Polskie firmy wzorem zachodnich życzą pracownikom „radosnego urlopu”. Z kartek znikają gwiazdy betlejemskie i choinki. Duży dyskont zastąpił w kampanii reklamowej "Boże Narodzenie" dwuznacznym określeniem "te dni". Coraz więcej ludzi woli spędzić święta w ciepłych krajach zamiast z rodziną. Dlaczego?

REKLAMA
logo
zizzybaloobah/Foter/CC BY-NC
Przypuszczam, że firmy lub osoby, które rezygnują z użycia w treści reklam lub życzeń odniesień religijnych, robią to w dobrych intencjach. Że w duchu poszanowania odmienności chcą, by ich przekaz nikogo nie uraził. Tylko czy życzenie komuś szczęścia i radości w czasie Bożego Narodzenia może kogokolwiek urazić? Dla mnie, katolika, złożenie komuś świątecznych życzeń jest po prostu wyrazem sympatii i serdeczności, a nie próbą nawracania albo narzucania swojej wiary. Gdyby z okazji przeżywanego Ramadanu najlepsze życzenia złożył mi znajomy muzułmanin, także potraktowałbym to jako wyraz sympatii i bynajmniej nie poczułbym się dotknięty.
Problem z życzeniami mam zupełnie gdzie indziej. Wtedy gdy życzę pokoju, radości i ciepła rodzinnego znajomym, o których wiem, że tego im właśnie w święta zabraknie. A dużo jest osób, które żyją skłócone z rodzicami, rodzeństwem albo które są pozostawione przez małżonka. To ludzie, którzy wcale nie czekają z wytęsknieniem świąt, wręcz przeciwnie. I trudno się temu dziwić, bo jaka jest przyjemność z siedzenia przy stole z bliskimi, z którymi jest się skłóconym, ale wypada się odwiedzić? Dlatego Kościół proponuje adwent, czas przygotowania do świąt, ale nie w wymiarze materialnym (prezenty, mieszkanie), ale trudniejszym - duchowym. Czas, w którym powinno się zdobyć na przebaczenie albo o przebaczenie poprosić - po to, by potem święta spędzić już prawdziwie rodzinnie.
Adwent to jednak nie tylko przygotowanie do świąt. Według religii katolickiej to także czas przygotowania do powtórnego przyjścia Jezusa, któremu będzie towarzyszyć, potocznie mówiąc, "koniec świata", czyli Sąd Ostateczny, a po nim zmartwychwstanie ciał i życie wieczne. Adwent przypomina, że "nie znamy dnia ani godziny", że życie na ziemi może zakończyć się - choćby jutro. Nie trzeba zresztą być katolikiem ani nawet wierzyć w życie duszy po śmierci, żeby zadać sobie pytania: Co by było gdybym jutro miał zginąć? Czy zrobiłem w swoim życiu wszystko, co chciałem?". I nie chodzi mi tylko o rzeczy typu skok ze spadochronem, ale o sprawy dużo ważniejsze: Czy poświęcałem bliskim wystarczająco dużo czasu? Czy okazałem miłość, tym których kocham? Lubimy cytować ks. Twardowskiego: "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą", ale rzadko odnosimy to do tego, ile nam samym zostało jeszcze życia i jak je najlepiej wykorzystać. To zupełnie normalne, bo na co dzień jesteśmy zaangażowani w pracę, naukę, obowiązki domowe. Od czasu do czasu warto się jednak zatrzymać i pomyśleć o czymś więcej.
Czy tradycja świąt Bożego Narodzenia jest zagrożona? Jestem przekonany, że nie. Dopóki te święta, choćby nazywane tylko „wakacjami”, są świetną okazją do zwiększenia utargów ze sprzedaży, dopóty sklepy nie dadzą nam o nich zapomnieć. Jest jednak realne zagrożenie, a raczej trwający już proces marginalizowania duchowego, ludzkiego wymiaru świąt. I im więcej będziemy się skupiać na prezentach, przygotowaniu jedzenia, sprzątaniu - a nie na refleksji i budowaniu dobrych relacji z bliskimi, tym mniej takich świąt będziemy chcieli.
Karol Olszewski