Gerry Adams, który w żadnym razie nie był nigdy, przenigdy w IRA (tu Belfast wybucha śmiechem), a już na pewno nie był tzw. OC, czyli operational commander (tu Belfast pada na twarz w konwulsjach), został kilka dni temu zatrzymany przez północnoirlandzką policję, by odpowiedzieć na kilka pytań. Pytań kluczowych dla współczesnej historii Irlandii Północnej.

REKLAMA
Te kilka pytań stawiano mu przez siedemnaście godzin dziennie, trzy dni. Nie wiadomo, czy i co mówił, wiadomo, że członkowie IRA standardowo nie odpowiadają na żadne pytania, bo do tego obliguje ich tzw. Zielona Księga, na którą przysięgali wierność.
Ale Gerry Adams, lider prorepublikańskiej partii Sinn Fein, przecież nie był w IRA. Jak powiedział, nigdy się nie dystansował od IRA, ale w niej nie był. A zdjęcia w berecie IRA są przypadkowe i niczego nie sugerują. A to, co mówią jego byli współtowarzysze broni, jest czczą brednią.
Skąd areszt Adamsa? Poszło o coś bardziej skomplikowanego, niż jego przynależność do organizacji republikańskiej. Poszło o zabójstwo 37-letniej wdowy, Jean McConville, matki dziesięciorga dzieci, która pewnego dnia została zabrana z domu przez żołnierzy IRA (wisiały u jej nóg bliźnięta- odczepiono je siłą), wywieziona z Belfastu, a następnie zastrzelona. Jej ciało odnaleziono dopiero w 2003 roku, czyli 31 lat po jej tragicznej śmierci. Czyli te wszystkie lata rodzina nie wiedziała, co się z nią stało.
Rodzinie nakazano milczenie, bo byli świadkowie, którzy dobrze zapamiętali twarze porywaczy. Ale w Irlandii Północnej nakaz milczenia naprawdę oznacza nakaz milczenia. Jedynie syn zaginionej powiedział, że nie wytrzyma, że pęknie, bo wie. Że poda imiona i nazwiska. Skontaktował się z nim i Gerry Adams, mówiąc, że jeśli tak, musi być przygotowany na niepożądane reakcje.
Dlaczego Adams? Podejrzewano, ze to on wydał rozkaz zabicia kobiety. Krążyły plotki, że była informatorem policji, a takich IRA traktowała bardzo surowo. Podejrzewa się, że Adams założył w IRA jednostkę do wywęszania informatorów we własnych kręgach i rozprawiania się z nimi.
Podejrzewa się. A teraz prawdopodobnie wypłynęły na swiatło dzienne dowody. Ale dowody pozyskane w bardzo kontrowersyjny sposob, co najmniej nieetyczny, tyle, że czym jest etyka w takiej sprawie?
Otóz w 2000 roku pewien pisarz, Ed Moloney, pewien były morderca i bojownik IRA, który po wyjściu z więzienia zrobił doktorat na belfaskim uniwersytecie z nauk politycznych, Anthony McIntyre oraz bibliotekarz z Boston College w USA siedli w belfaskiej restauracji i doszli do wniosku, że świetnie by było stworzyć archiwum oral histories, czyli opowieści osób, uczestniczacych w The Troubles, jak eufemistycznie nazywa się konflikt cywilny toczący się w Irlandii Północnej w latach 1969-1998, w czasie którego zginęło ponad 3000 ludzi, a dziesiątki tysięcy zostało rannych.
Pomysł był następujący: przeprowadzić wywiady z członkami walczących wtedy (i teraz) organizacji paramilitarnych. Wywiady objąć klauzulą tajności, dopóki rozmówcy żyją. Zdeponować je w archiwum. Niech kiedyś historia oceni. Niech kiedyś historycy je zanalizują – teraz ta wiedza jest zabójcza, ale kiedyś, gdy opadną emocje, a główni aktorzy zejdą ze sceny, może być wspaniała lekcją z przeszłości.
Jak postanowili, tak zrobili. Zdobyli fundusze i rozpoczęli przeprowadzanie wywiadów. Paramilitarni im ufali – bo ufa się naukowcom na całym świecie. Każdy antropolog i socjolog wie, że klauzula zachowania tajemnicy zawodowej jest święta. I tak miało być.
I paramilitarni opowiadali. Różne rzeczy. Między innymi takie, które spodobałyby się politykom w Irlandii Pólnocnej, bo mogłyby zmienić bieg historii doczesnej. Takie, które spodobałyby się i detektywom policyjnym, bo mogłaby one wyjaśnić pewne nierozwiązane sprawy.
I tak się stało- taśmami zainteresowała się policja północnoirlandzka. Poprosiła Boston College o wydanie taśm. Ten odmówił. Wtedy policja zwróciła się do amerykańskiego sądu, który...rozstrzygnął problem na korzyść północnoirlandzkiej policji.
Strach blady padł na badaczy i osoby, z którymi przeprowadzano wywiady. Wszystko bowiem było tak skrupulatnie pilnowane, że poza samymi przeprowadzającymi rozmowy, nikt nie miał dostępu do taśm. Nawet personel uniwersytecki, przeciez zaznajomiony z etyką prowadzenia badań tego typu. Chodziło bowiem o bezpieczeństwo wszystkich zaangażowanych. I niezaangażowanych, ale dysponujących chociażby strzępkami informacji na ten temat. To pokazuje, jakie treści mogły zawierać taśmy.
I chodziło o IRA, nawet nie o policję. Bo to IRA reaguje szybciej, gdy wyciekną jakiekolwiek informacje na jej temat. Zatem należało projekt zabezpieczyć tak, by nikt ze współczesnych nie miał dostępu do tych taśm. Były zatem kodowane. Przesyłane szyfrem. Spisywane tylko przez jedną osobę.
Policja otrzymała część taśm. I aresztowała Gerry`ego Adamsa.
Po kilku dniach w areszcie śledczym, po groźbach jego popleczników, że czołowa partia republikańska wycofa swoje poparcie dla północnoirlandzkiej policji, jesli Gerry Adams zostanie o cokolwiek oskarżony (groźba ta wyszła z ust innego dowódcy IRA, który obecnie zasiada w rządzie pólnocnoirlandzkim), Gerry Adams wyszedł na wolność.
Oburzony, że wszystko się stało w gorącym okresie przedwyborczym w Irlandii Pólnocnej i Republiki Irlandii (gdzie Sinn Fein też startuje).
A badacze, którzy gwarantowali swoim rozmówcom zachowanie tajemnicy? Ed Moloney mieszka w Nowym Jorku, niedaleko innego pisarza, autora „Rzeźników z Shankill” , Martina Dillona (rzecz o lojalistycznym gangu, torturującym i mordującym przypadkowo porwanych katolików – niektórzy jego członkowie żyją do dziś na wolności, zostali bowiem z więzień wypuszczeni w ramach amnesti w 1998 roku), który opuścił Irlandię Pólnocną, nie mogąc zdzierżyć wielości gróźb śmierci, przekazywanych przez życzliwych. Czemu Ed tam mieszka- można się tylko domyślić.
Anthony przeniósł się z zachodniego Belfastu do Republiki Irlandii. Wymazano ekstrementami drzwi jego domu. „Boję się o jego bezpieczeństwo” powiedział Ed Moloney dziennikarzom.
Boston College uznał, że projekt był trefny i nieprofesjonalny. Że się a posteriori już nie podoba. Że bez sensu. I że Moloney przeoczył klauzulę, jaką przedstawiano rozmówcom, mówiącą, iż Boston College zapewnia dyskrecję w ramach „tego, na co pozwala prawo amerykańskie”.
Moloney twierdzi, że takiej klauzuli nie było i że uniwersyteccy prawnicy utrzymywali, iż wszystko jest nieprzemakalne, nieinfiltrowalne i nienaruszalne. Że rozmówcy są bezpieczni.
Nie są.
Proszą o to, by taśmy do nich wróciły.
Wrócą. Poza tymi, które już ma północnoirlandzka policja.
Gerry Adams nie czeka na oskarżenie, bo wie, że Sinn Feinn znowu użyje szantażu. Wycofanie poparcia dla pólnocnoirlandzkiej policji oznacza tutaj poważną destabilizację, a na to nikt sobie nie może pozwolić.
Boston College twierdzi, że Projekt Belfast naruszył jego reputację.
Duża grupa ludzi nie myśli już o reputacji uniwersytetu – ale o tym, jak długo będą żyć.