
Wyprodukowany przed Leonardo DiCaprio film, emitowany w Polsce pod nazwą „Czy czeka nas koniec?” wyzwolił, jak można się było spodziewać, miliony denialistycznych komentarzy, debat i dyskusji w szeroko rozumianej publicznej debacie, która odbywa się dziś głownie za pośrednictwem internetu. Po tym, co przeszedłem czytając te komentarze, niniejszym wpisem chciałbym rozpocząć cykl poświęcony głupocie denialistów. Przyznam szczerze, że dawno już straciłem ochotę na zabawę w uprzejmości. Głupota to głupota. Choć czasami mamy wątpliwości, co nią jest.
REKLAMA
Na pierwszy ogień coś bardzo kontrowersyjnego. Kontrowersyjnego dlatego, że ludzie, którzy prezentują ten pogląd, na pewno nie uznaliby się za denialistów. Oto na tezę, że życie na Ziemi może ulec zagładzie ,odpowiadają – Ziemia sobie poradzi. Odmianą tego argumentu jest argument – życie sobie poradzi. W gruncie rzeczy jest to najgłupszy z najgłupszych argumentów denialistycznych. Osoby go wypowiadające lubią w takich okazjach przywoływać znany stand-up Gorge’a Carlina – The Planet is Fine.
Argument ten jest szczególnym sposobem maskowania strachu lub głupoty, lub też (zapewne) obydwu jednocześnie. Jego wyznawcy pozornie akceptują fakt zagłady, ale szermują w tym samym miejscu owym mentalnym złotem głupców – czyli odwagą na pokaz, mimo pełnych portek. A co mi tam. Karaluchy, bakterie, algi i sinice przetrwają! Ja, ja nic nie znaczę! Podobnie moje dzieci i wnuki, które dzisiaj tak kocham i w które czynię różnego rodzaju inwestycje. Owszem, życia dzieci i wnuków wchodzą w pojęcie życia, ale jestem epistemicznym platonikiem, dla którego idea życia egzemplifikuje się równie dobrze w sinicach, algach i bakteriach, jak w moich wnukach czy dzieciach. W świecie 3-4 stopni te pierwsze mają szansę na przetrwanie, te ostatnie wątpliwą. Ale ja miłuję życie JAKO TAKIE. Życie jest ważne JAKO TAKIE. I nie jest istotne czy będzie to prymitywny jednokomórkowiec na Marsie, czy piękny inteligentny i zdolny okaz homo sapiens będący moim wnukiem lub wnuczką, synem lub córką.
Nie mogę ustalić, co wiedzie prym w tym argumencie – głupota czy obłuda. Przyjmijmy, że rywalizują o palmę pierwszeństwa. Dla pretensjonalnego (przynajmniej tym razem – bo wydaje mi się, że on nie żartuje żartując) Carlina, planeta poradzi sobie bez nas, tak jak radziła sobie przez miliardy lat. Carlin dopuszcza się tego samego błędu, z którego się śmieje. Antropomorfizuje kawałek skały i antropomorfizuje życie jako takie. Tymczasem kawałek skały nie musi sobie z niczym radzić, ponieważ dla kawałka skały, nie istnieje pojęcie istnienia, życia, radzenia sobie, George’a Carlina, życia na Ziemi czy Marsie. Innymi słowy kawałek skały, mówiąc ludzkim językiem, ma wszystko doskonale w nosie, choć tak naprawdę jest to inne miejsce.
Głupota argumentu ma oczywiście bardziej złożony charakter. Pozorni nie-denialiści odrzucają fakt, że będąc homo-sapiens tylko oni nadają znaczenie czemukolwiek. (Być może są we wszechświecie inne podobne istoty, ale obejmuje je to samo prawo nadawania znaczenia). Że oto życie jako pojęcie, jako idea, istnieje tylko dzięki nim. To znaczy dzięki nam. I że tylko my nadajemy mu sens, względnie poszukujemy tego sensu, choć najprawdopodobniej go nie ma. Prezentują zatem osobliwą postawę ontologicznego samarytanizmu, który jednocześnie jest perfekcyjnym rozdwojeniem jaźni. Życie sinic jest tyle samo warte, co życie ludzkie. Ale ile – coś, czy nic? Bo jeśli nic, to czemu raduje ich, że pozostaną sinice, algi, bakterii, względnie karaluchy (choć i to w przypadku Ziemi jest dyskusyjne, bo sytuacja może pójść w kierunku Wenus – 400 stopni Celsjusza na powierzchni – zwraca na to uwagę Stephen Hawking). A jeśli coś, to czemu nie obchodzi ich własne. Czemu nie obchodzi ich to, aby ich własne dzieci przeżyły swoje życie, absurdalne, ale jednak piękne. Takie, w którym można kochać się, oglądać gwiazdy, rodzić dzieci, pokazywać im ptaki, słonie, żyrafy, nosorożce i motyle. W którym można oglądać Monę Lisę, czytać Szekspira, słuchać muzyki Bacha, Led Zeppelin, oglądać filmy Felliniego, w którym wreszcie można zjeść coś smacznego i wypić piwo z przyjaciółmi.
Obłuda i rozdwojenie jaźni tej części denialistów są tym większe, że łączą oni swój pogląd o równości życia sinic, alg, bakterii i wirusów z poglądem o absolutnej supremacji człowieka – homo sapiens. Człowiek jako korona stworzenia, mogącą w sposób dowolny zabijać, palić, grabić, niszczyć. Człowiek jako bestia, która to wszystko dostała w prezencie od Boga. W raju być może tak. Ale raj, nawet na papierze, istniał tylko przez chwilę. Postępuje tak przede wszystkim część pozornych nie-denialistów przyznających się do religii abrahamicznych.
Dla tej grupy pozornych nie-denialistów piękna zielono-niebiesko-biała planeta, z milionem nieskończenie różnorodnych stworzeń jest, wedle deklaracji, tyle samo warta, co naga skała, po której gdzieniegdzie łażą sobie karaluchy i fruwają muchy. Zaiste – w tym Ziemia sobie poradzi. Również bez much i karaluchów. Radzenie sobie kawałków skał w Kosmosie to istota istnienia.
Nie wykluczam oczywiście, że istnieją perfekcyjni nihiliści, adepci zen, perwersyjni materialiści lub zwykli wariaci, dla których życie bakterii i człowieka to to samo. Ich postawa jest rzeczywiście konsekwentna. Jest w tej grupie również grupa ludzi potrafiąca zachować prawdziwy spokój w obliczu zagłady, czego - szczerze mówiąc - zupełnie po ludzku zazdroszczę. Inna rzecz, że rzadziej powołuje się na ów pokrętny argument - życie sobie poradzi.
Cała reszta przedstawicieli gatunku prezentujących opisany pogląd, oscyluje wokół obłudy, tchórzostwa i głupoty właśnie. A o głupocie będzie mowa w niniejszym cyklu.
W kolejnym odcinku argument – globalne ocieplenie nie jest dziełem homo sapiens (i wszystko, co z tak postawionej tezy wynika).
