
Ten festiwal trwa tylko jeden dzień. A właściwie jedną noc, choć przygotowania do niego i imprezy towarzyszące trwają cały rok. Jest to najważniejsza noc w roku dla mieszkańców Casabermeja – małego andaluzyjskiego miasteczka niedaleko Malagi. Noc, w którą króluje śpiew flamenco.
REKLAMA
Każdego roku w trzecią sobotę lipca odbywa się tam Festival de Cante Grande, którego organizatorem jest Urząd Miejski w Casabermeja i lokalna peña flamenca, czyli klub flamenco. Cante Grande – wielki śpiew, poważna pieśń. Wielkie hiszpańskie święto.
Śpiew jest w muzyce flamenco elementem pierwotnym. Na początku był śpiew. Bez akompaniamentu jakichkolwiek instrumentów. Pieśni, śpiewane mocnym, głębokim, ochrypłym głosem przez andaluzyjskich Cyganów, opowiadały o ich niedoli – prześladowaniach etnicznych, ciężkiej pracy i wielkiej biedzie. Czasem też o tragicznej miłości. Mówiło się o nich – pieśni z kuźni i więzienia, jak „Por cumplir con Díos”, utrwalona w archiwalnym nagraniu z końca lat 50-tych ubiegłego stulecia, wykonana przez Pepe el Culata. Oprócz przejmującego śpiewu, słychać w niej rytm wybijany przez kowalski młot.
Śpiew jest w muzyce flamenco elementem pierwotnym. Na początku był śpiew. Bez akompaniamentu jakichkolwiek instrumentów. Pieśni, śpiewane mocnym, głębokim, ochrypłym głosem przez andaluzyjskich Cyganów, opowiadały o ich niedoli – prześladowaniach etnicznych, ciężkiej pracy i wielkiej biedzie. Czasem też o tragicznej miłości. Mówiło się o nich – pieśni z kuźni i więzienia, jak „Por cumplir con Díos”, utrwalona w archiwalnym nagraniu z końca lat 50-tych ubiegłego stulecia, wykonana przez Pepe el Culata. Oprócz przejmującego śpiewu, słychać w niej rytm wybijany przez kowalski młot.
Tekst w pieśniach flamenco ma istotne znaczenie. Cantaor, czyli śpiewak, opowiada historię. Niektóre słowa, czy frazy, wielokrotnie powtarzane, nadają wykonaniu jeszcze bardziej emocjonalny charakter. Tekst, śpiewany przez cantaores stanowi dużą barierę językową dla zagranicznych turystów, dlatego śpiew flamenco nie jest wśród nich tak popularny i lubiany, jak taniec. Zwłaszcza ten wykonywany w restauracjach i hotelach dla zagranicznych gości, którzy wypiwszy sporo hiszpańskiego wina, starają się bezskutecznie wyklaskiwać skomplikowany rytm. Ale i tak wszyscy bawią się świetnie.
Inaczej jest na występach profesjonalnych śpiewaków flamenco. Tam widownię stanowią prawie wyłącznie Hiszpanie.
Cantaor, wykonując pieśni, siedzi na krześle. Aż dziwne, że ekspresja wykonania pozwala mu usiedzieć. Gesty i mimika twarzy dopełniają dramatyzmu interpretacji. Ręce, albo ma uniesione do góry, albo chwyta nimi klatkę piersiową w okolicy serca. Chwyta i mocno ściska. Jakby chciał wyrwać sobie z piersi targane rozpaczą serce. Efektem tych dramatycznych gestów najczęściej są wyrwane guziki i mocno pognieciona z przodu koszula.
Szarpanie koszuli na sercu jest również nawykiem wielu tancerzy flamenco. Uwielbiam ten rodzaj wyrażania emocji w wykonaniu mojego faworyta Antonio de Verónica, który tańczy tradycyjne, autentyczne flamenco wraz ze swoją cudowną żoną Saray Cortés (znane nazwisko w tej branży) przy dźwiękach muzyki granej przez ich cygańską rodzinną grupę Sanchez – Cortés. Antonio jest również mistrzem szarpania klapy od marynarki, w której tańczy.
Inaczej jest na występach profesjonalnych śpiewaków flamenco. Tam widownię stanowią prawie wyłącznie Hiszpanie.
Cantaor, wykonując pieśni, siedzi na krześle. Aż dziwne, że ekspresja wykonania pozwala mu usiedzieć. Gesty i mimika twarzy dopełniają dramatyzmu interpretacji. Ręce, albo ma uniesione do góry, albo chwyta nimi klatkę piersiową w okolicy serca. Chwyta i mocno ściska. Jakby chciał wyrwać sobie z piersi targane rozpaczą serce. Efektem tych dramatycznych gestów najczęściej są wyrwane guziki i mocno pognieciona z przodu koszula.
Szarpanie koszuli na sercu jest również nawykiem wielu tancerzy flamenco. Uwielbiam ten rodzaj wyrażania emocji w wykonaniu mojego faworyta Antonio de Verónica, który tańczy tradycyjne, autentyczne flamenco wraz ze swoją cudowną żoną Saray Cortés (znane nazwisko w tej branży) przy dźwiękach muzyki granej przez ich cygańską rodzinną grupę Sanchez – Cortés. Antonio jest również mistrzem szarpania klapy od marynarki, w której tańczy.
Pierwszy raz pojechałam do Casabermeja na Festival de Cante Grande w lipcu 2010 roku. Byłam kompletnie nieprzygotowana, poza faktem, że sporo przeczytałam na ten temat i wysłuchałam wielu pieśni w wykonaniu znanych hiszpańskich artystów. Chciałam nastroić się w duchu duende. Wiedziałam, że na aksamitne, seksowne głosy śpiewające „Besamé mucho” nie ma co liczyć. Nieprzygotowana byłam na tym festiwalu od strony logistycznej i towarzysko-społecznej.
Bilety zarezerwowałam telefonicznie i poinformowano mnie, że będą do odebrania w kasie do godziny 21.00. Domniemałyśmy więc z przyjaciółką, moją towarzyszką na drodze tropienia występów grupy Sanchez – Cortés, że koncert rozpocznie się o godzinie 21.00, a skończy najpóźniej o 23.00, wliczając w to ewentualne bisy. Nie zabrałyśmy więc ze sobą kluczy od domu, myśląc błędnie, że mężczyźni, którzy zostali na miejscu, będą sączyć wino co najmniej do północy i po powrocie otworzą nam drzwi. Otworzyli. Ale po głośnym łomotaniu nad ranem.
Bilety zarezerwowałam telefonicznie i poinformowano mnie, że będą do odebrania w kasie do godziny 21.00. Domniemałyśmy więc z przyjaciółką, moją towarzyszką na drodze tropienia występów grupy Sanchez – Cortés, że koncert rozpocznie się o godzinie 21.00, a skończy najpóźniej o 23.00, wliczając w to ewentualne bisy. Nie zabrałyśmy więc ze sobą kluczy od domu, myśląc błędnie, że mężczyźni, którzy zostali na miejscu, będą sączyć wino co najmniej do północy i po powrocie otworzą nam drzwi. Otworzyli. Ale po głośnym łomotaniu nad ranem.
Około godziny 20.30 zajechałyśmy na specjalnie oznaczony parking w Casabermeja. Koncert odbywał się na miejscowym niewielkim stadionie sportowym, ale po zmroku trudno było wypatrzeć coś, co przypominałoby stadion. Było to raczej wybetonowane małe boisko z widownią z jednej strony. Dość łatwo było tam jednak trafić. Wszyscy zmierzali pieszo w tym samym kierunku. Dodatkowo, drogę prowadzącą do polideportivo wyznaczały porozrzucane na ulicy pęki świeżej mięty, która uwalniała wspaniały zapach, rozcierana butami idącymi na słuchanie pieśni flamenco.
Odbieramy w kasie bilety i folder z programem festiwalu. Wchodzimy na boisko. Już w środku, tuż przy wejściu, stoją trzy śliczne dziewczyny w sukniach do flamenco i wręczają piękną, czerwoną różę każdej wchodzącej kobiecie. Miejsca nie są numerowane, więc rozglądamy się wokół, gdzie można by usiąść. Pierwszą rzeczą, która rzuca nam się w oczy bardziej niż wolne miejsca, jest nasz niewłaściwy, zdecydowanie za mało elegancki ubiór. Wszystkie inne panie wystrojone są dość wytwornie. Większość w długie, w hiszpańskim stylu suknie. Do tego kwiat wpięty we włosy.
Niewątpliwie wyglądamy na zagraniczne turystki. Dobrze chociaż, że nie mamy ze sobą plecaków, bo to już na pewno budziłoby zdziwienie. I tak czujemy się nieswojo i niepewnie.
Odbieramy w kasie bilety i folder z programem festiwalu. Wchodzimy na boisko. Już w środku, tuż przy wejściu, stoją trzy śliczne dziewczyny w sukniach do flamenco i wręczają piękną, czerwoną różę każdej wchodzącej kobiecie. Miejsca nie są numerowane, więc rozglądamy się wokół, gdzie można by usiąść. Pierwszą rzeczą, która rzuca nam się w oczy bardziej niż wolne miejsca, jest nasz niewłaściwy, zdecydowanie za mało elegancki ubiór. Wszystkie inne panie wystrojone są dość wytwornie. Większość w długie, w hiszpańskim stylu suknie. Do tego kwiat wpięty we włosy.
Niewątpliwie wyglądamy na zagraniczne turystki. Dobrze chociaż, że nie mamy ze sobą plecaków, bo to już na pewno budziłoby zdziwienie. I tak czujemy się nieswojo i niepewnie.
Na poziomej dolnej części boiska zbudowana jest duża scena, której ozdobne tło stanowi wielki obraz – pejzaż Casabermeja. Nie wygląda na wybitne dzieło. Pewnie jest darem od jakiegoś miejscowego artysty rzemieślnika. Dla rozwiania wątpliwości napisane jest, co przedstawia. Od sceny aż po ławki na pochyłej widowni porozstawiane są stoły z krzesłami. Wszystkie stoły już zajęte. Wystrojone Hiszpanki wykładają na nich przyniesiony ze sobą prowiant, bynajmniej nie suchy, bo wina też jest pod dostatkiem.
Znajdujemy wolne miejsca na widowni i czytamy program. Będzie czterech śpiewaków i każdemu z nich towarzyszyć ma inny gitarzysta. Gitarra, podobnie jak klaskanie, dołączyła jako akompaniament do pieśni flamenco stosunkowo późno. I ta symbioza muzyczna trwała dziesiątki lat, dopóki nie wprowadzono innych instrumentów muzycznych, które uczyniły z flamenco muzykę bardziej popularną. Pozostała jednak olbrzymia grupa zwolenników tzw. flamenco puro, czyli takiej formy, której nie zakłócają żadne współcześnie brzmiące popowe dźwięki, ani taneczne, baletowe wygibasy, daleko odbiegające od konwencji tradycyjnego flamenco. Ostoją flamenco puro jest miasto Jerez de la Frontera, gdzie w cygańskiej dzielnicy Santiago są najlepsze peñas kultywujące tę tradycję.
Znajdujemy wolne miejsca na widowni i czytamy program. Będzie czterech śpiewaków i każdemu z nich towarzyszyć ma inny gitarzysta. Gitarra, podobnie jak klaskanie, dołączyła jako akompaniament do pieśni flamenco stosunkowo późno. I ta symbioza muzyczna trwała dziesiątki lat, dopóki nie wprowadzono innych instrumentów muzycznych, które uczyniły z flamenco muzykę bardziej popularną. Pozostała jednak olbrzymia grupa zwolenników tzw. flamenco puro, czyli takiej formy, której nie zakłócają żadne współcześnie brzmiące popowe dźwięki, ani taneczne, baletowe wygibasy, daleko odbiegające od konwencji tradycyjnego flamenco. Ostoją flamenco puro jest miasto Jerez de la Frontera, gdzie w cygańskiej dzielnicy Santiago są najlepsze peñas kultywujące tę tradycję.
Wczytując się dokładniej w program zauważamy, że wystąpi również jedna tancerka. Pojawiła się na scenie, odtańczyła kilka kroków w trakcie śpiewu i szybko zniknęła w kuluarach. Ot, taki element żywej scenografii dla urozmaicenia obrazu z pejzażem Casabermeja.
Dziewiąta mija, biesiada trwa na dobre i nic nie zapowiada rozpoczęcia koncertu. Część uczestników siedzi na krzesłach tyłem do sceny. O co tu chodzi? Rozglądamy się nerwowo i widząc na stołach smakowite plastry szynki serrano, kiełbasy chorizo, sera manchego i rozmaite sałatki, zaczynamy być głodne. Odwracam głowę i pytam siedzącą za nami parę, która też wyjada jakieś tapas z przyniesionej ze sobą torby:
- Zawsze koncert zaczyna się z opóźnieniem?
- Nie. Zacznie się punktualnie. O jedenastej.
- Lepiej o jedenastej niż mañana, - komentuje moja towarzyszka. – No to pięknie!
Nie wytrwamy tyle godzin na głodniaka patrząc, jak inni się objadają. Trzeba się ruszyć i poszukać jakiegoś bufetu, czy chociażby straganu z czymś do jedzenia. Może iść jedna z nas. Druga musi zostać i pilnować naszych siedzących miejsc. Stadion(ik) jest już maksymalnie nabity. Wiele osób stoi.
Po około dwudziestu minutach Margarita wraca z uwieńczonych sukcesem poszukiwań, niosąc ze sobą dwie szklanki piwa i tackę pokrojonego sera.
- To nam się należało za okazaniem biletu, - objaśnia triumfalnie. – Przydział od organizatorów.
Wolałabym wino, ale chyba byłoby przesadą, gdybym o tym wspomniała. Nawet nie pamiętam, czy piwo i ser były dobre. Smakowały, bo niewątpliwie uratowały sytuację. Oddaliły widmo cierpienia z powodu głodu i pragnienia, co z pewnością uniemożliwiłoby nam skupienie się na pieśniach flamenco. Bo cały czas mamy nadzieję, że to jednak nie festiwal piosenki biesiadnej, choć sporo na to wskazuje. Posiliwszy się co nieco, jesteśmy już gotowe na największe nawet doznania artystyczne.
Dochodzi jedenasta. Na scenę wchodzi burmistrz miasteczka i serdecznie wita wszystkich w imieniu organizatorów i zaproszonych artystów. Pada nazwa Festival de Cante Grande. Odetchnęłyśmy z ulgą. Jednak dobrze trafiłyśmy. Gwar na widowni milknie. Ci, którzy siedzieli tyłem do sceny, odwracają się w jej kierunku. Pojawia się pierwszy cantaor i siada na przygotowanym krześle. Na krześle obok siada akompaniujący mu gitarzysta. Przejmujący, mocny głos, wydobywany z głębi serca i duszy, roznosi się po okolicznych górach. Gitarzysta też jest świetny. Gra znakomicie i nie usiłuje wcielić się w rolę pierwszoplanową. Oddaje mistrzowi główne pole do popisu.
Wszyscy słuchają w wielkim skupieniu, od czasu do czasu reagując odpowiednio dobranym okrzykiem. To dodaje wykonawcy energii. Upewnia go, że jest uważnie słuchany i rozumiany. Jedna pieśń, druga, trzecia….. Mija godzina, a na scenie ciągle ten sam wykonawca. W zasadzie on jeden dał już pełny koncert. Po północy schodzi ze sceny, odprowadzany gromkimi brawami i okrzykami. Bisów nie ma. I dobrze. Wystarczy.
Dziewiąta mija, biesiada trwa na dobre i nic nie zapowiada rozpoczęcia koncertu. Część uczestników siedzi na krzesłach tyłem do sceny. O co tu chodzi? Rozglądamy się nerwowo i widząc na stołach smakowite plastry szynki serrano, kiełbasy chorizo, sera manchego i rozmaite sałatki, zaczynamy być głodne. Odwracam głowę i pytam siedzącą za nami parę, która też wyjada jakieś tapas z przyniesionej ze sobą torby:
- Zawsze koncert zaczyna się z opóźnieniem?
- Nie. Zacznie się punktualnie. O jedenastej.
- Lepiej o jedenastej niż mañana, - komentuje moja towarzyszka. – No to pięknie!
Nie wytrwamy tyle godzin na głodniaka patrząc, jak inni się objadają. Trzeba się ruszyć i poszukać jakiegoś bufetu, czy chociażby straganu z czymś do jedzenia. Może iść jedna z nas. Druga musi zostać i pilnować naszych siedzących miejsc. Stadion(ik) jest już maksymalnie nabity. Wiele osób stoi.
Po około dwudziestu minutach Margarita wraca z uwieńczonych sukcesem poszukiwań, niosąc ze sobą dwie szklanki piwa i tackę pokrojonego sera.
- To nam się należało za okazaniem biletu, - objaśnia triumfalnie. – Przydział od organizatorów.
Wolałabym wino, ale chyba byłoby przesadą, gdybym o tym wspomniała. Nawet nie pamiętam, czy piwo i ser były dobre. Smakowały, bo niewątpliwie uratowały sytuację. Oddaliły widmo cierpienia z powodu głodu i pragnienia, co z pewnością uniemożliwiłoby nam skupienie się na pieśniach flamenco. Bo cały czas mamy nadzieję, że to jednak nie festiwal piosenki biesiadnej, choć sporo na to wskazuje. Posiliwszy się co nieco, jesteśmy już gotowe na największe nawet doznania artystyczne.
Dochodzi jedenasta. Na scenę wchodzi burmistrz miasteczka i serdecznie wita wszystkich w imieniu organizatorów i zaproszonych artystów. Pada nazwa Festival de Cante Grande. Odetchnęłyśmy z ulgą. Jednak dobrze trafiłyśmy. Gwar na widowni milknie. Ci, którzy siedzieli tyłem do sceny, odwracają się w jej kierunku. Pojawia się pierwszy cantaor i siada na przygotowanym krześle. Na krześle obok siada akompaniujący mu gitarzysta. Przejmujący, mocny głos, wydobywany z głębi serca i duszy, roznosi się po okolicznych górach. Gitarzysta też jest świetny. Gra znakomicie i nie usiłuje wcielić się w rolę pierwszoplanową. Oddaje mistrzowi główne pole do popisu.
Wszyscy słuchają w wielkim skupieniu, od czasu do czasu reagując odpowiednio dobranym okrzykiem. To dodaje wykonawcy energii. Upewnia go, że jest uważnie słuchany i rozumiany. Jedna pieśń, druga, trzecia….. Mija godzina, a na scenie ciągle ten sam wykonawca. W zasadzie on jeden dał już pełny koncert. Po północy schodzi ze sceny, odprowadzany gromkimi brawami i okrzykami. Bisów nie ma. I dobrze. Wystarczy.
Kilkuminutowa przerwa. Kieliszki biesiadników znów napełniają się winem i ożywia się ruch wokół stołów. Część krzeseł znów odwraca się tyłem do sceny. Niektórzy usiłują rozmawiać ze swoimi znajomymi, którzy siedzą albo stoją na drugim końcu widowni. Jest nieprawdopodobnie głośno. Hiszpanie są mistrzami hałasu. Pamiętam też, co działo się na ulicach Fuengiroli po wygranym przez hiszpańską drużynę finałowym meczu o mistrzostwo świata w piłce nożnej w 2010 roku. Każdy hałasował, czym się dało i najgłośniej, jak mógł.
Po przerwie schemat koncertu się powtarza. Na scenę wychodzi drugi artysta i wraz ze swoim akompaniującym gitarzystą siadają na krzesłach. Gwar na widowni znów milknie i znów wszystkie krzesła ustawiają się przodem do sceny. Cante Grande znów niesie się po górach okalających Casabermeja.
Podczas kolejnej przerwy, około godziny 2.00, zaczynamy się zastanawiać, jak wejdziemy do domu. Ostatecznie…, rozważamy, noc jest ciepła…. możemy się przespać na łóżkach do opalania przy basenie koło domu. Decyzja zapada. Zostajemy na następnego wykonawcę.
Wszystko, co tu widzę i słyszę, robi na mnie niesamowite wrażenie. Choć wymaga to dużej cierpliwości i zamiłowania do hiszpańskiej tradycji i kultury, nagrodą za wytrwałość jest wielka satysfakcja. Uczestniczę w prawdziwie andaluzyjskiej fieście, na wskroś autentycznym hiszpańskim widowisku.
Po przerwie schemat koncertu się powtarza. Na scenę wychodzi drugi artysta i wraz ze swoim akompaniującym gitarzystą siadają na krzesłach. Gwar na widowni znów milknie i znów wszystkie krzesła ustawiają się przodem do sceny. Cante Grande znów niesie się po górach okalających Casabermeja.
Podczas kolejnej przerwy, około godziny 2.00, zaczynamy się zastanawiać, jak wejdziemy do domu. Ostatecznie…, rozważamy, noc jest ciepła…. możemy się przespać na łóżkach do opalania przy basenie koło domu. Decyzja zapada. Zostajemy na następnego wykonawcę.
Wszystko, co tu widzę i słyszę, robi na mnie niesamowite wrażenie. Choć wymaga to dużej cierpliwości i zamiłowania do hiszpańskiej tradycji i kultury, nagrodą za wytrwałość jest wielka satysfakcja. Uczestniczę w prawdziwie andaluzyjskiej fieście, na wskroś autentycznym hiszpańskim widowisku.
Po trzeciej nad ranem odczuwamy już jednak duże zmęczenie. Nie damy rady do końca. I jeszcze kilkadziesiąt minut jazdy samochodem do Mijas Pueblo. Wychodzimy, nie mając pewności, czy dobrze robimy. W drodze do parkingu już podejmujemy decyzję. W następnym roku też tu przyjedziemy, ale będziemy dobrze przygotowane – wyspane, ubrane w sukienki, kwiaty wpięte we włosach i z własnym wyszynkiem w koszyku.
Tak też zrobiłyśmy.
23 lipca 2011 roku odbył się XL Jubileuszowy Festival de Cante Grande de Casabermeja. Jedziemy. Program znamy już wcześniej z Internetu. Wśród czterech śpiewaków (w tym jedna kobieta, czyli śpiewaczka), którzy wystąpią, będzie wielka gwiazda – José Mercé, bijący rekordy w sprzedaży płyt, od kiedy flamenco straciło swojego najbardziej popularnego i lubianego w historii śpiewaka, zmarłego w młodym wieku 42 lat i u szczytu kariery Camaróna de la Isla.
Wyposażone we wszystko, co trzeba, parkujemy samochód w Casabermeja odpowiednio wcześnie. Mamy nadzieję zająć dobre miejsca. Odbieramy od dziewczyn w sukniach do flamenco przydziałowy kwiatek, tym razem piękny czerwony goździk, robimy zdjęcia i ruszamy w stronę widowni, penetrując wzrokiem miejsca przy stołach. Niestety, wszystkie są już zajęte. Udaje nam się znaleźć wolne krzesła w górnej części widowni. Nie jest źle. Dobrze widać scenę, a przed nami murek, który też został przysposobiony do roli stołu. Rozkładamy na nim nasze wiktuały i wyczekujemy w podnieceniu godziny jedenastej.
Oczywiście wszyscy najbardziej czekają na występ José Mercé. To artysta największego formatu. Oto jest. Wchodzi na scenę. Możemy posłuchać go na żywo. Głos ma tak przejmujący, że wszyscy słuchają go jak urzeczeni. Nikt się nie kręci, nie popija wina i nic nie podjada. Nikt z nikim nie rozmawia. Jedynym ruchem, jaki ewentualnie można wykonać, jest chwycenie się za serce i wyrwanie sobie guzików od koszuli.
Warto było znów tu przyjechać. Po stokroć warto! Jestem oczarowana tym wydarzeniem jako niezwykłym zjawiskiem kulturowym i społecznym.
Tak też zrobiłyśmy.
23 lipca 2011 roku odbył się XL Jubileuszowy Festival de Cante Grande de Casabermeja. Jedziemy. Program znamy już wcześniej z Internetu. Wśród czterech śpiewaków (w tym jedna kobieta, czyli śpiewaczka), którzy wystąpią, będzie wielka gwiazda – José Mercé, bijący rekordy w sprzedaży płyt, od kiedy flamenco straciło swojego najbardziej popularnego i lubianego w historii śpiewaka, zmarłego w młodym wieku 42 lat i u szczytu kariery Camaróna de la Isla.
Wyposażone we wszystko, co trzeba, parkujemy samochód w Casabermeja odpowiednio wcześnie. Mamy nadzieję zająć dobre miejsca. Odbieramy od dziewczyn w sukniach do flamenco przydziałowy kwiatek, tym razem piękny czerwony goździk, robimy zdjęcia i ruszamy w stronę widowni, penetrując wzrokiem miejsca przy stołach. Niestety, wszystkie są już zajęte. Udaje nam się znaleźć wolne krzesła w górnej części widowni. Nie jest źle. Dobrze widać scenę, a przed nami murek, który też został przysposobiony do roli stołu. Rozkładamy na nim nasze wiktuały i wyczekujemy w podnieceniu godziny jedenastej.
Oczywiście wszyscy najbardziej czekają na występ José Mercé. To artysta największego formatu. Oto jest. Wchodzi na scenę. Możemy posłuchać go na żywo. Głos ma tak przejmujący, że wszyscy słuchają go jak urzeczeni. Nikt się nie kręci, nie popija wina i nic nie podjada. Nikt z nikim nie rozmawia. Jedynym ruchem, jaki ewentualnie można wykonać, jest chwycenie się za serce i wyrwanie sobie guzików od koszuli.
Warto było znów tu przyjechać. Po stokroć warto! Jestem oczarowana tym wydarzeniem jako niezwykłym zjawiskiem kulturowym i społecznym.
Zapraszam także na: www.polskamuzulmanka.blog.pl oraz do lektury naszej (mojej i mojej córki Moniki Abdelaziz) książki o współczesnym Egipcie pt. „Księżyc zza nikabu”.
