Kino klasy B za miliony dolarów. "Jurassic World: Dominion" jest tak zły, że aż dobry

Maja Mikołajczyk
14 czerwca 2022, 14:35 • 1 minuta czytania
Pokraczny i absurdalny – tak w dwóch słowach określiłabym "Jurassic World: Dominion". Paradoksalnie jako trzeci przymiotnik musiałabym dodać również "rozrywkowy" – twórcom udało się bowiem zrobić film tak zły, że aż dobry.
"Jurassic World: Dominion" to film tak zły, że aż dobry. [RECENZJA] Fot. kadr z filmu "Jurassic World: Dominion"

Obserwuj naTemat w Wiadomościach Google


"Jurassic World: Dominion" – kino klasy B za miliony dolarów

Akcja "Jurassic World: Dominion" rozgrywa się cztery lata po zniszczeniu zamieszkałej przez dinozaury wyspy Isla Nublar. Prehistoryczne gady rozpełzły się po świecie, a ich koegzystencja z ludźmi delikatnie mówiąc nie układa się różowo.

Chciwa korporacja Biosyn eksploatuje prehistoryczne DNA do niecnych celów, a także ma chrapkę na ukrywającą się przy Owenie (Chris Pratt) i Claire (Bryce Dallas Howard) Maisie, której kod genetyczny stanowi dla molocha cenny łup.

Opowiadana w najnowszym filmie o dinozaurach historia jest tak dziurawa i niekonsekwentna, że momentami aż ciężko uwierzyć, że opiera się na jakimkolwiek scenariuszu – bardziej przypomina naprędce sklecony zbiór scenek z dinozaurami, poprzetykany przypadkowymi dialogami i lokacjami.

Chociaż hollywoodzkie produkcje od lat traktują fabuły pretekstowo, "Jurassic World: Dominion" już niemal zupełnie rządzi się logiką kina klasy B. Wrzucone do niego motywy bywają ciekawe, ale nie dostają szansy na jakiekolwiek rozwinięcie i sensowne zakończenie. Twórcy nawet nie udają, że w tym filmie chodzi o coś więcej niż pokazanie jak najszerszej galerii olbrzymich gadów.

Już w poprzednich częściach nowej trylogii śmiech na sali wywoływały sceny, w których Bryce Dallas Howard biegała po tropikalnym błotku w wysokich obcasach. W nowej odsłonie serii zapoczątkowanej przez Stevena Spielberga natężenie tego typu pomysłów zdecydowanie wzrasta – moim faworytem jest Chris Pratt przeganiający na koniu dinozaura, a następnie łapiący go jak na rodeo i przywiązujący go do... spróchniałego pieńka.

Wiele scen, które mogły być dobre (albo zwyczajnie przeciętne), zostało paskudnie źle nakręconych. Część sekwencji ucieczek czy walk zrealizowano w niezamierzenie komiczny sposób – zamiast emocjonującej ścieżki dźwiękowej w tle bardziej pasowałaby muzyczka z "Benny'ego Hilla".

Reżyser filmu Colin Trevorrow próbuje naśladować i oddawać hołd stylowi Stevena Spielberga, ale robi to bardzo nieudolnie – w filmie łatwo rozpoznać ujęcia nawiązujące do poprzednich części, ale brak im podobnego napięcia czy w innych przypadkach luzu, czyli tak charakterystycznego dla najsłynniejszego twórcy kina rozrywkowego połączenia.

Dużym zawodem ostatecznie okazała się też obecność postaci ze starej trylogii. Ellie Sattler (Laura Dern), Alan Grant (Sam Neil) oraz Ian Malcolm (Jeff Goldblum) niby ratują świat przed zagładą, ale ich poczynania bardziej przypominają zabawę w podchody. Trudno też o gorzej napisany czarny charakter niż Lewis Dodgson – tak bezbarwnego i niestwarzającego niemal żadnego poczucia zagrożenia villaina trudno znaleźć we współczesnych produkcjach, szczególnie jeśli odniesiemy się do produkcji Marvela, gdzie jego rola z reguły jest kluczowa.

Dinozaury tak złe, że aż dobre

"Jurassic World: Dominion" obrywa od krytyków i typowany jest na najgorszy film w historii całej dinozaurowej franczyzy. I być może wcale nie odbiega to daleko od prawdy, ale nie zmienia tego, że sama bawiłam się na nim doskonale. Bynajmniej jednak nie dlatego, że staję w opozycji do większości i uznaję wytwór Trevorrow za dobre kino.

Poprzednia część nowej trylogii, czyli "Jurassic World: Upadłe królestwo", od strony reżyserskiej kulał mniej boleśnie – za jego sterami stał hiszpański twórca J.A. Bayona ("Sierociniec", "Siedem minut po północy"), który wniósł do niej powiew horroru.

Pomimo jednak pełnych suspensu ujęć druga odsłona nowego cyklu skutecznie usypiała i pamiętam, że wychodząc z sali po seansie czułam niesmak po straconych pieniądzach, a przede wszystkim czasie.

Pomimo więc tego, że "Jurassic World: Dominion" realizacyjnie odstaje od swojego poprzednika, dostarcza znacznie więcej frajdy. Twórcy pewnie nie liczyli na taki efekt, ale udało im się zrobić film tak zły, że aż dobry, który cieszy właśnie wtedy, kiedy jest najgorszy i najbardziej absurdalny.

Chociaż trzeba przyznać, że to nie jedyny element zabawy – nie wiem, jak to możliwe, ale prezentowane na ekranie dinozaury nawet po tylu latach wciąż robią wrażenie. Gorzkie łzy należy uronić lub przełknąć jedynie nad tym, że potencjał wizualny gadów wielokrotnie zaprzepaszczono przez zbyt słabą ekspozycję świetlną albo pozbawione jakiegokolwiek napięcia ujęcia.

Jak na współczesne blockbustery przystało, film jest za długi o jakieś pół godziny i na tym finiszu faktycznie marzymy, żeby bohaterowie przestali już snuć się po ekranie bez celu. Kiedy to jednak następuje, przecieramy oczy ze zdumienia – czy TO naprawdę ma być puenta rozwijanej od lat 90. gigantycznej franczyzy?

Nie przyrzeknę wam, że seans "Jurassic World: Dominion" okaże się dla was satysfakcjonujący, bo nie każdy przeżyje taki gwałt na tej serii i zrobienie z niej parodii. Jeśli jednak lubicie pośmiać się z kinematograficznych porażek i chcecie zobaczyć, jak mogłoby wyglądać kino klasy B, gdyby robiono je za miliony dolarów, to śmiało ruszajcie do kin i bawcie się dobrze na tej spektakularnej klapie.

Może Cię zainteresować również: