To miała być łatwa, przyjemna, a co może najważniejsze, wzorcowa robota. Przed siedmiu laty w ówczesnym Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji padł pomysł, by znowelizować ustawę o świadczeniu usług elektronicznych (UŚUDE). Powody do tego były, bo obowiązujące w tym zakresie prawo tworzone było pod presją czasu, aby dostosować je do dyrektyw unijnych i w związku z tym nie było pozbawione wad. Rozumowano wówczas, że będzie można to zrobić bez presji czasu i porządnie.

REKLAMA
Nie przewidziano jednak chyba, jakie emocje mogą wywołać proponowane zmiany legislacyjne. Z jednej strony w dyskusje, konsultacje i debaty w tej sprawie mocno zaangażowały się organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, stowarzyszenia twórców i działaczy kultury, którzy chcą zaostrzenia rygorów wobec pośredników umożliwiających publikowanie treści w sieci, np. wyszukiwarek. Z drugiej strony przeciwko takim zapisom występują obrońcy szeroko rozumianej zasady neutrealności Internetu, którzy protestują przeciwko zbyt głębokiej filtracji sieci i blokady treści przesyłanych przez użytkowników. Argumenty dotyczące sposobu funkcjonowania Internetu, jako „rury”, którą przesyłane są zwykłe pakiety danych, przekonują wielu. Ich zdaniem jakakolwiek ingerencja w zasady funkcjonowania sieci musi być starannie przeprowadzona, na podstawie decyzji niezawisłego Sądu. Odmienne zasady umożliwiające na przykład blokowanie do treści na podstawie żądań uprawnionych podmiotów nie znajdują akceptacji społecznej, co zrozumieliśmy przy okazji dyskusji wokół ACTA. Trzeba też powiedzieć wprost, że ścierały się z sobą potężne odmienne grupy interesów.
Chyba największe kontrowersje w proponowanej nowelizacji wzbudziła kwestia odpowiedzialności podmiotów, które umieszczają na swoich stronach linki do stron innych użytkowników. Pierwotnie wprowadzono zasadę całkowitego wyłączania od odpowiedzialności (cywilnej, karnej, administracyjnej) osób i firm, w tym wyszukiwarek i podmiotów udostępniających w sieci linki za treści do których odsyłają. Motywowano to zasadą odpowiedzialności za własne treści a nie za treści osób trzecich, których zgodność z prawem linkujący nie są w stanie zweryfikować. To mocno zdenerwowało „środowiska twórcze”, które uważają, że podmioty te powinny aktywnie weryfikować treści i utrudniać działalność osobom publikującym nielegalne treści w sieci. Organizacje reprezentujące twórców w debatach mocno podkreślali, że Polska stanie się rajem dla pirackich portali i serwisów z całego świata.
Obowiązujący dziś zapis, że podmiot świadczący e-usługę nie odpowiada za udostępniane czy publikowane treści, jeśli nie wie o ich bezprawnym charakterze, a jego odpowiedzialność zaczyna się dopiero wówczas, gdy otrzyma „wiarygodne zgłoszenie” o bezprawności i nie usunie tej treści, co do zasady był i jest słuszny. Ma jednak też słabe strony. Choćby w sytuacji, gdy ktoś w Internecie opublikował tekst o nieuczciwych praktykach firmy, a ta zgłosiła do właściciela serwisu, że publikacja narusza jej dobre imię. Taki serwis nie chcąc mieć sprawy sądowej, z reguły usuwał sporną treść, często nie informując o tym nawet autora.
Tak więc obowiązujące prawo nie zachęca do walki o kontrowersyjne czy sporne treści, co z punktu interesu społecznego jest często niedobre. Stąd w projekcie nowelizacji pojawiła się propozycja wprowadzenie procedury „notice and takedown” znanej w ustawodastwach innych krajów (m.in. USA). Zgodnie z nią usługodawca internetowy po otrzymaniu informacji o bezprawnych treściach zamieszczonych w jego serwisie, której towarzyszy żądanie ich zablokowania, jest zobowiązany w ciągu określonego czasu od otrzymania takiej wiadomości do zablokowania dostępu do bezprawnych treści lub może tego odmówić. Jeżeli zdecyduje się na zablokowanie, to autor tych treści może złożyć do usługodawcy sprzeciw. Musi to jednak zrobić niezwłocznie. Po jego otrzymaniu usługodawca będzie miał określony termin na odblokowanie dostępu do danych lub może tego odmówić.
Siedem lat dyskusji wokół nowelizacji UŚUDE to sporo. Argumentów w tej debacie padło niemało. Jednak nowego prawa nie udało się uchwalić. W tej sytuacji wydaje się sensowne, by Rada ds. Cyfryzacji jeszcze raz przyjrzała się wszystkim przedstawianym argumentom, zebrała je, przeanalizowała i zaproponowała zapisy akceptowalne dla wszystkich stron i co najważniejsze przystające do dnia dzisiejszego.
Bo też w porównaniu do stanu sprzed siedmiu lat wiele się zmieniło. Znamienny jest np. wyrok sądu w sprawie Chomikuj.pl, zgodnie, z którym jego pracownicy mają sprawdzać, czy nie znajdują kopii określonych filmów w ich serwisie. A przecież wcześniej przyjmowano, że usługodawca internetowy nie musi monitorować treści pod kątem nielegalności i nie miał obowiązku sam z siebie usuwania „pirackich” plików. Wspomnieć też można o wydanym w styczniu tego roku orzeczeniu przez Trybunał Sprawiedliwości, że w sprawach dotyczących naruszenia praw autorskich w internecie można wytoczyć powództwo w dowolnym państwie, w którym dostępna jest strona internetowa, na której doszło do naruszenia.
Warto też wspomnieć o zeszłorocznym wyroku ETS w sprawie Nils Svensson i inni przeciwko Retriever Sverige AB, z którego wynika, że właściciel strony internetowej może, bez zezwolenia podmiotów prawa autorskiego, odesłać za pośrednictwem hiperlinków do udostępnionych na innej stronie internetowej utworów chronionych.
Życie pokazuje więc, że nowelizacja UŚUDE jest koniecznością, a presja czasu może być coraz większa, także ze strony Komisji Europejskiej, która planuje wprowadzenie w tym zakresie nowych przepisów.