Po tym filmie wszystkie inne będą nudne. Netflix pozwala nam sterować fabułą jak w grze komputerowej

Czy bohater weźmie LSD? Decyzja należy do widza
Czy bohater weźmie LSD? Decyzja należy do widza Screen z "Czarne Lustro: Bandersnatch"
Nie wiadomo, czy "Czarne Lustro: Bandersnatch" to jeszcze film, czy to już gra. Netflix zaskakuje na sam koniec roku i łączy oba środki artystycznego wyrazu w spójną całość. To interaktywny film, w którym widz decyduje o fabule - myszką lub pilotem. I uwaga - można w nim przegrać!


Wszyscy pamiętamy słynną scenę z "Matrixa", w której Neo jest przedstawiony przed wyborem - poznać prawdę, czy żyć dalej w wirtualnym świecie. Co by się stało, gdyby główny bohater wybrał niebieską pigułkę? Nie dowiemy się, bo to był "zwykły" film. W przeciwieństwie do nowego "Czarnego lustra", które trafiło na platformę 28 grudnia.


Spóźniony prezent na gwiazdkę - ale za to jaki!
To nie jest pierwszy interaktywny film w historii. To nawet nie jest pierwsza interaktywna produkcja Netflixa - w serwisie możemy "zagrać" w "Kota w butach". Co jest więc z nim takiego "wow"? Przede wszystkim nie jest dla dzieci.


Poza tym pomysł pomysł jest świetnie zrealizowany i angażuje - nie tylko umysł, ale i palce. Co chwilę sami podejmujemy decyzję o dalszych losach głównego bohatera. To niesamowite przeżycie. I choć historia opowiedziana w "Bandersnatchu" jest prosta, to stanowi pretekst do całej mechaniki interaktywnego filmu. I przez to całość nabiera dodatkowej głębi.
Stefan (Fionn Whitehead znany z "Dunkirki") to introwertyczny nerd pochłonięty tworzeniem gry komputerowej. Pisze ją na podstawie książki "Bandersnatch" Jamesa F. Daviesa (nie szukajcie w Google, bo to fikcyjny autor i pozycja). To... paragrafówka, w której czytelnik sam wybiera, jak potoczy się akcja - przechodząc do konkretnego paragrafu.


Trauma z dzieciństwa, obsesyjne kodowanie gry i niewyjaśnione zdarzenia doprowadzają Stefana do granicy szaleństwa. Widz ma w tym ogromny udział i są momenty, gdy czujemy się z tym źle. Fanatycy teorii spiskowych, a zwłaszcza teorii symulacji poczują się jak u siebie. Film zaczyna się jak "Dzień świstaka", mamy trochę "Truman Show", ale projekt, jako całość, nie jest bynajmniej wtórny. Zwroty akcji i burzenie czwartej ściany sprawią, że nieraz podskoczy wam ciśnienie.

Wszystko utrzymane jest w popularnej ostatnio retro-estetyce. Z głośników leci Frankie Goes to Hollywood czy Kajagoogoo (ale są momenty, gdy sami decydujemy o muzyce!), a Stefan programuje swoją grę na komputerze ZX Spectrum. Z drugiej strony twórcy puszczają oko do fanów poprzedniego sezonu "Czarnego lustra". Takich smaczków jest pełno, ale to interaktywność dostarcza nam najwięcej frajdy.
Genialny pomysł Netflixie, czekamy na więcej
Fabuła i forma zazębiają się, a wykonanie nie pozwala się oderwać od ekranu. Na YouTube są amatorskie filmiki, które po kliknięciu w odpowiedni wariant, przenoszą nas dalej. Nie hula to jednak tak dobrze, jak w "Bandersnatchu". Oglądając film na platformie okno nie ładuje nam się od nowa, tylko płynnie przechodzimy do kolejnej sceny. Co więcej, nie możemy cofnąć decyzji i musimy ją podjąć w kilka sekund. Są emocje!

Nasze wybory mają lub nie mają wpływu na akcję. Ścieżek scenariuszowych i odgałęzień jest tu cała masa - łącznie twórcy nakręcili 5 godzin materiału. Średnio seans trwa 90 minut, ale możemy go skończyć po 40 minutach. Łącznie "Czarne Lustro: Bandersnatch" ma pięć możliwych zakończeń. Nie radziłbym oglądać pirackiej wersji, bo będzie okrojona do jednej linii fabularnej i odbierzemy sobie przyjemność wyboru. I kontroli. A wszyscy lubimy czuć władzę.

Eksperyment udał się Netflixowi znakomicie. "Bandersnatch" perfekcyjnie wpisuje się w uniwersum "Czarnego lustra". Ma swój psychodeliczny klimat i tradycyjnie pokazuje możliwości technologii w mrocznych barwach. Ta odsłona wynosi rozrywkę oraz narrację na zupełnie nowy poziom i niejako zmusza do powtórnego seansu. Zrobię to z przyjemnością.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...