
Żywioł rokendrolowo-latynoski okazał się zaraźliwy: nastrój nieskrępowanej i radosnej zabawy od samego początku przeniósł się na widownię, która niespotykanie gorąco jak na Polaków reagowała na płynące ze sceny nuty - cała w nich zanurzona i roztańczona.
REKLAMA
*
Zanim na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru, mieliśmy okazję zobaczyć set estońskiej formacji
Zanim na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru, mieliśmy okazję zobaczyć set estońskiej formacji
Ziggy Wild.
To było coś naprawdę zaskakującego i miłego dla ucha. Kapelę tworzy czworo bardzo młodych ludzi – trzech sporo już potrafiących chłopaków zasłuchanych w klimatach Led Zeppelin i tym podobnych, a wraz z nimi frontmanka – bestia zdecydowanie sceniczna – przywodząca na myśl trochę Grace Slick, a trochę Beth Hart. Nie wiem, czy dane będzie jeszcze kiedyś usłyszeć o nich (oby tak), tym bardziej więc warto po(d)słuchać na YT.
*
Carlos Santana
Carlos Santana
nigdy nie należał do szczególnie ukochanych przeze mnie artystów. Jednakże z racji metryki jest obecny w mojej muzycznej świadomości od zawsze, no i gra ten rodzaj muzyki, który z wiekiem szanuje się, ceni i lubi coraz bardziej. Wcześniej jakoś się nie składało, by zaliczyć któryś z jego polskich występów, dopiero teraz, gdy uwolniły się pieniądze z odwołanego koncertu Simona i Stinga w Krakowie, a znajomi oświadczyli, że wybierają się do Doliny Charlotty, klamka zapadła.
Znaczący rockmani debiutujący w latach 60., jeśli przetrwali okresy wszelakiego nadużywania oraz kryzysów artystycznych - dopadających ich różnie, w latach 70., 80. czy 90. - w całkiem sporej grupie przeżywają od co najmniej kilkunastu lat drugą młodość i wciąż zapełniają jeśli nie stadiony, to spore hale lub miejsca plenerowe, nieodmiennie serwując granie na bardzo wysokim poziomie, wykonując nie tylko numery z początków karier, ale i o wiele młodsze, często nieustępujące tamtym poziomem.
Santana zakochał się w niezwykle pięknie położonym i urokliwym amfiteatrze niedaleko Słupska i Ustki dwa lata temu, kiedy to dał swój pierwszy w tym miejscu koncert. Obiecał wówczas, że wróci, i obietnicy dotrzymał. Stąd wyświechtane zwykle, rytualne frazesy wygłaszane przez artystów do publiczności na całym świecie, że jest cudowna i niepowtarzalna, że czuje się tutaj wyjątkowo, w ustach giganta gitary zabrzmiały wzruszająco i prawdziwie. Znów - jak w lipcu 2013 – zaprosił na scenę pomysłodawcę festiwalu, Mirosława Wawrowskiego, którego nazwał swoim bratem i przyjacielem i serdecznie uściskał. Czy muszę dodawać, że wywołało to ogromny aplauz na widowni?
Zastanawiałem się w trakcie kolejnych numerów, jak to jest, że napieprzanie spod znaku Satrianiego czy Vai nudzi mnie i męczy już po minucie pierwszej solówki, a odwalającego jedno solo za drugim Santany słucha się cały czas z zapartym tchem i
stereofonicznym uśmiechem
od ucha lewego do prawego i z powrotem. Z pewnością chodzi o to, że jego gra nie ma nic wspólnego z narcystycznym popisywactwem, a pełni zdecydowanie służebną rolę wobec dramaturgii utworów i ich zwartych ram czasowych. Tym bardziej, że instrument lidera nie stanowi jedynego bogactwa, jedynej wartości dodanej, lecz jest „tylko” częścią pulsującej, rozwibrowanej całości. Jedenastu w porywach ludzi na scenie tworzy perfekcyjnie działający mechanizm, w którym każdy ma wielokrotnie okazję zademonstrować swój kunszt wykonawczy. Ognista ze swej natury muzyka latynoska rozpala najintensywniej krew, gdy mamy możliwość jej odbioru na żywo.
*
Trwający sto trzydzieści minut koncert był znakomitym spektaklem.
Trwający sto trzydzieści minut koncert był znakomitym spektaklem.
Żywioł rokendrolowo-latynoski
(dwa zestawy perkusyjne plus konga) okazał się zaraźliwy: nastrój nieskrępowanej i radosnej zabawy od samego początku przeniósł się na widownię, która niespotykanie gorąco jak na Polaków, fantastycznie reagowała na płynące ze sceny nuty - cała w nich zanurzona i roztańczona.
Santana za dwa tygodnie kończy sześćdziesiąt osiem lat. Jest w znakomitej formie i wciąż udowadnia, że należy do gitarowej ekstraklasy. Jest jedyny w swoim rodzaju, olśniewa bajeczną techniką, wykonując zarówno stare, bardziej rozbudowane utwory, jak i kunsztownie skonstruowane piosenki z ostatnich kilkunastu lat. Bawi się ze słuchaczami, ozdabiając swą muzykę mnóstwem cytatów z klasyki rocka (choćby z grających dzień wcześniej w tym miejscu ZZ Top), soulu i popu.
Kto był, widział i słyszał, ten wie, o czym mówię, kto nie był – ma czego żałować i nad czym się zastanowiać – na przykład jak nadrobić tę zaległość w przyszłości. Zwłaszcza że señor Santana już obiecał kolejną wizytę w Dolinie Charlotty.
(Carlos Santana, 9. Festiwal Legend Rocka, Dolina Charlotty)
