
Nieograniczone zarobki, wygodna praca przy biurku, elastyczne godziny. Brzmi całkiem fajnie. Jaka jest prawda o pracy w call center? To ciężki, wysysający energię i mózg zawód. Tak przynajmniej przedstawiają go osoby, które wykonują, bądź wykonywały tę pracę.
REKLAMA
– Suki i kurwy są na porządku dziennym. Raz usłyszałam też: „Żebyś zdechła!”. Na szkoleniach uczą nas, że to tylko głos, ale trudno tego nie brać do siebie. (...) Nam nie wolno się rozłączyć, więc bywa, że ktoś złośliwie blokuje linię, ubliżając przez kilkanaście minut – opowiada Krystyna.
Prowadziła kiedyś rozmowę z panią prawnik, która nie chciała wnieść zaległych opłat za telefon. Nasłuchała się gróźb o tym, że klientka doprowadzi do jej wylania z pracy. Gdy na koniec zgodnie z zasadami zapytała czy może jeszcze w czymś pomóc usłyszała: – Możesz umyć okna, samochód, a potem wylizać mi dupę – opowiada.
Jej koleżanka po fachu Monika miała kiedyś rozmowę z księdzem, który straszył ją z kolei... piekłem: – Zadzwoniłam na plebanię, ksiądz miał spore zaległości na komórce. Był oburzony, że nie zwracam się do niego „proszę księdza”, wciąż domagał się tytułowania. Nie pomogły tłumaczenia, że dla mnie jest klientem sieci komórkowej. Krzyczał, że jestem na usługach szatana, że parafia nie ma w tej chwili pieniędzy na opłatę rachunków, że będę się smażyć w piekle. W końcu się rozłączył – opowiada dziewczyna.
W sieci istnieją fora na których radzi się jak pozbyć się nachalnego telemarketera: „Powiedz, że nie masz czasu, i poproś o numer domowy telemarketera. Jak powie, że nie może udzielić takiej informacji, zapytaj, czy to dlatego, że nie lubi, jak ktoś go w domu niepokoi. Jeżeli przytaknie, krzyknij, że ty też, i rozłącz się”.
Są też jeszcze złośliwsze propozycje męczenia wydzwaniających ludzi: „Jeśli chcą wam udzielić pożyczki, powiedzcie, że właśnie ogłosiliście bankructwo i przyda się parę groszy. Jeśli na dzień dobry pytają: Jak się Pan dzisiaj miewa?, opowiedzcie o chorym kocie, zepsutej pralce, złamanym paznokciu. Jak telemarketer się przedstawi, poproście o przeliterowanie imienia, nazwiska i nazwy firmy, zapytajcie, gdzie się mieści, ile zatrudnia osób, jaki mają kolor ścian, jaki system operacyjny na kompach. Każcie im mówić bardzo wolno, bo chcesz zapisać każde słowo”.
Telemarketerzy uczeni są specjalnych chwytów, stosują m. in. tzw. zasada „trzy razy tak”. – Na początku zadajesz pytania typu „Czy rozmawiam z panem (tu imię i nazwisko), czy ma pan czas na rozmowę, czy dba pan o zdrowie”. Kiedy klient odpowie po trzykroć tak, podświadomie będzie skłonny dalej się zgadzać – wyjaśnia Krystyna. Następnie zadaje się pytania otwarte: – Żeby okazać człowiekowi atencję. To go rozkłada na łopatki – twierdzi Krystyna. Tego rodzaju sztuczki przybliżają klienta do zakupu, którego normalnie by nie zrobił.
Więcej w najnowszym 'Newsweeku".
Napisz do autora: manuel.langer@natemat.pl
