Sixto Rodriguez, który 10 lipca skończył siedemdziesiąt cztery lata, dzielnie wytrzymał w pozycji stojącej trudy godzinnego koncertu i bisów trwających około kwadransa. Choć wyraźnie niedomagający, w kondycji był lepszej niż poruszająca się o lasce Marianne Faithfull jesienią ubiegłego roku w Chorzowie, a i – można zażartować – w formie wokalnej wyższej niż od lat mistrz Bob D.

REKLAMA
*
Doniesienia dotyczące występów Rodrigueza mających miejsce po jego cudownym come backu w 2012 roku, związanym z uhonorowanym Oscarem filmem Malika Bendjelloula, były różne. Czasem było podobno fatalnie (w Amsterdamie), innym razem fantastycznie (w Warszawie przed dwoma laty), nie bardzo więc było wiadomo, czego dokładnie można się spodziewać.
Gdy artysta powolutku, z nogi na nogę, w damskiej asyście wyszedł na przód sceny, nie sposób było się nie niepokoić o przebieg koncertu. Miłość, jaką polska publiczność przed trzema laty zapałała do Sixto, rozlała się jednak natychmiast i to szeroką falą. Ze standing ovation ”na dzień dobry” zetknąłem się pierwszy raz. Sam jestem ostrożny w takich gestach, nad Wisłą – jak mi się zdaje – nadużywanych, więc podniosłem się chyba jako jeden z ostatnich.
Występ zaczął się
zaskakująco,
bo od Your Song Eltona Johna. Rozpisany tylko na głos i gitarę, zabrzmiał urzekająco. Wokal SR brzmiał ze zwrotki na zwrotkę lepiej, pozwalając zapomnieć o problemach ze zdrowiem bohatera wieczoru – i najwyraźniej dowodząc, że kondycja fizyczna to czasem jedno, a artystyczna – drugie.
Gdy w drugim utworze pojawił się na scenie stylowy, bardzo dobry zespół akompaniujący – gitara, bas i perkusja – obawy, jeśli ktoś - tak jak ja - je miał, były już bardzo niewielkie, zaś zniknęły zupełnie, gdy jako trzeci w zestawie pojawił się, rewelacyjnie zagrany, klasyk Blue Suede Shoes Carla Perkinsa.
Rodriguez zaskoczył pod paroma względami. W jego wieku niektórzy już nie żyją, inni mają się świetnie, jeszcze inni borykają się z przeróżnymi schorzeniami, a mimo to próbują być aktywni cały czas. Sixto sprawia wrażenie, jakby to nie dla niego były te wszystkie owacje, gesty uwielbienia i miłości, jakby pozostawał zupełnie obok tego. Widać popularność przyszła stanowczo zbyt późno, by mogła poczynić jakiekolwiek znaczące zmiany w charakterze tego porażająco
skromnego człowieka.
Gitara w ręku, stolik z dwoma kapeluszami zakładanymi na zmianę, kubek z czymś do picia, ciemne okulary na nosie niepozwalające, nawet z pomocą lornetki, zajrzeć w oczy starszego pana – i do tego konferansjerka, uroczo nieporadna, pełna podziękowań i wdzięczności za gorące przyjęcie, oszczędna do tego stopnia, że zapomniał (?) przedstawić świetnych muzyków towarzyszących mu na scenie.
Piosenki płynęły jedna za drugą, w tempie rodem z lat 60., czyli każda po dwie minuty z sekundami, góra – trzy. Odstępstw od tego było niewiele, solówki gitarowe dozowane były z umiarem i wielkim smakiem. Ci, którzy spodziewali się, iż całość zacznie się od I Wonder, a koncert złożony będzie z piosenek zawartych na kompilacyjnym Searching For Sugar Man, mogli poczuć się nieco zawiedzeni. Rodriguez, autor zaledwie dwóch albumów, wydanych w 1970 i 1971 roku, obficie sięgnął po repertuar innych wykonawców, głównie po
klasyki amerykańskie,
ale bezdyskusyjnie odcisnął w ich interpretacjach własne piętno. Olśniewająco zabrzmiała Fever, nie gorzej Doorsowskie Light My Fire (gdzie nie sposób było nie dopatrzeć się podobieństw do Jose Feliciano) czy Somebody To Love Jefferson Airplane, w którym – chyba nie tylko ja? - odnajdywałem nuty... All Along The Watchtower Dylana. Z utworów jego autorstwa szczególne wrażenie zrobiły na mnie rewelacyjnie, swingująco zagrany Inner City Blues* oraz Sugar Man. Zresztą, dopisać to trzeba do listy niespodzianek, wersje, które usłyszeliśmy, znacznie odbiegały od oryginalnych.
Wokalnie Rodriguez zdecydowanie dał radę: głos brzmiał mocno i bez zarzutu, jako gitarzysta przypominał zwłaszcza Neila Younga, a więc gęsta faktura, niekoniecznie czysto zagrana, ale frazowanie w stylu czarnych mistrzów bluesa zdecydowanie uwodziło. Warsztatowo piętro wyżej dźwigał całość zespół – miłośnicy amerykańskiego grania na styku folku i bluesa byli z pewnością ukontentowani.
Muzyka to
wzruszenia,
to emocje. Tych w czwartkowy wieczór w Zabrzu miałem pod dostatkiem. W ślad za tym, jak z każdym rokiem przykrywa mnie coraz większy cień coraz większej góry, czuję coraz więcej miłości fana do swoich starych mistrzów, szczególnie tych nadal aktywnych i nadal trzymających fason. Mając pierwszy raz okazję obejrzeć SR na żywo, mogę tylko powtórzyć swe zdziwienie z czasu, gdy pierwszy raz obejrzałem wspomniany wcześniej film, zdziwienie ugruntowane przez wielokrotną lekturę krążka Searching For Sugar Man: jak tak znakomity facet mógł przejść zupełnie bez echa, niezauważony. Choć – jego gwiazda, mimo iż zdecydowanie zbyt późno, rozbłysła, a ilu jest takich – równie znakomitych – co przepadli zupełnie bez wieści?
Jakże się cieszę, że nazwisko Sixto Rodrigueza mogę dopisać do wciąż – szczęśliwie - wydłużającej się listy ukochanych artystów, których dane mi było zobaczyć na żywo. Z emocjami lokującymi się w stanach górnych i najwyższych. Z czułością - powtórzę, co już kiedyś napisałem - po prostu synowską.
(Sixto Rodriguez, Dom Muzyki i Tańca, Zabrze, 14 lipca 2016)
___________________________
* Na setliście dostępnej w internecie brak tego utworu. Ale tym razem z moją pamięcią do tytułów oraz uchem – mam nadzieję - wszystko w porządku.