Sezon na umieranie
Fot. KMP w Olsztynie
Bartek daje pięć wdechów. Uciska klatkę piersiową trzydzieści razy. Łamią się żebra. Wypływa treść żołądkowa. Na wargach piana. Z ust topielca wysuwa się siny język. Pierwszego zapamiętuje się na zawsze. Po kilku kolejnych przestaje się liczyć.
W połowie lipca nad Warmią wreszcie słońce. Wielki, rozżarzony reflektor. Powietrze ciężkie i lepkie.
Na olsztyńskiej Plaży Miejskiej nad jeziorem Ukiel od rana tłumy. Dzieci i dorośli w wodzie. Wokół kolory: dmuchane koła, rękawki, piłki plażowe.
Na brzegu czerwona flaga. To przez sinice. Woda gęsta, mętna jak zielona zupa.
– Zakaz, a oni i tak wchodzą? – dziwię się.
– Ludzie mają zakazy gdzieś – przyznają gorzko policjanci z patrolu wodnego Komendy Miejskiej Policji w Olsztynie. – Jak zwracamy uwagę, często reagują agresją. Z roku na rok jest coraz gorzej.
Stoimy na pomoście. Kilka metrów dalej policyjni wodniacy dopinają sprzęt i szykują łódź.
Patryk i Czarek mają po 26 lat. Patryk: postawny brunet z brodą. Na rękach tatuaże. Czarek: wysoki, szczupły, strzelisty. Pakują alkomat, kamizelki i dokumenty. Sprawdzają apteczkę.
Policyjna motorówka odrywa się od kei. Kadłub lekko kołysze, silnik nagle wchodzi w ostry warkot. Ruszają.
W oddali płynie niewielka łódź.
Patryk włącza niebieskie światła i sygnał dźwiękowy. Na wodzie hałas silników zagłusza wszystko. Bez tego sternik nawet by ich nie zauważył.
Łódź zwalnia. Policjanci podchodzą burtą do burty. Proszą o dokumenty, sprawdzają trzeźwość i uprawnienia. Wszystko się zgadza. Sternik odpływa.
Ale nie każda kontrola tak się kończy.
Kiedyś przez lornetkę zobaczyli kobietę płynącą motorówką. W jednej ręce ster, w drugiej piwo.
Za kilka godzin skończy się spokój. Po południu wodę przetną skutery i motorówki.

Na zdjęciu Czarek\ Fot: KMP w Olsztynie
Jak na poduszce
– Ludzie nawet nie wyjmują kamizelek z folii, bo szkoda pobrudzić – ciężko wzdycha Bartek.
Jesteśmy we czwórkę, razem z Patrykiem i Czarkiem, którzy wrócili z patrolu.
Bartek ma 31 lat. Mówi spokojnym, stonowanym głosem. Dziś koordynuje pracę wodniaków w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Olsztynie, ale przez lata sam patrolował akweny na Warmii i Mazurach.
Pamięta starszego wędkarza, którego przez lata kontrolowali na jeziorze. Pływał niewielką łódką, ot, taką skorupką. Zawsze bez zabezpieczenia. Dwa razy wypadł z łodzi. Za każdym razem wyciągali go inni wędkarze.
W końcu córki kupiły mu kamizelkę ratunkową.
– Woził ją na łodzi, ale nadal nie zakładał. Siadał na niej jak na poduszce – opowiada Bartek.
Przepisy wymagają, żeby środek ratunkowy znajdował się na pokładzie. Nie nakazują jednak, by mieć go na sobie. Wielu korzysta z tej luki.
Wspomniany mężczyzna trzeci raz wypadł z łodzi.
– Tylko że wtedy nikogo w pobliżu już nie było – ucina Bartek.
Z pasjonatami desek policjanci przerabiają podobny scenariusz. "Po co kamizelka? Przecież jestem przypięty do deski" – słyszą.
– A przecież wystarczy nagły skurcz w łydce czy upadek. Wszystko może się zdarzyć – zauważa Bartek.
Patryk dorzuca:
– Proszę sobie wyobrazić: mężczyzna, taki, wie pani, kawał chłopa, bierze SUP-a i jako obowiązkowe wyposażenie zabiera ze sobą dziecięcy kapok. Przecież na pierwszy rzut oka wiadomo, że taka kamizeleczka w ogóle nie utrzyma go na wodzie.
Kawałek plastiku
Pytam, czy przy dzieciach rodzice zachowują większą czujność.
Wodniacy wymieniają spojrzenia. Zaczynają mówić jeden przez drugiego. Widać, że to temat, który znają aż za dobrze.
Dowiaduję się, że rodzicom często wydaje się, że bezpieczeństwo dziecka można kupić razem z plastikowym sprzętem do wody. Kolorowe rękawki, dmuchane koła, pontoniki z otworami na nogi, różne gadżety, które mają dać poczucie spokoju. Producenci prześcigają się w pomysłach.
– Ostatnio widziałem nawet dzieci w dmuchanych kołnierzach. Ludzie myślą, że jak napompują kawałek plastiku, to dziecko jest bezpieczne – irytuje się Bartek.
Tymczasem rękawek może pęknąć. Koło może się zsunąć. Dziecko przewrócić się, zachłysnąć albo spanikować.
Do tego dochodzi zgubne poczucie bezpieczeństwa.
– Jeśli na plaży jest ratownik, część rodziców od razu odpuszcza – zauważa Czarek. – Myślą: "Ktoś patrzy, ktoś pilnuje". A sami siedzą sobie w barze albo patrzą w telefony. Dzieci bawią się kilkadziesiąt metrów dalej, w wodzie.
Bartek przyznaje wprost:
– Ratownik nie jest w stanie pilnować każdego z osobna. On odpowiada za kąpielisko. Nie zastąpi rodzica. Dlatego, dopóki dziecko nie pływa pewnie, rodzic powinien być przy nim. Tak blisko, żeby w sekundę móc złapać je za rękę.
Bartek wie, o czym mówi. Miał 9 lat, kiedy tonął w morzu. Uratowała go siostra. Osiem lat później został ratownikiem. W wieku 23 lat założył policyjny mundur. Dziś patrzy na te sytuacje także jak ojciec.
Widział wielu rodziców, którzy przeceniali własną kontrolę.
– Zatrzymaliśmy ojca, który pozwolił 14-letniemu synowi pływać skuterem wodnym. Zapewniał, że cały czas go obserwuje, że chłopak jest pod nadzorem. Zapytałem tylko: "Pod jakim nadzorem? Przecież był pan trzysta metrów od niego".
Zdobyć uprawnienia na skuter wodny to dziś pestka.
Patryk zauważa:
– Kiedyś patent robiło się znacznie dłużej. Trzeba było poznać przepisy, budowę statków i zasady poruszania się po wodzie. Dziś wiele osób kończy kurs w jeden weekend. Wypożyczają skuter o mocy kilkuset koni mechanicznych i wydaje im się, że wszystko potrafią.
Bartek dorzuca:
– Kurs nie daje doświadczenia. Jeden zachowa pokorę i nadal będzie się uczył. Drugi od razu poczuje się królem życia. Tylko że żadną sztuką jest gnać na skuterze. Sztuką jest przeżyć, kiedy wpadnie się do wody.
Patryk przypomina sobie jedną z interwencji sprzed kilku sezonów. Patrolowali brzeg. Nagle tuż obok nich pędził skuter wodny. Ruszyli w pościg. Sternik był kompletnie pijany. Nie miał ani uprawnień, ani dokumentów. Wcześniej stracił prawo jazdy za jazdę po alkoholu.
Od pierwszego kwietnia w Polsce utonęły 133 osoby. Policjanci mówią mi, że najczęściej nie są to młodzi ludzie, ale osoby w średnim i starszym wieku.
– Dojrzałych ludzi gubi pewność siebie. Myślą, że skoro przez całe życie nic im się nie stało, to teraz też są bezpieczni. A to tak nie działa – zauważa Bartek.
– Ledwie wczoraj 71-letni mężczyzna z 19-letnim synem machali do nas z pontonu. Upał, pełne słońce, a oni bez niczego. Nawet wody ze sobą nie mieli. Okazało się jeszcze, że ten starszy pan był schorowany. Zabraliśmy ich bezpiecznie do portu – opowiada Patryk.
Wędkarze mają z kolei swoje powtarzające się błędy.
– Ktoś wstaje w łódce, wychyla się za burtę, bo chce zrobić siku. Łódka się przechyli, człowiek wpada do wody i już po nim – mówi Czarek.

Fot: KMP w Olsztynie
Szukamy już tylko ciała
Bartek ten scenariusz zna na pamięć. Nie ma jeszcze trzydziestki, gdy na Jeziorze Mikołajskim razem ze strażakami szukają człowieka. Odnajdują go na głębokości siedemnastu metrów.
Mężczyzna chciał tylko przestawić skuter wodny. Był pijany. Wypadł do wody chwilę po tym, jak odcumował od pomostu.
Innym razem na jeziorze Pluszne trzeba było odnaleźć mężczyznę, który wypadł z łódki. O drugiej w nocy Bartek zadzwonił do Patryka, by mu pomógł. W pół godziny odnaleźli zwłoki.
Z jeziora Małszewskiego wyłowili trzech kajakarzy – dwóch 17-latków i 18-latka. Ciało obok ciała.
Najdłuższe poszukiwania trwały półtora miesiąca, dzień w dzień.
Zazwyczaj wszystko zamyka się w trzech dobach. Służby wiedzą, że nie szukają już żywego człowieka. Rodzina jeszcze nie chce tego przyjąć. "Przecież to niemożliwe", "jest taki młody", "to na pewno pomyłka" – powtarzają bliscy.
Dociera do nich dopiero wtedy, kiedy widzą ciało.
Sine i napęczniałe.
Bartek
Tu, w jeziorze Ukiel, dwa lata temu utonął mężczyzna. Przyjechał nad wodę z trójką dzieci. Kiedy jedno z nich zaczęło tonąć, rzucił się na ratunek. Syna uratował. Sam już nie wypłynął.
Pisaliśmy o tej tragedii. 36-latek ostatkiem sił utrzymywał syna nad powierzchnią, żeby chłopiec mógł zaczerpnąć powietrza. Żaden z nich nie mógł wezwać pomocy – obaj byli głusi. Kobieta, która dostrzegła dramat rozgrywający się na wodzie, zaczęła krzyczeć.
Chwilę później podpłynął mężczyzna na skuterze wodnym. Zdołał wyciągnąć z wody siedmiolatka. Dopiero wtedy zauważył, że jego ojciec zniknął już pod powierzchnią.
Do wodniaków dotarło tylko krótkie zgłoszenie: "Przy pomoście tonie człowiek".
Problem w tym, że nad tym akwenem jest około czterdziestu pomostów. Zaczęła się walka z czasem. Bez skutku.
Na brzegu zostało troje dzieci. Najstarszy, siedmiolatek, był w szoku. Bartek wiedział, że musi jak najszybciej znaleźć kogoś, kto się nimi zaopiekuje.
– Mężczyzna, który utonął, był rozwiedziony. Matka dzieci mieszkała w innym mieście. Sprowadziliśmy ją na miejsce. Okazało się, że również jest głucha. Przyjechała z partnerem, który także nie słyszał. Rozmowa była niezwykle trudna – i to nie tylko ze względu na barierę komunikacyjną – wspomina Bartek. – Porozumieliśmy się przez translator. Dopiero później ustaliliśmy, że dziećmi opiekowała się jeszcze babcia, bo matka straciła prawa rodzicielskie.
To z nią musieli się skontaktować ws. tragedii. Bartek wiedział jednak, że przez telefon nie może powiedzieć, co się wydarzyło. Kobieta miała przed sobą ponad sto kilometrów drogi.
– Dzieci cały czas pytały tylko: "Gdzie jest tata?". A ja musiałem znaleźć sposób, żeby powiedzieć tej kobiecie, że straciła syna.
Kiedy kobieta dotarła na miejsce, spojrzała na dzieci, na policjantów i już wiedziała.

Fot: KMP w Olsztynie
Walka
Trzech kumpli przyjechało nad jezioro z rodzinami. Rozłożyli się przy brzegu, postawili kampera, wypłynęli na ryby. Pili alkohol.
Dwóch umiało pływać. Trzeci nie. Nie miał kamizelki.
W pewnym momencie ten trzeci postanowił załatwić potrzebę. Zamiast dopłynąć do brzegu, wyszedł na dziób łodzi. Zachwiał się i wpadł do wody.
Koledzy skoczyli za nim.
– Ten, który przeżył, opowiadał później, jak wyglądały ostatnie sekundy – Bartek zawiesza głos. – Pamiętał tylko, że woda ciągnęła ich wszystkich w dół, a on pod powierzchnią trzymał obu kolegów za ręce. Wtedy musiał zdecydować: albo puści ich ręce, albo utoną wszyscy trzej.
Puścił.
Bartek tłumaczy, że człowiek, który tonie, przestaje działać racjonalnie. Nie myśli o zasadach ani o tym, żeby nie zrobić krzywdy drugiej osobie. Walczy o przetrwanie.
Wspominamy głośną tragedię na Jeziorze Mikołajskim sprzed kilku lat. Młodzi rodzice wskoczyli do wody za czteroletnią córką. Dziewczynka miała kapok i przeżyła. Oni oboje zginęli. Nie umieli pływać.
Bartek zastanawia się, co wydarzyło się pod wodą.
– Nie wiemy, czy jedno próbowało ratować drugie, czy po prostu w panice się siebie złapali i poszli na dno – mówi.
Wiele razy przerabiał ten scenariusz: wypływają we trzech, wraca jeden. Albo nie wraca nikt.
Żeby ratować innych
Od początku uczy się ich jednej rzeczy: najpierw zadbaj o własne bezpieczeństwo.
Jedno z najtrudniejszych szkoleń zaczyna się pod wodą. Policjanci schodzą na głębokość 4,70 metra. Na dnie czeka sprzęt ABC – maska i płetwy. Siadają bez butli, tylko na jednym oddechu. Muszą wytrzymać moment, kiedy organizm zaczyna domagać się powietrza. Dopiero wtedy zakładają płetwy, naciągają maskę, wydmuchują z niej wodę nosem.
Na szkoleniu pływają też w mundurach.
– To zupełnie inna walka niż w kąpielówkach. Mokry mundur ciągnie cię w dół, ogranicza ruchy. Każdy metr kosztuje więcej siły. A przecież ludzie toną też w ubraniach – zauważają.

Od lewej: Czarek, Bartek i Patryk\ źródło:policja.gov.pl
Patryk zna wodę także poza służbą. Jest kajakarzem. Czarek od lat wędkuje. Obaj przyznają, że po latach pracy nad wodą nie potrafią już patrzeć na jezioro tak jak dawniej.
Bartek dopowiada, że są czujni, bez względu na to, czy mają na sobie policyjny mundur.
– Co ma zrobić człowiek, który nie umie pływać i widzi, że ktoś tonie? – pytam.
– Na pewno nie skakać do wody – odpowiada bez wahania Czarek. – Wtedy bardzo łatwo o dwie ofiary zamiast jednej.
Patryk dopowiada:
– Trzeba jak najszybciej podać tonącemu coś, czego może się złapać – linę, koło ratunkowe, wiosło. A jeśli nie ma takiej możliwości, natychmiast wezwać pomoc. Krzyczeć i machać, żeby ktoś go zauważył.
Wyciągnięcie tonącego z wody to dopiero początek. Trzeba spróbować przywrócić życie. Bartek robił to już wiele razy. Pięć oddechów ratowniczych. Trzydzieści uciśnięć klatki piersiowej. Trzask pękających żeber. Treść żołądkowa.
Kiedy z ust wysuwa się siny język, już wiadomo, że się nie udało.
– W weekend mieliśmy pięć trupów, w tym cztery jednego dnia. Nie chcemy takich rekordów. Alkohol i woda robią te statystyki.
Patryk milknie na chwilę.
– Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak wygląda tonięcie. To potwornie boli. Umierasz w męczarniach. Masz pełną świadomość, ale nie możesz się odezwać ani ruszyć. Nikomu nie życzę takiej śmierci.
Aleksandra Tchórzewska
KMP w Olsztynie
