Serce mi biło, gdy wkraczałam do szpitala w wyznaczonym terminie. Był to początek października 2007 roku. Zarejestrowałam się (i tu ponownie ciepło pomyślałam o osobach, które mi dały możliwość kontynuacji pracy dającej ubezpieczenie!) i czekałam na przyjęcie przez lekarza. Znów „czekałam”, ale jakże inne było to „czekanie”. To była radość, że to dzieje się naprawdę, że ZARAZ zaczynam terapię!

REKLAMA
Czekałam i myślałam (coś przecież musiałam „robić”). Zarówno na spotkaniach organizowanych przez moderatorów LD, jak i od Mani, wiedziałam z grubsza o samej terapii. Wiedziałam, że jest to terapia dwuskładnikowa (połączenie interferonu z rybawiryną). Wiedziałam, że jest dość długa i może być dość uciążliwa zarówno dla mnie, jak i … (o zgrozo)… dla mojego otoczenia. Słyszałam o wybranych powikłaniach… A jednak mimo tych myśli byłam pełna wiary, że dam radę, że akurat mnie te „działania niepożądane” nie dotkną, że wygram tę walkę z „sublokatorem”!
Wreszcie poproszono mnie do gabinetu. Lekarz poinformował mnie o przebiegu terapii. Dowiedziałam się, że będę leczona interferonem nowszej generacji (który jest podawany w zastrzykach raz na tydzień, a nie trzy dawki w tygodniu) i rybawiryną w tabletkach, które muszę przyjmować we wskazanej dawce codziennie (dwa razy na dobę). Oba leki miałam otrzymywać na oddziale. Powiedział mi także, że dawki leków mogą ulegać zmianie (ale nie muszą) w zależności od przebiegu terapii i wyników badań. Dodatkowo wspomniał, że na bóle żołądka, które się mogą pojawić, pomaga picie naparu z krwawnika i siemienia lnianego. Było w zasadzie to wszystko… Powiedział, żebym zgłosiła się do gabinetu zabiegowego i życzył powodzenia.
Zgłosiłam się do pań pielęgniarek. Tam pobrano mi krew w celu zrobienia badań (zaczynało się monitorowanie leczenia). Panie objaśniły mi, że przez pierwszy miesiąc mam się zgłaszać nich co tydzień. Potem badania będą wykonywane co miesiąc. Zastrzyki początkowo będą mi robić na oddziale, a potem „dobrze by było abym to robiła samodzielnie”. (Akurat! Już się wyrywałam do tego! Sama sobie?! Jak?!). Tabletki rybawiryny miałam przyjmować w określonych godzinach już w domu. Dowiedziałam się także, które środki przeciwgorączkowe i przeciwbólowe mogę (w razie potrzeby) brać i w jakiej dawce. Wręczono mi opakowanie rybawiryny z odliczoną odpowiednio liczbą tabletek i zrobiono mi pierwszy zastrzyk interferonu. I … poszłam do domu.
Ten pierwszy dzień dał dużo emocji nie tylko mnie. Co chwila ktoś z rodziny się mnie pytał jak się czuję. Zwłaszcza zaniepokojony był mąż, który dowiedział się od jednej z koleżanek w pracy, że na interferon reaguje się „bardzo źle” (podobno ona musiała przerwać swoją terapię, „bo nie dała rady”…). A ja… ja czułam się zupełnie dobrze. Może miałam jakiś stan podgorączkowy, chciało mi się spać. I tyle. Nie było problemu. Pomyślałam sobie: „Pikuś… dam radę, nawet jak się gorzej poczuję. Nie jest tak źle… „Strachy na lachy”… Był to poniedziałek. Do drugiej połowy tygodnia, czyli do pracy miałam jeszcze trzy dni.
I faktycznie przez pierwsze dwa miesiące nie było „tak źle”… Może mi się bardziej chciało pić, może było mi trochę mdło i pewnie z tego powodu zmniejszył mi się apetyt. Byłam bardziej śpiąca. Brak sił się nie różnił od dokuczliwego okresu sprzed terapii… Dawało się to przeżyć…
Ciągle miałam opory przed własnoręcznym kłuciem siebie… W końcu sympatyczna pielęgniarka „wjechała mi na ambicję”: „najwyższy czas odważyć się! Nie jest to takie trudne. Interferon jest w ampułkostrzykawkach i nie ma specjalnego zachodu przy jego podawaniu. Tylko odkazić skórę i się wkłuć”… Ba, „tylko”… Prawdę mówiąc nie wiem dlaczego miałam opory. Już od kilku lat co pewien czas musiałam robić osobie z rodziny zastrzyki z leku przeciwzakrzepowego (też w ampułkostrzykawkach i podawane podskórnie). Jednak w mojej psychice to nie było to samo…. Kłuć kogoś, a siebie… Pomyślałam jednak, że dobrze poznać taki zabieg na sobie, bo potem robi się to lepiej innym… Dodało mi to odwagi. Ta moja pierwsza próba obyła się pod czujnym okiem miłej pani Hani. Udało się! Przełamałam swój głupi, zupełnie nieuzasadniony opór. Śmieszne, ale poczułam się „bohaterką”…
No tak, początek terapii był „niebiański”… Za to dalsze miesiące przestały już tak „różowo” wyglądać. Okazało się, że nie reaguję na interferon, w kilka godzin po zastrzyku (jak większość moich znajomych) tylko dopiero po kilku dniach. Najbardziej dokuczliwe dolegliwości i wyskokie gorączki (nawet do 40 stopni) dopadały mnie akurat jak byłam w pracy. Odczułam na sobie tę słynną „wredność” interferonu… Dobrze, że skutecznie reagowałam na dozwolone leki przeciwbólowe. Zażywanie ich pozwalało mi na w miarę normalne wykonywanie moich obowiązków zawodowych. Gorzej już było z pracami domowymi. Często musiałam odpoczywać i podsypiać. Przeorganizowałam układ tygodniowy oraz dzienny różnych działań i generalnie jednak dawałam sobie radę. Nie było tak źle…
Czyżby?