Operator elektrowni potwierdził, że awaria w części konwencjonalnej EJ Doel była wynikiem działania celowego.

REKLAMA
logo
Elektrownia Jądrowa Doel fot. Alexandre Jacquemin via Wikipedia

Do awarii doszło 5 sierpnia w bloku nr 4 Elektrowni Jądrowej Doel zlokalizowanej na przedmieściach Antwerpii. Podczas normalnej pracy stwierdzono spadek ciśnienia oleju smarnego w turbinie parowej, co skutkowało awaryjnym i automatycznym wyłączeniem bloku. Awaria, która miała miejsce w konwencjonalnej części instalacji, nie spowodowała żadnego zagrożenia dla otoczenia.
Po wstępnym przeglądzie turbiny stwierdzono znaczne jej uszkodzenie i operator elektrowni, spółka Electrabel (część grupy GDF Suez), poinformował, że instalacja nie wróci do pracy co najmniej do końca roku. Podano także, że przyczyną awarii było pozostawienie zaworu spustowego oleju smarnego w pozycji otwartej. W ubiegły czwartek rzecznik prasowy grupy GDF Suez potwierdził, że był to skutek "celowej manipulacji". Jednocześnie poinformowano, że na teren bloku nie dostały się żadne osoby niepowołane, co sugeruje, że za działaniem tym stał pracownik elektrowni, choć wprost tego nie potwierdzono. Dochodzenie w tej sprawie prowadzi Federalna Agencja Dozoru Jądrowego oraz belgijska prokuratura.
Dostępne informacje wskazują na to, że awaria będzie miała poważne skutki finansowe dla operatora bloku. Według dostępnych informacji doszło do "znacznych uszkodzeń" części wysokoprężnej turbiny (będącej jednym z droższych elementów elektrowni), a to dopiero wyniki wstępnego przeglądu - dokładna analiza stanu turbozespołu jeszcze trochę potrwa. Trudno na dziś szacować koszty niezbędnego remontu, wiadomo jednak, że już sam postój instalacji oznacza spore straty dla operatora. Przy obecnych cenach energii jeden miesiąc postoju to ok. 40 mln euro utraconych przychodów - do końca roku zatem ok. 180 mln euro. Biorąc pod uwagę, że koszt niezużytego paliwa to zaledwie kilka procent tej kwoty, straty będą naprawdę duże.
Z technicznego punktu widzenia zdarzenie wydaje się (według wiedzy dostępnej na dziś) dość banalne. Turbina parowa bloku takiego jak Doel, to olbrzymia maszyna o bardzo dużym i ciężkim wirniku, osadzona w odpowiednich łożyskach. Łożyska te dla poprawnej pracy muszą być smarowane podawanym pod odpowiednim ciśnieniem olejem. Utrata tego oleju powoduje zatarcie łożysk i potencjalne dalsze uszkodzenia mechaniczne. Dodatkowo (choć to tylko spekulacja oparta o ogólne zasady postępowania) mogło dojść do odkształceń termicznych wału turbiny. W normalnych warunkach po odstawieniu turbina parowa jest przez jakiś czas wolno obracana przy pomocy specjalnego silnika (obracarki) dla zapewnienia równomiernego stygnięcia. To z kolei zapewnia, że zmiana długości materiału wskutek zmiany temperatury jest równomierna. W przypadku braku możliwości obracania, turbina stygnie nierównomiernie i tworzą się w niej naprężenia mogące prowadzić do trwałego odkształcenia wału - naprawa takiej usterki jest trudna i kosztowna.
Należy podkreślić, że zdarzenie to nie spowodowało – i nie mogło spowodować – żadnego zagrożenia radiacyjnego. Z punktu widzenia jądrowej części instalacji doszło po prostu do nagłego wyłączenia bloku, czyli nagłej przerwy w odbiorze wytwarzonej energii. Dokładnie tak samo dla reaktora wygląda sytuacja w przypadku nagłej awarii po stronie elektrycznej, np. przerwy w odbiorze energii wytworzonej w elektrowni (fizyczna awaria sieci, awaria transformatora itd.) albo każdego innego zakłócenia uniemożliwiającego pracę części konwencjonalnej elektrowni. W takich warunkach reaktor wyłączany jest automatycznie, a ciepło powyłączeniowe odprowadzane jest z niego specjalnie do tego celu przewidzianymi systemami.
Oczywiście zaistniałe zdarzenie rodzi szereg pytań dotyczących poziomu zabezpieczenia instalacji jądrowych przed działaniami o charakterze sabotażu, w tym chyba najważniejsze: czy nie można było doprowadzić do takiej awarii, która wpływ na otoczenie by miała. To jednak cały czas wydaje się skrajnie mało prawdopodobne, nawet w wykonaniu pracownika elektrowni. Przede wszystkim do części reaktorowej w czasie pracy instalacji nie są wpuszczani nawet pracownicy, tak więc dużo trudniej jest się fizycznie dostać do urządzeń, które "należałoby popsuć" żeby "coś się stało". Dla porównania do części turbinowej, w której doszło do sabotażu, w tej konkretnie elektrowni wpuszczane bywają nawet wycieczki szkolne (oczywiście po dokładnych kontrolach i pod ścisłym nadzorem) - właśnie dlatego, że tam nie można zrobić niczego, co miałoby skutki radiologiczne, a sama maszynownia jest w zasadzie taka sama jak w każdej elektrowni węglowej. Po drugie wskutek dublowania wszystkich istotnych systemów zapewniających bezpieczeństwo reaktora nie jest fizycznie możliwe aby pojedyncza czynność jednej osoby mogła doprowadzić do jakiegokolwiek zdarzenia o istotnych skutkach radiologicznych.
Jednocześnie do zdarzenia tak samo poważnego można doprowadzić w każdej praktycznie elektrowni konwencjonalnej. Niewątpliwie jednak przed operatorem stoi obecnie zadanie przekonania służb dozoru jądrowego, ale także opinii publicznej, że poziom zabezpieczeń w części jądrowej elektrowni jest wystarczający, co może okazać się zadaniem równie czasochłonnym jak remont uszkodzonej instalacji.