Aukcja LTE stała się w ostatnich dniach problemem narodowym. Nie tylko dlatego, że licytacja, która według pierwotnych założeń miała zakończyć się w kilka tygodni, trawa już kilka miesięcy i końca nie widać. Oliwy do ognia dolał projekt rozporządzenia Ministra Administracji i Cyfryzacji, który wprowadza m.in. przepis umożliwiający zakończenie aukcji po 115 dniach.
REKLAMA
W konsultacjach pomysł ten był zdecydowanie bardziej krytykowany niż chwalony, a dwóch operatorów nawet opłaciło w ogólnopolskich tytułach drogie ogłoszenia z apelem do najwyższych władz Rzeczpospolitej, twierdząc, że „projekt ten stanowi niezgodną z zasadami Konstytucji RP próbę nieuprawnionej interwencji w toczący się przetarg publiczny poprzez zmianę jego reguł w jego trakcie i w sposób naruszający prawa jego uczestników”.
Minister cyfryzacji nie odstąpił od pomysłu rozporządzenia, argumentując je interesem państwa i obywateli, „bo najważniejsze jest szybkie rozdysponowanie tych częstotliwości po to, żeby obywatele mogli mieć dostęp do szybkiego internetu mobilnego”.
Minister cyfryzacji nie odstąpił od pomysłu rozporządzenia, argumentując je interesem państwa i obywateli, „bo najważniejsze jest szybkie rozdysponowanie tych częstotliwości po to, żeby obywatele mogli mieć dostęp do szybkiego internetu mobilnego”.
Rzeczywiście należy się zgodzić ze stwierdzeniem pojawiającym się w mediach, że aukcja LTE znalazła się w klinczu. Bo nawet jeśli MAiC przeforsuje mocno krytykowany pomysł rozporządzenia, które ma ją zakończyć w 115 dniu licytacji, zapewne niezadowolenia z takiego rozwiązania operatorzy wytoczą prawne armaty i spory sądowe w tej sprawie mamy zafundowane na lata. Nie bez racji bowiem jego przeciwnicy podnoszą np, że rozporządzenie de faco zamieni aukcję w przetarg.
Stąd też inicjatywa własna Zespołu Telekomunikacji funkcjonującego w ramach Rady ds. Cyfryzacji znalezienia w tej sytuacji kompromisu i propozycja wypracowania przez jej ekspertów alternatywnego rozwiązania do nowelizacji rozporządzenia o aukcji w obecnym kształcie. Dyskusje wewnątrz Rady pokazały, że pomysły na to są i zostaną one przedstawione ministrowi cyfryzacji we wtorek, choć oczywiście wiele będzie zależało od woli kompromisu wszystkich zaangażowanych w postępowanie aukcyjne.
To na co zwrócono uwagę w Zespole Rady ds. Cyfryzacji, to fakt, że w gorących dyskusjach o aukcji LTE, które toczą się w mediach zapomina się dziś o kilku ważnych celach, jakie miało przynieść rozdysponowanie częstotliwości 800 i 2600 MHz. Niestety rozwiązanie proponowane przez resort cyfryzacji nie daje gwarancji, że zostaną one spełnione. Rozporządzenie nie eliminuje bowiem błędów popełnionych znacznie wcześniej, tj. przy konstrukcji aukcji.
Resort słusznie co prawda podkreśla, że operatorzy potrzebują tych częstotliwości, by rozwijać usługi LTE oraz to, że w innych krajach już je rozdysponowano (a więc jest też pewna presja ze strony Komisji Europejskiej).
Jednak jeszcze kilka miesięcy temu, gdy ruszała aukcja, mocno podkreślano, że ich rozdysponowanie, szczególnie pasma 800 MHz, będzie istotne w kontekście wypełnienia przez Polskę Europejskiej Agendy Cyfrowej i zapewnia internetu o przepływności co najmniej 30 Mbit/s w miejscach, gdzie ze światłowodem będzie trudno dotrzeć. Rozstrzygnięcie licytacji w trybie rozporządzenia proponowanego teraz przez MAiC może spowodować, że częstotliwości zostaną rozdysponowywane w sposób, który uniemożliwi agregację widma (trzech bloków 5 MHz).
A taka agregacja sprzyjałaby wykonaniu celów Europejskiej Agendy Cyfrowej i Narodowego Planu Szerokopasmowego. Na ten problem zwracało zresztą uwagę kilka opracowań eksperckich przed ogłoszeniem aukcji. Na przykład jeszcze kiedy resortem administracji i cyfryzacji kierował Rafał Trzaskowski przy Radzie ds. Cyfryzacji powstał zespół, który miał wypracować rekomendację dla MAiC ws. rozdysponowania wolnych częstotliwości 800 MHz i 2,6 GHz. Po zapoznaniu się z analizami aspektów prawnych, ekonomicznych oraz technicznych większość ekspertów doszła do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem byłaby budowa jednej lub dwóch sieci. Tylko w ten sposób jesteśmy dziś w stanie zapewnić dostęp do szerokopasmowego internetu na poziomie 30Mb/s w całej Polsce
Przyjęcie rozporządzenia proponowanego obecnie przez MAiC zapewnie sprawi, że współpraca operatorów w zakresie budowy jednej sieci będzie utrudniona i może raczej doprowadzić do długotrwałej wojny miedzy nimi.
Nie należy także ukrywać, że aukcja ma też cel fiskalny, czyli wpływy do budżetu. Przed jej ogłoszeniem mówiło się o kwocie 3,5 - 4 mld zł. Dziś na stole jest ponad 7 mld zł. Czy więc należy zawierać ręce? Niekoniecznie, bo nie ma żadnych gwarancji, że ci co wygrają licytację, częstotliwości wykupią. Także dlatego, że wygrany będzie miał bardzo słaby tytul prawny do korzystania z częstotliwości.
Małe są szanse, że ewentualne pieniądze z aukcji trafią do budżetu w tym roku. Poza tym zagrożenie, że zakończenie licytacji na poziomie 8 mld zł może przełożyć się na koszty dla klienta końcowego, jest całkiem realne. Z drugiej strony operatorzy przeznaczą tak wysokie sumy na częstotliwości, uszczuplą swe budżety na inwestycje.
Podsumowując istnieje wiec zagrożenie, że szybkie rozdzielenie cennych pasm (jak chce MAiC) nie doprowadzi do tego, że Internet pojawi się w białych plamach, a do budżetu wpłyną potrzebne pieniądze.
Rad ds. Cyfryzacji proponując swe rozwiązanie Ministrowi Administracji i Cyfryzacji postara się w nim te elementy uwzględnić, czyli wrócić do korzeni, o których głośno mówiono, gdy ruszała aukcja.
