naTemat extra

Gdzie jest najlepsze muzeum na świecie? Byliśmy w nim

Niezwykłe muzeum mieści się tuż za płotem dworca kolejowego w Skierniewicach. W dawnej parowozowni. Prowadzone jest przez wolontariuszy zrzeszonych w Polskim Stowarzyszeniu Miłośników Kolei. Z peronu dworca rusza pociąg elektryczny. – O, zaraz pan usłyszy takie głośniejsze wycie. To pracują wentylatory oporów rozruchowych – mówi Józef Kaźmierczak.
Nawet na emeryturze trudno mu się rozstać z koleją. Trafił do niej z dziecięcej miłości do pociągów. Na kolei poznał żonę, nawet z okien mieszkania musiał mieć widok na tory. Jak z rękawa sypie datami, nazwami, szczegółami technicznymi.
Zaczynał jako mechanik, z czasem jako pomocnik rzucał węgiel do kotła parowozu, w końcu został maszynistą. Nie sposób go “zagiąć”. Do tego fenomenalna pamięć. Kiedy prosi, aby zadać mu trudne pytanie, długo się zastanawiam. W końcu pytam: – A samobójcy? Dużo miał pan takich przypadków, że rzucili się pod koła pańskiej lokomotywy?

Rzucił się z wiaduktu

Chyba udało mi się zaskoczyć. – Miałem jeden przypadek. Starszy pan w kapeluszu i walizką. Widziałem go z daleka. Stał na wiadukcie. Jak później słyszałem, kupił dzieciom mieszkanie w Warszawie, ale żadne nie chciało go przyjąć do siebie – widać, że pan Józef jest poruszony wspomnieniem.
Przyznaje, że ma wrażliwą duszę. Za nami stoją wagony bydlęce. Okna zabezpieczone drutami kolczastymi. Wykorzystano je do szeregu filmów: “Wołyń”, “Lista Schindlera”, czy “Pianista”. – Statystowałem ostatnio w filmie. Grałem starego Żyda. Wpędzano nas do tych wagonów. Mimo że to był tylko film, to robiło wrażenie – opowiada.
Doskonale też pamięta, jak wypędzono Żydów w marcu 1968 roku. Pracował wtedy na Dworcu Gdańskim. – Podstawiałem wagony. Nie sposób zapomnieć łez wyjeżdżających. Musiałem podstawić, a po pracy podrzucałem obiady strajkującym na politechnice – wspomina.
Idziemy do hali parowozowni. Zatrzymujemy się przez zielonkawym podłużnym “Wittfeldzie”. Ten pociąg napędzany prądem jeździł ponad sto lat temu. Chociaż elektryczny, ogrzewany był węglem, wsuwanym specjalną szufladą pod siedzeniami pasażerów. Niezwykły.

Wyciągnęli z kurnika

– Koledzy znaleźli go w Malborku. Ktoś urządził w nim kurnik – opowiada. Przechodzimy koło jedynej na świecie lokomotywy Pd5. Stała na dziedzińcu szkoły kolejowej. Obok zachwyca wagon Orient Expressu. Dalej perfekcyjnym wykonaniem zaskakuje salonka komunistycznego kacyka. Nawet rdza nie ima się blach.
– To “hanowerka” z 1846 roku. Tę koledzy znaleźli na złomie. Ciągle szperają i szukają – tłumaczy Kaźmierczak przy następnym eksponacie. Dalej wagon pasażersko-towarowy, podobnymi na rzeź I wojny światowej pojechały miliony mężczyzn. To jednak nie eksponaty stanowią największą wartość tego muzeum.
Józef zatrzymuje się obok ogromnej lokomotywy. Jest w idealnym stanie, jakby wyjechała z fabryki. – Jasiek pięć lat pracował nad jej odnowieniem. Przyjeżdżał co sobotę i niedzielę. Szorował, malował, dorabiał część rzeczy – Józef pokazuje z dumą. 
Ogrom lokomotywy zadziwia. Stoję przy jednym z kół. Ma ponad dwa metry wysokości.

Przyłapany z synem

– Mój dwuletni syn chciał zobaczyć “ciutki”, czyli pociągi. Mamy blisko do parowozowni, bo tylko 400 metrów. No i przeszliśmy do muzeum. Wchodziliśmy nawet tam, gdzie nie wolno. Przyłapano nas. Dostaliśmy reprymendę i informację, że jak chcemy wchodzić w miejsca niedostępne dla turystów, to musimy zostać wolontariuszami. Mój syn zainteresował się bardziej komputerami, a ja zostałem — wspomina Sławomir Sidor.
Mieszka najbliżej, więc na niego spada rola klucznika przy niespodziewanych wizytach. Muzeum dostępne jest w weekendy. – No, ale nie zostałem do tego grona przyjęty natychmiast. Dla nas takim ważnym wydarzeniem jest “noc w muzeum”. Potrzebowali elektryka, jako elektronik trochę mam pojęcia. Gdy wykonałem im oświetlenie wagonu, to już zostałem ciepło przyjęty – śmieje się. 
Przechodzimy dalej. Józef pokazuje dumę parowozowni, wagon pasażerski z 1889 roku. – Koledzy zdobyli plany i odbudowali ją. Teraz pracują nad piwiarką – dodaje.

"Trumana" tłuk młotkiem

Idziemy do sąsiedniego budynku, ale po drodze przechodzimy obok parowozu zwanego przez kolejarzy “Trumanami”. – Pewnie, że się zdarzało, iż w czasie jazdy trzeba było przejść po tym pomoście na czoło parowozu, aby uderzyć młotkiem. Tutaj zbierały się osady. Było to zabronione, ale kto tam przestrzegał – pan Józef odpowiada na moje pytanie. Lokomotywa opalana była węglem. W okresie największego obłożenia węzła w Skierniewicach jego lokomotywy spalały 92 tys. ton węgla rocznie.
A potem nastały czasy mocniejszych lokomotyw spalinowych. Wśród nich słynne radzieckie “Gagriny”. Kolejarze twierdzili, że ich silniki pochodziły z łodzi podwodnych, niezawodne, niesamowicie paliwożerne, bo dwusuwowe. Na takich pan Józef też jeździł. 
– Miałem taką sytuację, że dyżurna puściła mnie na tor, po którym jechał pociąg towarowy. Gdyby nie wyładowania atmosferyczne, bo była burza, to nie zauważyłbym go w ciemnościach. Było blisko zderzenia, a wiozłem wtedy dzieci z wakacji – wspomina.
Wchodzimy do sąsiedniego budynku, gdzie eksponowane są urządzenia kierowania ruchu. – O, te szafki malowała dziewczyna z Białegostoku. Przyjeżdżała, aby nas w ten sposób wspierać – wtrąca Kaźmierczak. Tutaj Sławomir często wyjaśnia turystom zasady sterowania ruchu.
Wydają się proste, ale im dłużej opowiada, tym bardziej okazuje się, że jazda po torach jest o wiele bardziej skomplikowana, niż się wydaje. Pod ścianą stoją ręczne nastawnice. Turyści często pytają, w jakim wieku były używane. – Jedno miasto na B w Polsce Wschodniej używało ich jeszcze dwa lata temu – śmieje się Sidor.

Sponsor się zakochał

Muzeum ciągle poszukuje sponsorów. Na zabezpieczenie zbiorów potrzeba milionów. – Mieliśmy sponsora, który po przyjedzie do nas został wolontariuszem. Arek, szef z firmy “Agentools” z Poznania. Nawet dzisiaj wpadł, przywiózł narzędzia – tłumaczy Śławomir.
Stowarzyszenie chce zachować czar lokomotyw dla następnych pokoleń, ale... – Czy miejsce kolei nie jest już w muzeum? Czy transport kolejowy ma przyszłość? – pytam Kaźmierczaka.
– Oczywiście. Chociażby, po jaką cholerę w Polsce po autostradach jeżdżą tiry, niszczą drogi. W wielu krajach widziałem platformy, na których przewożono ciężarówki. Chociażby z tego powodu kolej powinna być rozwijana – odpowiada.

Włodzimierz Szczepański
Maciej Stanik





Autorzy artykułu:

Włodzimierz Szczepański