
Wykreowane i przeniesione na ulice, solidarnościowe „wypierdalać!” niesie ze sobą ładunek gniewu i chęci rozliczenia także starych przewinień.
REKLAMA
Jest wiosna 1989 roku. Nieznany nikomu student grafiki, na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych – Tomasz Sarnecki, postanawia wykonać plakat, którego rolą ma być mobilizacja elektoratu ówczesnej Solidarności w zbliżających się, częściowo wolnych wyborach do sejmu i całkowicie wolnych do nowo powstałej izby wyższej. 23-latek aktywnie uczestniczący w życiu uczelni, pasjonuje się amerykańskim kinem, prowadzi dyskusyjny klub filmowy i tworzy plakaty do wielu, nowo poznanych tytułów. Czasy są trudne, najczęściej może przygotować jedynie kilka lub tylko jeden egzemplarz swoich prac. Tym razem powstają cztery kopie. Na plakacie Sarnecki umieszcza wizerunek Gary’ego Coopera, wcielającego się w rolę samotnego szeryfa, walczącego ze złem w westernie Freda Zinnemanna pod tytułem „W samo południe”. Autor odbiera bohaterowi broń, a w zamian umieszcza w dłoni kartę wyborczą. Za plecami aktora, a także na jego odznace, widnieje charakterystyczne, czerwone logo Solidarności. Całość dopełnia masywny tytuł „W samo południe 4 czerwca 1989”. Początkowo plakat nie zyskuje uznania. Druku odmawia sztab Warszawskiego Komitetu Obywatelskiego. Przełom następuje dopiero za sprawą sekretarza komitetu wyborczego Związku – Henryka Wujca. Opozycjonista dostrzega potencjał symboliczny dzieła i korzystając ze związkowych kontaktów za granicą, zleca wydrukowanie materiałów we Włoszech. Paczki z plakatami docierają do Warszawy dopiero w przeddzień wyborów parlamentarnych. Przejęcie przesyłki napotyka kłopoty na cle. Konieczna jest interwencja Wujca. Pomimo trudności i przy niebagatelnym wsparciu zakładów pracy, w stolicy udaje się rozkleić 10 tysięcy plakatów. W wyborczy poranek warszawiacy zauważają afisze na słupach i w środkach transportu miejskiego. Młody grafik dokłada cegiełkę do przełomowych wydarzeń w historii współczesnej Polski, a jego projekt zyskuje popularność. Przed drugą turą wyborów plakaty zostają dodrukowane i rozpowszechnione na terenie całego kraju. Wśród przechodniów słychać słowa zachwytu. Wyborców ujmuje oryginalność pomysłu i odważna postawa autora, który nie zawahał się i sięgnął po konfrontacyjną symbolikę.
Po 31 latach od tamtych wydarzeń młode pokolenie Polek – świadome rangi minionych trzy dekady temu wyborów, choć niekoniecznie znające historię dzieła Tomasza Sarneckiego – sięga po twórczość Jarka Kubickiego. Grafika odważnie czerpiącego z symboliki czasu przełomu i bezpośrednio nawiązującego do legendarnego dzieła warszawskiego studenta. Trójmiejski grafik postanowił wesprzeć polskie kobiety w walce o prawo do wolnego wyboru po decyzji Trybunału Konstytucyjnego z dnia 22 października. Bohaterkami swoich plakatów uczynił postaci o silnym, filmowym wizerunku ikonicznie zakorzenionym w kontekście popkulturowym. Przywołał sylwetki kobiet władczych i nieustępliwych, kobiet przełamujących stereotypy rozemocjonowanych, słabych istot, bezwiednie poddających się swoim oprawcom i statystycznie częściej stających się ofiarami przemocy. Na jego pracach widzimy między innymi Umę Thurman, wcielającą się w rolę Panny Młodej w filmie Quentina Tarrantino „Kill Bill”, Lindę Hamilton w roli Sarah Connor z „Terminatora”, czy Sigourney Weaver, która wykreowała w „Obcym” postać Ellen Ripley, jedną z najbardziej rozpoznawalnych, kobiecych bohaterek w historii kina. Krewkim paniom towarzyszy mało subtelne hasło „Wypierdalać!”, świadczące o tym, że długo tłumiony gniew w debacie publicznej został uwolniony w sposób gwałtowny. Ponadto, stylizacja hasła na powszechnie rozpoznawalny logotyp Solidarności, dowodzi także, iż mamy do czynienia z gniewem pokoleniowym, skumulowanym, mającym potencjał przemian demokratycznych.
Święte oburzenie
W prawicowych i katoprawicowych przekazach medialnych słyszymy głos oburzenia na gwałtowne reakcje społeczne. Krytyce poddawana jest forma protestu, siła rażenia używanych czasowników, a w wątpliwość poddawana moralność, wykształcenie czy status społeczny protestujących osób. Samo orzeczenie przyjmowane zaś z entuzjazmem czy wręcz gloryfikowane. Następuje celowa marginalizacja problemu, próba osłabienia znaczenia sprawy dla życia milionów ludzi. Rządzący doskonale wiedzą, że aby stłumić protest muszą odmówić mu prawomocności. Oburzenie na wulgarny język jest więc jedynie pretekstem do odrzucenia, czy choćby wysłuchania merytorycznych postulatów, o których rzekomo nie da się rozmawiać w atmosferze gniewu. Troska o język debaty publicznej dotychczas nie zajmowała polityków. W skutek manifestacji podnoszona jest do rangi świętości i ma na celu podważenie zasadności sprzeciwu społecznego. Działania ograniczające ostre formy protestu praktykowane są na świecie od pokoleń. Analogiczne narzędzia stosował Donald Trump w celu wyciszania walczących o prawa człowieka w ramach ruchu Black Lives Matter. Te same idee przyświecały Gomułce, który w obliczu gospodarczej zapaści sięgnął po zaostrzenie cenzury, narzędzia inwigilacji i inne formy „dociśnięcia do muru” inteligencji, a w szczególności studentów. Skończyło się pacyfikacją studenckiego buntu w Marcu ’68. Karty historii bardzo czytelnie dowodzą, iż każda władza naruszająca fundamentalne prawa człowieka do stanowienia o sobie, radykalizuje się pod wpływem społecznego niezadowolenia i jest skłonna do represjonowania manifestantów. Te zjawiska zawsze nasilają się w okresie schyłkowym sprawowania władzy.
Wulgarny język na plakatach Jarka Kubickiego, podobnie jak ten używany przez manifestantów na transparentach i kartonach to radykalny, ale jednak wentyl bezpieczeństwa dla potężnego ładunku emocjonalnego, który równie dobrze mógł przybrać formę agresji fizycznej a nie tylko werbalnej. Eksplozja była bardzo blisko. Kartonowe hasła to także następstwo wulgaryzacji języka publicznego, narastające w Polsce od czasów transformacji systemowej. Gwałtowne są reakcje społeczne na decyzje Trybunału, ale zmiany językowe już niekoniecznie. W ostatnich dekadach zapracowali na nie politycy, dziennikarze, celebryci czy standuperzy. Język naszpikowany przemocą i nietolerancją serwują nam nagłówki czołowych tygodników, podsycają na konferencjach prasowych partyjni liderzy, a nawet komentujący bieżące wydarzenia namiestnicy Kościoła Katolickiego. Wystarczy wspomnieć chociażby wypowiedź arcybiskupa Marka Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie”. Badania opinii społecznej z każdym kolejnym rokiem, coraz dobitniej dowodzą, że język pełen inwektyw coraz rzadziej kojarzony jest z ulicą, a coraz częściej służy autopromocji na salonach. Akceptujemy więc jego użycie przez władczych i dominujących mężczyzn. Afera podsłuchowa obnażyła jak powszechnie klną politycy, nad czym też przeszliśmy do porządku dziennego bardzo szybko. Nie dziwią też bluzgi wylewane w mediach społecznościowych, ba niektórzy dziennikarze jak choćby Rafał Ziemkiewicz przyjęli strategię ocieplania twiter’owego przekazu za pomocą mocnego języka. Wszystko po to, aby jeszcze skuteczniej dotrzeć do rozmówców i odbiorców. Czemu więc po stronie rządzących i przychylnych im środowisk obserwujemy falę oburzenia w sytuacji, kiedy po wulgaryzmy sięgnęły młode kobiety? Powodem nie jest sugerowana deprawacja społeczna czy brak argumentów do podjęcia dialogu po stronie protestujących. Wierchuszka po raz pierwszy zetknęła się z tak silną manifestacją kulturowej i cywilizacyjnej zmiany, której konsekwencją i dowodem jest świadome, podmiotowe społeczeństwo, całkowicie niezależne od woli prezesa Kaczyńskiego. Społeczeństwo wyzwolone, które nie zgadza się na eskalację fanatyzmu religijnego, prowadzącego do łamania konstytucji i zmuszania kobiet do niczym nieuzasadnionego heroizmu. Wreszcie społeczeństwo, które w ostatnich tygodniach udowodniło, że o swoje prawa potrafi walczyć w sposób dosadny i nie zgadza się na pokutowanie w roli ideologicznego zakładnika politycznych liderów.
Obywatelki bez głosu
Trzy dni po ogłoszeniu decyzji przez Trybunał Konstytucyjny, aktywistki Ogólnopolskiego Strajku Kobiet protestowały w ramach akcji „Słowo na niedzielę”. Plakaty Kubickiego masowo rozklejane były na ogrodzeniach i tablicach wokół Kościołów. Gdyby nie odniesienie do Solidarności, nowa wersja plakatu nigdy nie stałaby się tak popularna – to pewne. Czy to więc oznacza, że jesteśmy zakładnikami legendy Solidarności? Czy bez związkowych analogii nie można w tym kraju przeforsować żadnego postulatu? Z pewnością fenomen Solidarności stygmatyzuje nas jako społeczeństwo wyzwolone, demokratyczne, ale problem jest bardziej złożony. Jeśli z perspektywy dnia dzisiejszego i ludzi młodych spojrzymy na NSZZ Solidarność to rysuje się opłakany obraz ogromnego niegdyś społecznego zrywu, który zdeptali i rozszarpali w walce o doraźne polityczne interesy politycy III RP. Powagę i niezależność Związku od wielu lat permanentnie osłabia także jego lider Piotr Duda – jawnie deklarując swoje przywiązanie do partii rządzącej. Swoimi wypowiedziami, jak choćby tą z listopada ubiegłego roku, obraża tysiące związkowców i bezceremonialnie stawia Solidarność na radykalnie zarysowanej osi sporu ideologicznego. Słowa te padły podczas przemówienia przewodniczącego na jednej ze związkowych konferencji: „Powołane do obrony praw pracowniczych związki zawodowe, w większości lewicowe, często wręcz komunistyczne, nie zawsze przywiązują należytą wagę do godności i podmiotowości pracownika”1. Trudno więc doszukiwać się nici porozumienia walczących o prawa kobiet ze współczesną Solidarnością. Tym bardziej na protestujących nie robią wrażenia zarzuty co do analogii na plakatach do legendarnego znaku związkowego. Bo niby dlaczego? Czy wolna i demokratyczna ojczyzna jest własnością określonych środowisk prawicowych? Solidarność to nie kupczący przywilejami pracowników Piotr Duda, a oddolny ruch społeczny, który powstał w ogromniej mierze z inicjatywy kobiet właśnie. Nie zapominajmy jednak, że duch solidarności nierozerwalnie związany jest z historycznym przełomem roku ’89, z nadzieją na wyzwolenie i prawami obywatelskimi. To właśnie w tym kontekście wykreowane i przeniesione na ulice, solidarnościowe „wypierdalać!” niesie ze sobą ładunek gniewu i chęci rozliczenia także starych przewinień.
Ustalenia Okrągłego Stołu, wybory, a później także rodzące się związki zawodowe zupełnie zapomniały że „Solidarność była Kobietą” – co teraz przypominają na licznych transparentach młode Polki. Czują się oszukane i wykorzystane przez rządzących, podobnie jak zapominane bohaterki tamtych czasów, które uratowały sierpniowy strajk na Wybrzeżu przed klęską, a związkowych przywódców przed kompromitacją. Niewiele osób wie, że w roku 1980 kobiety stanowiły ponad 50% wszystkich członków Solidarności. Były motorem napędowym, inspirowały i zachęcały mężczyzn do większej determinacji w walce o podnoszone postulaty podczas akcji protestacyjnej w Stoczni Gdańskiej. Tak rozpoczęła się długa droga Polski ku wolnej Europie. Smutnym paradoksem jest fakt, że po tych wydarzeniach zabrakło miejsca dla kobiet w życiu publicznym. Najpierw marginalizowano je i nie dopuszczano do pełnienia funkcji w związkowych władzach, potem w roku 1989 zabrakło dla nich miejsca na listach wyborczych Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”. Steki tysięcy robotnic z całego kraju walczyło o swoją podmiotowość, która została przyćmiona przez męskich przywódców. Komunistyczne władze tworzyły mit równouprawnienia tylko po to, aby zachęcić kobiety do pracy, a później sukcesywnie odkładały interes robotnic na dalszy plan. Wolna Polska pogłębiła te procesy. W obradach Okrągłego Stołu uczestniczyły tylko dwie kobiety! Później przyszedł czas na umowy społeczne i kompromis aborcyjny, który uchwalił ówczesny parlament, w składzie którego mężczyzn było dziesięciokrotnie więcej niż kobiet. Oczywiście ciepłą i dobrą „intencją”, kompromis przyklepał ówczesny Episkopat Polski. Kolejne trzy dekady to nieustająca walka kobiet o głos, wyszarpywanie każdej funkcji publicznej i mierzenie się z fundamentalistami oczekującymi poświęcenia w imię zasad i tzw. „wartości”. Ta wyboista droga doprowadziła do granicy, którą przekraczają na naszych oczach zarówno kobiety dojrzałe (Polskie Babcie) – doskonale pamiętające czasy przemian, jak i młode, pełne ideałów dziewczyny, które urodziły się w czasach obowiązywania wątłego i obłudnego społecznie kompromisu aborcyjnego. Dla nich jedyną alternatywą dla milczenia jest gniew. Jak pisał włoski dramaturg Vittorio Alfieri: „Głęboka zemsta jest córką głębokiego milczenia”.
Adam Mańkowski
