Taka była na etapie jej pisania robocza nazwa jednej z moich interpelacji do ministra sprawiedliwości. Wsiadania na rower po dwóch piwach absolutnie nie pochwalam i uważam, że płazem uchodzić nie powinno. Ale kara roku więzienia i kategoryzowanie delikwenta jako przestępcy to moim zdaniem przesada.

REKLAMA
Piszę o tym właśnie dziś, bo – jak się dziś okazało – ten sposób myślenia podziela Prokurator Generalny. Andrzej Seremet przedstawił ministrowi Gowinowi propozycję zmian w przepisach w taki sposób, aby jazda na rowerze pod wpływem alkoholu traktowana była jako wykroczenie, a nie przestępstwo. W odpowiedzi ministerstwa na moją interpelację takich zmian nie wykluczono, ale też nic nie wskazywało na to, żeby były one w najbliższym czasie planowane.
Za coś, co w większości krajów karane jest tylko mandatem, w Polsce grozi kara do roku więzienia. Rowerzysta mając powyżej 0,5 promila w Polsce jest przestępcą. Chodzi tu wyłącznie o sam fakt jazdy na rowerze „w stanie wskazującym”. Dla tych, którzy z tego powodu stworzyli zagrożenie, czyli spowodowali wypadek, przewidziane kary są sroższe – i z tym polemizować absolutnie nie zamierzam.
Argumentów przeciw aż takim karom jest wiele. Choćby ten – nietrzeźwy rowerzysta, znacznie lżejszy i wolniejszy niż samochód, stwarza na drodze nieporównywalnie mniejsze zagrożenie od pijanego kierowcy. Mimo to statystki ilości skazań i surowości orzekanych kar są w obu przypadkach porównywalne. Jednocześnie warto podkreślić, że niesłychanie rzadko się zdarza, by w wypadkach powodowanych przez rowerzystę ucierpiał ktokolwiek poza nim samym. Jednak przede wszystkim – i do tego argumentu odwołuje się także Seremet – wprowadzenie takich kar niczego rowerzystów nie nauczyło, ale za to jest kosztowne dla państwa. W tej chwili w więzieniach przebywa ponad 5 tys. osób skazanych za jazdę po pijanemu. Miesięczny koszt utrzymania każdego z nich to około 2,5 tys. złotych. Łatwo policzyć, że budżet państwa wydaje na nich co miesiąc 12,5 mln, a rocznie – aż 150 milionów. Czy to nie absurd? A do tego dochodzą jeszcze przecież każdorazowo koszty postępowania sądowego. Czy nie lepiej w związku z tym byłoby karać nietrzeźwych rowerzystów mandatami albo pracą społeczną? Być może – skoro moja argumentacja ministra Gowina nie przekonała, przekona go argumentacja Andrzeja Seremeta.