Na zdjęciu autorka materiału Karolina Lewicka, dziennikarka TOK FM i politolog.
Na zdjęciu autorka materiału Karolina Lewicka, dziennikarka TOK FM i politolog. Fot. Albert Zawada / AG

Przeciwnikiem jest dziś PiS – rzekł kilka dni temu Grzegorz Schetyna. Tę - wydawać by się mogło oczywistą dziś dla opozycji prawdę – wsparły też indywidualne apele polityków o pakt o nieagresji i zapewnienia, że w kampanii nikt nikogo nie będzie podstępnie atakował. Jako gołąbki pokoju deklarowali się i ludowcy, i ludzie lewicy, i członkowie Koalicji Obywatelskiej. A zaraz potem wyciągnięto zza pazuchy nożyki. I zaczęto wywijać nimi ku sobie bez opamiętania.

REKLAMA
Pamiętają Państwo afrykańską bajkę o skorpionie? Prosił on żabę, by go przewiozła na drugi brzeg stawu. Żaba długo się opierała, gdyż skorpiony bywają zdradzieckie, ale w końcu uległa logicznym argumentom potencjalnego pasażera swego grzbietu: atak żądłem podczas przeprawy unicestwiłby nie tylko żabę, ale i skorpiona. Popłynęli. Na środku stawu płaz poczuł kolec jadowy i zakrzyknął z przerażeniem o rychłej śmierci. Skruszony skorpion, tuż przed pójściem obojga na dno, przeprosił: „Droga żabo, po prostu nie sposób uciec od własnej natury”. Jak słucham polityków opozycji, odnoszę wrażenie, że to analogiczna sytuacja. Jakby nie potrafili inaczej.
Ledwo się okazało, że opozycja pójdzie w trzech blokach, a już PSL wziął się za udowadnianie, że jest jedyną partią centrum, a poza nią wyłącznie dwie lewice, w tym KO, która przecież nie po to idzie bez SLD, żeby się przesuwać w lewo. Ale i tak spróbują przesunąć ją na siłę ludowcy. Grzegorz Schetyna nie omieszkał zauważyć, że lewicowej koalicji trudno będzie sforsować ośmioprocentowy próg (czy domyślnie chodziło o zniechęcenie do głosowania na sojusz SLD, Wiosny i Razem, bo można stracić głos?), a Włodzimierz Czarzasty stwierdził, że ta cała KO nie jest żadną koalicją obywateli, tylko porozumieniem trzech partii, zatem „ściema i gra znaczonymi kartami”. Zaś wobec PSL-u gremialnie suflowane jest podejrzenie, że jest już po słowie z PiS-em i tylko czeka, aż wybory wygra ich koalicjant.
Prócz takiej intensywnej wymiany uprzejmości, przewiduję także ruchy personalne, czyli próbę podbierania sobie ludzi. PSL już zaprosił na listy skonfliktowanego ze Schetyną Bogdana Zdrojewskiego czy Marka Biernackiego, Robert Biedroń zachęca do Lewicy Barbarę Nowacką, która jest w KO i Zielonych, którzy byli w Koalicji Europejskiej. Chodzą plotki, że PO będzie chciała się odwinąć i wyjąć Czarzastemu parę nazwisk, by stworzyć sobie lewe skrzydełko.
Gdyby tak to dalej miało wyglądać, wskazywałoby na kilka współwystępujących zjawisk. Po pierwsze na niewiarę w możliwość wygrania z PiS-em albo chociaż nawiązania z nim bliskiego kontaktu. Po drugie, na pogodzenie się z tym, że elektorat partii rządzącej jest żelazny i na żadne przepływy wyborców liczyć stamtąd nie można (a skoro tak, to trzeba się zaciekle bić o ten opozycyjny kawałek tortu między sobą). Po trzecie, na nieumiejętność znalezienia odpowiedzi na ofertę, którą ma dla wyborców PiS. Po czwarte, na prymat interesów partyjnych (lub nawet indywidualnych) nad interesem państwa. Bo jeśli bardziej liczy się dla liderów to, by każdy z nich wprowadził sobie do Sejmu jak najwięcej lojalnych wobec siebie ludzi, a nie, by opozycja wygrała te wybory lub choć zminimalizowała straty, to znaczy, że Schetyna, Kosiniak czy trzej tenorzy tworzą sobie Arki Noego do bezpiecznego żeglowania przez następną kadencję. I wyłącznie o to im chodzi, o nic więcej.
Oczywiście, PiS będzie wydatnie pomagał opozycji w konfliktowaniu się, bo tym samym odciąga jej uwagę od siebie. Doskonałym przykładem jest rozwój politycznych wypadków po zamieszkach na białostockim Marszu Równości. PiS najpierw grał na zwłokę, by w końcu, mocno spóźnionym, przemoc potępić (premier Morawiecki zabrał głos dopiero we wtorek). W tym czasie opozycja okładała się już w najlepsze. Bo nie minęła doba, jak rzeczniczka SLD wystąpiła z pretensjami do PO, że ta nie zdelegalizowała zawczasu Młodzieży Wszechpolskiej i ONR-u, a europosłanka Wiosny, Sylwia Spurek nakazała Grzegorzowi Schetynie bić się we własne piersi. Kiedy PO podkreśla, że przyzwolenie na przemoc stało się faktem za rządów PiS-u (egzemplifikacją tego zjawiska może być niezmiennie Beata Mazurek, która, jak pamiętamy, „po ludzku rozumie” agresję), to Lewica udowadnia, że niekoniecznie, i że za PO też bili. Gdy Lewica planuje marsz przeciwko nienawiści, to lider Platformy radzi, by pomaszerować w październiku do urn. PSL zaś się przyczaił, żeby na pewno nie wydać się komukolwiek tęczowym.
Jasna sprawa, że próba narysowania osi podziału w tych wyborach po linii ideologicznej jest na rękę PiS-owi i że opozycja nie chce dać się wciągnąć w tę pułapkę (rozhuśtane społeczne emocje, sytuujące się jednak po bardziej konserwatywnej obyczajowo stronie, mogą służyć rządzącym). Ale – skoro niby wszyscy zdają sobie z istnienia tej pułapki sprawę – to gdzie jest sposób na uniknięcie sideł? Jasne wyrażenie swego stanowiska w sprawie praw obywatelskich (które są równie ważne jak dostęp do lekarza albo czyste powietrze) nie powinno kolidować z narracją o wszystkich błędach i wypaczeniach PiS-u. Jedno nie wyklucza drugiego. Jest tylko jeden problem. Trzeba potrafić narzucić swoją narrację oraz mieć jakiś pogląd, reprezentować jakieś wartości. Wtedy można przestać się trzymać sondażowego słupka i zareagować tak, jak nakazuje polityczne sumienie i wizja świata, reprezentowana przez dane ugrupowanie. Nie można wciąż okrakiem, w szpagacie, prawą ręką za lewe ucho i patrzymy, czy elektorat to kupi, a jak nie, to zmienimy pozycję. Trzeba w coś wierzyć. PiS wierzy w Jarosława Kaczyńskiego.
A opozycja? Czy wierzy w to, co mówiła przez ostatnie lata o zagrożonej demokracji? A jeśli tak, to dlaczego marnuje energię na wycieczki osobiste w ramach tego samego praworządnego obozu? Tak się wyborów nie wygrywa, to metoda wyłącznie na przetrwanie. A później – na polityczną wegetację.