REKLAMA
Adwokat, chyba, że sam prowadzi swoją sprawę, zawsze reprezentuje kogoś. Dlatego musi liczyć się ze zdaniem klienta. Często wniesienie środka odwoławczego, gdy brak jest argumentów merytorycznych, spowodowane jest jedynie wolą klienta. I gdyby nie ta presja, nigdy nie zostałoby wniesione.
Rutyna rutyną, ale proszę nam wierzyć, że każde wystąpienie przed sądem, to przeżycie. A wystąpienie przed Sądem Najwyższym, kiedy ma się niewiele mądrego do powiedzenia, bo kasacja oczywiście bezzasadna, a sąd może zadawać trudne pytania, to prawdziwa trauma. Wprawdzie stawiennictwo na rozprawie kasacyjnej na ogół nie jest obowiązkowe, ale stawiamy się, zgodnie z zasadą, że nie wypada nie stawić się. Trzeba przygotować się, iść i pić piwo, którego nawarzyło się podpisując kasację wymuszoną przez klienta.
Prezydent Duda przyjął zaproszenie do wystąpienia przed Zgromadzeniem Parlamentarnym Rady Europy, gdzie miał wystąpić w imieniu narodu, który reprezentuje. Nie działał pod przymusem. Zaraz po zaproszeniu usłużni dworacy tłumaczyli, jaki to zaszczyt spotkał zapraszających, którzy będą mogli usłyszeć z ust niezłomnego prezydenta dużego i dumnego kraju, co myśli o ważnych sprawach, w których został zaproszony.
Od czasu potwierdzenia zaproszenia w życiu pana prezydenta wiele zdarzyło się. Ponieważ jest niezłomny a równocześnie pilny i pracowity podpisuje jak leci, co ma na biurku, jedynie poza nominacjami sędziowskimi, których jak raz nie podpisał. Co więcej, chętnie wyjaśnia, dlaczego podpisuje, choć akurat w sprawie nominacji sędziowskich nabrał wody w usta. Dlatego pojawiają się głosy, że prezydent, dowiedziawszy się, że przed Zgromadzeniem Parlamentarnym Rady Europy ma nie tylko opowiadać ale i odpowiadać, dostał cykorii i wystąpienie odwołał. Trudne było by zapewne już pierwsze pytanie, czyje interesy w rzeczywistości reprezentuje?
W żadnym wypadku nie podzielamy tych opinii. Uważamy, że nazywanie prezydenta cykorem nie ma żadnego uzasadnienia, jest wręcz krzywdzące. Z odwołaniem wystąpienia zapewne było tak, że mniej doświadczony pracownik kancelarii, nie radzący sobie z francuskim, mylnie oczytał znaczenie skrótu R.S.V.P. (répondez s'il vous plait) i uznał, że znaczy on „stawiennictwo nieobowiązkowe”. I taką informację przekazał prezydentowi.
Gdyby jednak w tym zarzucie było coś na rzeczy, puszczając wodzę wyobraźni staraliśmy się odtworzyć rozmowę telefoniczną, która mogłaby się odbyć w ostatnich dniach na najwyższych szczeblach władzy.
− Cześć Andrzej.
− Cześć Beata, co robisz?
− Tak sobie siedzę i myślę czy jechać do Parlamentu Europejskiego, bo tam debatują o Polsce.
− I co zrobisz?
− Chyba nie pojadę, bo obawiam się, że jak coś powiem, to mi nos wyrośnie. A co u Ciebie?
− Też siedzę i myślę, bo obiecałem, że wygłoszę przemówienie na Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy, ale okazało się, że po tym jak ja już swoje powiem, to oni będą mieli prawo zadawać mi pytania.
− I co zrobisz?
− Zostaję, Agata mówi, że zawsze jak pytają mnie o moją pracę, to rumienię się.
− To, może razem na grzyby?
− Dobra na grzyby.
− Cześć Beata, co robisz?
− Tak sobie siedzę i myślę czy jechać do Parlamentu Europejskiego, bo tam debatują o Polsce.
− I co zrobisz?
− Chyba nie pojadę, bo obawiam się, że jak coś powiem, to mi nos wyrośnie. A co u Ciebie?
− Też siedzę i myślę, bo obiecałem, że wygłoszę przemówienie na Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy, ale okazało się, że po tym jak ja już swoje powiem, to oni będą mieli prawo zadawać mi pytania.
− I co zrobisz?
− Zostaję, Agata mówi, że zawsze jak pytają mnie o moją pracę, to rumienię się.
− To, może razem na grzyby?
− Dobra na grzyby.
Zapewne w wyniku tak przeprowadzonej wnikliwej analizy politycznej doszło do sytuacji, że sprawy ważne dla Polski dzieją się bez nas.
Dubois & Stępiński
