Xiaomi w Polsce, czyli z czym do ludu panie Chińczyk

Lei Jun nazywany jest chińskim  Stevem Jobsem, poznajcie jego zabawki.
Lei Jun nazywany jest chińskim Stevem Jobsem, poznajcie jego zabawki. Mundo33 / Flickr.com
Kamera sportowa Yi Action, konkurent GoPro przy podobnych parametrach kosztuje jedną trzecią ceny sprzętu znanej marki. Ich 8-calowy tablet kosztuje 1100 zł, to połowa ceny nowego iPada Mini, podobnie smartofny. Dlatego firma Xiaomi wywołała tyle entuzjazmu ogłaszając, że właśnie Polska będzie pierwszym europejskim rynkiem, na którym powstanie oficjalna sieć dystrybucji jednej z jej marek.


– Nawiązaliśmy współpracę, ponieważ Xiaomi to jedna z najdynamiczniej rozwijających się firm technologicznych na świecie. Stworzenie własnej sieci dystrybucji dla marki Xiaomi stanowi element wzmacniania obecności koncernu na rynkach zachodnich – mówi Jakub Tomasiczek, dyrektor generalny JBTS. Ta firma otworzyła pierwszy oficjalny sklep jednej z marek Chińczyków.


Na razie to jedynie kamery marki Xiaomi. Sportowy model Action to właściwie wierna kopia amerykańskiego GoPro. Tyle że w środku siedzą podzespoły Sony.

Jak Polakom udało się ściągnąć chińską firmę? Jakub Tomasiczek mieszkał w Chinach 7 lat. W Szanghaju studiował handel międzynarodowy i język chiński. Kiedy o Xiaomi zrobiło się głośno, a w Polsce powstały pierwsze sklepy oferujące jej produkty np. poprzez platformę Allegro, postanowił założyć bardziej oficjalny biznes. JBTS zapewnia serwis w Polsce oraz dwuletnią gwarancję. Według deklaracji sprzedawcy kamery przeznaczone na rynek europejski mają m.in ulepszone baterie. Produkty są nieznacznie droższe od tych kupowanych bezpośrednio np. poprzez chiński portal aliexpress.com

Chiński Apple
Xiaomi całkiem słusznie nazywana jest chińskim Applem. Została założona w 2010 roku przez Lei Juna. Wcześniej był on menedżerem w Joyo, największym w Chinach internetowym sklepie z książkami, muzyką oraz grami. Amazon kupił ten biznes za 75 mln dolarów, a część tej sumy przypadała właśnie Lei Junowi. Według oficjalnej firmowej legendy Lei był maniakiem smartfonów. Rozbierał na części pierwsze urządzenia wiodących producentów, aby porównać ich budowę. Wreszcie sam postanowił pobawić się w producenta. Z podzespołów głównych poddostawców (a większość z nich ma fabryki w Chinach), chciał stworzyć telefon o najlepszych parametrach. Nawiązał współpracę z Qualcomm dostawcą procesorów m.in. dla Samsunga. Obiecywał, że do swoich produktów wsadzi, to co najlepsze na rynku, a urządzenia będą miały najniższą cenę. I dotrzymuje słowa. Pokazany w styczniu 2015 roku Xiaomi Mi Note dorównuje lub przewyższa iPhone'a 6.


W internecie znajdziecie już setki testów porównujących produkty Chińczyków do flagowych modeli Apple i innych. W większości z tych testów eksperci, blogerzy, wynajdują jakieś wady Xiaomi by na końcu westchnąć, że za taką cenę wybraliby produkty Xiaomi.
Tajemnicą niskich cen jest także to, że Xiaomi wskoczyła na rynek zbudowany już przez największych potentatów i nie zapłaciła ani dolara na marketing. Zawłaszczyła te części rynku, które rosną najszybciej: smartfony, tablety, kamerki sportowe, sportowe opaski (MiBand). Lei Jun nie ukrywa, że wzoruje się na amerykańskiej firmie. Jego konferencje i premiery najnowszych urządzeń wyglądają tak jak w Apple. Na scenę wskakuje w wypchanych na kolanach jeansach i czarnym podkoszulku. Czaruje niczym Steve Jobs. Pracownikom i inżynierom zdarza się uronić łzę wzruszenia kiedy prezes mówi: - Nasz telefon ma porównywalny procesor z iPhone 6, ale... jest szybszy i lżejszy – i tu następuje burza oklasków od wiernych fanów chińskiej marki.

Dlatego w ciągu czterech lat Xiaomi ze start-upu przeistoczyła się w firmę wycenianą na 46 mld dolarów. W 2015 roku sprzedała ponad 70 mln smartfonów co dało jej 5 miejsce na świecie po Apple’u, Samsungu, Lenovo i Huawei.

Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl