Kandydat Demokratów na prezydenta Joe Biden i Kamala Harris w szkole w Detroit, 9 marca 2020 r.
Kandydat Demokratów na prezydenta Joe Biden i Kamala Harris w szkole w Detroit, 9 marca 2020 r. BRENDAN MCDERMID/ REUTERS FILE

46. prezydentem Stanów Zjednoczonych został Joe Biden. Pierwszy raz funkcję wiceprezydentki sprawować będzie kobieta – Kamala Harris. Zachwytów nad nowym duetem rządzącym USA nie ma końca. Czy jednak warto się cieszyć, gdy ustępujący prezydent Trump uzyskał w trakcie wyborów o 11 mln 232 tys. głosów więcej niż 4 lata temu?

REKLAMA
Najważniejszym wydarzeniem mijającego tygodnia było zaprzysiężenie 46. prezydenta i 49. wiceprezydenta (-ki) Stanów Zjednoczonych. Już w trakcie kampanii wyborczej, duet Biden-Harris skradł serca nie tylko Amerykanów, ale też dużej części społeczeństw krajów rozwiniętych. Zmiana warty w Białym Domu daje bowiem nadzieję na przywrócenie pewnej normalności i przewidywalności międzynarodowej polityki amerykańskiej. Pierwsze decyzje nowej administracji - o powrocie do paryskiego porozumienia klimatycznego oraz o wstrzymaniu procesu wychodzenia USA ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) - jeszcze ten zachwyt spotęgowały.
Nad Wisłą konsternacja
Jeżeli chodzi o Polskę i ekipę rządzącą z PiS, to mamy do czynienia z typowym zmieszaniem. Sytuacja wydaje się być bowiem beznadziejna. Zarówno prezydent Duda, jak i premier Morawiecki, opierali relacje polsko-amerykańskie wyłącznie na osobie Donalda Trumpa. Wiadomo już, że żaden Fort jego imienia nie powstanie. Zresztą słusznie. Natomiast postawa PiS względem Stanów Zjednoczonych jest dziś w szachowym pacie - bez możliwości jakiegokolwiek ruchu. Ułożenie dobrych stosunków z USA, będzie zależało wyłącznie od dobrej woli tych drugich. Kiedy to nastąpi? Nie spodziewałbym się przełomu za szybko. Oby jednak na tyle wcześnie, aby udało się zablokować Polsce dokończenie groźnego dla naszych interesów Nord Stream 2.
Na Nowogrodzkiej panika
To, o co bardziej niż o sprawy polskie martwią się ludzie Kaczyńskiego i sam prezes, to nie przegrana Trumpa, a porażka trumpizmu. Okazało się, że polityka taniego populizmu ma swoje granice. Że antagonizowanie społeczeństwa, zaognianie konfliktów domowych i szukanie wrogów zewnętrznych, codzienne zakłamywanie rzeczywistości, przeinaczanie faktów i manipulowanie danymi – że to wszystko kiedyś się kończy. Nie da się podważyć, że w ostatnich wyborach na byłego już prezydenta USA głosowało o 11 mln 232 tys. osób więcej niż 4 lata temu. I to musi martwić. Jednak pocieszające jest, że taki sposób sprawowania rządów przez administrację Trumpa w większym stopniu zmobilizował jego przeciwników, których było o 15 mln 415 tys. więcej. Już od II WŚ Stany Zjednoczone były prekursorem zmian kierunków w polityce. Dlatego to uczucie biegnące dziś w dół po plecach prezesa Kaczyńskiego, to nic innego jak strach.

Grzegorz Majewski
#CzłowiekGodnośćSpołeczeństwo
#LEWICA #ZawszeBliskoLudzi