Niedawno wpadłem przypadkiem na niezwykłą historię. Wyobraźcie sobie, że jeden z najbardziej znanych polskich teologów, do tego ksiądz w owym czasie, zaczytywał się w pismach i tłumaczeniach najsławniejszej i najbardziej bezkompromisowej polskiej ateistki.

REKLAMA
Inspiracją dla tytułu tego artykułu jest dwoje wybitnych polskich profesorów, nie ukrywających się bynajmniej przed szerokim odbiorcą. Chodzi o zmarłą niedawno prof. Barbarę Stanosz i prof. Stanisława Obirka. Prof. Obirek opowiedział nam o tym wszystkim w wywiadzie, przeprowadzonym na jego wyraźną sugestię co do tematu, który polecam do obejrzenia, zanim przeczytacie dalszą część tego artykułu.

Jak wynika ze wspomnień prof. Obirka, nigdy nie miał on okazji na prywatną rozmowę z prof. Barbarą Stanosz. Niezwykłe jest natomiast to, że jeszcze będąc księdzem czytał „Bez Dogmatu”, a w nim mnóstwo artykułów i tłumaczeń prof. Stanosz, w większości wyrażających materialistyczno – ateistyczny światopogląd, bez żadnych „agnostycznych” ukłonów w stronę „świętego nie wiem”...
Kolejnym niezwykłym wyznaniem prof. Obirka jest stwierdzenie o tym, że znacznie bardziej ceni on sobie dialog z ateistami niż wieloma wierzącymi. Jak wiemy, profesor Stanisław Obirek porzucił Kościół, ale nie porzucił koncepcji wiary.
Prof. Barbara Stanosz mogłaby mieć problemy z podjęciem takiego dialogu, gdyż zadawałoby to kłam jej filozofii, mówiącej między innymi o tym, iż nie należy stwarzać wspólnej płaszczyzny zrównującej postulaty zasadne i sensowne z bezzasadnymi i bezsensownymi. Sama koncepcja boga wyrasta, zdaniem prof. Stanosz, ze źle stawianych pytań i błędnego korzystania z języka. Prof. Stanosz była wybitną filozofką języka i zgłębiła ten problem bardzo starannie i całkiem przekonywująco.
Choć z rzeczywistą rozmową dwojga profesorów mógłby być nie lada problem, to jednak temat jest ważny. Coraz więcej ludzi odchodzi od Kościoła, widząc całkowitą nieprzystawalność jego dogmatów do rzeczywistości. Również system społeczny Kościoła, archaicznie feudalny i patriarchalny, przegrywa z etyką świecką w rywalizacji o dobro i szczęście człowieka. Kościół przegrywa, ale wiara w różne mityczne stworzenia i zjawiska, mające zapewnić sens wszechświatowi oraz codziennemu życiu, nie ustaje.
Jako ateista uważam, że nadawanie sensu i intencjonalności wszechświatowi jest nieporozumieniem. Tym niemniej zdaję sobie z tego sprawę, że jeszcze przez wieki, a może zawsze, obok ludzi akceptujących w pełni naukową wizję świata i budujących swoją wrażliwość na wymagającej odwagi konfrontacji z „bezduszną rzeczywistością”, będą żyli ludzie nadający tej rzeczywistości pierwiastek boski, albo „jakoś tam” duchowy. W tym sensie prof. Obirek ma moim zdaniem rację – trzeba umieć rozmawiać i działać wspólnie.
Zwłaszcza, że umiejętność wspólnego działania i osiągania razem celów wcale nie idzie po prostej linii „ateiści z ateistami, teiści z teistami”... Działałem w różnych grupach i zespołach i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że wśród ateistów dość często zdarzają się osoby aspołeczne, a nawet nie mające żadnych zahamowań natury etycznej, jakby chciały potwierdzić zarzut teistów mówiący, iż „moralność pochodzi od Boga, a odrzucając Boga odrzuca się moralność”... Oczywiście, również teraz widzimy dowody na to, że ludzie wierzący też potrafią zachowywać się podle, dotyczy to choćby wielu polskich biskupów ingerujących w ludzkie życie na rzecz dogmatów, jak i sporych grup fundamentalistów katolickich wspierających ich nawet w najbardziej bezsensownych i antyhumanitarnych krucjatach (sądzę, że to właściwe słowo). Atakowane są między innymi: wolność słowa, wolność ekspresji artystycznej, prawa mniejszości etnicznych, seksualnych i światopoglądowych, prawo kobiety do własnego ciała (to chyba najważniejszy i najbardziej bolesny cel tych ataków), prawo dzieci do porządnej (na miarę możliwości rodziców oraz państwa) edukacji i tak dalej, i tak dalej...
Mimo to, choć aktywnie propaguję ateizm, uważam, że warto też zwrócić uwagę na ciemne strony ateizmu. Te ciemne strony na szczęście nie dochodzą do głosu w polityce, czy w edukacji, ale mają swoje znaczenie w codziennych kontaktach i w codziennych relacjach, podobnie zresztą, jak ewidentnie ciemne strony wiary, niekoniecznie związanej z wielkimi religiami.
W przypadku ateistów elementy utrudniające codzienne relacje z ludźmi o innym światopoglądzie wypływają, moim zdaniem, z genezy ateizmu u danej osoby. Jeśli ów ateizm oparty jest na krytycznym myśleniu, jeśli ma podłoże polegające na chęci zrozumienia rzeczywistości, wtedy przeważnie jest dobrze. Dodam, że owa chęć zrozumienia rzeczywistości wcale nie jest związana z niskim lub wysokim poziomem wykształcenia, ale z poziomem ciekawości wobec świata u danego człowieka. Osoba, która postawiła sobie pytanie: „jaki jest ten świat?” i znalazła ateistyczną odpowiedź, najczęściej po drodze zadała sobie dostatecznie wiele pytań, aby nie gardzić ludźmi, z którymi się światopoglądowo nie zgadza. Nie oznacza to oczywiście „miękkiego ateizmu”. Racjonalny ateista to na przykład Dawkins, który chętnie przekonuje adwersarzy do wizji rzeczywistości, którą ja również uważam za lepszą i bardziej uzasadnioną.
Ale ateizm może też bazować na poczuciu wyższości, zwłaszcza gdy rodzi się w społeczeństwie dość religijnym, takim jak polskie. Myślę, że niejeden ateista w młodości, kiedy jego światopogląd się formował, miał taki moment, że wydawało mu się, iż jest kimś absolutnie szczególnym. Ilość ludzi religijnych, lub oportunistycznie udających religijność w otoczeniu bywa tak duża, że prawie każdy, kto budzi się z wiary w dawne, „jedyniesłuszne” mity, może mieć momenty poczucia niższości i wyższości. Pojawia się odczucie związane z tym, że jak to możliwe, że nagle odkrywa się tyle rzeczy, o których rodzina, sąsiedzi, lub (i) koledzy nie mają bladego pojęcia, racząc się w zamian najbardziej nawet idiotycznymi baśniami i dogmatami? Każdy może się poczuć w takim kontekście jak wyrzutek, albo jak geniusz... No i niektórym to niestety zostaje, a z takimi ludźmi nie dogadają się nawet racjonalni ateiści, cóż dopiero ludzie religijni...
Pozostanę przy tych dwóch przykładach postaw, aby zakończyć to co zacząłem, a do czego zainspirował mnie prof. Obirek, zaczytujący się jeszcze jako ksiądz w „Bez Dogmatu” i w prof. Barbarze Stanosz. Podoba mi się to jego wzywanie do dialogu i ewidentna przyjemność, jaką z tego dialogu czerpie. Ale jednak mam pewną obawę.
Otóż mój światopogląd jest naprawdę przemyślany, podobnie jak wszystkich racjonalnych ateistów. Dialog to świetna sprawa, racjonalizm to w dużej mierze sztuka dialogu. W końcu krytyczne myślenie to dialog wewnętrzny, a bez niego nie ma racjonalizmu. Aby w ogóle prowadzić dialog wewnętrzny, trzeba się pytać o to, jaka jest rzeczywistość, wewnętrzna i zewnętrzna. W tym sensie człowiek wierzący, który zadaje sobie takie pytania, potrafi być znacznie bardziej racjonalny od atesty, który został ateistą głównie dlatego, że zirytował się na proboszcza w swojej wsi czy miasteczku (albo dzielnicy Warszawy). Wydaje mi się jednak, że dialog z wierzącym, który nie jest dogmatyczny, ale też, tak jak ja, zadaje sobie pytania, powinien przewidywać również możliwość zwycięstwa danego argumentu w dyskusji. Możliwość przekonania drugiej osoby do swojego światopoglądu, jeśli znajdzie się trafne, mocne i przemyślane argumenty. Czy taki dialog jest możliwy, czy umiemy stanąć na wysokości zadania i w razie czego przyznać się do tego, że przez wiele lat żywiliśmy błędny światopogląd? Czy umiemy honorowo przegrać, a nie tylko gadać...? Oto jest pytanie...
Ale nawet jeśli nie umiemy, możemy się do siebie życzliwie uśmiechać i współdziałać ze sobą tam, gdzie cele są zbieżne. A takich celów jest wiele, stosunek do podstaw rzeczywistości to zdecydowanie nie wszystko, co nam w życiu potrzebne. Większość ludzi raczej nawet unika takiego tematu (stąd częsty konformizm i oportunizm), co też nie jest zdrowe moim zdaniem, bo trochę szkoda błąkać się po tym świecie nie patrząc ani na niebo, ani pod nogi...