fot. Aleksandra Kloc

Ola ma 22 lata i jest studentką Politechniki Łódzkiej. Jej dzisiejsze życie niczym nie przypomina tego, jakie wiodła, mając 17-20 lat . Dzisiaj w pełni korzysta ze wszystkich możliwości, jakie daje życie osoby zdrowej, ale nie ma gwarancji, że nie powrócą czasy, gdy jako nastolatka usłyszała diagnozę – białaczka.

REKLAMA
Ola zachorowała krótko przed siedemnastymi urodzinami. Wcześniej nic nie zwiastowało choroby. Wizja białaczki w chwili diagnozy wydała się, zarówno Oli, jak i jej mamie wręcz surrealistyczna. Zaczęło się niewinnie, od drobnych dolegliwości, tak naprawdę nic strasznego. Kilka siniaków, które nieoczekiwanie zaczęły się powiększać i mnożyć. Lekarz pierwszego kontaktu zlecił morfologię krwi. Chwilę później wszystko potoczyło się lawinowo.
Niestety pierwsza diagnoza była błędna, a choroba szybko postepowała. Dopiero po wykonaniu biopsji szpiku udało się postawić właściwą diagnozę - ostra białaczka promielocytowa. Lekarz powiedział Oli, że choć jest to bardzo agresywna forma białaczki, to dobrze reaguje na leczenie chemioterapią. Zaczął się wyścig z czasem. Najpierw kilkanaście cykli chemioterapii oraz radioterapie.
Jak na 17-latkę znosiła to dzielnie, choć bywały dni bardzo ciężkie, których nie przetrwałaby bez cierpliwej opieki, oddania i miłości rodziny. Dziś wspomina, że nie przeszłaby tego wszystkiego, gdyby nie wsparcie mamy, obecnej każdego dnia, czuwającej i walczącej o każdą szansę na wyzdrowienie córki. Po pewnym czasie choroba ustąpiła, jednak Ola nie czuła się pewnie.
Przekonała się, że w walce z białaczką ważna jest zasada - nie zapominać o psychicznej asekuracji. Oznaczało to, że rzadko mówi się "jest dobrze", a nigdy "teraz już jestem zdrowa". Tak naprawdę nigdy nic nie wiadomo.
Choć po trzecim cyklu chemii remisja utrzymuje się do dziś, Ola wie, że zawsze będzie ryzyko nawrotu choroby. Jeśli tak się stanie, konieczne będzie przeszczepienie. Pamięta, jak na początku nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co to znaczy. Po około miesiącu hospitalizacji zaczęła obserwować na oddziale, jak wszystko wygląda naprawdę, co się dzieje, gdy chory, zakwalifikowany do przeszczepienia, nie znajduje swego Dawcy. Zaczęła zauważać, że niektórzy pacjenci nie przyjeżdżają już na kolejne dawki leków. Najczęściej były to osoby, które nie znalazły swojego bliźniaka genetycznego i nie przegrały walkę z chorobą. Ola zrozumiała, że w bardzo wielu przypadkach jedyną szansa na pełen powrót do zdrowia jest przeszczepienie szpiku od zgodnego Dawcy.
Dziś Ola nadal jest w stanie remisji, ale jak twierdzi, stale jest w niej obawa, że choroba powróci. Choć z obserwacji wie, że przeszczep nie jest magiczną procedurą, która podana choremu nagle sprawia, że staje się on zdrowy. Ma świadomość tego, że jest to zabieg bardzo ryzykowny, związany z ciężką walką i z dużym ryzykiem po stronie biorcy. Ale prawda jest taka, że w bardzo wielu przypadkach, gdyby nie Dawcy - o jakichkolwiek szansach nie byłoby mowy, bo chorzy zwyczajnie nie zdążyliby się zmierzyć z niesprawiedliwie silniejszym przeciwnikiem.
Gdyby nie Dawcy, mnóstwo osób, które Ola poznała w trakcie leczenia, nie wygrałoby walki z rakiem. Właśnie dlatego dla Oli idea dawstwa to coś, co nie podlega dyskusji. I choć sama miała dużo szczęścia, bo remisja trwa już od ponad dwóch lat i zdawać by się mogło, nie ma większych problemów ze zdrowiem, to Ola jest w pełni świadoma, że w razie nawrotu choroby jej jedyną alternatywą jest przeszczepienie szpiku od zgodnego Dawcy.
Dlatego, by nie czekać bezczynnie na to, co los jej szykuje, Ola zaangażowała się w akcję Fundacji DKMS Dwa Wymazy i Do Bazy już po raz czwarty. Robi to dla siebie, ale również dla swoich znajomych i dla znajomych jej znajomych. Robi to również dla ludzi, których nie zna, a tylko wie, z czym na co dzień przychodzi im się mierzyć.
Choroba zmieniła zupełnie jej podejście do życia. Przestała się bać. Przestała przejmować się rzeczami nieistotnymi. Bywają oczywiście chwile, w których, jak każdy człowiek, ma najzwyklejszy kryzys. Wtedy mówi sobie "daj spokój, to nie takie ważne, nie przejmuj się drobiazgami".
Ola przekonała się bardzo wcześnie, w bardzo brutalny sposób, że z życia trzeba korzystać mądrze. Trzeba działać. Nie tracić czasu na czekanie, na wątpliwości i nadmierne rozterki. Dziś jest przekonana, że jeśli czegoś pragniemy, to trzeba zająć się tym teraz, nie jutro. Na wszelki wypadek, gdyby coś chciało pokrzyżować nam plany.
Do rejestracji, zwłaszcza podczas akcji Dwa Wymazy i Do Bazy, zachęca wszystkich, którzy mogą stać się potencjalnymi Dawcami szpiku. Zaczęła od rodziny i znajomych. Przekonała wszystkich, a oni podają tę „pałeczkę” dalej, mówiąc innym „Oddanie szpiku czy komórek macierzystych krwi nie boli. Ratuje życie”. Ola najlepiej wie, że nie są to jedynie puste słowa. Widziała to wiele razy.
Jak wielu podobnych jej kolegów studentów Ola nie żałuje ani sekundy czasu poświęconego na przygotowanie akcji i namawia do niej wszystkich. Tłumaczy, że - Każda zarejestrowana osoba, to szansa na danie nowego życia. Oddając szpik, dajemy coś więcej niż życie, dajemy też świadomość, że otrzymany czas to nie coś, co możemy zmarnować. To coś, co należy codziennie doceniać i szanować. To cząstka osoby, która poświęciła coś najpiękniejszego. Siłę, możliwości, uśmiech. Po prostu miłość.
Finał akcji rejestracji potencjalnych dawców szpiku Dwa Wymazy i Do Bazy już 22 i 23 kwietnia. Więcej informacji o akcji oraz o lokalizacjach w których się odbędzie mozna znaleźć na stronie www.dkms.pl/student.