Gdyby to zależało od skali wydatków, zakresu przygotowań i powszechnego zaangażowania, w Ameryce spór na temat wyższości świąt już dawno zostałby rozstrzygnięty. Na korzyść Bożego Narodzenia, oczywiście.

REKLAMA
logo
Wystawa Kwiatów w Macys - w tym roku pod hasłem "Art in Bloom" Zdjęcie autorki
Tym bardziej, że w Stanach – jak zresztą powszechnie wiadomo – obrzędowość wielkanocna jest zdecydowanie skromniejsza, niż nad Wisłą. W przeciwieństwie do Bożego Narodzenia, które integruje wszystkich, niezależnie od wyznania, Easter to w Stanach, z trudnego do ustalenia powodu, święta niejako „niszowe”, zdecydowanie mniej popularne. Próbuje się to zmienić, czyniąc z Wielkanocy neutralne wyznaniowo, uniwersalne Spring Holiday, czemu sprzyja zarówno kalendarz jak też pogańskie „korzenie” obrzędowości wielkanocnej, choć skuteczność tych zabiegów jest – jak dotąd – dyskusyjna.
Ale w związku z tym już od ponad pół wieku Grób Pański ma w Nowym Jorku (i nie tylko tam, bo również wszędzie, gdzie funkcjonują domy towarowe Macy’s) konkurencję w postaci Macy’s Flower Show, czyli Wystawy Kwiatów. Taki kwiatowy festiwal po raz pierwszy odbył się w siedzibie Macy’s w San Francisco, w 1946 roku, ale na Manhattanie ów okołowielkanocny obyczaj też ma już ugruntowana tradycję, bo pierwsza podobna wystawa odbyła się tu w 1953 roku.
Od tamtej pory kwietne aranżacje wypełniające przyziemie i galerię Największego Domu Towarowego na Świecie co roku wczesną wiosną przyciągają setki tysięcy ciekawskich, którzy tłocząc się wokół kwiatowych kompozycji przy okazji robią też zakupy.
Wielkanocne „tematy” – zające i pisanki – nie generują podobnych obrotów, więc Flower Show przerodził się we wielki spektakl florystyczny, zdecydowanie przebijający atrakcyjnością wszystkie inne wydarzenia odbywające się w mieście w podobnym terminie, z Wielkanocą włącznie.
Toteż sieć, wykazując w ten sposób zrozumienie i szacunek dla tradycji, w tym roku kończy wystawę w Wielką Sobotę, żeby nie robić nieuczciwej konkurencji Rezurekcji.
Kolejny malowniczy obyczaj kultywowany na Manhattanie w związku z Wielkanocą jest ściślej niż Flower Show związany z religijnym kontekstem Easter, ale w tej chwili też zmienił on charakter na ekumeniczny obrzęd ku czci Wiosny. Mowa o Easter Bonnet Parade, która po raz pierwszy przeszła wzdłuż Piątej Alei w 1870 roku.
Jak głosi jedna z lokalnych urban legends (utrwalonych w miejskiej tradycji, choć niekoniecznie prawdziwych opowieści), pierwsza Parada Wielkanocna była zdarzeniem absolutnie spontanicznym, a wzięła się z obyczaju, że na Wielkanoc koniecznie trzeba sprawić sobie coś nowego z ubioru, co zwiastuje powodzenie materialne na kolejny rok. Najlepszą okazją do prezentacji modnych, kosztownych toalet była msza wielkanocna. Nowojorskie damy na ten największy pokaz mody w roku sprowadzały garderobę aż z Europy, w związku z czym Piąta Aleja w okolicach Katedry Świętego Patryka w dzień Wielkanocy stawała się swoistym fashion show, gdzie prezentowano najnowsze trendy ze światowych wybiegów. Prezentowały elity, a reszta podziwiała i czerpała inspiracje.
W tej chwili, w półtora wieku później, z pierwotnej Easter Bonnet Parade zostały już tylko kapelusze. Niekoniecznie modne, ale obowiązkowo kreatywne i niestandardowe.W tym dniu nowojorczycy, którzy – jak sądzą nie-Amerykanie – rodzą się w czapkach bejsbolówkach – jedyny raz w roku zakładają kapelusze. Ale za to jakie!
Przy inwencji uczestników Parady, szalony sen Szalonego Kapelusznika to dowód na brak wyobraźni. Żywe ogrody w charakterze dekoracji, to tutaj norma, podobnie jak inspiracje sztuką, w tym także tą najnowszą. Zdarzają się tu nawet zoologii (w tym kurczaki w klatce i temu podobne osobliwości) i – rzecz ciekawa – w tym dniu podobne ekscesy nie kończą się aresztem z paragrafu „znęcanie się nad zwierzętami”.
Tyle tylko, że najlepsze czasy Parada ma już za sobą, pewnie z powodu postępującej laicyzacji Ameryki. Bo wielkanocny pokaz mody odbywał się po mszy, tymczasem katedra Świętego Patryka ciągle jest – owszem – ciągle pełna, ale tłum pod ołtarzem robią tu teraz głównie turyści.
Więc jeśli w najlepszych czasach w Easter Bonnet Parade brało udział ponad milion kapeluszników, teraz impreza gromadzi „zaledwie” kilkadziesiąt tysięcy. Ale za to kapelusze są z roku na rok coraz bardziej odlotowe.
Do udziału w Paradzie szczególnie zachęca też środowisko nowojorskiej Polonii, po imprezie organizując plenerową „święconkę” w pobliskim parku Centralnym, pod pomnikiem Władysława Jagiełły (tak, jest taki w Parku, na wysokości Metropolitan Museum).
Ale choć handel i kultura masowa robią co mogą, popularność Easter ciągle pozostaje taka sobie, choć przecież także i w Stanach tradycyjna obrzędowość wielkanocna też jest bogata i stosunkowo atrakcyjna. Zwłaszcza, że – skądinąd podobnie jak większość symboliki związanej z Bożym Narodzeniem – też została zapożyczona od emigrujących za ocean Niemców.
Nawet nazwa świąt wywodzi się w Ameryce z mitologii germańskiej, a pochodzi od pogańskiej, celtyckiej bogini wiosny – Eoster, która zwykła się pokazywać publicznie w asyście tuzina zajęcy. To dlatego miejsce baranka w amerykańskiej ikonografii wielkanocnej zajmuje kłapouchy szarak, który trudni się…znoszeniem jajek. Bo w tutejszej tradycji świątecznej jest też obecna „ nasza” pisanka, tyle, że trafiła za ocean poprzez Niemcy, toteż amerykańskie jaja zamiast w koszu ze święconką leżą poukrywane po ogródkach lub wiszą na drzewach. Easter tree – drzewko pokryte dyndającymi na wstążkach pisankami – to obyczaj przejęty od niemieckich osadników z Pennsylvanii.
Tych amerykańskich kraszanek , najczęściej zrobionych zresztą z czekolady – się nie święci, tylko na nie… poluje. Na przeszukiwaniu trawników i zagajników w poszukiwaniu ukrytych tam słodyczy udających pisanki polega najbardziej popularna w Ameryce wielkanocna rekreacja plenerowa – egg hunt, czyli „polowanie na jaja”.
Inną aktywnością związaną z Wielkanocą i jajami jest „egg race”, czyli wyścigi pisanek. Toczy się je po trawiastych zboczach, a wygrywa właściciel kraszanki, która przetoczy się na jak najdalszy dystans. Ten obyczaj został zapoczątkowany w Białym Domu, którego gospodynie od wieków słyną z promowania w śród narodu zdrowych nawyków, w tym także ruchu na świeżym powietrzu. Więc w Stanach nie ma wprawdzie dyngusa, ale za to Lany Poniedziałek jest , jak najbardziej, tyle że występuje tu pod nazwa Toczonego Poniedziałku.
W dzień po świętach (które w szesnastu stanach o najsilniejszej tradycji protestanckiej trwają od piątku, ale w większości ograniczają się wyłącznie do Wielkiej Niedzieli), w Waszyngtonie, na trawniku przed Białym Domem, co roku odbywa się Easter Egg Roll. Za twórczynię tej osobliwej tradycji niektórzy historycy uważają pierwszą damę Dolley Madison, ale większość przypisuje stworzenie tego zwyczaju prezydentowi USA, Abrahamowi Lincolnowi, byłaby więc ona równie wiekowa, jak same Stany Zjednoczone. W tej chwili jest ona kultywowana uprawiana na tyle powszechnie, że zawody w toczeniu jajek odbywają się jak Ameryka długa i szeroka, w tym także na trawnikach w nowojorskim Parku Centralnym.
Wcześniej w większości amerykańskich miasta, a już na pewno we wszystkich tych, gdzie funkcjonują Childern’s Museums (instytucje publiczne adresowane do najmłodszych, coś jak skrzyżowanie muzeum nauki i domu kultury), odbywają się warsztaty uczące malowania pisanek. To w związku z Egg Roll, bo jajka przeznaczone na „polowanie” kupuje się w sklepach ze słodyczami.
Tak więc – Amerykanie naprawdę robią, co mogą, żeby „wyższość świąt” nie leżała tak jednoznacznie po stronie Bożego Narodzenia, ale jak dotąd z mizernym skutkiem. Trudno się dziwić. Wielkanoc bez żuru, baranka, dyngusa i koszyka ze święconką, to przecież nie może być „prawdziwa” Wielkanoc…