www.allposters.co.uk

W kieszeni miał kilkaset funtów, a w dłoni trzymał bilet. Do tej pory zaglądał tylko przez dziurkę od klucza, teraz wreszcie przejdzie przez drzwi i wkroczy do prawdziwego życia. Londyn, niczym Sodoma i Gomora albo Babilon, kusił swym grzesznym obliczem. Zakazany owoc nieskrępowanego katolickimi nakazami życia był tak daleko, że nigdy naprawdę nie wierzył, że tego doświadczy. Teraz wreszcie mógł zapomnieć o naukach Kościoła i spróbować smaku prawdziwego życia. Soho, Oxford Street, Brick Line, West End... Rozpusta i konsumpcjonizm. Kobiety i alkohol. Wyobrażał sobie kluby ze striptizem i domy publiczne West Endu. Miał przeczucie, że swoje nienarodzone życie seksualne za chwilę przyjdzie na świat. Był bardzo podekscytowany. Wszystko w zasięgu ręki. Tylko od niego zależało, dokąd pójdzie się zabawić.

REKLAMA
W domu nigdy nie było za dużo pieniędzy, ale mimo tego wcale nie byli biedni. Matka potrafiła sobie radzić. Ojciec podobno zginął zamęczony przez służbę bezpieczeństwa w okresie stanu wojennego. Wiedział to od proboszcza. Matka nie chciała nigdy o tym rozmawiać. Wiedział, że było to dla niej bolesne wspomnienie. Zresztą wszyscy szanowali ten ból, bo nikt poza proboszczem - ten jeden raz - nigdy nie wspomniał o jego nieznanym ojcu. Ksiądz nie wchodził w szczegóły, był skrępowany tym tematem. Nosił więc nazwisko matki.
Od małego był mocno związany z Kościołem. Jako mały chłopiec był ministrantem, uczęszczał do katolickiej szkoły średniej, potem studia na katolickiej uczelni wyższej. Z matką codziennie słuchał katolickiej rozgłośni radiowej, a ksiądz był w domu częstym gościem. Oczywiście wierzył w Boga, ale nie chciał całego swojego życia spędzić na klęczkach, tak jak matka. Nigdy w Polsce nie opuścił niedzielnego nabożeństwa, regularnie chodził do spowiedzi i przystępował do Komunii. W Londynie jeszcze nie miał się z czego spowiadać. Postanowił poczekać z wyznaniem grzechów do czasu, kiedy uzbiera mu się także trochę złych uczynków i jakieś zaniedbania. Kilka kochanek i poopuszczane msze święte. Chciał przyjść do księdza, załatwić swoje sprawy i zapomnieć o swoich katolickich korzeniach. Spowiadanie się ze sprośnych myśli wydało mu się nieodpowiednie. Potrzebował pomocy ze strony parafii w znalezieniu mieszkania. Bóg wprawdzie grzechy zawsze odpuści, ale jego kapłani są pamiętliwi i mściwi. Wolał nie ryzykować.
Wszyscy powtarzali do dokoła: Seks to grzech! Spowiadał się z samogwałtu i dusił w sobie pragnienia. Zresztą masturbacja była łatwiejsza do odpuszczenia – wystarczył jakiś eufemizm lub włożenie jej między lekkie grzechy. Co innego stosunek seksualny. To zawsze wiązało się ze sporym ryzykiem i brała w nim udział więcej niż jedna osoba. W jego środowisku seks był ściśle powiązany z małżeństwem i prokreacją. Coś, co z założenia miało być przyjemnością, było sposobem na wzajemne kontrolowanie się ludzi. Fakt, że chcesz i nie dostajesz, powoduje frustrację. Czuł, że traci kontrolę nad najbardziej intymnymi potrzebami. Stale miał wzwód, ale nie miał komu ofiarować tego daru. Wypływające z niego strumienie protein szły na marne. Musiał pozbywać się nadmiaru białka, nerwowymi ruchami doprowadzając się do namiastki spełnienia. Zamiast ulgi pojawiało się jednak poczucie winy. Klęcząc z chusteczką higieniczną w ręku pod stolikiem z gazetami zadawał ciągle to samo pytanie: dlaczego to sobie robię? Pytał bez ustanku. Czasami nawet kilka razy dziennie. Czy znajdzie się kiedyś dziewczyna, która go wyręczy? Bał się, że gdyby diabeł zażądał duszy za kobietę gotową odbyć z nim chociaż stosunek oralny, to bez wątpienia przeżyłby swoje pierwsze fellatio. Na szczęście Lucyfer miał inne zajęcia, więc tylko za zamkniętymi drzwiami swojego pokoju, w głębokiej tajemnicy przed światem, oddawał się swoim przyjemnościom.
Kobiety mu znane były inne od tych z gazet. Nie miały wysokich butów na szpilkach, idealnych figur i wielkich biustów. Jego codzienność obfitowała w postaci kobieto-podobne, które wprawdzie posiadały pierwszorzędne cechy płciowe, upodobniające je do gwiazd porno biznesu, ale różnice w proporcjach i zachowaniu były na tyle istotne, że tylko raz skusił się, by spróbować przełamać swój stan czystości. Przyjaźnił się z jedną miłą dziewczyną z roku. Spotykali się prawie cztery lata, więc przyzwyczaił się do niej. Pewnego razu zaprosiła go do domu oświadczając, że chciałaby z nim sam na sam porozmawiać. Mimo że nie była do końca w jego guście, to kiedy powiedziała mu, że już dojrzała do podjęcia poważnego kroku w dorosłość, uznał, że warta jest grzechu. Był gotowy odmawiać zdrowaśki w pokucie nawet przez dwa tygodnie bez przerwy, byle tylko pozbyć się ciężaru swojego dziewictwa. Na umówione spotkanie przyszedł punktualnie. Założył czarny garnitur i białą koszulę, kupił cztery czerwone róże. Kwiaty symbolizowały lata znajomości. Ona przywitała go szerokim, szczerym uśmiechem mówiąc:
- Jesteśmy sami, nikt nie będzie nam przeszkadzał.
Zapytał gdzie są jej rodzice, a ona odpowiedziała, że wyjechali na wycieczkę parafialną do Rzymu i wrócą dopiero w przyszłym tygodniu. Był bardzo podniecony, czuł, że jest gotowy do kolejnego kroku w dorosłe życie. Zaprowadziła go do pokoju i poczęstowała herbatą słabą i gorzką, więc osłodził sobie ją czterema łyżeczkami cukru. Nie był w stanie tego wypić. Myślał o jej piersiach ukrytych pod niebieskim, wełnianym swetrem. Luźne okrycie nieco zniekształcało jej sylwetkę. Gdzieś głęboko ukryte pod warstwami wełny, bawełny i stanikiem, wsparte na fiszbinach, kłębiły się młode piersi. Nie mógł się doczekać momentu, kiedy je zobaczy. Jego myśli pochłaniały jej sutki. Wyobrażał sobie, że są jak cudowne klejnoty zdobiące piersi niczym najwspanialsza biżuteria. Chciał delikatnie okrążyć je językiem i ssać łapczywie, na przemian to prawego, to lewego. Był pewny, że sterczą, tylko faktura wełnianego swetra sprawiała, że było to niewidoczne. Niemal słyszał jak twardniejąc uderzają z hukiem o twardy pancerz stanika. Bum, bum. Sutki gotowe do ssania. Wiedział, że zaraz je zobaczy, ale nadal siedzieli tak we dwoje w salonie i tylko patrzyli sobie w oczy. Zastanawiał się, co powinienem zrobić. Po chwili krępującego milczenia chwyciła go nagle za rękę, usiadła bliżej i spoglądając głęboko w oczy powiedziała:
- Czuję się dorosłą kobietą. Moje serce jest pełne miłości. Wiem, że mogę tobie zaufać. Spotykamy się już przecież tak długo. Chciałabym, byś ty pierwszy...
Dziewczyna oblizywała wargi i bawiła się kosmykiem włosów. Miał wrażenie, że jej twarz zrobiła się cała czerwona z podniecenia. Pomyślał, że najlepiej będzie, jeśli włożę rękę pod jej bluzkę.
- Tobie pierwszemu to powiem. Postanowiłam pójść do klasztoru.
Zareagował na te słowa jakby jej dotyk parzył, rozlewając przy okazji przesłodzoną zawartość szklanki na dywan.
- Zrobię nową - powiedziała, osuszając mokra plamę na dywanie.
- Nie kłopocz się. I tak muszę już wracać do domu. - Nie potrafił ukryć rozczarowania. Ona za to doskonale udawała, że tego nie zauważa. Wyszedł od niej jako prawiczek. Mokra plama rozlanej herbaty pokrywała szczyt jego namiotu.
Bóg odbił mi kochankę. Nie był w stanie tego wybaczyć. Od tej pory jego stosunek do Niego zmienił się radykalnie. Kiedyś był dla niego ojcem. Ufał Mu i starał się przestrzegać jego przykazań. Ale w chwili, gdy odebrał mi kobietę, poczuł się zdradzony. Jest Bogiem, może wszytko. Dlaczego pozbawił go tej jednej, małej przyjemności? Przestał się go bać. Oficjalnie nie wyrzekł się religii. Nie przestał w niego wierzyć. Wręcz przeciwnie. Swoją wiarę wzmocnił kolejny dowód na istnienie Boga. Gdyby Go nie było, stracił by prawictwo. Dostał bardzo jasny znak, że istnieje. Ale przestał być dla niego panem a stał się konkurentem. Podniósł dumnie spojrzenie prosto w jego oczy i zobaczył cyniczną drwinę w jego wzroku. Jakbym walczył z Asmodeuszem, demonem rozpusty. Poczuł się opuszczony. Najgorsze, że zostawił go dla kobiety. To było żałosne. Tak nie zachowuje się prawdziwy Bóg. Stracił swoją boskość z ziemską niewiastą. On zamiast cnoty stracił złudzenia. Już nigdy nie będę się do niego modlił, pomyślał. W sercu jednak na zawsze pozostała mu niechęć do zakłamanego pana, który uzurpuje sobie prawa do wszystkiego, co mu się spodoba. Od tamtej chwili miał poczucie, że nie jest tym, kim jest. Podejrzewał, że nas tylko nabiera, zgrywa się, podpuszcza. A my, jak naiwne dzieci, które wierzą w Mikołaja. Postanowił jednak nadal zachowywać pozory. W dalszym ciągu bał się Go i nie chciał otwarcie przeciwko Niemu występować. Zresztą, w głębi ducha liczył, że kiedy się zreflektuje co zrobił, to wynagrodzi mu swój nietakt. Postanowił dać Mu drugą szansę.
W tle tego pięknego nowoczesnego świata, trochę na uboczu wszystkiego, nad samym brzegiem Tamizy, znajdował się olbrzymi, jakby wycięty ze zdjęcia osiedla mieszkaniowego z wczesnych lat siedemdziesiątych we Wschodnich Niemczech blok- Kelson House – jego nowy adres zamieszkania. Zdecydowanie, nie można było go nie zauważyć. Był to najbrzydszy budynek w okolicy, odcinający się wyraźnie swoim złym stylem od pozostałych budowli. Jedyną zaletą mieszkania w tym wielkim, betonowym pudle było to, że z jego okien widok był zdecydowanie ładniejszy, niż z okien naprzeciwko. Tak, jakby ktoś zapomniał ów koszmar architektoniczny wyburzyć i pozostawił ohydnego wągra na pięknym obliczu tej części miasta. „Trudno, jakoś przetrwam” - pomyślał, wjeżdżając ciemną windą na szóste piętro. Mieszkanie było ciasne i trochę zaniedbane. W pomieszczeniu czuć było wilgoć. Na podłodze szare linoleum udawało marmurową posadzkę, a kafelki w łazience zastępowała spłowiała niebieska lamperia. Za to widok z okien przedstawiał imponującą panoramę londyńskiej dzielnicy finansowej. Przy braku pieniędzy, poczuciu alienacji w nowym miejscu, pozostawał mu na pocieszenie piękny widok z okna. Pełnia księżyca wypełniała obskurne pomieszczenie sypialni. Pościel pachniała poprzednim właścicielem, który, sądząc po zapachu, lubił potrawy z curry. To właśnie przypomniało mu, że nie jadł nic od wyjazdu z domu. Był jednak zbyt zmęczony, by iść gdziekolwiek indziej. Sen przyszedł szybciej niż mgnienie oka. Przez uchylone okno swoją kołysankę szeptały syreny przejeżdżających w oddali co jakiś czas samochodów policyjnych i szum silników przelatujących ponad miastem odrzutowców. Wielkomiejskie odgłosy uświadamiały mu gdzie jest, bo w głębi duszy ciągle miał wrażenie, że to wszytko jest tylko snem. Wczoraj kładł się spać w absolutnej ciszy otulającej osiedle Tysiąclecia, w prowincjonalnym miasteczku we Wschodniej Europie. Dziś zasypiał w gwarnej metropolii, w jednej ze stolic zachodniego świata.
A miało być tak pięknie. I prawdopodobnie byłoby, gdybym miał pieniądze. Mieszkał wprawdzie w dzielnicy drogich czynszów w otoczeniu pięknych ludzi, jednak totalnie do nich nie pasował. Był niemodnie ubrany, trochę za gruby i miał śmieszny akcent. Ale przede wszystkim, co było jego największą niepełnosprawnością, był bez pieniędzy. Nawet gdybym cudem umówił się z jakąś kobietą, to co miałbym dalej z nią robić? Nie stać go było nawet na to, by zaprosić ją na kawę. Świadomość ubóstwa była frustrująca. Rozterki, które inni mieszkańcy Canary Wharf mieli przy zakupie nowego modelu wyścigowego Ferrari, jego trapiły przy nabywaniu batonika czekoladowego – z jednej strony miał poczucie, że należy mu się od życia trochę słodyczy. Jednak taki ekstrawagancki wydatek zagrażał płynności finansowej. Stał w supermarkecie naprzeciwko półki ze słodyczami i spoglądałem pożądliwie na batona. Po wielu wątpliwościach w trakcie bezsennej nocy, po walce z samym sobą i analizie wszystkich za i przeciw, przyszedł rano do sklepu z myślą, że go kupi. Rozsądek zwyciężył – wstrzymał się z zakupem do nadejścia lepszych czasów. Doszedł do wniosku, że nie może wydać ostatniego funta dwadzieścia na przyjemności podniebienia. Nie mógł przecież zostać zupełnie bez pieniędzy.
Pieniądze w kwocie stu funtów wpłynęły na konto zgodnie z planem. Wybrał je bezzwłocznie z bankomatu obok supermarketu. Miał jeszcze trochę jedzenia, przy ascetycznym trybie życia powinno starczyć na kolejny tydzień. Wrócił do domu i ułożył na stole w kuchni pięć banknotów dwudziestofuntowych. Po chwili wygrzebał jeszcze z kieszenie funta dwadzieścia i ułożył delikatnie monety na banknotach. Sto jeden dwadzieścia.
Wieczorem około siedemnastej ubrał się elegancko w białą koszulę, czarne spodnie i nowe brązowe adidasy. Postanowił wyjść na miasto i zaplanować, co będzie robił, kiedy wreszcie będzie miał pieniądze. Kwotę sto jeden dwadzieścia schował do kieszeni. Było jeszcze bardzo ciepło, więc sweter, który zabrał ze sobą, zawiesił jak marynarski kołnierz na plecach. Szedł wzdłuż rzeki do centrum miasta. To wprawdzie był kawał drogi, ale nie chciał tracić ani grosza na niepotrzebne wydatki.
Kiedy dotarł do Soho, londyńskiej dzielnicy rozpusty, słońce powoli zachodziło, a świat rozświetlały kolorowe neony oraz witryny pełnych o tej porze sklepów i lokali. Po drodze mijali go chodzący parami londyńscy policjanci i chodzący solo wyuzdani transwestyci. Co chwilę był zaczepiany przez różnych dziwnych typów, oferujących mu to chłopaka, to dziewczynę albo narkotyki...
Nie można się od zła odwracać” - pomyślał. By móc zepsucie przezwyciężyć, należy je poznać i go doświadczyć. Zanurzał się głębiej w te studnię rozpusty, aż doszedł przed drzwi wejściowe obskurnej kamienicy. Na drzwiach wisiało ogłoszenie: „Pierwsze piętro - modelka do wynajęcia”. Nie dał się zwieść. Nie chodziło wcale o modelkę, tylko o prostytutkę. Nigdy jeszcze nie miał kobiety i tu nagle stanął oko w oko z możliwością odbycia stosunku seksualnego z profesjonalną kurtyzaną. Pomyślał przez chwilę, że to takie proste: ja jej zapłacę, a ona wykona swoją pracę. Stanie się mężczyzną i straci nieśmiałość do kobiet. Musi zostawić osiemdziesiąt funtów na mieszkanie, gdyby wydał dwadzieścia na miłośnicę, to jakoś przetrwa do piątku. Była sobota wieczorem. Na dobrą sprawę, do następnej stówy zostało mu tylko pięć dni. Wszedł po krętych schodach na pierwsze piętro. Zapukał. W drzwiach stanęła młoda dziewczyna o kasztanowych włosach. Ubrana byłą jedynie w czarną bieliznę, składającą się z pończoch, koronkowych majteczek i prześwitującego czarnego stanika. Miała twarz dziecka, nawet pomimo przesadnego i wyzywającego makijażu. Była od niego znacznie niższa.
- Hello, wielki chłopczyku, w czym mogę ci pomóc?
- Ile to kosztuje?
- Jak dla ciebie, to siedemdziesiąt funtów.
- Taniej nie da rady?
- Laska czterdzieści.
- Nie mam tyle.
- Mogę zrobić ci ręką za trzydzieści.
- Mam dwadzieścia.
Pomyślał o tej pięknej dziewczynie, że nie powinna być w tym miejscu. Że jest zbyt młoda i zbyt delikatna, by sprzedawać się mężczyznom. Z drugiej strony, sam chciał kupić jej usługi i nawet się o nie targował. Z przerażeniem pomyślał o pokucie, którą ksiądz zada mu na spowiedzi. „Nie powinienem tu być” - pomyślał. Bóg się zemści, nim zdążę poprosić o odpuszczenie grzechów. Poza tym nie było go stać na zapłatę za seks. Dziewczyna bardzo mu się podobała. Czy jeśli zrobi mu przyjemność ręką, to straci dziewictwo? Kalkulował, szepcząc pod nosem: mogę wydać dwadzieścia funtów. Jakoś przetrwam pięć dni bez pieniędzy, jedząc pozostałe zupę do końca tygodnia. Ale czy zgodzi się za dwadzieścia? Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem z góry do dołu. Nagle za moimi plecami usłyszał nadchodzących roześmianych dwóch młodych Murzynów.
- Hello, ślicznotko, jesteś zajęta? - Zawołał ten wyższy. Mogli mieć po dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat. Byli ogoleni na łyso i bardzo wysportowani. Spod obcisłych podkoszulków widać było ich umięśnione ciała, z pięknie wyrzeźbionymi kaloryferami na brzuchach i masywnymi bicepsami na ramionach. Panienka najpierw uśmiechnęła się do nich, potem szybko spojrzała na niego i wyszeptała nerwowym głosem:
- Spadaj, tłusta cioto, nie mam czasu. Wróć, gdy będziesz miał pieniądze.
Obdarzyła moich konkurentów najbardziej zalotnym uśmiechem jaki miała w swoim repertuarze i niemal wyśpiewała zalotnym głosem:
- Nie, chłopcy. Dla was moje drzwi i nogi zawsze stoją otworem. Ten frajer już wychodzi.
Korytarz był ciasny i ci dwaj goście omal go nie stratowali, przeciskając się do otwartych na oścież drzwi burdelu.
Weszli i zatrzasnęli drzwi, zza których jeszcze usłyszał jakiś szept i gwałtowny wybuch śmiechu. Powoli szedł schodami w dół. Wyobraził sobie, jak tę drobną białą dziewczynę, delikatną i niewinną, gwałcą ci dwaj wielcy czarni mężczyźni. Wyobraził sobie, jak została uprowadzona podstępnie ze swojej małej, spokojnej miejscowości, gdzieś na Kujawach lub Mazowszu, do tej jaskini zła i rozpusty. „Dlaczego piękne dziewczyny upadają tak nisko?” - wykrzyczał w duchu sam do siebie. Zredukowana do roli seksualnego przedmiotu zadowolenia samolubnych samców biedna dziewczynka. Ze zgrozą pomyślał, w jakich opałach musiała się znajdować jej dusza. Nienawidził tych wstrętnych samców, którzy w kobietach widzą tylko obiekt seksualny. Z drugiej strony trochę im zazdrościł. Ona miała takie wielkie, piękne piersi i idealnie płaski brzuch. Pomyślał, że potrafiłbym ją pokochać, mimo jej upadku. Była tak piękna, że wszyscy by mu jej zazdrościli. Jej niechlubna przeszłość stałaby się ich tajemnicą. Trzymałby tę tajemnicę w sekrecie przed całym światem i wybaczył jej wszystkich mężczyzn. Zresztą, może nie było ich aż tak wielu. Może dopiero zaczynała w tej profesji. Szedł samotny i odrzucony w sobotni wieczór. Gorącą od myśli głowę studziły krople padającego deszczu. Był przygnębiony. Pragnął kobiety i nienawidziłem się za to, że chciałem dla zaspokojenia własnych męskich potrzeb skorzystać z upadku moralnego niewinnej dziewczyny. Szedł wprost przed siebie. Było już bardzo późno...

Tekst jest fragmentem opowiadania Piotra Surmaczyńskiego "Diabelnie piękna kobieta" inspirowanego życiem i filozofią Tomasza Terlikowskiego.
Autor jest absolwentem Akademii Teatralnej w Warszawie oraz filozofii polityki na Uniwersytecie w Oxford, doktorantem na wydziale Nauk Politycznych Akademii Humanistycznej w Pułtusku. Od lat mieszka w Wielkiej Brytanii.