O autorze
Zawodowo adwokat. W wolnych chwilach zajmuję się filozofią prawa, etyką, filozofią społeczną i filozofią w ogóle.

Uważam, że światu potrzeby jest kolejny renesans. Nic jednak nie wskazuje, aby miał on nastąpić. Dlatego ze względnym spokojem oczekuję apokalipsy. W jej obliczu większość naszych problemów staje się pozorna. Dotyczy to również problemów prawa i filozofii. Przede wszystkim o tym ma być ten blog, a co z tego wyjdzie..., zobaczymy.

e-mail: jedrek.gasior@gmail.com

Zapraszam również na mój blog związany głównie z przyrodą miejską, problemami samorządności, społeczeństwa obywatelskiego, etc. gasiorowski.e-sochaczew.pl oraz na stronę mojej kancelarii: Adwokat Andrzej Gąsiorowski

As i Ala muszą umrzeć, zanim się jeszcze narodzili

Być może pomysł jednego podręcznika dla wszystkich pierwszoklasistów ma charakter pijarowy, ale sama koncepcja jest słuszna. Jednak – wobec konsekwentnie malkontenckiej postawy publicystów, dziennikarzy i pobudzonych wystąpieniami pierwszych rodziców – podręcznik zapewne nie wejdzie w życie. Pozostaje pośmiać się z argumentów malkontentów.


Po pierwsze, i być może najważniejsze, okazuje się, że wiedza, którą nabywa pierwszak ma charakter tak ezoteryczny i hermetyczny, że niepodobna ująć jej na kartach jednej ministerialnej książki. Naukowe nowinki ze świata fizyki teoretycznej i biologii molekularnej siłą rzeczy wyprzedzą tani ministerialny podręczniki i pierwszak nie będzie wiedział, czy czarne dziury istnieją, czy nie istnieją i czy ostatecznie może się z nich coś wydostać.


To pierwsza sprawa. Druga to niedostosowanie. Przyświeca jej jeden z wielu mitów człowieka masowego, że wszystko musi być dostosowane do niego, on sam zaś nie musi dostosowywać się do niczego (choćby do zjawisk pogodowych, co ostatnio znalazło odzwierciedlenie na gruncie kolejnictwa). Otóż jeden podręcznik nie może być dostosowany do wszystkich dzieci. Rozwijając twórczo ten argument musielibyśmy stworzyć około 400 tysięcy podręczników dla każdego dziecka z osobna (chyba tyle mamy pierwszaków), dokonując prekognicji, co też zainteresuje dane dziecko i co będzie mu potrzebne. Prekognicja jest potrzeba z tego względu, że dziecko dopiero zaczyna naukę i jeszcze tego nie wiemy. Do tego zadania będzie można zatrudnić mnożących się jak grzyby po deszczu astrologów i astrolożki, wróżki i wróżków (chrzestnych) jasnowidzów, chiromantów i parapsychologów. Zdaje się, że ta grupa lamentacji ma te same źródła, co lamentacje dotyczące zbyt wysoko umieszczonych umywalek, do których nie sięgnie żaden sześciolatek.


Na marginesie warto zauważyć, że wrogowie jednego podręcznika w skali kraju, zakładają jego niedostosowanie do konkretnych dzieci, nie dostrzegając tego problemu w ramach niedostosowania podręcznika do konkretnych dzieci w ramach jednej klasy lub szkoły, w przypadku podręcznika wybranego przez nauczyciela.


Trzecia grupa argumentów to niemożność technologiczna. Okazuje się, że w Polsce nie jest możliwe wydrukowanie 400 tysięcy książek w 3 miesiące. Argument tej jest o tyle ciekawy, że udawało się to (i ciągle udaje), na gruncie niezwykle częstych zmian podstawy programowej. To znaczy, jeżeli zmienia się podstawa, można wydrukować 400 tysięcy książek uwzględniających zmiany w kilka dni (po co najmniej 200 zł za komplecik nowych pachnących podręczników), jeżeli natomiast podstawa się nie zmienia – nie można.

Grupa czwarta wiąże się z demonami socjalistycznej urawniłowki i ogólnie ideologią. Otóż w kapitalizmie i liberalizmie nie może tak być, żeby wszyscy byli równi i uczyli się z tej samej książki. Wiadomo, dzieci z większych miast, jako inteligentniejsze, zdrowsze, wolne od owsików i wszawicy, nie mogą uczyć się z tego samego podręcznika, co jakieś tam wiejskie Jasie i Małgosie. Ideologia natomiast przejawia się - usłyszałem to dziś w Programie 3 Polskiego Radia - w kwestii tęczy. Nie wiadomo, czy dojedziemy do porozumienia, czy pierwszaki mogą oglądać takie bezeceństwa.

Piąta i ostatnia grupa argumentów dotyczy niemożności metodologicznych. Otóż nie masz w naszym kraju fachowców, którzy zdołaliby opracować podręcznik dla pierwszaków w miesiąc czy dwa, co wynika zapewne z faktu, iż wiedza pierwszaka ma z istoty charakter hermetyczny i ezoteryczny. Zataczamy koło.

A bardziej na serio. Stan obecny można określić jedynie mianem kosmicznych edukacyjnych jaj. Przychodzą mi do głowy mniej abstrakcyjne sformułowania, ale brak precyzji będzie bezpieczniejszy. Książki są owszem kolorowe i drogie, ale trzeba być ślepcem, żeby nie wiedzieć, że są pisane na kolanie. Obserwując podręczniki dziatwy szkolnej, odnoszę wrażanie, że zmiana podstawy programowej oznacza tylko to, że zadanie ze strony 10 przeniesiemy na 15, a z 13 na 7. Dorabia się jakiś nowy obrazek, ewentualnie zmienia dane i jest OK. W końcu podstawa programowa tego wymaga.

Jeśli chodzi o poprawność logiczną zadań i ćwiczeń, to albo z zadaniami nie jest najlepiej, albo ze mną. Część z nich jest całkowicie niezrozumiała. Zdarzają się zdania zawierające elementarne błędy logiczne. Nie można oprzeć się wrażeniu, że są to robione naprędce komputerowe sklejanki wszystkiego ze wszystkim, mające udawać spójną całość. Domyślam się, że za błędami, może kryć się ten sam pośpiech, który okazuje się być nieusuwalną wadą potencjalnego podręcznika ministerialnego.

A już zupełnie na zakończenie. Było coś wzniosłego w jednej książce dla wszystkich. Coś z prawdziwej wspólnoty niekoniecznie nastawionej nacjonalistycznie. Wszyscy wiedzieli kim był As i kim była Ala. Była wspólnota doświadczeń i wspólny kod porozumiewania się. A tak jest tylko kolorowa dekonstrukcja, za co najmniej 200 złotych, uwzględniająca zmienioną podstawę programową i dobro wydawców.

Koncesjonowany kapitalizm brzydzi się równością, a w sposób szczególny mierzi go równość edukacyjna. Dobre samopoczucie związane z posiadaniem LCD lepszego niż ma sąsiad, przekłada się również na podręczniki, z których uczy się moje dziecko. As i Ala nie mają racji bytu.