O autorze
Zawodowo adwokat. W wolnych chwilach zajmuję się filozofią prawa, etyką, filozofią społeczną i filozofią w ogóle.

Uważam, że światu potrzeby jest kolejny renesans. Nic jednak nie wskazuje, aby miał on nastąpić. Dlatego ze względnym spokojem oczekuję apokalipsy. W jej obliczu większość naszych problemów staje się pozorna. Dotyczy to również problemów prawa i filozofii. Przede wszystkim o tym ma być ten blog, a co z tego wyjdzie..., zobaczymy.

e-mail: jedrek.gasior@gmail.com

Zapraszam również na mój blog związany głównie z przyrodą miejską, problemami samorządności, społeczeństwa obywatelskiego, etc. gasiorowski.e-sochaczew.pl oraz na stronę mojej kancelarii: Adwokat Andrzej Gąsiorowski

Wszyscy czytamy Houellebecqua

Fot. AG
Nie znam już prawie nikogo, kto nie przeczytałby nowego Houellebecqua. To znaczy oczywiście znam, ale tak właśnie powinien zaczynać się artykuł o „Uległości”. Że nie ma już nikogo, kto go nie przeczytał, choć wielu przeczytało, nie przeczytując. Mimo wszystko nie powinien to być tytuł całkiem od rzeczy.


Przyznam, że pośród wszystkich pokrętnych interpretacji powieści, interpretacja Pawła Droździaka, którą raczył się z nami na „NaTemat” podzielić, jest mi koniec końców najbliższa, choć w jednym, dość istotnym punkcie, uznałbym ją za chybioną. Otóż nie uważam, jak Droździak, którego rozmyślania na temat książki nie są wynikiem kalkulacji, ani jak Wojciech Orliński na łamach „Dużego Formatu” (którego rozmyślania zdają się być delikatną kalkulacją – jak wiadomo na łamach „Gazety” i jej dodatków mocno ograniczono możliwość komentowania bieżących wydarzeń, dlatego Orliński może nie chcieć zachować się niezręcznie), że książka bądź to nie jest o islamie (pierwszy z wymienionych), bądź to w ogóle jest satyrą (drugi).


Oto, czytając Houellebecqua, pewna natrętna myśl przyszła mi na myśl. Oklepane, lekturowe, trącące myszką: "Jest rzeczą równie rozsądną ukazać jakiś rodzaj uwięzienia przez inny, jak ukazać coś, co istnieje rzeczywiście, przez coś innego, co nie istnieje." Przywołując w pamięci motto do „Dżumy” Camusa (słynne zdanie należy oczywiście do Daniela Defoe), niczego już nie musimy wyjaśniać, bo interpretacja „Uległości” staje się bardziej oczywista, niż oczywiste i bezpośrednie jest pisarstwo jej autora.


A więc jednak król mizantropów pisze o islamie i nawet jeśli momentami przypomina to satyrę, to w takim samym stopniu, w jakim przypominała ją rzeczona „Dżuma” (skutecznie skądinąd zamordowana przez szkołę). Myślę nawet, że Houellebecq pisze o grozie islamu, pod znakiem którego – jak bym za Houellbeckiem mało twórczo rozwijał – świat dokończy sobie żywota.
Pisze, bo bez względu na to, z jakim obrzydzeniem opisuje rodaków taplających się w erotyczno-kulinarnych ekscesach, pamięta, że świat na wpół rozebranych kobiet na ulicach europejskich miast był światem wolności na ludzką miarę. Wolności, na której stosach i gilotynach ginęli uprzednio tak jej orędownicy, jak zaciekli przeciwnicy. Okazuje się, że ich ofiara daremną była, bo że kamienne serce islamu pożre ostatecznie tę rozmemłaną Europę, zaczynając od zdobyczy feminizmu, to jest rzecz więcej niż pewna, choć, jak chce Houellebecq, nie będzie to przerysowany islam okrutników tak okrutnych, że całkowicie już nierealnych, ani nawet islam imigrantów, którzy nie są w gruncie rzeczy niczym więcej, jak pierwszym czytelnym sygnałem krachu modelu nieograniczonego wzrostu. Będzie to dyskretny islam na bogato, który ma tam może jakieś wady, nie do końca respektuje prawa człowieka, ale z którym, czego nie można pominąć, robi się świetne interesy.


Póki co, czytelnicy udają Greka (spośród Greków Droździak jest najmniej grecki). Oskarżanie Houellebecqua o islamofobię jest błędem – pisze recenzent „The New Yorkera”. Nie jest islamofobem, lecz frankofobem – dodaje. Na łamach „Kultury liberalnej” Piotr Kieżun w tekście "Pokusa religijności zastrzega: Myli się jednak ten, kto sądzi, że nowa powieść Houellebecqa traktuje o obcym, który puka do naszych bram z zamiarem poderżnięcia nam gardeł. W powieści nie ma dżihadystów. W zasadzie nie ma też za wielu muzułmańskich imigrantów. […] „Soumission” jest więc książką nie tyle o obcych najeżdżających Europę, co o nas samych – Europejczykach dotkniętych duchowym uwiądem. No tak, niby tak, a jednak nie tak.

Równie oczywista, co sprytna książka Houellebecqua wprawiała mnie jednak w osłupienie. Jeszcze większe dyskusja ze znajomymi, którzy książkę czytali. Jak się okazało islam, którego jeszcze nie znają, już ich uwiódł. Szczególnie widoczne było to u osobników płci męskiej, którzy wierzą, że wraz z nadejściem religii Proroka, będą posiadać co najmniej cztery żony – trzy młode i jedną starszą do gotowania. Wszystkie (z wyjątkiem może najstarszej) w najlepszej bieliźnie pod różnymi rodzajami "zasłon" czy też "przesłon". Co sobie na ten temat myślą kobiety, jeszcze nie wiem, bo z żadną, która książkę przeczytała, do tej pory nie rozmawiałem.

Pomyślałem sobie wtedy, po jaką cholerę, były nam te wszystkie oświecenia, postępy. Całe tabuny ateuszy dających głowę pod topór za poglądy. Nieoszczędzające niemowląt wojny religijne. Sufrażystki, feministki, genderystki, hipisi, punkowcy i hipsterzy. Rozłamy i schizmy. Spory o uniwersalia, naturę Trójcy Świętej, boskość Jezusa i nihilizm komunistów. Po co to wszystko, skoro wszystko było, jest i będzie jednością, skoro nie ma boga prócz Boga...

W gruncie rzeczy nie polemizuję ani z Droździakiem, ani z Orlińskim, ani z Kieżunem. W gruncie rzeczy się z nimi zgadzam. Kiedy zbliżałem się do ostatnich stron „Uległości” myślałem, (może i oni też myśleli) czy jest coś, co mnie mogłoby uchronić przed konwersją. Miałem nawet kilka pomysłów, ale – prawdę mówiąc – nie wydawały się zbyt obiecujące.

______________________
M. Houellebecq, Uległość, tłum. B. Geppert, Warszawa 2015.