W najgorszych snach nie sądziłam, że nucona przeze mnie przed wyprawą do Portugalii piosenka pt. „Cabo da Roca” z repertuaru Anny Marii Jopek z pytaniem: „Czy tam jest drogi kres?” nabierze po niespełna roku zupełnie nowego znaczenia. Tragicznego. Że horyzont cudownych wspomnień z pobytu na najdalej wysuniętym na zachód krańcu Europy zasnuje czarna chmura. Że tamto wrażenie nierównej walki skalistych klifów z zaborczą mocą fal Atlantyku potwierdzi się w tak dramatyczny sposób.

REKLAMA
Mija kolejny dzień, odkąd dotarła do nas wiadomość, że na Cabo da Roca zginęła para Polaków. Smutek, żal... O tyle bardziej – niż w podobnych sytuacjach – autentyczny, że wielu rodaków było na tym przylądku, bo to żelazny punkt zwiedzania Portugalii. I postawiło stopę na lądzie z coraz większym trudem broniącym się przed zachłannością oceanu. Ważne, że postawiło bezpiecznie, jak ja z Tubylcem, Alil i Braciszkiem. Ile w tym jednak naszej przezorności i rozsądku, a ile szczęśliwego uśmiechu losu? Ci, których zabrał Atlantyk od kilku lat mieszkali w Portugalii i – w odróżnieniu od turystów – znali to miejsce, bo byli na Cabo da Roca nie pierwszy raz. A jednak...
Fatalistycznym już bez mała rozmyślaniom towarzyszyła natrętna myśl, która nie dawała mi spokoju i w końcu kazała zajrzeć do zdjęć z portugalskiej podróży. Nerwowo poszukiwałam tych z Cabo da Roca, a znalazłwszy oblałam się zimnym potem. Na jednej z fotografii stoję dobrych kilka kroków za barierką i szeroko rozpościeram ręce, niczym do lotu. Bo magia tego miejsca sprawia, że chcesz pofrunąć nad wodną kipielą. Jak ptak. I robisz jeden krok, drugi. Oni zrobili o jeden za dużo. Szczęśliwie, nade mną czuwał – kategoryczny w takich razach – Tubylec.
Wraz z odłożeniem zdjęć, również dramat z Cabo da Roca odłożyłby się nieuchronnie gdzieś w niepamięci, ale los chciał inaczej. Niespodziewany telefon od Braciszka uświadomił mi, że nasze drogi nie tylko na portugalskim przylądku krzyżowały się z tymi, którymi kroczył tragicznie zmarły młody mężczyzna. On bowiem, jak my, to koszalinianin i wprawdzie dzieli nas pokolenie, ale chodziliśmy do tej samej szkoły. On ukończył ją na rok przed moją bratanicą, która – tak na marginesie, acz nie poza tematem – dosłownie na kilka dni przed zestrzeleniem malezyjskiego samolotu zdążyła szczęśliwie przylecieć z wakacji w Malezji! (Boże, jak to wszystko się zapętla...) Braciszek znający, jak się okazało, matkę ofiary z Cabo da Roca załamującym się głosem sypnął mi jeszcze garść informacji, by zakończyć – niezrozumiałym dla mnie zrazu - adresem jakiejś strony internetowej.
Nieprzypadkowym jednak. Dziesiątki razy odwiedzałam tę stronę przygotowując się w zeszłym roku do wymarzonego wyjazdu do Portugalii. Skrzętnie zbierałam informacje, co warto zwiedzić w Lizbonie i okolicach, jak i czym najlepiej się poruszać, gdzie można zjeść tradycyjne portugalskie przysmaki, a gdzie - bez płacenia horrendalnego frycowego - posłuchać fado. A wszystko okraszone pięknymi zdjęciami. To fotografie koszalinianina, który zginął. Od kilku lat już lizbończyka prowadzącego razem z żoną stronę internetową dla rodaków pragnących zwiedzić Lizbonę i okolice. Oboje byli też przewodnikami. Zapewne znającymi Lizbonę, jak własną kieszeń. I przylądek Cabo da Roca też. Zapewne nie raz przestrzegającymi turystów o czyhających niebezpieczeństwach. W Lizobonie choćby o złodziejskich watahach grasujących w legendarnym tramwaju nr 28.
A na Cabo da Roca? Nie chce się wierzyć, by nie doceniali siły oceanicznego żywiołu. Nie chce się wierzyć...