Kremy przeciwzmarszczkowe, farby na siwe włosy, pasy na grube brzuchy mężów, skarpetki peelingujące stopy, mezoterapie igłowe, bezigłowe, liftingi… takie tagi można by dodać do chmury myśli współczesnej kobiety. U faceta? Sześciopak na brzuchu, maraton w dwie godziny, idealna chata, super nowoczesna technologia w kieszeni spodni, w samochodzie i w super chacie.

REKLAMA
Marzymy o nowoczesnym, szybkim, łatwym życiu, uprzyjemnianym najnowszymi rozwiązaniami technologicznymi naukowców z całego świata. Śledzimy wiadomości pojawiające się co minutę na smartfonach , nie mogąc sobie pozwolić na bycie choć przez chwilę nie na bieżąco.
W kwestii żywienia – ze świecą szukać schabowego z ziemniakami na niedzielnym stole. Teraz jemy gnocchi z pesto, gorgonzolę z gruszką, czy czikupirmę z kasztimurą. Jesteśmy na bieżąco ze światem.
Dzieci już nie chodzą do zwykłego przedszkola. Kosmiczne dzieci chodzą do przedszkola Montessori, do przedszkola językowego czy demokratycznego.
Każde nasze zdanie zakończone jest upewnikiem „tak?”- byśmy mieli pewność, że nasza złota myśl dotarła do matoła, z którym zmuszeni jesteśmy marnować swój cenny czas, który moglibyśmy przeznaczyć na poszerzanie naszej wiedzy na temat współczesnego świata, siedząc na facebooku, tweeterze i instagramie.
Kult młodości? Tak, tylko, że odwrotnie.
Krem przeciwzmarszczkowy i naciąganie twarzy poleci Ci Irena Kwiatkowska. Albo jej rówieśniczka!
Pani Irena już nie żyje, ale krem na zmęczone nogi sprzedać może. Każdy kojarzy piosenkę „Roztańczone nogi” z filmu „Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy”. Fragment piosenki wykorzystany został do reklamy maści (o ile dobrze pamiętam) na zmęczone nogi. Nogi, nogi, nogi roztańczone!

A „Do zakochania jeden krok”? No pewnie, że wszyscy kojarzymy!
A oto żenująca wersja z reklamy Lewiatana, disco-polowe brzmienie niczym „Kaczuszki” z zabawy w przedszkolu w latach osiemdziesiątych.

A jaki jest wasz ulubiony serial na „Dwójce”? Podpowiem – „O mnie się nie martw”? Singiel o tym tytule i oryginalnie wykonana przez Katarzynę Sobczyk wersja pochodzi z roku 1964. Tak. Dokładnie pięćdziesiąt lat temu.
Przykłady można mnożyć. Za każdym razem krwawi moje serce, a pęknięta żyłka na mym czole tworzy żywą fontannę, kiedy słyszę wykorzystanie, opieranie się, cytowanie (w muzyce też można cytować) archiwalnych utworów. Robi się to dlatego, że Polacy to znają. Myślicie, że naprawdę tak jest, że człowiek lubi tylko to, co zna? Gdyby tak było, nie mielibyśmy internetu, bo czterdziestolatkowie czworakowaliby po podłodze, próbując wsadzić sobie łyżkę w oko, krzycząc „Mama, mama”. A mama byłaby zajęta wkładaniem sobie łyżki w oko i krzyczeniem „mama, mama”. Hm…
Człowiek lubi poznawać nowe rzeczy, dlatego ma smartfona, na litość boską! Dlaczego zatem „Trójka” w sobotę z rana puszcza czterdziesty rok z rzędu „Loving You” Minnie Riperton? To już było, Trójko. Już to znamy. Powiem Wam przykrostkę. Branża uznaje, że nie znacie się na muzyce. Nie gniewajcie się, ale tak jest. Świadczą o tym sprzedawane (i nie sprzedane ) płyty kompaktowe. Nowości na rynku są wypadkową tego, czego chcecie słuchać, co jest dla Was „za trudne” idzie w odstawkę. Za trudny jest jazz, za trudna jest klasyka, za trudne wokalne linie złożone z więcej niż jednej powtarzającej się frazy. Dlatego w reklamach nadal stosuje się stylizowanie muzyczne na hity, które kochacie, i które dobrze Wam się kojarzą.
Ja tak nie uważam. Uważam, że skoro wielu z nas ma w ścianie płaski telewizor, samoprowadzący się statek kosmiczny i YouTuba w zegarku, powinniśmy też zasługiwać na szacunek w kwestii dochodzących do nas dźwięków. Problem tkwi jednak w tym, że o dźwiękach decydują osoby, które się na tym NIE ZNAJĄ. I mówię to z czystym przekonanym sumieniem. Osoby po Akademiach siedzą w filharmoniach, szkołach muzycznych albo w Anglii, Nowej Zelandii, USA. Muzyk uczy się grać, nie zna się na PiaRze, na autopromocji. Nie będzie forsował swoich talentów- nie wyciągnie fortepianu i nie będzie grał sześćdziesięcioczwórek przed studiem realizującym reklamy, żeby udowodnić, że potrafi „zupę Romana” zagrać na wyższym poziomie.
Jeśli nie zakończymy tej szopki, która polega na przerabianiu dźwięków na pieniądze, a nie na czyste emocje, nie zaczniemy traktować odbiorcy poważnie, odbiorca nie dowie się o ogromie dźwięków, które istnieją, ale są poukrywane na nie tak odległych, ale jednak gorzej dostępnych przestrzeniach, zwanych zagranicznymi stacjami radiowymi i wytwórniami muzycznymi. Ja nam życzę wszystkiego najlepszego i niech rok 2015 będzie początkiem końca polskiego nurtu muzycznego, zwanego potocznie minimalizmem – dwa dźwięki, jeden akord, jedna pałka do perkusji i cymbałki.