
Można zastanawiać się, czy tak zwana ideologia „pro-life” na stosunkowo niewielkiej planecie zamieszkanej przez osiem miliardów okrutnych, inteligentnych małp jest wynaturzeniem natury ludzkiej, czy może jej naturalnym rozwojem. Czy jest kulturową nakładką na biologię gatunku, czy zwykłym nieusuwalnym atawizmem. Można, nie wiadomo jednak czy warto. Zapewne zanim to ustalimy, wszelkie życie na Ziemi zniknie wraz z hordami jego obrońców.
REKLAMA
W równie wyniszczającym, co jałowym sporze na temat tak zwanego życia poczętego, giną wszystkie istotne pytania, które być może rzeczywiście jeszcze warto by zadać. Jeżeli założymy, że moralność w ogóle istnieje (co jest kontrfaktyczne, a do czego mocno się przywiązaliśmy), to przede wszystkim należałoby spytać, jakąż to szczególną wartością jest życie ludzkie w świecie, w którym miliony całkowicie zbędnych ludzi harują za kromkę chleba, giną, topią się, mordują nawzajem, migrują w poszukiwaniu lepszego życia, a przede wszystkim żyją w całkowitym poczuciu bezsensu, większego przecież, niż bezsens życia zwierząt.
Jaką to wartością są ludzkie miliony stłoczone w cuchnących, zatrutych miastach, mielących wydarte Ziemi, kurczące się zasoby? Jaką wartością jest życie w świecie bez jakichkolwiek pozostałości dzikiej przyrody, w świecie, w którym okrutna ludzka małpa morduje inne gatunki, w którym już niedługo będzie samotna jak zawsze była w zimnym bezdusznym kosmosie? W świecie, w którym nie może już oglądać nic innego, jak na stłoczonych wokół siebie przedstawicieli jej gatunku. Jaką wartością są życia afrykańskich dzieci, rodzących się jedno za drugim, aby, umierać w chwilę po narodzeniu?
Chciałbym zapytać o tę wartość tak zwanych obrońców życia. Czy będą mieli szansę i odwagę spojrzeć w oczy swoich dzieci i wnuków walczących o jedzenie i picie z milionami klimatycznych uciekinierów z Afryki i Azji?
Ale pytania te powinni sobie również zadać ludzie szlachetni. Kiedy się czyta, poruszającą przecież, relację księdza zajmującego się wyławianiem z morza ciał uchodźców, to widać jasno, że ksiądz nie zdaje sobie pytania o sens tego wszystkiego. O sens życia tych ludzi. O sens życia uratowanych, którzy tu w Europie osiedlą się i będą mieli dzieci. Jedno, dwoje, troje, czworo, pięcioro. Kto będzie wyławiał ich ciała, których liczba rośnie wykładniczo, dokładnie tak jak stężenie CO2 w powietrzu i temperatura rozgrzewającej się Ziemi?
Pytam, bo wielu, skądinąd mądrych, wykształconych ludzi, dostrzegających związki przyczynowo skutkowe, ciągle przedstawia się bądź to jako przeciwnicy aborcji (nie zalecam, ale dopuszczam), bądź ludzie o nastawieniu „pro-life”. Co rozumieją przez owo „life”? Czy dostrzegają, że największym zagrożeniem dla życia (także życia okrutnej ludzkiej małpy) jest stale powiększająca się liczba przedstawicieli jednego gatunku, którego możliwości rozwoju nie uwzględniły ani natura, ani przypadek. Co jest moralnego w tej dążności?
Można by jeszcze na chwilę powrócić na polskie podwórko. Do naszego dekadenckiego feudalizmu za 500 zł. Do obłudy zwolenników aborcyjnego „kompromisu”, którzy dziś przebierają się w czarne t-shirty zrobione przez tych, których życie jest tak wiele warte w Indiach, Chinach i Bangladeszu. Można, ale po co. Wiedzą oni, że życie ludzkie jest wartością samoistną i najwyższą. Wiedzą dokładnie to samo co sadystyczni, perwersyjni fundamentaliści różnej proweniencji, dla których zdeformowany płód obcej im kobiety wart jest wszelkich poświęceń, o ile oczywiście nie dotyczą ich samych i kobiet im najbliższych.
Tak naprawdę racja jest po ich stronie – życie ludzkie jest wartością nadrzędną. Niebawem wszyscy się o tym przekonamy.
O "obrońcach życia" pisałem również TUTAJ.
