Zjednoczenie prawicy to jej sukces. Szczególnie Kaczyńskiego. Solidarna Polska i Polska Razem nie będą już podgryzać poparcia dla jego partii, tradycyjni wyborcy nagrodzą za wprowadzenie pokoju na prawicy, będzie jeden kandydat na prezydenta zdolny do wejścia do drugiej tury, na łono PiS wrócą popularni politycy.

REKLAMA
Po pierwsze, premia za jedność. Umiarkowani wyborcy cenią spokój i koncyliacyjność w obrębie swoich środowisk politycznych. Kłótnie, wojny, wzajemne oskarżenia ludzi z tej samej strony są wyborczo nieatrakcyjne. Wojna w jednej rodzinie nigdy nie znajduje aprobaty. Wystarczy wspomnieć tzw. wojną na górze i podział środowiska solidarnościowego. Liderzy wywodzący się z Solidarności w niespełna dwa lata roztrwonili kapitał polityczny i już w 1993 r. po władzę sięgnęła post-pezetpeerowska lewica. Ludzie mieli dość wojny, palenia kukieł osób, które jeszcze chwile wcześniej stały w jednym szeregu. To powód dlaczego formacja popularnego niegdyś Ministra Sprawiedliwości nie sięgnęła po wysokie społeczne poparcie. „Zdrada” ziobrystów (niezależnie od tego, że faktycznie zostali oni z PiS-u wyrzuceni) nie była do zaakceptowania dla większości „tradycjonalistycznych” wyborców. Osobista popularność Ziobry będzie większa w ramach PiS-u niźli poza nim. Prawica otrzyma bonus za połączenie już z racji samego zakopania wojennego topora.
Po drugie, ordynacja wyborcza. Ordynacja wyborcza jest bezwzględna. Wysoki, pięcioprocentowy próg wyborczy wypycha poza scenę małe partie, co oznacza, że głosy na nie oddane są „stracone”. Na kanwie ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego w odniesieniu do Solidarnej Polski i Polskim Razem – przy niskiej frekwencji – było to ponad pół miliona głosów. Ponadto, stosowana w Polsce metoda D’Hondta faworyzuje duże ugrupowania przy przeliczaniu wyniku wyborczego na mandaty.
Po trzecie, kandydat na prezydenta. Zjednoczona prawica wystawi jednego kandydata w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Choć reelekcja Bronisława Komorowskiego na dzień dzisiejszy jest wysoce prawdopodobna, to z punktu widzenia kalendarza wyborczego wybory te są bardzo istotne, wręcz kluczowe. Wynik kandydata na prezydenta będzie bowiem determinował wynik w następujących po nich wyborach parlamentarnych. Gdyby Solidarna Polska Ziobry i Polska Razem Gowina wystawiła swoich tytularnych liderów w wyścigu prezydenckim odebrali by oni sporą liczbę głosów kandydatowi PiS-u. Tym bardziej gdyby nie był to sam Kaczyński, a np. nieśmiertelny pisowski kandydat – Piotr Gliński. W takim układzie można wręcz zakładać, że Gowin i/lub Ziobro przegoniliby Glińskiego. Ten zasadniczy dla Prawa i Sprawiedliwości problem jest już nieaktualny. Te trzy partie wystawią jednego kandydata (np. Jarosława Gowina), który śmiało może powalczyć o drugą turę z urzędującym prezydentem, który dla wygranej będzie musiał mocno odcinać się od partii-matki: Platformy Obywatelskiej.
Po czwarte, osobowości. Dzieje wypychania z PiS-u barwnych i popularnych polityków jest długa jak historia tej formacji. Siłą Solidarnej Polski mieli być jej frontmeni: Ziobro, Kurski, Kempa, Cymański. W dwuletniej historii secesji – pomimo braku pozytywnej weryfikacji wyborczej – dzięki stałej obecności w mediach zyskali oni jeszcze na wyrazistości i rozpoznawalności. W Polsce Razem oprócz garstki mniej znanych polityków, którzy odeszli z Gowinem z PO, pierwsze skrzypce mogli by grać politycy kolejnego pisowskiego odłamu: Polska Jest Najważniejsza (np. Paweł Kowal). Kaczyński może mieć satysfakcję, że na prawicy życie poza PiS jest obecnie niemożliwe (chyba, ze w PO). Jednak, jeszcze większy zysk ma z tego, że na intelektualnej pustyni jaką ma w PiSie po licznych odejściach (Jurek, Ujazdowski, Kowal, Poncyliusz, Kurski, Cymański itd.) większość z tych synów marnotrawnych jest z powrotem na łonie prawicowego hegemona. Kaczyński jest jednak pamiętliwy. Więc, nie wiadomo czy z tego skorzysta.
Z punktu widzenia lewicy mogę powiedzieć tak: Nie nasz cyrk, nie nasze małpy. Ale – z grubsza – te same argumenty, co za zjednoczeniem prawicowym przemawiają za zbliżeniem na lewej flance. Premię za jedność potwierdzają wyniki w sondażach Millward Brown (13%) i Homo Homini (22,6 %). Wspólny kandydat/kandydatka na prezydenta też jest łatwy do wyobrażenia (np. Barbara Nowacka). O efektach wojny SLD i TR nie trzeba się rozpisywać – wystarczy przypomnieć wyniki eurowyborów.