
TVP w ubiegłym roku odnotowała 60 mln zł straty. Ubywa pieniędzy z reklam, wpływy z abonamentu są niskie, a kolejni prezesi nie mają pomysłu, jak uzdrowić sytuację. Telewizja próbuje się ratować, m.in. sprzedając jedną ze swoich siedzib za 100 mln złotych. Jak czytamy w Magazynie Świątecznym "Gazety Wyborczej", problem w tym, że gwóźdź do trumny TVP wbijają sami pracownicy.
Agnieszka Kublik
Jak mówi cytowany przez "GW" Tomasz C., pracownik z kilkunastoletnim stażem, marnotrawstwo jest ogromne. "TVP ma wszystko, nawet myjnię samochodową, stację benzynową, drukarnię, blok mieszkalny. Nawet stację diagnostyczną samochodów któryś z prezesów kupił. Mieliśmy na tym zarabiać. Ale nigdy nie została rozpakowana, bo już po jej kupieniu ktoś się zorientował, że telewizji takiej działalności prowadzić nie wolno. A to kosztowało majątek. Dziś leży w magazynach" – opisuje.
Pracownicy wyliczają, że nie zarabiają stoły montażowe, kamery, wozy do transmisji, a nawet całe struktury, czyli Agencja Produkcji Telewizyjnych.
Czytaj również: TVP sprzedaje swoją siedzibę, ale wyprowadzi się dopiero za trzy lata Agnieszka Kublik w swoim tekście w "Magazynie Świątecznym" pisze też o "układzie producenckim". Chodzi o to, że teoretycznie produkcję programów obsługują firmy zewnętrzne. W praktyce pracują dla nich ludzie zatrudnieni w TVP, w dodatku na sprzęcie telewizji.
Pracownik "C"
Rozmówcy Kublik ujawniają także, jak wyciekają pieniądze przeznaczone dla pracowników. Nie oszczędza się także na innych rzeczach, począwszy od strojów dla gwiazd programów (kupuje się najdroższe), a skończywszy na hotelach i restauracjach podczas zagranicznych delegacji. Mariusz Łukomski, prezes Monolith Films twierdzi, że kilka lat temu pojawił się pomysł, by to uporządkować, ale do niczego takiego nie doszło, a autora pomysłu zwolniono.
Źródło: "Gazeta Wyborcza"
