
Kontrowersyjna wypowiedź jednego ze znanych lekarzy ginekologów, którego ocenę jako lekarza i człowieka chciałbym z pewnych dość banalnych przyczyn pozostawić dla siebie, że oto kobiety lewicy mniej są płodne od kobiet prawicowych (cokolwiek by to miało znaczyć), obnaża, zapewne bez intencji, pewną głębszą i nieuświadomioną cechę szeroko rozumianej lewicy. Okazuję się bowiem, iż jest ona w nie mniejszym stopniu, jak prawica, wyznawczynią kultu płodności.
REKLAMA
Oczywiście na gruncie świadomości, lewica i pewna część kobiet, która przyznałaby się do jej idei, obraziła się o to, że twierdzenia znanego lekarza, nie mają nic wspólnego z nauką. Wchodzimy na grząski grunt. Możemy bowiem jedynie przypuszczać, co lekarz ów definiuje jako „lewicę”, lewicowość”, czy „kobietę lewicową”. Najprawdopodobniej będzie to kobieta względnie wyzwolona i względnie samodzielna, która niekoniecznie pojawia się na każdej mszy, niekoniecznie posyła dzieci do kościoła i na religię, decyduje się na posiadanie dzieci relatywnie późno, nie posiada ich dużo, względnie wcale, używa różnych form antykoncepcji, nie widzi problemu z przeprowadzeniem aborcji (innymi słowy preferuje coś, co moglibyśmy określić mianem „świadomego macierzyństwa), nie przeszkadza jej funkcjonowanie w związku partnerskim, uprawia dużo sportu, być może jest weganką (czyli ogólnie tym wszystkim, co prawica przypisuje lewicy) etc.
Mając taką, subiektywną przecież, definicję musielibyśmy robić badania, czy płodność kobiet spełniających opisany wzorzec kształtuje się inaczej, niż płodność kobiet, które nie spełniają opisanych cech, względnie są ich przeciwieństwem. Dodatkowo, czy koreluje to jakoś ze sposobem odżywiania się, masą ciała, uprawianiem bądź nie sportu, czy stylem życia w ogóle. Badania te, bez względu na to, jak dokładnie i sumiennie byśmy je przeprowadzili, byłyby zapewne obarczone licznymi błędami, bo u samej ich podstawy leżałby błąd arbitralnego przyjęcia, jakie kobiety są kobietami „lewicowymi”, a jakie „prawicowymi”. Znane powiedzonko, o kłamstwach, bezczelnych kłamstwach i statystykach dobrze oddawałoby potencjalne problemy.
Do tej pory nie było raczej wątpliwości, że sposób odżywiania się (który jest przecież częścią stylu życia) może mieć wpływ na płodność. Ciekawie pisze się o tym na przykład na łamach Newsweeka, którego światowa edycja w dziedzinie zdrowia współpracuje na stałe z Harvard Medical School. Artykuł, który zamieszczam w linku opisuje pewnego rodzaju korelacje między dietą (stylem życia?), a płodnością. Nie są to w znacznej części takie korelacje, jakimi chciałby je widzieć wspomniany na wstępie lekarz, ale nie są też całkowicie odmienne. Nie o tym chciałem jednak pisać.
How Diet Affects Fertility
How Diet Affects Fertility
To, co z mojej perspektywy, to jest perspektywy humanisty opisującego rozpad świata spowodowany działalnością homo sapiens, jest najciekawsze, to podświadome. Pozwolę sobie wyrazić opinię, że w sferze podświadomej, lewica obraziła się nie na niezgodność tezy lekarza z nauką (gdybyśmy kiedykolwiek wierzyli w naukę, warto by przynajmniej o tym dyskutować), ale na to, że zarzucił jej in genere mniejszą płodność.
Wkraczamy do ogrodu o rozwidlających się ścieżkach. Świadomie lewica uznaje mniejszą (świadomą płodność) za wartość (za wartość ze znakiem dodatnim). Jest ona koniec końców istotną częścią obyczajowej przemiany świata Zachodu, która doprowadziła w krajach zmodernizowanych (zmodernizowanych już dość dawno temu) do względnie swobodnej decyzji o rodzeniu bądź nierodzeniu dzieci. Nieco szerzej rozumiana „wartość” ta mogła zresztą przyczynić się do ocalenia Ziemi, jako miejsca nadającego się do życia dla ludzi i innych organizmów żywych. Gdyby bowiem wszystkie kobiety na Ziemi zachowywały się jak świadome Europejki, to znaczy miały mniej dzieci lub nie miały ich wcale, mielibyśmy szanse na ocalenie życia jako takiego. W mojej ocenie wartość ta, to jest zmniejszona w taki czy inny sposób rozrodczość homo sapiens, jest prawdziwą silnie osadzoną w empirii wartością. W tym sensie, nie ma się a co obrażać. To trochę tak, jakby ktoś zarzucił mi, że mądrze gospodaruję posiadanymi środkami finansowymi, a nie trwonię je na lewo i prawo. Powinna ona również wpisywać się w obecny w zasadzie jedynie po lewej stronie rynku idei aspekt ekologiczny.
Niestety, biologia, której lewica się boi i której nienawidzi, podpowiedziała tejże lewicy, to samo, co podpowiada miliardom innych płodzonych ponad wszelką rozsądną miarę homo sapiens. A podpowiada – od przybytku głowa nie boli. Kultura (lewicowy anioł) woła, dobrze mieć mniej dzieci (lub nie mieć ich wcale), biologia (lewicowy diabeł) domaga się przedłużania gatunku, bo część umrze z głodu, część od infekcji, część od wad wrodzonych. Lewicowe plemię nie może być mniej liczne od prawicowego, a nam nikt nie zarzuci, że nasze kobiety mniej są płodne. Diabeł jest oczywiście silniejszy. Może go pokonać dopiero Jezus Chrystus Pan Wszechświata (w tym Polski), który zstępując na ziemię, będzie musiał ratować również lewicowe dusze. (Również z tej przyczyny, że – jak pokazuje przypadek rzeczonego lekarza – dusze te łakną zbawienia).
Nie odbiegajmy jednak od tematu. Prawa biologii obejmują również wszystkie te kobiety i tych mężczyzn, którzy choć mają opisane wyżej kwestie w nosie, to jednak również objęci są prawem przybytku, które u homo sapiens jest również (a może nawet przede wszystkim) prawem przybytku dzieci. Rywalizacja na dzieci jest bowiem najsilniejszą z form rywalizacji homo sapiens, z której mogą się wyrwać tylko jednostki. Lewica, w ogólności, a także utożsamiające się z nią kobiety, jak widać, nie mogą. Świadczy o tym już tylko przyjęcie języka "obrońców życia" i słabiej lub mocniej (a jednak nieustannie) podkreślane, że aborcja jako taka jest złem, tylko takim, z którym musimy się godzić.
Czy uprawnia to do konstatacji, że lewica i kobiety utożsamiające się z lewicą objęte są również (w kontekście ponad 7 miliardów ludzi całkowicie absurdalnym i niebezpiecznym) kultem płodności? Ze wszech miar tak! Płodzenie, które w prawicowym paradygmacie jest wzniosłym i w pewnym sensie przypadkowym dziełem bożym, całkowicie romantycznym i na wskroś kreacyjnym, w paradygmacie lewicowym, obudowane technicznym, edukacyjnym i w ogóle naukowym aparatem pojęciowym, okazuje się być jednak tym samym – WIELKĄ NIEUSUWALNĄ WARTOŚCIĄ. Wartością, o którą, jak się okazało, się RYWALIZUJE!
Na płaszczyźnie języka, w sferze szeroko rozumianej przenośni, lewica mogła się obrazić, że jest mniej płodna w sferze płodzenia idei. Byłby to, niestety, typowy przypadek obrażania się o prawdę. Lewica, prócz całkowicie wirtualnego opodatkowywania naprawę bogatych (niemożliwego do realizowania bez porozumień globalnych i z tego względu niemożliwego całkowicie) oraz kompulsywnego wpędzania w poczucie winy szerokiej rzeszy małp gatunku homo sapiens za to, że są kim są, czyli małpami homo sapiens, nie ma wspomnianym małpom nic do zaoferowania. O, przepraszam! Ma – promocję świadomego rodzicielstwa przy podświadomym obrażaniu się, że możemy być mniej płodni. W tym miejscu lewica, która deklaruje się jako pozytywistyczna, oświecona, naukowa i emipryczna, okazuje się być całkowicie substancjalna i romantyczna, bo rodzenie dzieci to część wielkiej idei dobra bytującego sobie w platońskim niebie, niezmiernie przy tym romantyczne.
Wszystko to sprawia, że przez małą niedostrzegalną chwilę, lewica staje się całkowicie tożsama z prawicą, a członkowie wymierającego lewicowego plemienia zwracają swój wzrok w kierunku porzuconego niegdyś kultu płodności. Niestety, na jego odbudowanie jest już za późno.
Jako humanista, opisujący (nieudolnie przecież) rozpad świata w wyniku działalności homo sapiens, pozwolę sobie na zakończenie wyrazić ubolewanie, że ogromne masy ludzkie wyznają go w sposób całkowicie literalny, ze szkodą dla siebie i niewierzących.
PS Jak się wydaje reakcje lewej strony debaty publicznej na aborcyjny coming-out Natalii Przybysz również wpisują się w opisane wyżej zjawisko.
