszy oko, jak mało który samochód, ale nie zabrakło kilku „ale”.

REKLAMA

Jeśli szukasz samochodu, którym nie zwrócisz uwagi i będziesz mógł niepostrzeżenie jeździć po mieście, nie czytaj dalej. Hyundai Genesis to magnes na ciekawskie spojrzenia. I nie ma w tym nic dziwnego, bo sylwetkę ma zjawiskową. A dokładnie jej przednią połowę. Pierwsze wrażenie naprawdę na szóstkę z plusem i już na długo przed testem aż nosiło mnie, by sprawdzić, czy tak dobre utrzyma się dłużej. Bohaterem jest wysoki grill z chromowanymi wstawkami zwieńczony nieszablonowym logo Genesisa. Tu także wmontowano radar aktywnego tempomatu, który komponuje się płynnie, ale mimo wszystko jest widoczny jako "ekstra" część. Można długo patrzeć zanim się znudzi – bez bicia przyznaję, że mi przez tydzień się nie znudziło. Sprawcą całego zamieszania w dużym stopniu jest właśnie logo.

Wygląd, wyglądem, ale… co to właściwie jest? – to myśl, która musi wpaść do głowy, bo loga Genesis nie widujemy za często na naszych ulicach. Pierwsze skojarzenie, które po prostu musi wpaść do głowy, to wspomniany Bentley i Aston Martin, bo znaczki mają wyjątkowo podobne. Dlatego po pierwszym rzucie oka na przód auta, głowa każdego przechodnia, który zwrócił uwagę (a tych było naprawdę sporo) wędrowała do tyłu auta. I na pewno nie Hyundaia się tam spodziewali.

To plus i minus Genesisa. Koreański producent tym modelem udowadnia, że potrafi zrobić auta naprawdę z najwyższej półki, ale wrażenie rozbija się o szczegóły. A tu do projektantów można mieć parę uwag, ale o tym za chwilę. Jeśli samochody można by kupować tylko po tym, jak wyglądają, Genesis na pewno lądował by na czele stawki.

Dwie krótkie i zabawne historie, które po tych kilku dniach utkwiły mi w pamięci, a potwierdzą, że Genesis przykuwa uwagę zarówno tych młodszych, jak i nieco starszych.

a)Zaparkowałem prostopadle tyłem i szykuję się do wyjścia. Przede mną przejeżdżał akurat samochód, z tyłu siedział wklejony w szybę (dosłownie) 7-9 latek, którego szeroko otwarte usta i oczy wyrażały szczere, dziecięce „wow”. Za chwilę zaczął szybko stukać tatę w ramię, pokazując palcem na Genesisa i krzycząc wręcz (tak, dało się zrozumieć z ruchu warg): „tata, tata! Patrz jaka fura!”

b) Również parking, siedzę wewnątrz, czekając na redakcyjnego kolegę. Nagle do samochodu podchodzi mężczyzna oglądając go nienaturalnie z bliska. Patrzy to tu, to tam (choć głównie na przód). – Aaa, Genesis. Synek, choć zobacz, jaka fura – zawołał do biegającego obok kilkulatka. Mina po tym, gdy żona powiedziała mu „kochanie, ale tam ktoś siedzi w środku”? Bezbłędna.

Koniec historyjek, wracamy do auta.

Gdy już ochłoniemy po pierwszym wrażeniu, widać, że samochód jest naprawdę wielki (prawie 5m długości). Ciężko uniknąć tu porównań, patrząc na jego linię z boku, trudno nie znaleźć w nim ducha BMW-u. Prawda? Trochę jakby czerpał od innych to, co najlepsze. Jeśli tego było mało, jedno z pierwszych skojarzeń w środku to… „ej, czuję się, jak w Mercedesie”. O tym dlaczego, opowiem za chwilę.

Jeśli chodzi o wygląd auta, żeby nie było, że tylko pieję z zachwytu. Problem z Genesisem miałem taki, że auto szybko tworzy apetyt na więcej. I o ile przechodząc od przodu auta do jego boku jest on jeszcze zaspokojony, o tyle z tyłu czuję już pewien niedosyt. Tak jakby projektantom zabrakło odwagi, by mocny utrzymać efekt z przodu i stworzyli tam coś dużo delikatniejszego w porównaniu do reszty auta. Tył jest po prostu zwyczajny, bez efektu „wow”, jaki można znaleźć wcześniej. Nie wiem, dlaczego tam nie zdecydowano się konsekwentnie umieścić loga Genesisa. Coś nie wyszło także z felgami, które (wszystkie cztery) w niektórych miejscach zaczęły tracić lakier.

Dawno nie spotkałem samochodu tak bardzo napakowanego elektroniką. Momentami można nawet odnieść wrażenie, że Genesis był nią przepakowany, bo po co np. pasażerom z tyłu możliwość sterowania nie tylko muzyką w całym aucie, ale i… fotelami przedniej dwójki. Jedyne zastosowanie jakie przychodzi mi do głowy to prezes z tyłu auta, który ma mieć pod kontrolą wszystko. Gdy już myślałem, że nic mnie nie zaskoczy, wieczorem zauważyłem to:

Tak, hologram z lusterek wyświetlany na ziemi. Mnie urzekło, choć zdania były podzielone. Jestem ciekaw, co Wy sądzicie?

Przyglądając się dokładniej wnętrzu auta zastanawiam się jednak, czy nie można by tych sił spożytkować lepiej. Wyobraź sobie samochód, w którym masz dużo miejsca. Dodaj jeszcze trochę i wtedy możesz poczuć się jak w Genesisie. Przestronne wnętrze sprawia, że można poczuć się naprawdę małym. Efekt potęguje duże panoramiczne okno dachowe.

W środku jest właściwie wszystko, a liczba przycisków i opcji może być porównywalna do tej w małym samolocie. Wszystko fajnie, ale w momencie, gdy uświadamiasz sobie, że to auto za 300 tys. złotych zaczynasz zwracać większą uwagę na szczegóły. A te już nie do końca pasują tu do auta za taką cenę. Jakość materiałów (przyciski/plastiki/dźwignia zmiany biegów) była po prostu zwykła. Nie zrozum mnie źle, nie zła, ale zwykła. Wydając taką sumę, chciałbym poczuć jakość premium nie tylko od skóry i ilości opcji. Mam także chyba szczęście do drewna, które mi osobiście w takim wykonaniu się nie podoba. Sama kierownica także duża, z logiem na środku, ale obicie mogło być nieco przyjemniejsze. Wnętrze "do góry ciągnie" elegancka, jasna skóra.

Nietypowo rozwiązano też kwestię schowka pomiędzy fotelami. Po raz pierwszy widziałem, by otwierał się on… na boki. Średnio wygodne, jeśli potrzebujemy skorzystać z niego w czasie jazdy. Wygodny był natomiast optymalnej wielkości wyświetlacz i cała gama czujników oraz kamer wspomagających parkowanie. Widok 360 stopni oraz kamera z przodu (co nie jest standardem) sprawiały, że mimo sporych gabarytów, udało mi się wciskać bezproblemowo. Duży plus. Bardzo dobrze korzystało się także z sytemu HUD, który na przedniej szybkie wyświetlał prędkość i wszystkie potrzebne kierowcy informacje. Ułatwia życie i właściwie nie zwraca uwagi, jak np. w BMW Gran Tourer, w którym wyświetlacz HUD wysuwał się z deski rozdzielczej. Gdy, myślałem, że już w miarę poznałem samochód, okazuje się, że jest w nim także elektroniczny system domykający drzwi. Jeśli nie domkniesz ich do końca, drzwi zrobią to same za ciebie. Nietypowe, ale wygodne, bo o dziwo zdarzało mi się z tego "korzystać" bardzo często.

Siedzi się stosunkowo wysoko, co pomaga przy manewrowaniu tym gigantem. To właśnie tutaj miałem skojarzenie ze wspomnianym Mercedesem, zwłaszcza, że z tej pozycji widzi się lekkie wypustki na masce, jak w popularnym „Okularniku”. Genesis nie miał łatwego testu, bo tuż przed nim testowaliśmy Jaguara XE R-Sport. Tam, w momencie wejścia do samochodu i zamknięcia drzwi, można było poczuć się jak część auta. Tutaj ewidentnie było i auto, i kierowca.

Na szczęście wrażenia z jazdy są już zbliżone do tych z samego patrzenia na Genesisa: bardzo dobre. 3,8-litrowy benzynowy silnik V6 i 315 koni pod maską to osiągi, które na polskich drogach należą raczej do rzadkości. Przyspieszenie do setki to „tylko” 6,8 sekundy, ale w końcu trzeba pociągnąć tego 2-tonowego kolosa. Do tego dochodzi napęd na cztery koła i 8-stopniowa automatyczna skrzynia biegów. Tuż pod dźwignią mamy możliwość wybrania trybu jazdy: standard/eco/sport, co można odczuć od razu słysząc, jak automat bardziej podkręca obroty. Co ciekawe, nie zauważyłem, by tryb eko wpłynął na zmniejszenie spalania. Auto wyraźnie nie zrywało się tak szybko i nie „piłowało” obrotów, a mimo to komputer pokładowy wyraźnych różnic nie pokazywał.

Kierowca tego Genesisa musi liczyć się ze spalaniem rzędu 15l/100km. Sporo. Po 170-kilometrowej trasie maksymalnie udało mi się zejść do 14,6l, a jazda po mieście to już 15-15,9l. Podejrzewam jednak, że ktoś, kto wydaje na takie auto 300 tys. zł, kosztami paliwa raczej się nie przejmuje.

Do wnętrza dociera bardzo przyjemny dźwięk tego, co fani motoryzacji lubią najbardziej. Nie jest głośno, a praca silnika przyjemnie umila drogą. Kolejne kilometry mijają komfortowo, a świadomość mocy, która drzemie pod prawą stopą, daje poczucie bezpieczeństwa. Te zwiększa jeszcze seria popularnych systemów bezpieczeństwa , jak ESP, awaryjne hamowanie, aktywny tempomat czy asystent utrzymania pasa ruchu.

W Polsce dostępna jest tylko jedna wersja Hyundaia Genesisa, tj. executive 3,8 V6 315KM, którą mieliśmy okazję testować (za granicą są także: 3.0 V6 257 KM, 3.3 V6 282 KM czy 5.0 V8 425 KM. Plus jest taki, że w niej dostajemy właściwie wszystko, czego potrzeba i jest ona niemal najmocniejszą opcją. „Wszystko” jednak sporo kosztuje, bo Genesis to wydatek 299 tys. złotych. I choć koreański producent pokazał tym modelem, że potrafi stworzyć auto mogące konkurować z najlepszymi (naprawdę długo nie zapomnę sylwetki Genesisa!), cena może skutecznie odstraszyć.

Napisz do autora: michal.mankowski@natemat.pl