fot. Renata Dąbrowska/ Agencja Gazeta

Najgorzej wypadają Łotwa, Dania i Rosja. Klonowane przeboje, tandetny gust, prymitywna estetyka i klątwa Eurowizji. Na szczęście, nie wszystkie euro-hity równają w dół. Wśród lokalnych produktów muzykopodobnych znaleźli się także prawdziwi artyści, którzy mają coś do powiedzenia. Są z Islandii, Litwy i...Polski. Oto lista najlepiej sprzedających się zespołów w Europie.

REKLAMA
1. Eric Saade, Szwecja
Śliczny jak malowany szwedzki Justin Bieber, który wygląda jakby żywcem przeniesiono go z lat 90' i podrasowano o wczesnego Timberlake'a. Nieprzypadkowo: jego kariera przyspieszyła, kiedy wygrał casting na członka boysbandu – What's Up, tworu dla fanów Miley Cyrus i poetyki Disney Channel. Nie można jednak odmówić Ericowi muzycznego powołania. Swój pierwszy kontrakt płytowy podpisał w wieku 15 lat, a pierwszy znaczący związek stworzył z niegdysiejszą uczestniczką Konkursu Piosenki Eurowizji dla Dzieci.
Nie można mu także odmówić
determinacji – najstarszy z ośmiorga rodzeństwa, po rozwodzie rodziców przejął rolę rodzinnej opoki. Poradził sobie zarówno z familią, jak i karierą. W 2011 był najczęściej googlowanym szwedzkim celebrytą. Teraz ma 22 lata i dopiero się rozkręca – strach się bać, jakie dance-popowe popłuczyny po Davidzie Guettcie zaserwuje w przyszłości. Poniżej próbka jego możliwości – zwróćcie uwagę na sugestywną gestykulację. Ten chłopiec bardzo chciałby być seksowny i zbuntowany, a jest grzeczny i milusi jak koszulka z ćwiekami z H&M.
2. Nikolas Takacs, Węgry
O ile z Erica może wyrosnąć podróba Justina Timberlake'a, Takacs już zdecydował: tak, będę jak Justin. Nosi koszmarne kaszkiety i kapelusiki weekendowego elegancika, straszne marynarki i uśmiech amanta z kiepskiej dyskoteki. Skądinąd sympatycznie mu z oczu patrzy, ale robi się zdecydowanie mniej sympatycznie, kiedy zacznie się słuchać jego muzyki.
Ma świetny głos, funkujący i pobrzmiewający wręcz Barrym Whitem, ale
kompozycje przypominają z kolei kiepskie R'n'B z początku lat 90'. A mogło być tak pięknie – Takacs skończył konserwatorium w Bratysławie w klasie skrzypiec, uczył się też śpiewu operowego. Jako 19-latek występował z popularnym perkusistą jazzowym, Vilmosem Javori. Potem brał udział w X-Factor i już nie było tak miło. Pod koniec sierpnia wystąpi jednak z interpretacjami kompozycji mistrza muzyki yentl, Michela Legranda podczas Jewish Summer Festival. Nikolas, niech twoja marynara odfruwa jak najdalej!
3. Musiqq, Łotwa
Klasyczny zespół z eurowizyjnego rozdania. Niestrawna popowa bajadera, która brzmi i wygląda jak współczesne Modern Talking, którzy zdecydowali, że są hipsterami.
Podobnie jak Eric Saade, mają wyraźną potrzebę ekspresyjnej gestykulacji i słabość do lat 90'. Mam również wrażenie, że prezentują obowiązujący w całej pop-dance'owej Europie przepis na przebój: mamy chwytliwy, głupawy refren, ze dwie zwrotki, szczyptę rachitycznego pseudo-rapu i rytm przywodzący na myśl nasze swojskie disco polo.
4. Nik&Jay, Dania
Popowy hip-hop dla wszystkich. Bez charakteru i zadziora. Ani nie ziębi, ani nie grzeje.
Chłopcy są wczuci, przejęci i dobrze ubrani. W niektórych teledyskach bardziej Eminemowi, w innych bardziej w stronę Kanye Westa i Pharella by chcieli.
5. Ewert and the Two Dragons, Estonia
Nazwa pochodzi od tytułu ulubionego filmu jednego z członków zespołu. Na początku grali głównie covery muzycznych gigantów – Radiohead i Jeffa Buckleya. Chociaż czuć, że brzmienie zespołu jest efektem ostatniej mody na indie-folk i brzmi podejrzanie
podobnie do Beirutu, to jednak jest w tym coś uroczego i czystego. Jakby ktoś zmienił w muzykę zdjęcia Ryana McGinleya.
Chłopcy mają brody, koszule, lubią naturę, akustyczne gitary i akordeony. Sentymentalnie, melancholijnie, trochę mdławo, ale słucha się tego przyjemnie. "Good man down" był estońskim hitem numer jeden 2011 roku. Gdyby w Polsce taki album stał się hitem, poszłabym na dziękczynną pielgrzymkę do Tallina i z powrotem.
6. Maksim, Rosja
Ładna dziewczynka, na teledyskach niemiłosiernie podrasowana w Photoshopie.
Muzyka zła jak najgorsze kompozycje dla girlsbandów z lat 90'. Ale głos podobny do wykonawczyni hitu "Call me maybe". Zresztą też niezbyt mądrego. Gdzie się podziały kiczowate pop skandale w rodzaju Tatu? Przynajmniej cokolwiek by się działo.
7. SEL, Litwa
"One man band". Piosenkarz, producent, na początku kariery związany z hip hopem, potem popowy trendsetter, fascynat elektroniki spod znaku Chemical Brothers. Jak
podkreślają jego fani, reprezentuje najwyższej jakości podejście do wartościowego popu i dance'u i bez niego na Litwie nie byłoby niczego. Ten człowiek-instytucja brzmi jednak dla mnie dość mizernie, zważywszy na jakość peanów na jego temat.
8. Gerard Lenroman, Francja
Dinozaur francuskiej chanson, którego szczyt popularności przypadł na przełom lat 70' i 80'. Wtedy śpiewał proste i wdzięczne pioseneczki, wyglądając jak najpilniejszy uczeń w klasie, który nosi swetrek w serek i nikt go nie lubi. Może pamiętacie jego przebój "La
Ballade de gens heureux"? Dzisiaj zbiera to, co zostało.
Wygląda lepiej – elegancki starszy pan w powłóczystym szalu. Poza tym, nic zaskakującego – weteran konkursów piosenki brzmi jak weteran konkursów piosenki. Dlaczego Francuzi chcą słuchać podstarzałego chansonisty, zamiast wysłać go na emeryturę? Jestem przeciwna age'yzmowi w muzyce, ale na boga – nie wszyscy są Iggym Popem.
9. Tony Carreira, Portugalia
Portugalska gwiazda, z oskarżeniami o plagiat na koncie. Wygląda jak klasyczny latino
lover: zmysłowy wyraz twarzy, zła marynara albo skórzana kurtka, natchnione spojrzenie Julio Iglesiasa i melancholia w typie boysbandowej ballady. Typ piosenkarza harlequinowego.
10. Mugison, Islandia
Multiinstrumentalista. Jego ojciec pochodzi z Malezji i jest śpiewakiem karaoke. Mugi dorastał w Afryce. Teraz mieszka w Islandii, ale ma iście malezyjskie ciepło w głosie i prawdziwie nordycką brodę. Jak pisze o sobie na stronie, jest: fairly hairy human being. Dużo słodyczy, dużo poczucia humoru i bezmiar talentu. Podobno najbardziej w swoim zawodzie lubi, kiedy dziewczyny jęczą z rozkoszy na jego koncertach. "The chicken is one of very few birds / That never can fly / But even with his head chopped off / He’ll still
give it a hell of a try / How beautiful is that" (z “The Chicken Song”). Jak nie lubić takiego słodziaka? Szczególnie, że brzmi jak Tom Yorke, czasem jak Bonny Price Billy.
Islandcy muzycy to zawsze coś wyjątkowego – wystarczy wspomnieć Mum czy Sigur Ros. Mugison ma na to teorię: "Jeszcze 50 lat temu rodziło się w tym kraju dzieci na podłodze, potem mąż przychodził ze zmiotką i sprzątał krew. Islandczycy wiedzą, że muszą się sobą zająć sami, są twardzi. Jak Bjork, która świetnie prowadzi swoją karierę. To część naszej mentalności – jestem swoim szefem, chce mieć tylko swoją łódeczkę i kilka owiec. Wszysycy muzycy z Islandii są inżynierami – produkujemy i nagrywamy muzykę własnym sumptem. Musimy, inaczej by nie powstała w ogóle."
11. The Beat Fleet, Chorwacja
Uważani za jeden z ciekawszych i bardziej otwartych na eksperymenty zespołów na
Bałkanach. Mieszają reggae, brytyjski trip-hop, dub i hop-hop. Z tej mieszanki stworzyli brzmienie, któremu nadali nazwę ping-pong. Nigdy nie była to moja ulubiona gra, ale trzeba przyznać, że nie ma wstydu.
12. Alban Skenderaj, Albania
Chłopiec z taśmy kolejnych klonów Michaela Buble. Słodkie usteczka, dołek w brodzie i
znów – duże upodobanie do przerysowanej gestykulacji, patosu oraz koszul dla starych kawalerów.
13. Kamil Bednarek, Polska
Wielkie odkrycie medium, któremu, jeśli chodzi o potencjalne budowanie muzycznego gustu, dawno przestałam ufać. Tak, Kamil Bednarek wygrał telewizyjny talent show i tak, wbrew wszelkiej logice, naprawdę jest utalentowany. A do tego uroczy i przystojny. Niechże zastąpi Piotra Kupichę w sercach polskich dziewcząt.