
Czas jest po stronie Waglewskiego. Pracowitość, niesłabnąca aktywność twórcza, skala talentu wyniosła go na sam szczyt nie tylko wśród przedstawicieli jego pokolenia, ale całej polskiej muzyki popularnej.
REKLAMA
*
Pierwszą płytę Voo Voo wiozłem w 1986 roku do domu w Katowicach aż ze Świnoujścia, ze swojej trzeciej i ostatniej FAMY. Nie przypomnę już sobie, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem zespół w akcji, tak samo jak nie doliczę się, ile tych koncertów było. Jednakże przez długie lata kapela Wojciecha Waglewskiego mogła na mój osobisty użytek robić za definicję formacji, którą bardziej cenię niż lubię.
Pierwszą płytę Voo Voo wiozłem w 1986 roku do domu w Katowicach aż ze Świnoujścia, ze swojej trzeciej i ostatniej FAMY. Nie przypomnę już sobie, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem zespół w akcji, tak samo jak nie doliczę się, ile tych koncertów było. Jednakże przez długie lata kapela Wojciecha Waglewskiego mogła na mój osobisty użytek robić za definicję formacji, którą bardziej cenię niż lubię.
*
[O jedną podstawową rzecz] mam żal do publiczności rockowej i dlatego z rockiem nie do końca mi po drodze: ta publiczność nie lubi eksperymentów.*
[O jedną podstawową rzecz] mam żal do publiczności rockowej i dlatego z rockiem nie do końca mi po drodze: ta publiczność nie lubi eksperymentów.*
*
Bo te Osjanowo-jazzowe korzenie ciągle w panu WW tkwią. Jego muzyczna wyobraźnia nigdy nie mieściła się w formule halowo-stadionowej - porywania za sobą tłumów i chóralnego odśpiewywania refrenów największych przebojów. Grania harmonicznego, melodyjnego, które nie natrafia na zbyt wielkie opory przy wślizgiwaniu się do serc słuchaczy. Waglewski za mocno łamał faktury swych kompozycji, był zbyt nieprzewidywalny dla masowego rockowego odbiorcy, zbyt zakręcony, by podbijać listy przebojów. Płyty Voo Voo zawierają bowiem raczej muzykę niż szlagiery. W tym odnajdywałbym niejakie podobieństwo do poczynań Roberta Frippa.
Bo te Osjanowo-jazzowe korzenie ciągle w panu WW tkwią. Jego muzyczna wyobraźnia nigdy nie mieściła się w formule halowo-stadionowej - porywania za sobą tłumów i chóralnego odśpiewywania refrenów największych przebojów. Grania harmonicznego, melodyjnego, które nie natrafia na zbyt wielkie opory przy wślizgiwaniu się do serc słuchaczy. Waglewski za mocno łamał faktury swych kompozycji, był zbyt nieprzewidywalny dla masowego rockowego odbiorcy, zbyt zakręcony, by podbijać listy przebojów. Płyty Voo Voo zawierają bowiem raczej muzykę niż szlagiery. W tym odnajdywałbym niejakie podobieństwo do poczynań Roberta Frippa.
*
Wychowałem się generalnie na muzyce jazzowej.
Wychowałem się generalnie na muzyce jazzowej.
*
A jednak czas jest po stronie Pana Wojciecha. Pracowitość, niesłabnąca aktywność twórcza, skala talentu wyniosła go na sam szczyt nie tylko wśród przedstawicieli jego pokolenia, ale całej polskiej muzyki popularnej. Od paru, a może już parunastu lat funkcjonuje niczym mędrzec, którego przemyślenia wyróżniają się zarówno na tle przytłaczającej większości głosów muzycznego środowiska, jak i daleko poza nim. Waglewski jest słuchany, bo mówi z sensem, spokojnie, nie będąc przy tym kojarzonym ze skandalami czy ekscesami, jego racje są wyważone, a słowa wsparte metryką (urodził się w 1953 roku). I nie jest jego winą, że został sam, że umarł przedwcześnie Ciechowski, właściwie zamilkli w ostatnich latach Kora i Janerka, że jego teksty są czymś więcej niż Kazikowa publicystyka.
A jednak czas jest po stronie Pana Wojciecha. Pracowitość, niesłabnąca aktywność twórcza, skala talentu wyniosła go na sam szczyt nie tylko wśród przedstawicieli jego pokolenia, ale całej polskiej muzyki popularnej. Od paru, a może już parunastu lat funkcjonuje niczym mędrzec, którego przemyślenia wyróżniają się zarówno na tle przytłaczającej większości głosów muzycznego środowiska, jak i daleko poza nim. Waglewski jest słuchany, bo mówi z sensem, spokojnie, nie będąc przy tym kojarzonym ze skandalami czy ekscesami, jego racje są wyważone, a słowa wsparte metryką (urodził się w 1953 roku). I nie jest jego winą, że został sam, że umarł przedwcześnie Ciechowski, właściwie zamilkli w ostatnich latach Kora i Janerka, że jego teksty są czymś więcej niż Kazikowa publicystyka.
*
Nie podobały mi się teksty, w których był ton pouczania: nie chodź, nie mów, nie rób. W tekstach, które sam potem pisałem, starałem się tego unikać.
Nie podobały mi się teksty, w których był ton pouczania: nie chodź, nie mów, nie rób. W tekstach, które sam potem pisałem, starałem się tego unikać.
*
Waglewski potwierdza regułę, iż człowiek łagodnieje z wiekiem. Nie rezygnując z zapętlonych nut (w czym wytrwale wspomaga go Mateusz Pospieszalski), dziś jak nigdy dotąd blisko jest mainstreamu. Mimo iż pomysły niektórych piosenek „niebezpiecznie” kojarzą się z dokonaniami klasyków rocka z przełomu lat 60. i 70., raz i drugi w gitarowych zagrywkach odnaleźć można ślady a to Hendriksa, a to Greena, nie czyniłbym z tego zarzutu, to raczej definiujący Waglewskiego - gitarzystę rodzaj inspiracji.
Waglewski potwierdza regułę, iż człowiek łagodnieje z wiekiem. Nie rezygnując z zapętlonych nut (w czym wytrwale wspomaga go Mateusz Pospieszalski), dziś jak nigdy dotąd blisko jest mainstreamu. Mimo iż pomysły niektórych piosenek „niebezpiecznie” kojarzą się z dokonaniami klasyków rocka z przełomu lat 60. i 70., raz i drugi w gitarowych zagrywkach odnaleźć można ślady a to Hendriksa, a to Greena, nie czyniłbym z tego zarzutu, to raczej definiujący Waglewskiego - gitarzystę rodzaj inspiracji.
*
Wszędzie [w każdym rodzaju muzyki] jest człowiek. Ale najwięcej tego człowieka jest w rock and rollu i w jazzie.
Wszędzie [w każdym rodzaju muzyki] jest człowiek. Ale najwięcej tego człowieka jest w rock and rollu i w jazzie.
*
Kompozycje WW są coraz bardziej wyciszone, kameralne, coraz bardziej klarowne, rzadziej niż kiedyś serwujące gęste, dzikie aranże. Z maestrią wydestylowane, w niczym nie ustępują propozycjom starych mistrzów – gwiazd światowego formatu: Dylana, Van Morrisona czy Simona. I w ten sposób dochodzę do konstatacji, że stałem się wielkim fanem Voo Voo, że od kilku lat muzyka formacji jest mi bardzo bliska.
Kompozycje WW są coraz bardziej wyciszone, kameralne, coraz bardziej klarowne, rzadziej niż kiedyś serwujące gęste, dzikie aranże. Z maestrią wydestylowane, w niczym nie ustępują propozycjom starych mistrzów – gwiazd światowego formatu: Dylana, Van Morrisona czy Simona. I w ten sposób dochodzę do konstatacji, że stałem się wielkim fanem Voo Voo, że od kilku lat muzyka formacji jest mi bardzo bliska.
Piątkowy koncert w katowickim Rialcie potwierdził wszystkie zalety zespołu. Setlista oparta była na materiale z najnowszej płyty, Za niebawem, z nielicznymi dodatkami. Miłą niespodzianką była bardzo znacząca, gdy chodzi o czasowy wymiar, obecność na scenie Moniki Borzym, prywatnie partnerki perkusisty, Michała Bryndala. Choć takie gościnne udziały nie zawsze się sprawdzają, w tym przypadku było świetnie. Szóstym człowiekiem na scenie był Piotr Hołody, od lat współpracujący z zespołem. Chemia panująca między członkami kapeli to jest coś, o czym wiemy od lat, ale wczoraj mieliśmy także liczne dowody na mocną przyjaźń – na to, jak dobrze czują się ze sobą, jak – mimo upływu lat – pozytywnie iskrzy między nimi, jak potrafią bawić się swoją robotą. Również w tym poszerzonym składzie.
*
Kiedy człowiek zrezygnuje z podpatrywania i ze współpracy z innymi […], muzycznie szybko się starzeje. […] Istotą muzyki jest wzajemne napędzanie się.
Kiedy człowiek zrezygnuje z podpatrywania i ze współpracy z innymi […], muzycznie szybko się starzeje. […] Istotą muzyki jest wzajemne napędzanie się.
*
Właśnie: zdarzyło mi się parę razy w przeszłości uczestniczyć w „koncertach”, kiedy impreza na scenie była dużo lepsza niż na widowni – i wiem, że nie ma nic bardziej żałosnego. Panowie i Pani Monika tak rozgrzali katowickich słuchaczy, że gdy zaczęli grać drugą, niezwykle energetyczną część Się poruszam wymieszaną z Nim stanie się tak, gdy rozbuchali się w improwizacjach i wspólnym śpiewie z publicznością, ich zabawa sięgnęła zenitu, muzycznym żartom i śmiechom długo nie było końca (w tym fragmencie basowe exposé należało do Karima Martusewicza). Wszystko to uczynili z taką klasą, iż cały kinoteatr zaczął się radośnie kołysać. Tak dokonało się prawdziwe zjednoczenie sceny z widownią.
Właśnie: zdarzyło mi się parę razy w przeszłości uczestniczyć w „koncertach”, kiedy impreza na scenie była dużo lepsza niż na widowni – i wiem, że nie ma nic bardziej żałosnego. Panowie i Pani Monika tak rozgrzali katowickich słuchaczy, że gdy zaczęli grać drugą, niezwykle energetyczną część Się poruszam wymieszaną z Nim stanie się tak, gdy rozbuchali się w improwizacjach i wspólnym śpiewie z publicznością, ich zabawa sięgnęła zenitu, muzycznym żartom i śmiechom długo nie było końca (w tym fragmencie basowe exposé należało do Karima Martusewicza). Wszystko to uczynili z taką klasą, iż cały kinoteatr zaczął się radośnie kołysać. Tak dokonało się prawdziwe zjednoczenie sceny z widownią.
Całość, z bisem, trwała prawie dwie godziny: pełne zawodowstwo, dobrze nagłośniony wokal, pozwalający posłuchać tekstów, bardzo dobre światła, co nieczęste w przypadku polskich koncertów. Panowie nie odpuszczają ani sobie, ani słuchaczom. To nie jest muzyka, która pozwala uszom wymościć się w strefie komfortu, tu nie da się zbyt długo drzemać wśród dobrze znanych nut, trzeba uwagi i skupienia, by nadążać za liderem i całym zespołem. Śmierć pop- i papkotece – zdaje się mówić Waglewski. – Masz myśleć, człowieku. I pewnie dlatego koncertowy repertuar grupy zmienia się z każdą kolejną płytą, nie ma mowy o uskładaniu przez ponad trzydzieści lat góry przebojów, które niosłyby słuchaczy aż do miękkiego lądowania w postaci kanonicznie zagranej na bis np. Floty zjednoczonych sił. Tu wciąż nie wiadomo, co zaraz się wydarzy, jednakże – to wiadomość Z ostatniej chwili – warto mieć uszy i oczy otwarte do samego końca. By nie uronić ani kropli tego wytrawnego grania.
(Voo Voo, 12 kwietnia, Rialto, Katowice)
______________
* Wszystkie cytaty pochodzą z książki: Wagiel. Jeszcze wszystko będzie możliwe. Wojciech Waglewski w rozmowie z Wojciechem Bonowiczem. Wydawnictwo Znak 2017).
https://youtu.be/mz1H_9w_1HU
